Subskrybuj
Kinga Urbańska i Karolina Szlęzak, założycielki Your Roots in Poland fot. Urszula Metzger
Kinga Urbańska i Karolina Szlęzak, założycielki Your Roots in Poland fot. Urszula Metzger
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i w Mint Magazine

Co robi babcia na wielbłądzie

Ile razy było tak, że babcia próbowała opowiedzieć nam jakąś historię, a my nigdy uczciwie jej nie potraktowaliśmy, nie usiedliśmy z nią i nie zadaliśmy jej konkretnych pytań.

Jestem dość zaskoczony nowoczesnością biura, w którym Panie urzędują. Dotychczas genealogia kojarzyła mi się głównie z działającym w mojej rodzinnej wsi przed laty tzw. Klubem Monarchistycznym, który polegał na tym, że raz w tygodniu w szynku spotykała się grupa starszych, wąsatych panów, aby podebatować o tym, jaki kto ma herb.

Kinga Urbańska: Szlachcice. Nad badaniem korzeni pracujemy ok. 14 lat i nadal stereotyp wiekowego dżentelmena, który potwierdza swoje arystokratyczne pochodzenie, jest mocno obecny…

Karolina Szlęzak: …co zresztą ma uzasadnienie historyczne, tam należy upatrywać korzeni tego, czym się zajmujemy. Gdy w XIX w. rodziła się stricte naukowa genealogia rozumiana jako dziedzina pomocnicza historii, w dużej mierze badania polegały na śledzeniu powiązań między rodami arystokratycznymi, co pozwalało uzasadniać czyjeś prawo do dziedziczenia tytułów lub ziem. Obecnie trend polega jednak na otwarciu badań na różne grupy społeczne i my również staramy się odczarować tę dziedzinę, prowadząc zarówno genealogiczną działalność biznesową, jak i stowarzyszenie upowszechniające wiedzę o naszych korzeniach.

Co się zmieniło?

KS: Zmiana dokonała się przede wszystkim w zakresie narzędzi i metod pracy. XXI w. przyniósł szeroki, stosunkowo łatwy – o ile wie się, jak się nimi posługiwać – dostęp do informacji. Wcześniej genealogia była domeną klasy uprzywilejowanej, ponieważ to ona dysponowała źródłami. Dokumentów umożliwiających potwierdzenie szlachectwa było znacznie więcej niż innych. Natomiast współcześnie okazuje się, że równie dobrze można prowadzić poszukiwania genealogiczne, mając chłopskie pochodzenie.

Pamiętajmy, że ponad 90% ludności I Rzeczypospolitej to byli chłopi i większość z nas jest ich potomkami.

Zdarzają nam się nadal klienci, którzy chcą poszukiwać rodowego herbu, jednak powodzenie takiego przedsięwzięcia należy do rzadkości. Chociaż bywają niespodzianki!

KU: Zubożała szlachta mazowiecka niekiedy stanowiła liczniejszą grupę niż chłopi we wsi, nie miała ziemi i pracowała u bogatych gospodarzy. Szlacheckie korzenie można też znaleźć, śledząc przemocowe stosunki, co pokazuje fascynująca książka Michała Garapicha Dzieci Kazimierza o arystokratycznym przodku i jego licznym potomstwie zrodzonym z gwałtów. Niemniej poszukujemy ludowych korzeni, bo na żywo obserwujemy zwrot ludowy w dziejopisarstwie, wystarczy pomyśleć o fenomenie Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak, ale też o popkulturze, popularności netflixowego serialu 1670.

KS: Odczarowanie szlachectwa jako nośnika kultury polskiej jest dziś w trendzie, bo kierujemy się ku opowieściom jednostkowym. Historię zbiorowości, zwłaszcza arystokracji, mamy już dobrze przebadaną. Gdy prowadzimy zajęcia w szkołach, widzimy, że uczniowie nadal znajdują się pod ciężarem historii zbiorowych. O ile bardziej interesujące byłyby ich lekcje, gdyby skupiały się na losie dziadka walczącego w II wojnie światowej, pradziadka emigrującego do Ameryki w XIX w. itd.

Wasza praca jest tak niecodzienna, że wypadałoby zapytać, skąd pomysł na biznes genealogiczny.

KS: Absolwenci historii albo pracują w korporacji, albo są politykami, albo dydaktykami w szkole. My zajęłyśmy się archiwistyką i podczas badań w ramach prac magisterskich, które prowadziłyśmy w Archiwum Narodowym w Krakowie, zobaczyłyśmy, jak wielu przypadkowych turystów wchodzi do budynku znajdującego się wtedy jeszcze przy ul. Siennej, pytając o swoich przodków. Przychodzili bez większego przygotowania i mówili: „Mój dziadek Jan Kowalski urodził się w Galicji i wyjechał w 1890 r. do Kanady, poproszę jego akt urodzenia” – ale wiemy, że takiego dokumentu nie da się uzyskać od ręki. Pomyślałyśmy, że trzeba odpowiedzieć na istniejące zapotrzebowanie. Poza tym lubimy tę pracę, bo wymaga zacięcia detektywistycznego oraz cierpliwości w wyszukiwaniu informacji. Do badań genealogicznych potrzeba nie tylko wiedzy, ale też odpowiednich cech charakteru.

KU: Również przedsiębiorczości! Wiem, że mam ją zaszczepioną po moich przodkach, którzy byli zarządcami wsi, sołtysami.

Obecnie poszukiwanie korzeni jest na fali wznoszącej, angażuje moich rówieśników albo nawet młodsze osoby.

KU: Dzisiejsi 30-latkowie przekierowują punkt widzenia na siebie, pytają o tożsamość: jak się tu znalazłem? Koncentrujemy się na sobie jako jednostki i społeczeństwo postrzegamy z perspektywy indywidualnej. Dlatego genealogia rozumiana jako wielość historii, które złożyły się na to, kim jestem, ukształtowały mnie, ma realny wpływ na to, jak siebie obecnie postrzegam, ale też, jaką przyszłość chcę tworzyć.

KS: Szereg naszych klientów to osoby z zagranicy, np. ze Stanów Zjednoczonych, Kanady. Z ich obserwacji widać, że społeczeństwo złożone z emigrantów ma potrzebę przynależności do określonej grupy kulturowej. Chce również odpowiedzieć na pytanie, dlaczego moi przodkowie wyemigrowali. W ten sposób poznają Polskę, bo choć jesteśmy skoncentrowani na kontekście jednostkowym, nie da się poznać historii rodziny bez szerszego horyzontu społecznego.

Współpracujemy z programem Finding Your Roots emitowanym w amerykańskiej stacji telewizyjnej PBS. To dość popularny, bardzo emocjonalny format, gdzie śledzone są historie różnych osób publicznych.

Słynny jest np. przypadek Scarlett Johansson, która odkryła, że część jej rodziny zginęła w powstaniu w getcie warszawskim.

Nam akurat zlecono poszukiwanie korzeni Berniego Sandersa na Limanowszczyźnie, co nie było szczególnie łatwe, bo praktycznie nie zachowały się tam żadne dokumenty dotyczące osób pochodzenia żydowskiego. Trafiłyśmy tylko na dokumentację szkolną brata pradziadka. Jakie oceny? Niedostateczny, niedostateczny, niedostateczny. Ktoś mógłby pomyśleć, że Sanders miał wuja mało bystrego – mówiąc delikatnie, lecz trzeba to ubrać w kontekst historyczny i zrozumieć, że ówczesne dzieci, zwłaszcza te z ubogich rodzin, nie mogły regularnie uczestniczyć w zajęciach lekcyjnych, musiały pracować, a jeśli były wyznania mojżeszowego, to w pierwszej kolejności uczęszczały do szkoły wyznaniowej.

Załóżmy, że przychodzę do Pań, żeby odkryć swoje drzewo genealogiczne. Od czego powinienem zacząć?

KU: Zawsze mówimy, że należy zacząć od siebie. Pierwszy krok to tak naprawdę zebranie tego, co Pan wie na temat swojej rodziny: spisanie informacji o sobie, o swoich rodzicach, dziadkach, dat urodzenia, śmierci…

KS: To są fakty, które pamiętamy albo jesteśmy w stanie szybko zweryfikować. Jeżeli nie znamy np. dat zgonu czy urodzenia naszych pradziadków, idziemy na cmentarz. Ale też wtedy odkrywamy, że nasza pamięć jest bardzo zawodna i bardzo subiektywna. Informacje, które są w niej zdeponowane, mogą przecież być zupełnie zapomniane przez naszych krewnych, albo oni mogą je pamiętać inaczej.

 I tu zaczynają się schody…

KS: Tak, ale również odkrycie, że każda historia jest ważna, bo może to my jesteśmy w błędzie. W pudełku po butach, które leży zapomniane w kącie garderoby, może znajdować się jakiś dokument, który rzuci nowe światło na naszą przeszłość. Bardzo często przychodzą do nas klienci, którzy nagle natrafili na papiery, jakich wcześniej nie widzieli. My mogłyśmy już prowadzić śledztwo w ich sprawie, podczas gdy oni odkrywali na własną rękę dodatkowe fakty.

KU: Dlatego ważne jest, aby konsekwentnie dokumentować małe odkrycia, gromadzić je w jednym miejscu.

Przywarą genealogów amatorów jest „karteczkowanie”: tu mam jeden notatnik, tam drugi… To wprowadza bałagan w archiwizacji informacji i może zdemotywować do dalszych poszukiwań.

Musimy pamiętać, że budując drzewo genealogiczne, nie do końca tworzymy je dla siebie, bo zazwyczaj chcemy się nim pochwalić, udostępnić je innym osobom – a one niezależnie od nas mogą prowadzić swoje badania. W tym celu warto sięgnąć po odpowiednie oprogramowanie, które pozwala łatwo zapisywać poszczególne informacje i przekazywać je między różnymi archiwami. Jeśli korzystam z programu genealogicznego, posługując się formatami zapisu dedykowanymi do budowy drzew genealogicznych, to nasz daleki kuzyn też odczyta nasze wyeksportowane odkrycia. Technika się zmienia, dlatego tym bardziej warto korzystać z takiej, jaka pozwala na łatwą migrację danych, bo budowa drzewa genealogicznego to zawsze zabezpieczenie informacji.

KS: Często podkreślamy, że najważniejszym narzędziem jest żelazna konsekwencja. Ona może dotyczyć również podejścia do najbliższych. Nasi krewni seniorzy często chcą dzielić się z nami wiedzą, a my nie mamy czasu, żeby ich wysłuchać. Dlatego polecamy nagrania. Badając swoje pochodzenie, warto już teraz przeprowadzić jak najliczniejsze wywiady, przy każdej możliwej okazji pytać o przeszłość.

To nie zawsze łatwa sprawa, jeśli np. w rodzinnej historii kryją się traumy, tajemnice. Jak skłonić bliskich do dzielenia się historiami z przeszłości?

KS: Doskonale wiemy, że to trudny temat, bo często pracujemy z seniorami, którzy pamiętają II wojnę światową. Czasem jest łatwiej, gdy porozmawiają z kimś obcym, z kim nie są związani emocjonalnie. Ale też powiedzmy sobie szczerze: ile razy było tak, że babcia próbowała opowiedzieć nam jakąś historię, a my nigdy uczciwie jej nie potraktowaliśmy, nie usiedliśmy z nią i nie zadaliśmy jej konkretnych pytań?

KU: „Babciu, no dobrze, a jeżeli było tak na wojnie, czy tam coś się wydarzyło, to dlaczego tak? A co się potem stało?” Te historie bywają powtarzane po 100 razy, przybierają kolejne wersje, jednak nadal nie słuchamy i nie drążymy tematu.

Jeśli w najbliższym otoczeniu żyją z nami osoby starsze, to warto np. przy rodzinnym obiedzie poświęcić czas na taką rozmowę.

KS: W pracy z seniorami trudność sprawiają nie tylko wspomnienia wojenne, ale też rodzinne sekrety. Dlatego wydobywanie informacji czasem ułatwia uruchomienie odpowiednich kontekstów. Przykładowo: siedzimy w Boże Narodzenie, pytamy o zwyczaje, tradycje i nagle babcia otwiera się ze wspomnieniem ze stanu wojennego, a jej wyobraźnia, chęć dzielenia się osobistym kontekstem dla większej historii politycznej zostaje uruchomiona. W ten sposób możemy przechodzić od tematów uznawanych za bezpieczne do rzeczy nieraz przemilczanych.

Jak się otwiera takie klapki?

KU: Trzeba uporczywie wracać do określonych tematów, lecz nie na zasadzie bezpośredniego dopytywania, tylko sprytnego inicjowania wątków. Warto kręcić się wokół jakiejś historii, uruchamiać dygresje, a w końcu osoba, z którą się rozmawia, zaczyna uzupełniać obrazek. Prowadząc warsztaty aktywizujące dla seniorów, słyszymy powtarzany zarzut, że młodzi nie chcą słuchać. Wiadomo, zmęczenie pracą, dziećmi, mnóstwo innych kwestii, ale jeżeli na odpowiednio wczesnym etapie, czyli np. na poziomie szkolno-licealnym, nie zebraliśmy właściwych danych, potem jest coraz trudniej. Wyjechaliśmy na studia, zmieniliśmy miejsce zamieszkania, kontakt staje się rwany.

Chyba mało kto w szkole średniej podejmuje takie badania.

KU: Gdy osoby starsze narzekają, że nie ma kto ich słuchać, to angażujemy je w spisywanie swoich wspomnień, podpisywanie zdjęć. Wtedy seniorzy stają się kustoszami rodzinnej historii, jej archiwistami z myślą o kolejnych pokoleniach, które jeszcze są nieświadome jej wagi.

KS: W trakcie prowadzonych przez nas warsztatów staramy się przesunąć tę odpowiedzialność. To, że ktoś nie chce słuchać, nie znaczy, że ty nie jesteś odpowiedzialny za zachowanie tej historii. A taka praca jest też istotna dla sprawności psychicznej i intelektualnej osób starszych.

Załóżmy, że już wyczerpałem tematy rozmów. Co dalej?

KS: Wielu naszych klientów rozpoczyna od poszukiwania w księgach parafialnych czy urzędzie stanu cywilnego…

KU: …ponieważ podstawowymi trzema dokumentami do stworzenia drzewa genealogicznego są akty urodzenia, małżeństwa i zgonu. Jeżeli dokument urodzenia jest młodszy niż 100 lat, w związku z prawem o ochronie danych osobowych jest on przechowywany w urzędzie stanu cywilnego i wówczas dostęp do niego ma wyłącznie osoba spokrewniona w linii prostej.

KS: To stwarza pewien problem, ponieważ nie otrzymamy np. informacji o rodzeństwie babci, ale pocieszające jest, że zazwyczaj konsekwencja na wcześniejszym etapie pozwala te dane zrekonstruować bez dokumentów. Dlatego tak ważne jest rodzinne archiwum i nasi bliscy.

KU: Gdy przeniesiemy się 100 lat wstecz, zaczyna się cała zabawa. Mniej więcej do tego okresu jesteśmy w stanie samodzielnie, krok po kroku, z wykorzystaniem wspomnianych zasobów domowo-rodzinnych skompletować drzewo genealogiczne na bazie archiwów i baz online, których obecnie jest mnóstwo. Bazy tworzą instytucje odpowiedzialne za przechowywanie danych osobowych, archiwa państwowe czy wojskowe, które skrupulatnie je skanują i wrzucają do sieci. Archiwiści zresztą poszli na rękę genealogom, wiedząc, że to grupa, która najczęściej korzysta z ich danych, dlatego skanowanie rozpoczęli od źródeł właściwych do budowy drzew: ksiąg metrykalnych, spisów ludności. Oprócz archiwów państwowych są również bazy tworzone przez amatorów pasjonatów, wolontariuszy wędrujących między parafiami i archiwami.

KS: Proszę zwrócić uwagę, ile już powiedziałyśmy, co zrobić na początku. Nadal większość dokumentów nie jest zeskanowana, a mimo to liczba dostępnych danych jest olbrzymia. Wizyta w archiwum diecezjalnym czy państwowym to dziś ostatni etap. To częsty błąd początkujących.

Przychodzi do nas wiele osób, które są po prostu skonfundowane, zdezorientowane, bo zaczęły od ksiąg parafialnych, jednak żeby to w ogóle miało sens, to należy przejść całą drogę, która ułatwi zadawanie pytań, pokaże, kogo szukamy.

Podejmując wstępne badania, tworzymy korpus wiedzy uzyskanej z domu, a następnie uzupełniamy poszczególne luki, szukając osób, o których nic nie wiemy.

Jakie motywacje towarzyszą klientom?

KS: Najczęściej ciekawość: chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o naszych przodkach, odkryć jakąś tajemnicę. Początek poszukiwań zaczyna się często po śmierci kogoś bliskiego, w trakcie porządkowania dokumentów.

Miałyśmy kiedyś klienta z Australii, Davida, którego ojciec zmarł, a mama przenosiła się do domu opieki dla seniorów, więc sprzedawał dom po rodzicach. Wiedział, że pochodzili z Bielska-Białej, ale przeglądając dokumenty, zauważył, że brakuje aktu urodzenia taty. David stwierdził, że jeśli pojedzie do Polski, to wyciągnie sobie ten akt, tyle że… tego aktu nie było. Urzędniczka była zorientowana w podobnych przypadkach, dlatego udała się po dokumentację osób innego wyznania niż rzymskokatolickie – pomimo twierdzenia, że ojciec naszego klienta był katolikiem – i znalazła tatę wśród mieszkańców Bielska wyznania mojżeszowego. Nasz klient nie zdawał sobie z tego sprawy, lecz rodzina jego ojca to byli Żydzi ocaleni z Holokaustu, którzy na przełomie lat 50. i 60, w związku z odczuwalnym antysemityzmem, wyjechali z Polski i trafili do Australii. Posiadali dokumenty poświadczające, że są chrześcijanami, które pozwoliły im przetrwać wojnę. Tak mocno weszli w tę rolę, że już trzymali się tej historii po wojnie. Ukrywali swoje pochodzenie do tego stopnia, że ich dzieci nie wiedziały, iż tato jest Żydem. Wyjątkiem była babcia, która gdy David coś przeskrobał, mówiła do niego: „Oj, ty mój mały synku Dawidowy”, ale to detal, który mógł uruchomić jakieś znaki zapytania.

Jak takie odkrycie wpływa na tożsamość osoby, która szuka swoich korzeni?

KS: David był bardzo otwarty i zaciekawiony ustaleniami, które przeprowadziłyśmy dla niego. Może to kwestia tego, że wychowywał się w Australii, gdzie żyją ludzie wielu kultur i narodowości; obecnie otwartość na różnorodność jest większa niż w latach 50., 60. w Polsce, gdy wyjeżdżali stąd jego przodkowie. Ale mamy też odmienne historie.

KU: Zgłosiła się do nas potomkini Krystyny Manowicz, czyli muzy i promotorki Witkacego, którą uwiecznił na swoich obrazach. Jej wnuczka, badająca rodzinną historię, twierdziła, że rodzina jej babki to były ważne osobistości w Końskich. Karolina wybrała się na research do Archiwum Państwowego w Kielcach i tam okazało się, że – podobnie jak w przypadku rodziców Davida – pod podaną datą urodzenia nie ma Krystyny Manowicz.

Zawsze robimy wywiad w kontekście wyznania, bo chociaż w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, że wszyscy jesteśmy z jednej parafii, w rzeczywistości bywa bardzo różnie ze względu na przedwojenną polską wielokulturowość i wielowyznaniowość.

Wnuczka Krystyny twierdziła, że babcia była katoliczką, całe życie z różańcem w ręku, ale w dokumentach parafialnych też jej nie znalazłyśmy. Przed wojną w Końskich żyło wielu Żydów, znajdowała się tam duża gmina, zatem naturalnie zaczęłyśmy szukać wśród osób wyznania mojżeszowego i jak zapewne się Pan domyśla, znalazłyśmy Krystynę jako Krusję. Jej rodzina należała do prominentnych, dobrze sytuowanych członków gminy. Przekazałyśmy nasze ustalenia jej wnuczce, która podzieliła się tym z matką, od dziecka wychowaną w wierze katolickiej, a ta powiedziała, że to nieprawda. Dokumenty dokumentami, jednak kwestia pochodzenia jest odbierana indywidualnie i na jej ocenę wpływają liczne doświadczenia życiowe.

KS: Wiele z naszych ustaleń dotyczy rodzin, które aby przeżyć wojnę, organizowały sobie lewe dokumenty. Świadome zafałszowanie historii ich ocalało, ale reszta rodziny ginęła, więc mamy do czynienia z olbrzymią traumą. Czy przyjęcie nowej tożsamości pozwalało się pogodzić z tym, że oni przeżyli, a reszta zginęła? To ogromnie skomplikowane kwestie, o których można by długo dywagować, dlatego rozumiemy, skąd niekiedy skrajne reakcje na nasze ustalenia.

Czy zdarzyły się sytuacje, że nie przekazały Panie jakichś informacji, do których dotarły?

KU: Nie, jesteśmy od tego, aby przekazywać wszystkie dane, które znalazłyśmy w źródłach. Gdybyśmy zachowywały takie rzeczy dla siebie, byłoby to nieetyczne.

KS: Dowody, na których się opieramy, to oficjalne informacje urzędowe. Nie dają całego kontekstu, a co gorsza, bywa, że nie ma możliwości, aby go odtworzyć, jeżeli nie dotrzemy do indywidualnych wspomnień, aby przeprowadzić krytykę źródeł. Ale też nigdy nie było tak, że nasi klienci się na nas obrazili. Są różne rodziny, zdarzały się nam tematy delikatne, np. historie morderstw, jednak mimo wszystko myślę, że poszukiwania genealogiczne są sposobem na przepracowanie przemilczanych wątków.

Wracają w sposób niewypowiedziany?

KS: Widzimy międzypokoleniowe traumy, które nie zostały przepracowane. Nasze pokolenie nie pamięta wojny, nasi rodzice też mogą nie pamiętać, ale gdzieś podskórnie te doświadczenia w nas pracują. Pomyślmy, jak zareagowaliśmy na wybuch wojny na Ukrainie, jak nas dotknęła – poczucie zagrożenia może być dla nas podświadomie znajome.

Badacze własnej genealogii mierzą się z rzeczami, które ich bolą.

Do naszego biura trafiają kobiety i mówią, że cały czas mają problem z nawiązaniem relacji. Gdy zaczynamy genealogiczne śledztwo, często okazuje się, że z pokolenia na pokolenie wszystkie kobiety w rodzinie przejmowały na swoje barki cały ciężar funkcjonowania domu.

I to wracało, przekazywane podświadomie w wychowaniu. Zainteresowanie rodzinną historią bierze się też z potrzeby dowiedzenia się, co stoi za naszym doświadczeniem, co nas zbudowało. Te rzeczy bywają zapisane prawie jak w DNA, jesteśmy od samego początku zaprogramowani przez kontekst pokoleniowy, w którym dorastaliśmy.

Jeśli jesteśmy przy DNA, to zapytam o Pań stosunek do tzw. genetyki genealogicznej. Dotychczas rozmawialiśmy o badaniach na poziomie archiwów, ale dość popularną metodą jest sprawdzanie swojego pochodzenia na bazie danych genotypowych. Jak oceniają Panie takie próby?

KU: To bardzo częsta motywacja naszych klientów, którzy zaczęli swoją przygodę z genealogią od zrobienia testu DNA i znalezienia np. 1% genów Żydów aszkenazyjskich. Przychodzą i proszą o znalezienie przodków, od których je mają. A tego się nie da zrobić!

KS: Mamy historię naszej rodziny, historię społeczną, a obok niej funkcjonuje historia genetyczna. Przecież nie każdy ojciec biologiczny jest ojcem, który wychowywał dziecko – czy to z powodu niewierności, czy też popełnionego przestępstwa gwałtu, które przez lata zostało przemilczane. Burzliwa historia naszego regionu pokazuje, że historia genetyczna jest ogromnie poplątana. Im bliżej doszło do jakiegoś odstępstwa od genealogii z archiwów, tym trudniejsze będzie dla nas prześledzenie relacji z naszymi bliskimi. Wyobraźmy sobie, że zrobiłam test i nagle się okazuje, że mam brata genetycznego, którego nigdy nie poznałam. Co to oznacza? Pewnie moi rodzice coś ukrywają. Badania genetyczne są ogromnie ciekawe, ale genealogicznie raczej mieszają. Mam np. 4,1% genów aszkenazyjskich, a to naprawdę bardzo mało. Kinga prawdopodobnie jest potomkinią szwedzkiego żołnierza z okresu potopu szwedzkiego, czego nie dało się prześledzić precyzyjnie w genealogii na bazie dokumentów.

KU: Z drżącą ręką robiłam testy moim rodzicom, ale wyszła proporcja po 50% genów mamy i taty. Natomiast tak zupełnie serio obecnie słyszymy o wielu historiach z USA, gdzie nagle odnajdują się wyjątkowo bliskie genetycznie osoby w Wietnamie, Korei, tam gdzie po prostu amerykańscy żołnierze byli na wojnie.

Bardzo często dzieje się tak, że w pewnym momencie ze względu na koleje losu, wojny, zmiany polityczne itd. siłą rzeczy nie ma już dokumentów: albo się spaliły, albo zostały skradzione. Dotyczy to również dzieci adoptowanych. Ale może się okazać, że osoba, z którą łączy nas wspólny odcinek DNA, czyli jest naszym genetycznym kuzynem w jakimś stopniu odległości, może pochodzić z tej części rodziny, która np. wyjechała i zabrała ze sobą archiwa. Nie miałyśmy chyba takiej historii rodzinnej, w której ktoś w pewnym momencie by nie wyemigrował, choćby na chwilę. Obecnie pamiętamy zwłaszcza falę emigracji do Wielkiej Brytanii na przełomie mileniów, ale przecież nasi przodkowie robili dokładnie to samo na początku XX w., emigrując często do Stanów Zjednoczonych w celach zarobkowych. Ile jeszcze jest takich historii, gdy przychodzą do nas klienci i mówią, że pradziadek czy dziadek wyszedł z domu 1 września 1939 r. i już nigdy nie wrócił, a potem się okazuje, że znajdujemy swojego kuzyna genetycznego na Florydzie i to on, ten kuzyn, nam opowie, co się z dziadkiem stało. Genetyka dostarcza pozadokumentalnych tropów i źródeł, które pozwalają naprowadzać na konteksty społeczne, z tym że trzeba pamiętać o tym, jaka to jest loteria.

DNA nie dzieli się równo i w szóstym stopniu pokrewieństwa może zanikać powiązanie z przodkami, które np. zostało utrwalone u naszego rodzeństwa.

Na przeciwnej szali względem genetyki jest genealogia rozumiana jako wywodzenie swojego losu od bohaterów mitycznych, rodowody biblijne czy np. maoryska tradycja kauhou, wpisywanie się w społeczność przodków posiadających wspólny majątek, co pozwalało uzasadniać swoje racje ekonomiczne.

KS: Rewolucja neolityczna, związana z przejściem do życia osiadłego, polegała na uzależnieniu swojego przeżycia od grupy czy społeczności. Nasi przodkowie zaobserwowali prosty fakt, że zyskujemy, gdy działamy razem. Powstanie społeczności wywołało również przeciwną reakcję: podział przez hierarchizację, porównywanie i konkurencję. Dlatego pierwsze historie mówione były wyliczeniami i wpisywaniem się w szerszą grupę – ród, aby odróżnić się od pozostałych grup. Pierwsze źródła pisane np. w Mezopotamii również podkreślały rodową przynależność – i tu możemy szukać źródeł genealogii. To pokazuje, jak żywa była potrzeba potwierdzenia siebie przez związek z poprzednimi pokoleniami. Z tego rodziły się pierwsze państwowości, porządek patriarchalnej władzy. Dzisiejsza genealogia pokazuje odwrotny porządek: wiemy już, do jakiej społeczności należymy, dlatego poszukujemy w niej siebie. Kiedyś genealogia różnicowała grupy, a dziś ponownie je tworzy.

KU: W tworzeniu rodowodów olbrzymią rolę odgrywały czynniki psychologiczne, poczucie prestiżu. Patrząc na siłę genealogii w grupach arystokratycznych, widzimy, w jaki sposób pracowały one nad zabezpieczeniem ciągłości, udokumentowaniem jej, aby np. scementować majątek i wpływ polityczny.

W księgach grodzkich i ziemskich odnotowywano transakcje, ukazywano obrót kapitałem, za tymi transakcjami zaś kryli się ludzie, których my dziś możemy odnaleźć. Wywód ekonomiczny był poświadczeniem tożsamości, jakąś opowieścią o człowieku.

KS: Mówimy o odległych dokumentach, ale w rodzinnym domu naprawdę można trafić na pamiątki, które wprawiają w zdumienie.

KU: W domu mam bardzo dużo pamiątek rodzinnych i trafia się wśród nich np. zdjęcie babci na wielbłądzie. Moja babcia była bardzo aktywną i nieszablonową mieszkanką Podgórza, dwa razy się rozwiodła, zwiedziła świat ze swoim ukochanym, który był znanym austriackim kompozytorem, i pojechała w tournée po Bałkanach. Była koleżanką Tadeusza Kantora – tak twierdził mój ojciec, a ja nie dowierzałam, dopóki kompletnym przypadkiem nie natknęłam się na ul. Węgierskiej, gdzie mieszkała moja babcia, na tablicę pamiątkową poświęconą Kantorowi, który musiał być jej sąsiadem.

Informację o moim najdalszym przodku w linii prostej, którego namierzyłam w 1765 r., odkryłam dopiero trzy lata temu. Mój syn Błażej ma lat 10. Jak bardzo byłam zdziwiona, gdy odkryłam, że mój pierwszy przodek też był Błażejem – a ja w ogóle nie znam ludzi o tym imieniu. Moja mama z kolei jest mistrzynią w dawkowaniu podobnych historii. Od lat jestem genealożką, a ona dopiero po usłyszeniu jakiegoś wywiadu w radio zapytała: „A wiesz, że twój pradziadek szył buty Bolesławowi Prusowi?”.

KS: Myślisz o swoim dziadku czy pradziadku, widzisz świadectwa i nagle orientujesz się, że jego życie mogło być zupełnie inne. I to chyba najciekawsza część naszej pracy, gdy uświadamiasz sobie, że nasi przodkowie nie sprowadzają się do trzech dat – narodzin, ślubu i śmierci – ale mieli swoje pasjonujące życiorysy, nawet jeśli pochodzili z nieuprzywilejowanych środowisk. Niekiedy jakiś przypadkowo znaleziony album czy list może otworzyć drzwi do przeszłości, o której nie mamy pojęcia.

 


Kinga Urbańska i Karolina Szlęzak Historyczki, archiwistki, genealożki, założycielki Your Roots in Poland, a także prezeski Stowarzyszenia Twoje Korzenie w Polsce. Autorki i redaktorki licznych publikacji historycznych. Wiedzą na temat genealogii dzielą się na konferencjach i warsztatach w Polsce i za granicą

Artykuł pojawił się w numerze: Historie, z których się składasz