To może zacznę tak: zbliżam się do czterdziestki i nie mam dzieci. Nie będzie to jednak kolejny konfesyjny esej o zaletach bezdzietności, o presji społecznej na posiadanie potomstwa, o tym, jak brak własnych pociech ofiarował mi wolność, której nie mogą zaznać ludzie będący rodzicami. Ba, czasem mam wrażenie, że nie doświadczyłem w życiu czegoś istotnego. Uważam, że fakt, iż nie jestem ojcem, odebrał mi pewną fundamentalną w tym wieku perspektywę – głębokie przekonanie, że na świecie istnieje byt ważniejszy niż ja sam. To nie koniec: ja wcale nie zamierzam nie mieć dzieci.
Zawsze kiedy zastanawiałem się nad posiadaniem dzieci, dochodziłem do wniosku, że nie mam ich z powodów hedonistycznych. Nie dopisuję tu absolutnie żadnej innej ideologii; nie jestem antynatalistą, nie uważam, że za mało zarabiam, nie sądzę, że mam za małe mieszkanie (mieszkam na 40 m2). Jednak kiedy staram się dotrzeć głębiej do swoich motywacji, trafiam na ścianę, za którą poznanie miesza się z konstruowaniem narracji o sobie. Może to szeroko pojęta „niegotowość” (czymże ona w ogóle jest?), a może obracanie się w towarzystwie osób, które również nie mają dzieci? Może, może, może… Kiedy zadajemy sobie fundamentalne pytania o nasze najgłębsze motywacje, odpowiedzi nie przychodzą łatwo. Są złożone z autoopowieści, z…