Subskrybuj
Danuta Danton fot. Andrzej Banaś / Polska Press / East News
Danuta Danton fot. Andrzej Banaś / Polska Press / East News
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Czary i litery

W polskiej szkole kolejne reformy nie potrafią zrealizować dwóch spraw najważniejszych. Nie wprowadzają rekrutacji, po której posady nauczycieli otrzymywaliby najlepsi absolwenci uczelni, i nie ustanawiają pensji zachęcającej ich do szukania pracy w szkole

Po prawie 40 latach pracy w szkołach podstawowych i gimnazjach Danuta Danton nie chciała przechodzić na emeryturę. Dyrektorka zdecydowała za nią, bo nauczycielka parę lat wcześniej przekroczyła sześćdziesiątkę i miała odpowiedni staż pracy. Danton wróciła do domu i już w progu powiedziała mężowi, że to niesprawiedliwe.

„Nie czuję się emerytką” – wyznała, kiedy Jerzy nalewał zupę.

„Tyle sensownych rzeczy robię z uczniami. Jak mam bez nich żyć?” – wydusiła, grzebiąc widelcem w sałatce z drugiego dania.

„Więc jestem stara i do niczego się nie nadaję?” – to już padło przy nietkniętym deserze.

Siedzieli w kuchni małego dwupokojowego mieszkania, które w połowie lat 50. wybudowano dla robotników stawianego kombinatu im. Włodzimierza Lenina w Nowej Hucie. Żyli w nim od końca lat 80. Nawet w czasach dorastania dwóch synów nie zamierzali szukać większego lokum, by nie stracić z oczu niebanalnych fasad socrealistycznych kamienic i porośniętych starodrzewem dziedzińców.

Mąż, gdyby uważał, że jest sens opowiadać o kwestiach obojgu dobrze znanych, musiałby przypomnieć, ile razy Danuta odpowiadała ich synom: „Słuchaj, pogadamy jutro”, po czym wracała do sprawdzianów i konspektów. Potem napomknąłby, że mniej więcej od dekady dom prowadzi przede wszystkim on: gotuje, robi zakupy, pamięta o rachunkach. Danuta, jak tylko znikały talerze po obiedzie, rozkładała na kuchennym stole zeszyty i bruliony przeróżnych sprawozdań. Może jeszcze przywołałby słowa jednego z synów, który od lat powtarza, że mama nie ma dla siebie czasu.

„Żałuję, że pani odchodzi” – usłyszała Danuta od ucznia, gdy targała bukiet kwiatów do samochodu, otrzymany na ostatniej w życiu uroczystości zakończenia roku szkolnego, w czerwcu 2019 r.

„Przecież nawet cię nie uczyłam” – odwróciła się do nastolatka, mocując się z wiązanką.

„Starsi koledzy, których pani uczyła, opowiadali tyle dobrych rzeczy, że aż im zazdroszczę”.

Danuta Danton pomyślała, że wygrała milion w totka.

Z uczulenia na kurz

– Skończyłam studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i wiedziałam, że nie chcę być nauczycielką. Wybrałam filologię, bo lubiłam czytać, a w liceum przyjeżdżałam z rodzinnego Krosna do Krakowa na wszystkie nowe spektakle teatralne. Nikt nie pytał: a co będziesz robić później? Sama siebie o to nie pytałam. Kiedy byłam już belfrem z dużym doświadczeniem, zrobiłam studia podyplomowe z doradztwa zawodowego. Chciałam pomagać uczniom w wyborze drogi, by nie błądzili tak jak ja.

W pierwszej pracy – bibliotece Domu Kultury w Pałacu pod Baranami – pojawiłam się z postanowieniem: „Wreszcie doczytam”, bo na studiach nie przeczytałam paru lektur, co mi doskwierało. Jako studentka co roku planowałam nadrobić zaległości podczas wakacji, ale latem od książek wolałam kolonie i obozy wędrowne, podczas których zdobywałam pierwsze doświadczenia wychowawcze. Nawiasem mówiąc, jako nauczycielka zawsze dbałam, żeby mózg moich uczniów mógł odpocząć, dlatego nigdy na ferie nie zadawałam zadań, ewentualnie sugerowałam parę przyjemnych w lekturze książek. Mimo to gimnazjaliści zdawali egzaminy w ósmej staninie na dziewięć istniejących, czyli z wynikami lokującymi ich w czołówce zdających. Ósmoklasiści też kończyli szkołę z dobrymi wynikami. Przetrenowanie wcale nie musi być efektywne. Czasami do sukcesu potrzeba próżniactwa.

Pod Baranami zamiast lektur akademickich czytałam Alfreda Szklarskiego i Karola Maya. To też była zaległość, bo dorastałam, chodząc na zajęcia do dwóch szkół: powszechnej i muzycznej, gdzie uczyłam się w klasie skrzypiec. Nie miałam czasu na Indian… Potem okazało się, że mam uczulenie na kurz. Ktoś mi powiedział: „No i co teraz będziesz robić? Może poszukaj pracy w szkole?”. Był początek lat 80., kiedy mając dwadzieścia parę lat, stanęłam przed dziećmi z pierwszej klasy jednej ze szkół podstawowych w Podgórzu. Miałam im pokazać proste działania rachunkowe, nauczyć alfabetu, poprowadzić zajęcia z rysunku, śpiewu, prac technicznych… Nie miałam żadnego przygotowania do pracy z małymi dziećmi.

Przez kolejne cztery dekady spotkałam wielu ludzi, którzy znaleźli się w szkole tak jak ja: przez przypadek, bo nie mieli pomysłu na życie. Niektórzy z czasem potraktowali go jednak jak swój, kończąc kursy metodyki nauczania, czytając książki na temat psychologii dziecka, wychodząc z własnymi pomysłami na życie klasy i szkoły. Co najmniej jedna trzecia poznanych przeze mnie nauczycieli przez całe zawodowe życie czuła się jednak w szkole jak na zesłaniu. Czy byli starzy, czy młodzi, tak samo nie lubili uczyć, nigdy nie mieli pomysłu na przedstawienie czy akcję społeczną, a przede wszystkim nie znosili uczniów.

Mnie pomogły dzieci – moje własne, czyli dwóch synów, których urodziłam w pierwszych latach po rozpoczęciu pracy. Na urlopie macierzyńskim dojrzałam jako człowiek i zaczęłam się dokształcać, jak być nauczycielem.

Kilka szkolnych historii

Tamtej dyskusji, której nie podjęła z braku nauczycielskiego doświadczenia, żałuje do dziś. Dobrze zaczęła: tłumaczyła matematyczce, że uczeń pisze znakomite opowiadania science fiction, koniecznie powinien iść do ogólniaka, bo co on zrobi z takim talentem po zawodówce? Nauczycielka postawiła jednak na swoim: jeżeli zadeklaruje złożenie papierów do szkoły średniej, ma gwarantowaną pałę na świadectwie z matematyki, bo ona nie może się kompromitować takim uczniem. Przy wyborze zawodówki może liczyć nawet na czwórkę. Pytanie: „To na ile właściwie umie ten przedmiot?”, młodej Danucie Danton jeszcze nie przeszło przez gardło.

O sile rutyny przekonała się jeszcze boleśniej, kiedy parę lat później w kącie szkolnego korytarza wypatrzyła osowiałego Wierzbę, siedzącego w golfie naciągniętym niemal na uszy. Wiedziała, że jego ojciec jest alkoholikiem. Na pytanie, co słychać, Wierzba po prostu odwinął golf i pokazał sine pręgi na szyi, odciśnięte przez ojcowskie palce. Danuta zgłosiła sprawę dyrektorce, ta policji i pomocy społecznej. Rodzinie założono „Niebieską Kartę” i ustanowiono kuratora. Tyle że u Wierzby nie zmieniło się nic, bo tak jak wcześniej zdarzało mu się przychodzić do szkoły pobitym albo nieprzytomnym z niewyspania, gdy pijany ojciec wyganiał z mieszkania rodzinę.

„Dlaczego rodzina wie, kiedy pani przyjdzie?” – zapytała kiedyś kuratorkę, która opowiadała nauczycielce, że rodzina zrobiła ogromne postępy. Ojciec jest trzeźwy, mieszkanie zawsze wysprzątane. Ostatnio czuła zapach gotującej się pomidorowej. „Wiedzą, bo inaczej by mi nie otworzyli”.

Potem w szkole pojawiła się matka – z pretensjami i wezwaniem, żeby nauczycielka ograniczyła kontakty z jej dziećmi do sprawdzania wypracowań, rodzinę zostawiając w spokoju, bo przecież nic złego się nie stało. Awantury zdarzają się wszędzie, jej tylko nie udało się w porę uciec z dziećmi przed pijanym mężem. Dyrektorce szkoły wydawało się z kolei, że Danuta angażuje się za bardzo. Przecież odpowiednie służby są zawiadomione, procedury ruszyły, więc o co chodzi?

„O efekt” – mogłaby odpowiedzieć, gdyby miała doświadczenie, jak rozmawiać i z kim, które przyszło do niej dopiero po kilku podobnych sprawach.

Na Stanisława patrzono rutynowo przez sześć lat szkoły podstawowej.

„Zdolny, zwłaszcza z przedmiotów ścisłych, ale bezczelny i agresywny” – usłyszała od jego nauczycieli. Ojciec alkoholik i matka, która miotając się z bezradności w przemocowym związku, znajdywała wsparcie i obronę tylko w kilkunastoletnim dziecku. O tym Danuta dowiedziała się, rozmawiając ze Stanisławem na szkolnej wycieczce, kiedy siedział zgaszony w autokarze, przejmując się mamą, która przez kilka dni jego nieobecności musiała radzić sobie z tatą sama. Baczne obserwacje nie przynosiły odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego jeden z największych drani w szkole stał się w gimnazjum wyciszonym, poważnym człowiekiem?

„Bo już nikt nie przypisuje mi autorstwa wszystkich bezeceństw, jakie się w szkole wydarzają” – odpowiedział rezolutnie, nie wypierając się jednak autorstwa części z nich. Podejrzewano go o udział w każdej rozróbie i niewydarzonym żarcie, od kiedy na początku podstawówki nauczycielka omyłkowo posądziła go o jakieś szkolne wykroczenie i ukarała. Ze złości przeskrobał coś całkiem świadomie, a potem już poszło. Czy zrobił coś złego, czy wręcz przeciwnie, nauczycielskie oko sprawiedliwości wyłuskiwało Stanisława ze szkolnego tłumu, by kolejny raz go pouczyć, wpisać uwagę do dziennika, wezwać rodziców. Zmianę w Staszkowym myśleniu wywołało dopiero jedno zdanie Danuty, gdy ta została jego nową wychowawczynią: „Macie u mnie czyste konto”. Obserwował ją podczas kolejnych klasowych zawieruch, od których trzymał się z daleka. Polonistka szukała jednak faktycznych sprawców, nie kierując się uprzedzeniami poprzedników. Dopiero wtedy uwierzył, że inne szkolne życie jest możliwe.

Przede wszystkim słuchaj

– Zdania o czystym koncie nawet nie pamiętałam – Stanisław przypomniał mi je podczas tamtej rozmowy. W kontakcie z młodym, wrażliwym człowiekiem – a większość uczniów taka właśnie jest – liczy się niemal każde słowo, gest, zachowanie. Rutyna może nieodwracalnie przekreślić czyjeś życie, jak Maćka, który nie został pisarzem, bo musiał iść do zawodówki. Dlatego w reformie polskiego szkolnictwa nie chodzi tylko o większe pieniądze.

Przyszli nauczyciele powinni mieć więcej zajęć z psychologii. Bez tego nie zrozumieją dzieci ani młodzieży, która dojrzewa dziś szybciej, także emocjonalnie. Wcześnie pojawia się u nich świadomość prawa do inności, jednak nie zawsze wiedzą, jak mogą jej bronić w świecie, który po staremu wymusza równanie do szeregu. Przygotowanie psychologiczne zapewni też nauczycielom wgląd w siebie. Inaczej nawet nie zauważą, kiedy staną się bufonami ze swadą wypowiadającymi się na każdy temat, bez dystansu do siebie, z pretensjami do bycia autorytetem. Dzisiaj dla młodych ludzi nikt nie jest autorytetem z automatu. Buduje się go mozolnie, dzięki zaufaniu, stawianiu zrozumiałych wymagań, docenianiu.

Przed dopuszczeniem do zawodu kandydaci na nauczycieli powinni mieć przeprowadzane testy psychologiczne, by nie angażować osób np. z niskim poczuciem wartości, które będą podbudowywać lekceważącym zachowaniem wobec słabszych, czyli uczniów. Pamiętam ze swojej pracy księdza katechetę – wykształconego i pobożnego, w którego uczniowie z ostatnich ławek rzucali butami. Takie osoby, nawet świetnie wykształcone, ale bez silnej osobowości, też nie powinny się w szkole znaleźć. Nie poradzą sobie z uczniami ani z rodzicami, którymi dzieci potrafią manipulować, nastawiając przeciwko nauczycielom, równie sprawnie jak niektórymi dorosłymi populistyczni politycy.

Nauczyciel musi mieć oczy dookoła głowy, słuchać ucznia i umieć go obserwować. Wtedy nie umknie mu czyjś smutek. Zauważy ślady po cięciach u dzieci w depresji. Nie złapie się na kłamstwa. Nie ulegnie pozorom ani uprzedzeniom. Nic tak nie sprzyja budowie autorytetu jak powiedzenie „przepraszam”, gdy kogoś źle się oceniło, albo „nie wiem, nie rozumiem, doczytam”. I gdy faktycznie się doczytuje i sprawdza, żeby odpowiedzieć na pytanie. Wypełniając kolejne konspekty i sprawozdania, nauczyciel nie może tracić z oczu jednego: ucznia. Na wszystko jest jakiś sposób, nawet na nudne lektury. Poprosiłam uczniów o przedstawienie dowolnej książki, o której chcieliby opowiedzieć. Przynieśli encyklopedie zdrowia, książki o słoniach, podróżnicze, techniczne… Nawet trójkowicze opowiadali tak, że trudno było im przerwać, znali odpowiedź na niemal każde pytanie. Ale gdyby im nie zadać takiego zadania, pozostając przy omawianiu np. Naszej szkapy? No właśnie, może nigdy bym się nie dowiedziała, jakim mówcą jest uczeń, który przy omawianiu nowelki Konopnickiej odpowiadał monosylabami.

Co o nas mówią małe litery

Drzewce spółgłosek t, ł czy k powinny wyciągać się wysoko w górę. Wedle psychografologii pięknie rozwinięte żagle t i ł zdradzają umiejętności artystyczne. Litery nie mogą być drobne, raczej kształtne, nawet pękate. W przerwie między wyrazami ma się zmieścić jedna litera. Jeśli litery są małe, wersy nie trzymają linii, lecąc w dół, a wyrazy rozstrzelone – autor tak napisanego tekstu najpewniej się izoluje i ma powody do smutku. Małe litery stawiane przez profesora uczelni to jednak nie problem. Ma osiągnięcia, może pozwolić sobie na skromność. Jeżeli literową drobnicą sypie uczennica podstawówki, nauczyciel powinien zwrócić na nią uwagę, może zaprosić na rozmowę. Małe litery wedle psychografologii to sygnał, że ich autor z jakiegoś powodu chce być mniejszy, niż jest.

Musisz w siebie uwierzyć” – Danton powtarzała takim uczniom. – Nawet rozpychaj się łokciami, jeżeli czujesz, że świat cię ignoruje”. Innym radziła pisanie długopisem, by mogli go przycisnąć do kartki i poczuć własną siłę. Łobuzom polecała pióro dla nauki wyczucia i delikatności.

Litery pochylone raz w prawo, raz w lewo? Jeżeli stawia je 13-latek, ma prawo, bo dojrzewa i daleko mu do wewnętrznej stabilności. U osoby dojrzałej takie pismo jest sygnałem nierozwiązanych problemów emocjonalnych. Z kolei esy-floresy, które z zeszytu robią starodruk, to nie tyle piękne pismo, ile chęć ukrycia kompleksów.

„To jakieś czary” – stwierdziła dyrektorka szkoły, której Danuta Danton prawie 20 lat temu opowiedziała o grafologii psychologicznej, metodzie analizy obrazu pisma odręcznego, która jest jednym z narzędzi poznawania osobowości, talentów i predyspozycji. Tekst napisany odręcznie mówi o tym, jakim się jest, a podpis – jakim chciałoby się być. Pozwala więc poznać mocne strony i daje możliwość pracy nad słabszymi. Metoda sprawdza się przy wyborze szkoły czy zawodu, więc polonistka sugerowała proponowanie rodzicom i uczniom korzystanie z takiej pomocy.

Dyrektorka nie zgodziła się na wprowadzenie u siebie nowego narzędzia pomagania uczniom. Prorektor UJ, któremu Danton proponowała, że poprowadzi kurs z psychografologii dla studentów pedagogiki jako wolontariuszka, ocenił je jako interesujące, ale zbyt nowatorskie. Ówczesny kurator oświaty Jerzy Lackowski okazał się entuzjastą narzędzia, lecz też doszedł do wniosku, że to jeszcze nie pora na takie eksperymenty.

Wreszcie podczas studiów podyplomowych z doradztwa zawodowego Danuta zdała odpowiedni egzamin, a mając kwit, można w szkole prawie wszystko. Nie tylko analiza psychografologiczna przestaje być podejrzana. Kwit pozwala zaprosić do szkoły nawet położną. Od kilku lat możliwość opowiedzenia uczniom o dojrzewaniu, menstruacji czy ryzykach związanych z rozpoczęciem współżycia seksualnego w wieku nastoletnim zależy bowiem – choć nie powinna, bo nie wymaga tego prawo – od zgody szefa / szefowej kuratorium oświaty. Wielu dyrektorów na wszelki wypadek o wydanie takiego kwitu nie występuje. Uważają, że to nie ma sensu, skoro władza zwierzchnia oczekuje, by nikogo z zewnątrz na zajęcia do szkoły nie zapraszać.

Rodzic dzwoni przed północą

– W liceum, kiedy mama budziła mnie do szkoły, odpowiadałam jej w języku rosyjskim. Mówiłam w nim biegle i ciągle było mi mało, a przecież to był język niechciany! Uczyć się ruskiego? Po co? „Trzeba znać język wrogów i przyjaciół” – odpowiadał prof. Tadeusz Sporniak, rusycysta i historyk z krośnieńskiego liceum. Elegancki, uśmiechnięty, nie pamiętam go w złym humorze, choć miałam z nim lekcje codziennie – z sobotami włącznie. Jako nauczycielka chciałam mieć choć jedną setną tej osobowości, którą miał on. Przecież jemu też na pewno wiele rzeczy w szkole się nie podobało, ale mimo to brał przeszkody lekko – tak że uczniowie nie mieli szans ich zauważyć.

Nigdy nie udzielałam korepetycji, by po lekcjach mieć czas dla uczniów, którzy potrzebowali rozmowy. Pisałam z mężem i uczniami teksty przedstawień oraz kabaretów okolicznościowych. Wspólnie wymyślaliśmy atrakcje, np. na kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, by zebrać jak najwięcej pieniędzy do puszek. Byłam na tyle zapracowana, że właściwie nie zastanawiałam się, dlaczego pewne rzeczy idą w szkole tak opornie, mimo że są pożyteczne. By robić swoje, posuwałam się nawet do oportunizmu: od kiedy dyrekcja jednego z gimnazjów wprowadziła nakaz sprawdzania prac pod kątem plagiatów i dokładnego podawania adresu internetowego, skąd pracę skopiowano, nie zadawałam wypracowań do napisania w domu. Zamiast pójść do dyrekcji, by wyjaśniać punkt po punkcie, ile to zabiera czasu, jeśli się sprawdza nawet 300 prac tygodniowo, zdecydowałam, że moi uczniowie piszą wypracowania tylko na lekcjach. Zrobiłam to dla świętego spokoju, żeby nikt się nie czepiał, i dla zyskania sił na robienie wtedy czegoś bardziej sensownego niż zabawa w śledczego.

Nie zadawałam zadań domowych, za to podawałam rodzicom swój numer telefonu. Tak, dzwonili o różnych porach. Bywało, że prawie o północy, kiedy wszyscy w ich domu już spali i mogli swobodnie porozmawiać o tym, co ich w synu czy córce niepokoi.

„Jak tak można?” – pytali mnie niektórzy. Można, kiedy odkrywa się, że dziecko jest całe w bliznach po samookaleczeniach, albo gdy jest maltretowane w szkole za swoją odmienność, albo zwyczajnie nie chce się uczyć i na dodatek notorycznie kłamie. Jeżeli chce się dziecku pomóc, to trzeba być dostępnym przez 24 godziny na dobę. Nie żartuję. Zgadza się, to było uciążliwe, ale wszyscy wiedzieli, że do mnie może przyjść dziecko „każdej wiary” i dowolnego światopoglądu, nawet ci, którzy powtarzali za mediami lub rodziną, że „z pedałami należy zrobić porządek”.

Nigdy nie jest tak, że nic nie można zrobić, a kto tak myśli, nie powinien zostać nauczycielem.

Możliwości na miarę zasięgu

Papież Pius XII modlił się do Stwórcy, żeby zabrał go ze świata, którego nie rozumie. Danuta Danton modli się tylko prywatnie, jednak podobnie jak papież czasu wojny i gwałtownych przemian też ma poczucie, że nie zawsze wszystko rozumie.

„Jak urządzą świat ludzie, którzy wstają o 10.00?” – pomyślała, kiedy koleżanka z Uniwersytetu Trzeciego Wieku opowiedziała o wnuczce, która została uczennicą Szkoły w Chmurze. Rozpoczyna lekcje około południa. W zajęciach uczestniczy zdalnie, za pośrednictwem platformy edukacyjnej. Przyjaciół i kolegów ma jedynie na zajęciach dodatkowych, więc spotyka się z nimi raz w tygodniu. Taką formę edukacji uważa się za bardziej efektywną, bo dzieci skupione są wyłącznie na nauce i indywidualnym rozwoju talentów.

Czekając na zajęcia z orientalistyki, Danuta zaczęła się zastanawiać, kiedy dzieci po takiej edukacji dowiedzą się, że świat budzi się wcześniej niż one. Nawet jeśli będą najzdolniejsze, żeby coś osiągnąć, będą musiały nauczyć się dostosowywania do niechcianych reguł. Zajęcia już trwały, a nauczycielka mnożyła w myślach kolejne wątpliwości, daleko odbiegając od pułapek edukacji zdalnej. Praca, nawet najprzyjemniejsza, to jeszcze znój i rozczarowania. Jak dzieci poznają ich smak, jeśli niektórzy rodzice ułatwiają im życie, usuwając każdą przeszkodę, tego samego oczekując od szkoły? Jaki świat zbudują ludzie, którym kończą się możliwości wraz z zasięgiem internetu? Osadzeni w wirtualnym świecie, czy nauczą się życia z innymi ludźmi tu i teraz? Stawiania granic w taki sposób, żeby nikogo nie zranić? Rozpoznawania ludzi przyjaznych i obrony przed cwaniakami?

Pod pulpitem Danuta Danton wyjęła smartfon i zaczęła przeglądać 101 sposobów radzenia sobie ze stresem, szukając recepty na opanowanie mnożących się wątpliwości. „Wstań i porozciągaj się”. To dopiero na pilatesie (dwa razy w tygodniu) albo wieczorem na rowerku stacjonarnym. „Posprzątaj w swojej szafie” – głosił punkt 82., po którym tylko prześlizgnęła się wzrokiem. „Mów mniej, a więcej słuchaj” – wyszperała na końcu listy. Uspokoiła się jednak dopiero, gdy pod numerem 26. przeczytała: „Zrozum, że nigdy nie poznasz odpowiedzi na wszystkie pytania”.


Uczennice / uczniowie są ukryci pod pseudonimami, które Danuta Danton wymyśliła na użytek swojej książki o problemach polskiego szkolnictwa, pt. Ostatni dzwonek dla rodziców i społeczeństwa (Wydawnictwo Manufaktura Słów, Gdynia 2021)

Artykuł pojawił się w numerze: Nassim N. Taleb: Jak zwodzi nas przypadek