Ze spotkań warszawskiego Klubu Gnosis – założonego w 1992 r. przez legendarnego polskiego tłumacza Jerzego Prokopiuka i jego przyjaciół skupionych wokół periodyku o tej samej nazwie – pamiętam głównie błyskające w półmroku pierścienie upstrzone zagadkową symboliką oraz udzielający się od razu nastrój dyskretnej niezwykłości. I jeszcze to zdanie, które do dzisiaj dźwięczy mi w głowie, wypowiedziane przez Prokopiuka 11 marca 2002 r. podczas dyskusji panelowej poświęconej Traktatowi teologicznemu Czesława Miłosza (taką przynajmniej datę podpowiada mi wciąż istniejące w zakamarkach sieci archiwum Klubu). Dyskusji, w której udział wzięli inni stali bywalcy klubowych wydarzeń, a także – nie będzie to żadna przesada, jeśli tak ich nazwę – jego towarzysko-intelektualne filary: Krzysztof Dorosz, Mieczysław Litwiński oraz Światosław Florian Nowicki.
Spóźniłem się wtedy i wprost z ciemnej, zimnej i zaśnieżonej, jak na polski marzec przystało, ul. Elektoralnej wbiegłem do przytulnej sali Mazowieckiego Centrum Kultury, w którym akurat wtedy Klub miał jedną ze swoich tymczasowych przystani. Tak się bowiem składało, że ze wszystkich warszawskich siedzib, po kolei – a trochę ich w historii tej inicjatywy było, m.in. w Muzeum Etnograficznym, w Le Madame, w jakimś dziwnym pomieszczeniu przy Marszałkowskiej, a potem jeszcze w Dziku przy Belwederskiej – klubowiczów prędzej czy później albo przeganiano, albo zamykano przyjazne im podwoje. Pod rozmaitymi administracyjno-logistycznymi pretekstami, z których żaden nawet przez chwilę nie był w klubowym gronie traktowany poważnie, bo przecież wszyscy rozumieli doskonale, że są to najzwyklejsze represje. Motywowane, a jakże, światopoglądowo. Wiadomo, w opresyjnym katolickim państwie nie może być miejsca na herezje – powtarzano, popatrując na siebie i znacząco kiwając przy tym głowami. Nie bez pewnej dumy, bo ostatecznie taka skala prześladowań dowodziła wyłącznie wysokiej klasy prześladowanego. W każdym razie tamtego marcowego dnia, spóźniony, wbiegłem do sali przy Elektoralnej, zasiadłem obok jakiejś nobliwej miłośniczki wiedzy tajemnej i chyba właśnie wtedy usłyszałem to zdanie, które dotąd dźwięczy mi w głowie.
„Jak wiemy z wiedzy ezoterycznej, przez Ziemię przebiegają eteryczne pasy”.
Wiedza niedostępna dla tłumu
Zdanie to wypowiedziane zostało z tak absolutną pewnością, że nie powstydziłby się jej chyba nawet sam Kartezjusz, ten ojciec (niejedyny) nowoczesności, co i rusz obwiniany, także w Klubie Gnosis, o wszelkie możliwe jej wady i zaślepienia. Promotor obiektywizmu, dla którego, paradoksalnie, subiektywnie doświadczana klarowność i oczywistość były ważnymi kryteriami prawdy (o istnieniu już nawet nie wspominając).
Zaraz po tym zdaniu nastąpiła elegancka, iskrząca się erudycją i dowcipem tyrada, w której, powołując się głównie na dzieła Rudolfa Steinera, zmarłego w 1926 r. twórcy antropozofii – i jakichś jego uczniów – Prokopiuk wywodził, że jeden z takich „eterycznych pasów” przenika przez historyczne terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego. I stąd tam właśnie, by tak rzec, obfity wysyp wieszczów. Z pozoru tylko – w świetle tych ustaleń – zaskakujący. Czy raczej: zaskakujący wyłącznie dla kogoś, kto w swoich rachubach literaturoznawczych nie bierze pod uwagę kluczowej roli czynnika eterycznego. Przy czym chodzi tu o wieszczów wykazujących inklinacje ku religii, mistyce, ale i – co w klubowym kontekście najważniejsze – naukom tajemnym. I tak, w perspektywie teorii „eterycznych pasów” – ogłaszanej, jak wspomniałem, niczym samonarzucająca się oczywistość – losy Mickiewicza i Miłosza, a także innych urodzonych w tej okolicy artystów, myślicieli i polityków traciły natychmiast wszelką meandryczność. Przeciwnie, stawały się zupełnie naturalne, zrozumiałe i – można powiedzieć – aż nadto logiczne, aż nadto jasne i proste. Oczywiście, żeby tę logikę, jasność i prostotę odpowiednio uchwycić, żeby dostrzec, jak sprawnie z eterycznego tła zarządza ona ich życiowymi trajektoriami, trzeba dysponować wiedzą, do której dostępu nie dają ani szkoły powszechne, ani studia polonistyczne, ani w ogóle żadne inne oficjalne edukacje. Daje do niej natomiast dostęp m.in., uczestnictwo w tym akurat gronie wybrańców, którzy z jakichś (zapewne nieprzypadkowych) powodów znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie.
Wiedza ezoteryczna, jak sama nazwa wskazuje, jest bowiem właśnie ezoteryczna, esôterikós (gr. „należąca do wewnętrznego kręgu”), z samej zatem definicji zamknięta dla tłumu.
W takim to sensie używano tego przymiotnika w epoce późnej starożytności, kiedy po raz pierwszy pojawił się w obiegu. W przeciwieństwie do tego, co „egzoteryczne” – a więc dostępne dla każdego, dla wszystkich, otwarcie – „ezoteryczne” pozwala się poznać wyłącznie małej grupie. Dlatego na bezowocnych poszukiwaniach takiej wiedzy można czasem spędzić całe życie. Po prostu, jeśli się nie ma ku temu odpowiednich predyspozycji, droga nie zostanie odnaleziona. Jak głosi stara (ezoteryczna) maksyma – mistrz (czytaj: dostęp) pojawia się wtedy, kiedy uczeń jest gotowy. Nie sposób odszukać go na siłę, bez odpowiednich przygotowań i dyspozycji.
Tymczasem w marcu 2002 niewątpliwie znaleźli doń drogę ci, których osobiste, „eteryczne” uwarunkowania przywiodły na Elektoralną w Warszawie. Tam, gdzie biło źródło ukrytej prawdy. Jej arkana – zarówno podczas owego spotkania, jak i podczas wielu innych, w których brałem udział, publicznych i prywatnych – wykładał Prokopiuk zawsze z tą samą niezachwianą pewnością w głosie. Tak jakby, rekonstruując najdziwniejsze dywagacje Rudolfa Steinera na temat powlekającego ponoć wszystko eteru – widocznego tylko dla oka, które umie przekroczyć banał konwencjonalnej percepcji – opisywał budowę jakiegoś organizmu umieszczonego pod supernowoczesnym mikroskopem.
W kole wcieleń
Podobnie zresztą brzmiał, rozprawiając o reinkarnacji, jednym ze swoich ulubionych tematów. W ruch szły wtedy jego charakterystyczne smukłe dłonie z zagadkowymi pierścieniami (to właśnie one tak błyskały na Elektoralnej). Jeden pierścień z zielonym kamieniem szlachetnym. Drugi z czerwonym krzyżem na białym tle, podarowany na znak szacunku oraz honorowego członkostwa przez dwóch współczesnych przedstawicieli zakonu templariuszy (tak, tak!). Trzeci: pierścień Atlantów, do nabycia w sklepiku wysyłkowym czasopisma „Nieznany Świat” albo na pierwszym lepszym ezostraganie. Te trzy pierścienie podążały posłusznie za żywo gestykulującymi dłońmi, przenikliwe spojrzenie szklanego oka świdrowało rozmówcę, drugie oko zaś, ruchome dla odmiany jakby nadmiarowo, zdawało się pląsać w rytm rozwijanej opowieści. Nieodmiennie barwnej, błyskotliwej i – naturalnie – rzucającej nowe, niesamowite światło na splątane koleje ludzkiego losu.
Mowa była najczęściej o przygotowywaniu się – stopniowym, niespiesznym, lecz metodycznym – do kolejnego wcielenia. O tym, co się dokładnie z człowiekiem po śmierci dzieje, krok po kroku, sekunda po sekundzie.
O tym, jak rozdzielona z materialną powłoką dusza pokonuje kolejne etapy procesu oczyszczania się z wpływów świata fizycznego, przechodząc przez siedem pośmiertnych „regionów”. Są to, odpowiednio: region ognia żądz, płynącej pobudliwości, pragnień, przyjemności i przykrości, światła dusznego, aktywnej siły dusznej oraz życia dusznego. A kiedy już je wszystkie przejdzie, wówczas, hop, przeskakuje zwinnie do następnego wcielenia. Żyje w nim, żyje i żyje, aż wreszcie umiera, a proces oczyszczania rozpoczyna się od nowa. I tak w koło. Aż do niesprecyzowanego końca, który ponoć kiedyś rzeczywiście nastąpi – jak już wszystkie zadania i wtajemniczenia zostaną w duchowym rejestrze „odhaczone”.
Ale z pewnością jeszcze nie teraz. I w ogóle nie w jakimkolwiek widocznym horyzoncie. Zwłaszcza że procesy, o których tu mowa, nie są regulowane jedynie prawidłami indywidualnej karmy – czyli, najkrócej rzecz ujmując, energii uczynków z danego wcielenia, która za nami przez kołowrót wcieleń wędruje – ale i karmy zbiorowej: narodowej, kontynentalnej, wreszcie globalnej. To zatem, kim jesteśmy oraz co się w naszym życiu wydarza, jest dopiero wypadkową tych wszystkich wibracji.
I zawsze ta pewność w głosie, śmiałe przekonanie o własnej racji. Jakaś w sumie, mówiąc szczerze, podprogowa apodyktyczność, która kompletnie nie korelowała z hasłami wolności, herezji i antydogmatyzmu (z wyjątkiem dogmatyzmu antykatolickiego, ma się rozumieć). Do tego – zupełnie egzotyczne teorie, niepoparte niczym poza przypisywaną sobie przez Steinera zdolnością jasnowidzenia. Traktowane przez Prokopiuka z pełną powagą, której nigdy nie byłem w stanie zrozumieć. No bo proszę tylko posłuchać fragmentu z jego Labiryntów herezji: „Steiner, badając astralną kronikę kosmosu (akaša), stwierdził, że istniało dwóch Jezusów. Konstatację tę potwierdza fakt, że w Ewangeliach przytacza się dwie różne genealogie Jezusa (u Mateusza i u Łukasza) (…). Rodzice obu nosili imiona Józef i Maria. (…) Po pobycie obu w świątyni w Jeruzalem – w wieku 12 lat – Jezus »Mateuszowy « umiera, po śmierci jednak duchowo łączy się z Jezusem »Łukaszowym«. Również w części umierają rodzice obu, podczas gdy pozostali łączą się w nowym małżeństwie. Jezus »Mateuszowy« był reinkarnowanym Zaratusztrą (…) Jezus »Łukaszowy« był »tą cząstką Adama, która nie uległa upadkowi«”.
To wszystko deklamowane bez mrugnięcia okiem (tym ruchomym, bo nieruchome nie mrugało nigdy), z fundamentalnym przeświadczeniem, że tak się właśnie sprawy mają. A przecież cała bogata tradycja hermeneutyki biblijnej, jak również – choć to w tym kontekście zabrzmi ryzykownie – najzwyklejszy zdrowy rozsądek podpowiadają, że mamy do czynienia z jawną blagą. Oraz pozbawioną polotu dosłownością: skoro genealogie u Mateusza i Łukasza się różnią, zatem Jezusów było tak naprawdę dwóch, no ale jeśli finalnie był jeden, to drugi musiał umrzeć, umarło im też po jednym rodzicu z każdej strony. Plus Zaratusztra w pakiecie z „cząstką Adama”.
Upodobanie do pstrokacizny
Cokolwiek by jednak mówić o Steinerze – w młodości obiecującym filozofie, znawcy twórczości Goethego i Nietzschego, który w pewnym momencie zafascynował się teozofią i został jasnowidzącym z własnego nadania – jedno trzeba mu uczciwie przyznać. To jego monstrualnych rozmiarów dzieło (ponad 6 tys. wykładów) stało się podstawą prężnie się rozwijającego ruchu antropozoficznego, obejmującego m.in. szkolnictwo waldorfskie, biodynamiczne rolnictwo, kosmetyki Dr. Hauschka, firmy kosmetyczno-farmaceutyczne Wala i Weleda, alternatywną medycynę, architekturę, myśl społeczną, dietetykę, a nawet… bankowość. Jest to mimo wszystko jakoś imponujące i roztacza niewątpliwy urok (kto nie wierzy, niech poszuka w sieci nagrań z ujmująco wystylizowanym na Steinera antropozofem Bodo von Plato). Wprawdzie jest to urok typowy raczej dla ekscentrycznej, przy tym dość konserwatywnej ciotki, organizującej herbaciane rozmówki o duchach, aniżeli dla jakichś ekscytujących magiczno-ezoterycznych transgresji – ale zawsze. W każdym razie, chociaż książki i wykłady Steinera pełne są XIX-wiecznych przesądów, konfabulacji i niestworzonej kombinatoryki, a na dodatek napisane zostały językiem wyjątkowo, proszę wybaczyć, drętwym – jest to autor należący już do klasyki, mający w historii niekwestionowane miejsce. Jakkolwiek by więc śmiesznie i dziwacznie dziś brzmiał, wolno, jeśli ktoś lubi, traktować go serio. Prokopiuk tymczasem, oprócz gigantycznej erudycji oraz słabości do antropozofii, miał również zagadkowe upodobanie do myślowej i nie tylko myślowej pstrokacizny. By nie powiedzieć mocniej: tandety. Przykładem ten nieszczęsny „pierścień Atlantów”, z żadnymi „Atlantami”, naturalnie, niemający nic wspólnego, bo niemający w ogóle nic wspólnego z niczym poważnym (wiadomo, nawiasem, że cały ten „pierścień” to była mistyfikacja zorganizowana przez niejakiego Rogera de Lafforesta, francuskiego pisarza i dziennikarza urodzonego na początku XX w.). Inny przykład – lektury spod znaku pulp, które namiętnie pochłaniał i którymi bardzo się przejmował, jakieś trzeciorzędne fantasy, pełne smoków, czarodziejów i księżniczek. Albo też wydawane w Polsce masowo w latach 90. sensacyjno-ezoteryczne, pseudonaukowe książki, zawsze z krzykliwymi tytułami obiecującymi ujawnienie „wielkich tajemnic”, „ukrywanych sekretów” bądź też „odwiecznie zakazanych prawd”.
Pamiętam odwiedziny w jego klimatycznym mieszkaniu przy Nowolipiu. Skromnym, wręcz ubogim, na pewien sposób ascetycznym, a zarazem wywołującym wrażenie jakiegoś nadmiaru. Wypełnionym aż po sufit starymi szpargałami i książkami, których miał tyle, że prawie już nie starczało miejsca na meble. Były tam, owszem, jakieś powycierane fotele, pamiętające chyba przedwojnie biurko i kilka krzeseł, lecz całą resztę przestrzeni zachłannie okupowały książki. Na tych książkach zaś – uformowanych w wysokie, chwiejne, jakby mające się zaraz rozsypać stosy – stały tajemnicze ryciny i jeszcze bardziej tajemnicze wykresy. Z portretu w starej ramce przenikliwie i jasnowidząco spoglądał Rudolf Steiner. Obok – zdjęcia samego Prokopiuka na różnych etapach aktualnego wcielenia. I jeszcze kolekcja preparatów homeopatycznych i antropozoficznych, na półeczce niedaleko biurka. Eleganckie, stare flakoniki i pudełeczka, niewielkie naczynko, na nim mosiężna, zdobiona łyżeczka – wyglądało to niczym przybornik w gabinecie alchemika. W powietrzu unosił się słodkawy aromat kadzidła, najczęściej drzewa sandałowego albo kwiatu champy. Pośrodku tych szpargałów, książek, rycin, wykresów, portretów, kadzidła oraz flakonów i mosiężnej łyżki siedział majestatycznie Prokopiuk, z nieruchomym, szklanym okiem, łysą głową i upierścienionymi dłońmi. Z imbryka polewał gorącą herbatę, a następnie rozpoczynał perorę – o subtelnych światach, ciałach astralnych, spotkaniach z magami, astrologami i wielkimi wtajemniczonymi.
I właśnie podczas jednej z takich peror powiedział mi – z przejęciem – że czyta niebywale interesujące dzieło. Jego autor twierdzi zaraz na początku, że biblijna Ewa była tak naprawdę Lucyferem.
W dalszej części książki dokonuje stosownych reinterpretacji wszystkiego, co wiemy o świecie, właśnie w duchu tych bezspornie ustalonych rewelacji. „Przeciekawe! – powtarzał Prokopiuk. – Rewolucyjne! Rzucające na całą historię stworzenia, wcielenia i zbawienia zgoła odmienne światło!”
Początkowo zdawało mi się, że żartuje, bo to przecież niemożliwe – czytywać Novalisa, Goethego i Junga w oryginale, a jednocześnie tak ekscytować się bujdami z trzeciorzędnej literatury pseudoduchowej. Poza tym, czyżby Rudolf Steiner nie wyczytał tego wcześniej w annałach kosmicznej kroniki akaša? 6 tys. wykładów, a tymczasem się okazuje, że guzik prawda, wszystko było inaczej, Lucyfer i Ewa to jest jedna i ta sama osoba?
Ponadto: jakie to rzuca światło na rzekomą progresywność ezoteryki? Ostatecznie nawet najbardziej konserwatywni katolicy nie głoszą tak jawnie antyfeministycznych przekonań. Od biedy można by było jeszcze zrozumieć obawy, że niektóre kobiety z diabłem bezpośrednio współpracują (za czasów polowań na czarownice przecież rozpowszechnione), ale żeby je z diabłem, lekką ręką, utożsamić? To jest być może pomysł, który przypadłby do gustu nieszczęsnemu Ottonowi Weiningerowi, zmarłemu śmiercią samobójczą w 1903 r. autorowi opętańczej biblii mizoginów pod tytułem Płeć i charakter – której fragmenty ukazały się po polsku właśnie w tłumaczeniu Prokopiuka – lecz z pewnością nie komuś, kto, jak Prokopiuk, deklaruje się jako zwolennik obyczajowego i cywilizacyjnego postępu.
Jednym słowem: paradoks.
Pragnienie sensu
Ale może właśnie nie było w tym nic paradoksalnego? Może odrzucenie reguł racjonalności i empiryzmu na rzecz wiary w to, że Rudolf Steiner swoim jasnowidzącym okiem rzeczywiście prześwietlił wszelkie możliwe duchowe sfery, musiało prędzej czy później doprowadzić do jakiegoś, nazwijmy to, poznawczego miszmaszu? Takiego samego, jaki cechuje współczesną kulturę, identycznie rozdwojoną? Z jednej strony – nieprawdopodobny technologiczny rozwój, nauka i medycyna przekraczające wciąż kolejne granice wyobraźni, wydzierające człowiekowi i naturze najpilniej dotąd strzeżone tajemnice. Wiedza, z którą nic zupełnie nie może się równać, imponująca, potężna, monumentalna. Jak nigdy wcześniej w historii. Z drugiej strony ogromna naiwność, łatwowierność, podatność na blagę. Teorie spiskowe rozprzestrzeniające się z prędkością światła. Najbardziej nierozumne zabobony podnoszone do rangi ekscytujących nowości albo „prawd” ukrywanych ponoć przez „system”, które rozgłasza się na Twitterze niczym nową ewangelię. Mgliste figury sprzedające miliony egzemplarzy książek albo podcastów wypełnionych po brzegi duchową papką i pseudonaukową logoreą. Celebryci noszący na nadgarstkach „kabalistyczne” nitki.
Kolejne generacje młodych ludzi, dla których popularna ezoteryka – karty tarota, aplikacje astrologiczne, medycyna alternatywna, wróżbiarstwo, czarownicze kulty magiczno-naturalne à la wicca albo posilanie się „energią kryształów” – staje się, jak pokazują badania, czymś na kształt oczywistego, niekwestionowalnego światopoglądu.
W tym sensie mamy tu umysłowość modelową dla współczesności, choć sam Prokopiuk – jestem pewien – uznałby tę diagnozę za herezję niewybaczalną, w odróżnieniu od tych herezji, które sam z dumą głosił. Był przecież szczerze przekonany, że cała jego egzystencja jest właśnie formą szlachetnej rewolty przeciwko płyciźnie dzisiejszego świata. Zarazem miał się za progresywistę, o Kościele katolickim wypowiadał się wyłącznie w sposób nacechowany złośliwością przechodzącą niepostrzeżenie w pogardę. Z niejaką ostentacją otaczał się młodymi ludźmi – skądinąd, po pewnym czasie, wszyscy ci młodzi ludzie jakoś się rozchodzili, jednak na ich miejsce zawsze pojawiali się nowi – i w ogóle podkreślał, że jest człowiekiem, w którym nie uświadczysz żadnej skłonności konserwatywno-tradycjonalistycznej. Żadnego przesądu i zabobonu. Jednocześnie ważne decyzje życiowe konsultował zawsze z tarocistami i astrologami. Swoje zdrowie natomiast – przynajmniej do czasu – powierzał homeopatom oraz nieodległym od nich ideowo i praktycznie „lekarzom antropozoficznym”. Bardziej niż preparatom ordynowanym przez specjalistów kardiologów ufał miksturom, których receptury opracował osobiście Rudolf Steiner. Lubił np. opowiadać, że kiedy tylko dopadają go problemy z sercem, zaraz sięga po niezawodną maść Aurum Compositum, której składnikami są… złoto, mirra i kadzidło. No bo cóż innego bliższe jest naturze serca (na subtelnych poziomach, gdzie pracują niewidzialne siły regulujące formę fizyczności), jeśli nie ta właśnie triada, dalece nieprzypadkowo podarowana Zbawicielowi przez trzech magów przybyłych ze Wschodu? Z wielką pracowitością wcierał więc Aurum Compositum w piersi, ilekroć odczuwał jakieś niepokojące objawy w tych rejonach ciała. Przekonany, że działa to znacznie lepiej aniżeli najbardziej nawet nowoczesna kuracja, którą mógłby zaordynować mu kardiolog konwencjonalny, a więc nieświadomy, jak serce naprawdę działa (dodajmy: wcale nie pompuje krwi, lecz, odwrotnie, jest przez krew poruszane – tak twierdził Steiner i tak się do dzisiaj stawia sprawę w medycynie antropozoficznej). I w tym także, paradoksalnie, przypominał współczesnego człowieka, zagubionego w gąszczu niemożliwych do zweryfikowania informacji, fantazji i teorii spiskowych, wybierającego zamiast medycyny bioenergoterapię, ustawienia rodzinne, homeopatię, interwencje pseudoszamańskie, „ceremonię Kambo”, sesje z ayahuascą, „nową medycynę germańską”, „biologię totalną” albo inne podobne praktyki. Choć przecież zdawało mu się, że operuje tutaj na poziomach przeciętnym obywatelom właśnie niedostępnych, bo tajemnych, głębokich i wywodzących się z jakichś pradawnych mądrości.
Dokładnie tak, jak zdaje się dzisiaj każdemu, kto po to wszystko sięga z nadzieją na uzdrowienie ciała i ducha. To znaczy na odnalezienie zagubionej więzi z takim czy innym „eterycznym pasem” albo w ogóle z czymkolwiek, co pozwoli uwierzyć, że cierpienie, bezsens i chaos choroby mają w gruncie rzeczy jakiś sens, tyle że na pierwszy rzut oka niewidoczny.
Obietnice bez pokrycia?
Takie to bowiem właśnie kuszące obietnice słyszało się podczas spotkań w Klubie Gnosis, takie to zapowiedzi odszyfrowywało się w błyskach pierścieni upstrzonych zagadkowymi symbolami. Że jest gdzieś, na wyciągnięcie ręki, inny, lepszy, subtelniejszy świat. Że w niedostępnych zwykłym ludzkim zmysłom przestrzeniach – możliwych do namierzenia, jeśli odbierze się odpowiednie nauki, jeśli dokona się specjalnych ezoterycznych strojeń – ukrywa się rdzenna struktura bytu. I kiedy już się pozna do niej wszystkie klucze – a w każdym razie te pozwalające choćby odrobinę uchylić drzwi i otworzyć mikroskopijny prześwit – wówczas w bezładzie codzienności zacznie się wreszcie dostrzegać Wzór. Bezlitosne i ślepe sploty przypadkowych zdarzeń, widziane z odpowiedniej perspektywy, zamienią się w ścieżki indywidualnego i zbiorowego przeznaczenia, wytyczane arytmetyką karmicznych zależności. Odtąd możliwe do przynajmniej częściowego odcyfrowania, a nade wszystko prowadzące do celu. Jeżeli nie w tym wcieleniu, to w kolejnym, a może w kolejnym lub jeszcze kolejnym. Nie: tańczące przez mgnienie oka nad pustą, bezdenną przepaścią, a potem spadające w nią i znikające bez śladu, lecz: starannie poprowadzone od punktu A do punktu X. Choćby ten pierwszy niknął zupełnie w mrokach przeszłości, a ten ostatni był niemożliwy do wypatrzenia. I choćby to, co pomiędzy nimi, jawiło się tak, jak się człowiekowi często jawi życie – jako nieprzewidywalny, niesprawiedliwy i niemożliwy do okiełznania sztorm, po którym znienacka następuje wieczna cisza. Tymczasem tutaj – z metafizyką spraw ukrytych, wykresami, pierścieniami, magią, tajemnicą i wybraństwem – obiecywano, że jest metoda, jest sposób, żeby choć przez chwilę spokojnie podryfować na falach. Choć na chwilę przystanąć i pozwolić, żeby sprawy toczyły się swoim torem, bo przecież mają swoją dynamikę, swój ukryty, zaprogramowany takt.
Słyszało się zatem obietnicę tego wszystkiego i dostawało zaproszenie do takiej właśnie rzeczywistości. A były to – jak sądzę – dokładnie te same obietnice i zaproszenia, które przyciągają rzesze ludzi ku astrologom, tarocistom, szamanom i neoszamanom, gnostykom, różokrzyżowcom, kabalistom, hermetystom, alchemikom, magom, antropozofom, teozofom, ezoterykom i w ogóle wszelkiej maści ekspertom od rzeczy ukrytych i tajemniczych.
Czy jednak są to obietnice z pokryciem? Czy coś za nimi stoi? Coś poza aurą i atmosferą, poza rozpylaniem wokół rozmaitych niezwykłości?
I wmawianiem sobie oraz innym, że za zasłoną zmysłów, za całą tą rupieciarnią materii, za opłakanym uniwersum ludzkich spraw, niepewnym, nieprzewidywalnym i groźnym (w ostatnich latach znowu coraz bardziej) istnieje jakaś przedustawna logika, a być może nawet logos? I że istnieje również sprawdzona, możliwa do zastosowania metoda, dzięki której da się zajrzeć za kotarę i nagle ujrzeć swoje życie w tej zupełnie nowej postaci, w tej zupełnie nowej perspektywie? Takiej chociażby, w jakiej widzieli, a w każdym razie chcieli je widzieć klubowicze z Elektoralnej? Bo czy faktycznie widzieli, czy też powodowało nimi wyłącznie to samo pragnienie (niezaspokojone, niemożliwe do zaspokojenia), które powoduje dziś niezliczonymi rzeszami ludzi szukających w ezoteryce jakichś wyzwoleń, odpowiedzi i wglądów – tego przecież nie da się ponad wszelką wątpliwość ustalić. No, chyba że się faktycznie dysponuje jakimiś niesłychanie rozbudowanymi nadzmysłowymi zdolnościami…
Esej stanowi część książki Tomasza Stawiszyńskiego, która jesienią ukaże się nakładem Znaku Literanova