Subskrybuj
Il. Katarzyna Bogucka
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Dlaczego nie mamy dzieci?

Przez ostatnie kilka lat jako dziennikarz uważnie przyglądałem się kwestii demografii. Startowałem z miejsca, w którym uważałem, że za niską dzietność Polaków odpowiada ekonomia: niskie płace, niestabilność zatrudnienia, brak mieszkań. Z czasem zmieniłem zdanie.

To może zacznę tak: zbliżam się do czterdziestki i nie mam dzieci. Nie będzie to jednak kolejny konfesyjny esej o zaletach bezdzietności, o presji społecznej na posiadanie potomstwa, o tym, jak brak własnych pociech ofiarował mi wolność, której nie mogą zaznać ludzie będący rodzicami. Ba, czasem mam wrażenie, że nie doświadczyłem w życiu czegoś istotnego. Uważam, że fakt, iż nie jestem ojcem, odebrał mi pewną fundamentalną w tym wieku perspektywę – głębokie przekonanie, że na świecie istnieje byt ważniejszy niż ja sam. To nie koniec: ja wcale nie zamierzam nie mieć dzieci.

Zawsze kiedy zastanawiałem się nad posiadaniem dzieci, dochodziłem do wniosku, że nie mam ich z powodów hedonistycznych. Nie dopisuję tu absolutnie żadnej innej ideologii; nie jestem antynatalistą, nie uważam, że za mało zarabiam, nie sądzę, że mam za małe mieszkanie (mieszkam na 40 m2). Jednak kiedy staram się dotrzeć głębiej do swoich motywacji, trafiam na ścianę, za którą poznanie miesza się z konstruowaniem narracji o sobie. Może to szeroko pojęta „niegotowość” (czymże ona w ogóle jest?), a może obracanie się w towarzystwie osób, które również nie mają dzieci? Może, może, może… Kiedy zadajemy sobie fundamentalne pytania o nasze najgłębsze motywacje, odpowiedzi nie przychodzą łatwo. Są złożone z autoopowieści, z tego, co zasłyszeliśmy w kulturze. Wbrew pozorom trudno jest oddzielić to, co wewnętrzne, od tego, co zewnętrzne.

Przykład osadzony w kontekście? W zeszłym roku w czasopiśmie naukowym „The Journal of Law and Economics” został opublikowany artykuł, który przypisuje zmniejszenie dzietności… obowiązkowi stosowania fotelików w samochodach. Przecież nikt nigdy nie powiedziałby: „Odłożyłem decyzję o dziecku z powodu przepisów ruchu drogowego”. Tymczasem badacze Jordan Nickerson i David Solomon wykazali, że nakaz stosowania fotelików w Stanach Zjednoczonych spowodował ograniczenie urodzeń trzecich i kolejnych dzieci w rodzinie. Dlaczego? Ponieważ jest mało samochodów, w których może się pomieścić dwoje rodziców i trzy specjalne miejsca dla pociech. Część rodziców stanęła więc przed wyborem: albo kupno większego (i droższego) auta, albo korekta planów prokreacyjnych.

Naukowcy szacują, że przepisy zapobiegły 57 śmierciom dzieci w wypadkach samochodowych w 2017 r. i jednocześnie ograniczyły liczbę urodzeń o 8 tys.

Nie potrafimy dostrzec wielu czynników, które wpływają na nasze decyzje. Dlatego czasem warto stanąć z boku i posłuchać tego, co mówią dane i trendy.

Co mówią dane?

Pod koniec maja Główny Urząd Statystyczny podał oficjalne dane na temat tzw. wskaźnika dzietności (TFR – total fertility rate) dla Polski za rok 2024. Wyniósł on 1,099. Tym samym potwierdziło się to, czego spodziewali się eksperci – pobiliśmy kolejny rekord. W Polsce nigdy wcześniej nie notowano tak niskiej dzietności. Według zajmującej się demografią organizacji Birth Gauge w pierwszym kwartale 2025 r. urodzeń w Polsce zaś było o 10% mniej niż rok wcześniej. Analitycy ostrzegają, że w bieżącym roku TFR w naszym kraju może spaść do 1,04. To fatalne wyniki, które stanowią poważne wyzwanie dla przyszłości.

A czym jest odmieniany ostatnio przez wszystkie przypadki wskaźnik dzietności? Jest to miara informująca o tym, ile dzieci urodziłaby przeciętna kobieta w czasie całego swojego okresu rozrodczego (15–49 lat), gdyby rodziła tak często, jak rodzą panie w danym roku. W praktyce dzietność na poziomie 1,099 oznacza, że 1000 kobiet urodziłoby 1099 dzieci.

Z tzw. zastępowalnością pokoleń mamy do czynienia, gdy TFR osiąga poziom 2,1. Innymi słowy, w sytuacji kiedy 1000 kobiet rodziłoby 2100 dzieci. Dzietność na tym poziomie – w dużym uproszczeniu – oznacza, że w długiej perspektywie społeczeństwo ani się nie rozrasta, ani się nie kurczy. Dzietność poniżej 1,5 trwająca dłuższy czas zwiastuje niedające się „zalepić” dziury w populacji. Taki lub niższy TFR odnotowujemy w naszym kraju od II poł. lat 90.

Ostatni raz z zastępowalnością pokoleń mieliśmy w Polsce do czynienia pod koniec lat 80. Od tamtego czasu wskaźnik dzietności w naszym kraju zanurkował – spadek jest widoczny od początku przemian okrągłostołowych do mniej więcej roku 2003, kiedy możemy dostrzec delikatny wzrost liczby rodzonych dzieci na kobietę. Następnie trend załamuje się  ok. 2008 r., żeby delikatnie ruszyć do góry w 2014 r. i zacząć znów dość gwałtownie opadać po roku 2018.

Można nakładać te fluktuacje na wydarzenia historyczne. Kobiety mniej chętnie rodziły dzieci w momencie ekonomicznej zawieruchy – destabilizacji rynku i pauperyzacji początku lat 90., później bardzo wysokiego, sięgającego 20%, bezrobocia wczesnych lat 2000.

Wzrost TFR widoczny jest w pierwszych latach po akcesji do Unii Europejskiej, kiedy europejskie rynki pracy wessały setki tysięcy polskich pracowników, tym samym przyczyniając się do spadku bezrobocia w naszym kraju. Załamanie z kolei widać po roku 2008, czyli po globalnym kryzysie finansowym. Kolejny wzrost daje się zauważyć w momencie polepszania się koniunktury i pierwszych wypłat 500+ (do tego wątku jeszcze wrócę). Kolejna zapaść, trwająca do dzisiaj, miała miejsce od mniej więcej 2018 r. Spotęgowały ją pandemia, wojna i inflacja.

Za dużą część spadku odpowiedzialny jest trend wyraźnego zmniejszenia się dzietności na polskiej wsi. Tam zastępowalność pokoleń była widoczna jeszcze w połowie lat 90. Ale to na wsi proces spadku tego wskaźnika zachodził najbardziej gwałtownie. Tak gwałtownie, że w ostatnich latach TFR zbliżył się do współczynnika obserwowanego w miastach.

Myliłby się jednak ten, kto by uważał, że wszystko zaczęło się wraz z upadkiem poprzedniego systemu. Nic z tych rzeczy. Według historycznych danych GUS w okresie powojennym TFR osiągnął szczyt na początku lat 50. i wyniósł ponad 3,61. Wtedy przychodziło na świat tzw. pokolenie baby boomers. Nazywane tak nie przez przypadek – przecież  baby boom oznaczał eksplozję demograficzną, która nastąpiła po zakończeniu wojny.

„Dzieci urodzą się nowe nam i spójrz będą śmiać się, że my znów wspominamy ten podły czas, porę burz” – Edmund Fetting śpiewał w piosence Nim wstanie dzień do słów Agnieszki Osieckiej. Utwór był odą do normalności wyśpiewywaną przez człowieka zanurzonego w realiach II wojny światowej. Baby boom lat 40. i 50. wynikał z chęci nadpisania nowej rzeczywistości, pełnej nadziei. Dzieci – rodzące się pokolenie niepamiętające koszmaru wojennego – były świetnym wehikułem tych pragnień.

Żeby uzmysłowić, co znaczą różnice we wskaźniku dzietności: na początku lat 50., kiedy w Polsce żyło ok. 26 mln osób, Polki rodziły niemal 800 tys. dzieci rocznie. W 2024, kiedy jest nas ok. 37 mln, na świat przyszło 250 tys. dzieci.

Spadająca dzietność nie jest zresztą tylko polskim problemem. Wskaźniki pikują na całym globie, i to od wielu dekad. Poza Izraelem nie ma na świecie kraju rozwiniętego, który miałby dzietność powyżej poziomu zastępowalności pokoleń. Trend coraz mniejszej liczby rodzących się dzieci na kobietę dotyczy niemal wszystkich krajów świata – również tych rozwijających się. Gdziekolwiek spojrzymy na mapę, czy będzie to Tanzania, Togo, Ghana, Gabon, Senegal, Niger, Afganistan, Jemen, Turcja, Indie, wszędzie to samo – dzietność spada. Mało kto wie, ale obecnie cała populacja globu zbliża się do poziomu zastępowalności pokoleń. Jak podaje Our World in Data globalny TFR, który na początku lat 60. wynosił 5,31, zmniejszył się do 2,25 w 2023 r.

Pierwszy podejrzany: kwestia płacy

Muszę się do czegoś przyznać. Uwielbiam „flejmować”, czyli – powiedzmy – prowadzić zacięte dyskusje w mediach społecznościowych. Jest to wstydliwe przyzwyczajenie, które zostało mi z czasów, kiedy byłem (nieco) młodszy. Kwestia dzietności to temat, z którym chętnie wchodzę w polemikę. Obserwuję więc od lat, jakie emocje wywołuje i jak wyglądają „klastry” strategii narracyjnych wokół tej sprawy.

W mojej wielkomiejskiej i nieźle zarabiającej bańce (jeżeli czytacie Państwo ten tekst, to mogę chyba bez większego ryzyka napisać „w naszej bańce”) kontrowersje wokół tematu skupiają się w dwóch, nazwijmy to, wiązkach. Pierwszą z nich jest kwestia „prywatyzacji decyzji” o rodzeniu dzieci. Kiedy pojawia się rozmowa na temat dzietności, wiele kobiet z mojego otoczenia argumentuje w następujący sposób: „Nikomu nic do tego, czy rodzimy czy nie”. Sama rozmowa zatem wydaje się u niektórych budzić dyskomfort, ponieważ – ich zdaniem – może osunąć się w stronę „zamykania kobiet w domach”. Nikt rozsądny jednak tego nie proponuje; oczywiste jest, że ostateczna decyzja o posiadaniu czy nieposiadaniu dzieci to prywatna sprawa konkretnej kobiety czy pary. Zarazem suma tych prywatnych decyzji wpływa na kształt społeczeństwa, gospodarki i polityki. Jeżeli hasło „prywatne jest polityczne” ma sens, najwyraźniej widać to właśnie w obszarze demografii.

I tu pojawia się druga wiązka kontrowersji. Chodzi o spór: ekonomia czy kultura? Co waży więcej w decyzjach prokreacyjnych? Przez ostatnie trzy lata z górką jako dziennikarz dość uważnie przyglądałem się kwestii demografii. Startowałem z miejsca, w którym uważałem, że główną rolę odgrywa ekonomia. Z czasem jednak zmieniłem zdanie. Oto dlaczego.

W przestrzeni publicznej pojawia się kilka głównych podejrzanych, jeśli chodzi o spadającą dzietność. Chodzi, po pierwsze, o płace i stabilność rynku pracy, a po drugie, o mieszkania. Zacznijmy od tego pierwszego.

W Polsce płace rosną. I rosną szybko. To banał, lecz warto go podkreślać. Część osób może uważać, że być może i dostaje podwyżki, ale co z tego, skoro chleb (a także pietruszka, buty i komputery) drożeje w tym samym tempie lub szybciej. To nieprawda. Rosną nam również tzw. płace realne, czyli te z korektą na inflację.

Okazuje się, że od połowy lat 90. mieliśmy tylko jeden rok – inflacyjny rok 2022 – kiedy realne pensje spadały. Inaczej mówiąc: nasze zarobki rosły wolniej niż ceny. W pozostałym okresie się bogaciliśmy.

Kilka liczb dla uzmysłowienia skali bogacenia się naszego społeczeństwa: od 2004 do 2024 r. średnie pensje Polaków urosły realnie o ok. 100%. Oznacza to, że mogliśmy kupić dwa razy więcej towarów i usług. Płace osób do 24. roku życia wzrosły natomiast o ok. 130%! Podkreślę raz jeszcze – z poprawką na wzrost cen. A co się w tym czasie stało z dzietnością? W 2004 r. wynosiła ona 1,227, obecnie – wspomniane 1,099.

Spójrzmy na bezrobocie. W ostatnim czasie ten temat zupełnie zniknął z mediów. A stało się tak z prostej przyczyny – mamy historycznie niskie odczyty tego wskaźnika. Tak zwana rejestrowana stopa bezrobocia od kilku lat oscyluje w okolicach 5%. Rekordowy odsetek osób bez pracy Polska notowała w 2003 r. – w skali kraju bezrobocie przebijało 20%. Z dzisiejszej perspektywy to trudna do wyobrażenia sytuacja – świat, w którym kwitła szara strefa, ludzie patrzyli w przyszłość bez większej nadziei, na ulicach w środku dnia nierzadkim widokiem były zataczające się od alkoholu osoby topiące poczucie życiowej porażki w kieliszku.

Drugi podejrzany: brak mieszkań

To przejdźmy teraz do mieszkań, kwestii, która w ostatnim czasie budzi naprawdę wiele emocji. Mieszkalnictwo jest jednym z tych tematów, gdzie temperatura dyskusji jest nieadekwatna do tego, co naprawdę na tym polu od lat się dzieje. Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem, jeśli powiem, że wbrew temu, co możemy przeczytać w wielu prasowych nagłówkach, sytuacja mieszkaniowa w Polsce systematycznie się poprawia. Na jakikolwiek wskaźnik odnoszący się do tego zagadnienia byśmy rzucili okiem, zwłaszcza w dłuższym terminie, zauważymy zmianę.

Zacznijmy od liczby nieruchomości. Otóż w 2005 r. w Polsce było ok. 13 mln mieszkań. Obecnie jest ich 16 mln. W ciągu 20 lat przybyło nam 3 mln nieruchomości. To trzy razy więcej, niż wynosi zasób mieszkaniowy całej stolicy. Niektórzy mogą powiedzieć, że duża część mieszkań jest kupowana pod inwestycje i stoją puste. Rzeczywiście dane ze Spisu Powszechnego z 2021 r. mówiły nawet o 1,8 mln niezamieszkanych nieruchomości.

Jeśli jednak nawet przyjmiemy, że obecnie mamy ponad 2 mln pustostanów (liczba prawdopodobnie przeszacowana) i że wszystkie mieszkania w 2005 r. były zamieszkane (co przecież jest nieprawdą), to i tak mamy ok. miliona użytkowanych mieszkań więcej.

Wraz ze wzrostem liczby mieszkań rośnie oczywiście ich liczba na 1000 mieszkańców – jest to jedna z miar, którą zwykło się stosować, próbując określić kondycję rynku mieszkaniowego. Dzisiaj w Polsce mamy ok. 430 mieszkań na 1000 mieszkańców. W 2005 było ich o 100 mniej. A w latach 70., w tym mitycznym PRL-u, który „dawał wszystkim mieszkania”, wskaźnik ten wynosił ok. 250. Opowieść o dobrej Polsce Ludowej, która oferowała młodym lokale bez konieczności „zakładania kredytowej pętli na szyję na 30 lat”, to jedna z najbardziej dziwacznych mód intelektualnych ostatnich lat. Rzeczywiście, „za Gierka” w Polsce budowało się bardzo dużo mieszkań, ponad 270 tys. rocznie – wciąż nie dogoniliśmy tego wyniku. Jednocześnie PRL budowała mieszkania po to, żeby rozładować przeludnienie, a nie po to, żeby ludzie chcieli mieć dzieci! Polacy mieli bardzo dużo dzieci pomimo przeludnienia! Stąd te wielkie inwestycje.

Warto pamiętać jeszcze o dwóch sprawach w tym kontekście. Po pierwsze, o tym, że na mieszkania nierzadko czekało się latami (co można porównać do dzisiejszego oczekiwania na zgromadzenie wkładu własnego). Po drugie, istniały wtedy tzw. normatywy powierzchni mieszkaniowej. Miało to swoje uzasadnienie – puchnąca populacja zderzała się z możliwościami technicznymi i logistycznymi budowy naprawdę dużych mieszkań. Bardzo często więc mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy rodzina 2+2 mieszkała w dwóch pokojach na 40 m2. Romantyzowanie tamtego czasu bierze się często ze zwykłej niewiedzy (połączonej prawdopodobnie z frustracją odnoszącą się do dzisiejszych cen mieszkań).

A co w takim razie z gniazdownikami, czyli młodymi osobami wciąż mieszkającymi z rodzicami? Według Eurostatu w Polsce ponad 50% osób w wieku 25–34 lata wciąż mieszka z rodzicami. Mało tego, odsetek gniazdowników w naszym kraju rośnie! Co miałoby być ostatecznym dowodem na to, że kryzys mieszkaniowy w Polsce szaleje. Tu jednak są dwa problemy. Pierwszy jest taki, że gniazdowników w Polsce prawdopodobnie jest mniej, niż twierdzi europejski urząd statystyczny. I to dużo mniej, bo o kilkanaście punktów procentowych. Według eksperymentalnego badania GUS, które łączy dane z ankiet, z urzędów skarbowych i ZUS, wynika, że gniazduje ok. 33% osób w wieku 25–34 lata.

Druga sprawa to fakt, że młodzi mieszkają z rodzicami w pewnej mierze z powodów… kulturowych. Takie twierdzenie również budzi ogromny opór wśród komentujących. Tymczasem Główny Urząd Statystyczny w swoich opracowaniach na ten temat podkreśla wydłużanie się tzw. trajektorii życiowych – młode pokolenia dłużej się uczą, później zaczynają pracę, później wchodzą w związki i później rodzą dzieci. Równie wiarygodną hipotezą jest więc, że młodzi się nie wyprowadzają, bo nie rodzą dzieci! A nie że nie rodzą dzieci, bo nie mają gdzie mieszkać.

Zróbmy jednak krok w tył. Nie jest tak, że dostępność mieszkań w ogóle nie ma wpływu na dzietność. Niedawno w Brazylii badacze Bernardus van Doornik, Dimas Fazio, Tarun Ramadorai oraz Janis Skrastins przyjrzeli się sprawie, korzystając ze specyficznego eksperymentu naturalnego. W tym południowoamerykańskim kraju rynek komercyjnych kredytów mieszkaniowych nie jest zbyt dobrze rozwinięty. Ludzie chcący kupić własne cztery kąty zrzeszają się więc w organizacjach, do których wpłacają składki (te mają później ułatwić wejście w posiadanie nieruchomości). Z grona „składkowiczów” następnie losowani są ci, którzy dostają swego rodzaj „przydział” na mieszkanie. Dzięki elementowi losowości naukowcy mogli więc prześledzić, co się dzieje, kiedy ludzie otrzymują akt własności nieruchomości. Badacze doszli do wniosku, że własne cztery kąty podnoszą współczynnik dzietności. Lecz zaledwie o nieco powyżej 3%.

Tak, mieszkania mają wpływ na dzietność. Ale nie jest to wpływ tak duży, jak mogłoby się wydawać, gdybyśmy jedynie śledzili dyskusje na portalach społecznościowych.

O ile można mniemać, że posiadanie stałego lokum sprzyja decyzji o poszerzeniu rodziny, o tyle występują inne, znacznie silniejsze, czynniki negatywnie wpływające na TFR.

To jeszcze jedna kontrowersyjna kwestia – chodzi o wspomniany już program 800+, a wcześniej 500+. Czy miał on przełożenie na dzietność? Przez wiele lat w dyskursie publicznym utrzymywał się pogląd, że transfery nie zachęciły kobiet do rodzenia. Ale z wnikliwej analizy ekonomisty Jana Gromadzkiego, adiunkta na Uniwersytecie Ekonomicznym w Wiedniu, wynika, że był to pogląd błędny. Okazało się bowiem, że program zwiększył dzietność, podbijając liczbę urodzeń o 6%. Efekt był widoczny w biedniejszej połowie rozkładu dochodowego. Był również krótkotrwały…

Zmiana naszych preferencji

I tu wraca kwestia sporu ekonomia vs. kultura. Na wstępie stwierdziłem, że zanim jako dziennikarz zacząłem się zajmować demografią (napisałem na ten temat dobre kilkadziesiąt tekstów), byłem zwolennikiem wyjaśnienia ekonomicznego. Wydawało mi się, że to właśnie ekonomia jest kluczem od uchwycenia zjawiska. Myliłem się. Jeśli więc główni podejrzani okazali się niewinni (a w najlepszym razie współwinni), to trzeba poszukać innych sprawców.

Zacznijmy od tego, co zostało wspomniane przy okazji gniazdownictwa, a mianowicie od wydłużających się trajektorii życiowych. Znacie Państwo hasło, że dzisiejsi 20-latkowie to nastolatki sprzed dwóch dekad? To częściowo prawda – młode pokolenia przekraczają kolejne kamienie milowe dorosłości później niż pokolenia wcześniejsze: później zaczynają pracę (bo dłużej się uczą), później wchodzą w związki i później rodzą dzieci. Średni wiek rodzenia pierwszego dziecka w 1995 r. wynosił w Polsce niecałe 24 lata. Dzisiaj jest to 29 lat. Co to oznacza dla dzietności? Na przykład to, że nieco zmniejsza się okienko na rodzenie kolejnych dzieci.

Z jednej strony niezwykle intuicyjną, z drugiej – bardzo kontrowersyjną tezę na temat spadku dzietności na świecie stawia demografka i politolożka Jennifer D. Sciubba. Otóż mówi ona, że zmniejszanie się dzietności wynika ze zmiany naszych preferencji. Nad wychowywanie pociech cenimy bardziej spotkania ze znajomymi, wycieczki, chodzenie do kina i do teatru, bieganie, uczęszczanie na warsztaty… Wszystko to są aktywności, które obecnie, dzięki wzrostowi dobrobytu, są dostępne dla coraz większej liczby osób. Nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie.

Co z tego, że w latach 80. wiedzieliśmy, iż za oceanem ludzie mogą sobie pozwalać na podróżowanie po świecie, skoro te rozrywki nie były nam absolutnie dostępne? Odkładanie rodzicielstwa nie spowodowałoby, że moglibyśmy więcej korzystać z konsumpcyjnego trybu życia, bo nie było środków na konsumpcję i nie było czego konsumować. Obecnie jednak dzieci konkurują zarówno o nasz czas, jak i o nasze środki finansowe.

Co mogłoby potwierdzać hipotezę zmian w preferencjach? Dwie przesłanki. Pierwszą stanowią m.in. badania ekonomistów Melissy Kearney, Philipa Levina i Luka Perdue. Ich opublikowana w prestiżowym „Journal of Economic Perspectives” analiza obejmowała powody zmiany dzietności w Stanach Zjednoczonych w latach 2007–2020. Badacze zidentyfikowali jeden powód spadku dzietności w tym czasie – kryzys gospodarczy z 2008 r. Nie mogąc znaleźć innych powodów natury „politycznej, ekonomicznej i społecznej”, stwierdzają bezradnie, że sprawa wynika po prostu ze „zmieniających się priorytetów”.

Druga przesłanka, tym razem na gruncie polskim, to niedawno opublikowany sondaż panelu badawczego Ariadna. Ankieterzy zadali w nim pytania Polakom o preferowane wartości. Wśród nich znalazły się „szczęśliwy związek”, „posiadanie wspierającej rodziny”, „spełnienie jako rodzic”, „posiadanie dużej ilości pieniędzy”. Okazuje się, że każde kolejne pokolenie, począwszy od wspomnianego pokolenia baby boomers, coraz mniej ceni sobie „spełnienie w roli rodzica”. A coraz bardziej „posiadanie dużej ilości pieniędzy”. To drugie koliduje z tym pierwszym!

Kolejna podnoszona przy zmniejszającej się dzietności kwestia to znikanie tzw. wiosek opiekuńczych. Czym one są (a raczej były)? Otóż w niedalekiej przeszłości dzieci w pewnym sensie wychowywała cała wioska (a później sąsiedztwo). Sam pamiętam rzeszę cioć i wujków (ale głównie cioć), które służyły pomocą mamie w zaopiekowaniu się tak mną, jak i moimi kolegami – robiły kanapki, zupy i kompot (moja mama też była ciocią dla wielu moich kolegów). Poza oczywistym aspektem pogłębiającej się indywidualizacji i atomizacji społecznej niszczących sąsiedzkie i rodzinne więzi na rozpłynięcie się owych wiosek mógł mieć wpływ jeszcze jeden czynnik.

Chodzi o absolutną prywatyzację wychowania; ciocie poza robieniem zup mogły bowiem zwrócić uwagę, czasem nawet – w przenośni – wytargać za uszy. Dzisiaj dla wielu osób zupełnie niewyobrażalne jest, aby sąsiadka ingerowała tak głęboko w wychowanie dziecka.

Nieosiągalny standard dobrego rodzicielstwa

To jeszcze dwie sprawy. Pierwszą z nich jest… spadająca liczba par. Nie jest wielkim zaskoczeniem, że żeby mieć dzieci, najpierw należy z kim je mieć. Tymczasem, jak zauważa w „Financial Timesie” dziennikarz John Burn-Murdoch, od mniej więcej 15 lat mamy do czynienia ze spadkiem liczby związków. Autor przytacza statystyki z Finlandii, Stanów Zjednoczonych, Peru, Korei Południowej, Turcji, Tajlandii, Tunezji… Wszędzie to samo – ludzie coraz mniej chętnie się ze sobą wiążą. Dlaczego? Autor sugeruje, że powodem są smartfony. Co jest całkiem wiarygodną hipotezą – istnieje sporo danych, które wskazują na to, że smartfony i obecne w nich media społecznościowe (a szerzej mówiąc – gospodarka oparta na dopaminie) powodują, iż młodzi ludzie coraz gorzej sobie radzą z interakcjami twarzą w twarz. Raport Stan młodych stworzony niedawno na zlecenie Fundacji Ważne Sprawy wskazuje na to, że ponad 40% młodych mężczyzn (18–29 lat) nie ma obecnie partnerki (jednocześnie nieco ponad 20% dziewczyn w tym wieku jest w tej samej sytuacji). Częścią wyjaśnienia jest więc coś, co można byłoby nazwać recesją głębokich relacji czy też głębokich zobowiązań.

Największe kontrowersje na koniec. Być może bowiem jest tak, że nasza kultura, kierując się dobrem dzieci, zaczęła zbyt wiele wymagać od rodzicielstwa. Dzisiaj wzorowa matka lub ojciec to nie tylko ktoś, kto zapewnia możliwie dobry ekonomiczny start pociesze (pojęcie tego, czym jest „możliwie dobry start”, staje się uciekającym horyzontem – w każdej klasie społecznej wymaganie ulokowane jest nieco wyżej), ale również ma być kimś w rodzaju domowego psychologa, potrafiącego antycypować wszelkie wyzwania, jakie pojawiają się w życiu dziecka.

Ten konglomerat oczekiwań jest tak obszerny, że dla części ludzi może się wydawać niemożliwy do spełnienia. W ramach tej logiki „projekt dziecko” staje się niezwykle ryzykownym przedsięwzięciem, ponieważ potomstwo można popsuć niemal każdym zdaniem, gestem czy chwilową nieuwagą. Wszystkie te deficyty (a może raczej „deficyty”) mogą dzieci emocjonalnie okaleczyć, sprowadzić na nie traumę, którą będzie trzeba przez lata przepracowywać na terapiach.

Nie chcę zostać źle zrozumiany, nie postuluję powrotu do „starego, dobrego wychowania” z nieobecnym ojcem i umęczoną matką Polką. Ale być może jednak figura „wystarczająco dobrego rodzica” jest… no właśnie, wystarczająco dobra.

O niektórych aspektach tego zjawiska z perspektywy młodej wkrótce-mamy pisze Michal Leibowitz w „New York Timesie”. Zwraca ona uwagę na fakt, że w Stanach Zjednoczonych w roku 2000 pracujące matki poświęcały na opiekę nad dziećmi tyle czasu ile matki pozostające w domach w latach 70. „Od ostatnich dekad XX w. matki z wyższej klasy średniej przyjęły intensywny styl wychowania, czytając książki i poradniki wychowawcze, obdarowując swoje dzieci stymulującymi zabawkami, selekcjonując żywność organiczną oraz zapisując pociechy na rozwojowe zajęcia pozalekcyjne” – stwierdza Leibowitz. Nieco podobne zjawisko opisuje w najnowszej książce Niespokojne pokolenie psycholog społeczny Jonathan Haidt. Badacz, przyglądając się amerykańskiemu społeczeństwu, wskazuje na to, że rodzicielstwo zintensyfikowało się do stopnia, w którym kulturowo odmówiło dzieciom swobodnej zabawy. Zdaniem psychologa to nie tylko nie pomogło w rozwoju dzieci, ale wręcz im zaszkodziło!

W ostatnich kilkudziesięciu latach mamy więc do czynienia z kapitalistycznym rozrostem branży parentingowej – pisarzy, psycholożek, autorów, twórców zabawek, ekspertów, influencerów wytwarzających dyskursy moralnych powinności spoczywających na rodzicach. Te powinności wydają się coraz bardziej rygorystyczne, a do tego nierzadko ze sobą sprzeczne. Jednocześnie, paradoksalnie – jak zauważa Leibowitz – w tym samym czasie mogliśmy obserwować narastający proces zrywania relacji rodzic–dziecko, co częściej dzieje się na życzenie tego drugiego. Oczywiście odcięcie się od toksycznej przeszłości czasem bywa zbawienne. Ale jak twierdzi autorka – przecież nie zawsze właśnie taka sytuacja zachodzi. Zdarza się, że dorosłe dzieci odcinają się od rodziców, zrzucając to na karb różnicy poglądów czy tego, że „nie zostały dostatecznie wysłuchane”. „Istnieje powód, dla którego moje pokolenie boi się rodzicielstwa: wymagaliśmy od naszych rodziców nieosiągalnych standardów, standardów, którym sami boimy się, że nie sprostamy” – stawia tezę.

Przygotować się na przyszłość

Czy z tym wszystkim da się coś zrobić? Cóż, i tak, i nie. Chociaż przez dużą część tekstu udowadniałem, że to nie czynniki ekonomiczne są w przeważającej mierze odpowiedzialne za spadek wskaźników związanych z dzietnością, to jednocześnie nie są one zupełnie bez znaczenia. Zarówno kwestia większej dostępności mieszkań, zwłaszcza niezłych mieszkań dla osób młodych, jak i lepsze bezpieczeństwo na rynku pracy mogłyby nieco podbić dzietność.

Kwestią na poły ekonomiczną, a na poły kulturową jest choćby kształt urlopów rodzicielskich. Wiemy, że ich lepsze zorganizowanie (np. nieprzechodniość części urlopu – jeżeli mężczyzna nie weźmie swojej części, to ona po prostu przepadnie) sprzyja równiejszemu podziałowi obowiązków opiekuńczych, a w konsekwencji sprawia, że kobiety łatwiej decydują się na kolejne dzieci, wiedząc już, że mogą liczyć na wsparcie partnera.

Jeszcze niedawno jako wzór do naśladowania dla nas stawiane były sąsiednie Czechy. W 2013 r. dzietność wynosiła tam 1,46, zaś w 2021 r. (a więc przed zawieruchą wojenną i inflacją) – 1,83. Skąd ten gwałtowny wzrost? Za sukces miało odpowiadać wydłużenie i uelastycznienie odpłatnego urlopu rodzicielskiego.

Do demograficznego „ruszenia” w Czechach dołożyło się również płatne wsparcie metody in vitro. W renomowanym czasopiśmie naukowym „Nature” możemy przeczytać, że gdyby nie ta procedura, dzietność u naszego południowego sąsiada w 2020 r. wynosiłaby nie 1,71, lecz 1,65.

Do tego dochodziła też trudno kwantyfikowalna kwestia kulturowa – niemal 70% Czechów uważa, że główną rolą kobiety powinna być „opieka nad domem i rodziną”. Jednak i w przypadku samych Czech sytuacja nie wygląda dzisiaj tak różowo jak jeszcze kilka lat temu. TFR spadł tam w 2024 r. do 1,37!

Jak się zdaje, nie mamy zatem co marzyć, że zabiegami polityki społecznej uda nam się zbliżyć do poziomu zastępowalności pokoleń. Dopóki w kulturze rodzicielstwo nie zacznie być uważane za cool (a samych rodziców przestanie się trenować do perfekcji), wiele się nie zmieni.

Być może z tej drogi po prostu nie da się zawrócić i to, co nam pozostaje, to przygotowanie się na przyszłość z mniejszą liczbą dzieci (i ludzi w ogóle). Wiemy, że demograficznych trendów nie da się szybko zmienić. Przynajmniej nieodległą przyszłość więc już znamy. Teraz musimy zajrzeć do skrzynki narzędziowej i wyciągnąć z niej to, co pozwoli nam się do niej najlepiej przygotować.

Artykuł pojawił się w numerze: Uwolnić się od kultu produktywności