Subskrybuj
(fot. Giorgio Grani / Unsplash)
(fot. Giorgio Grani / Unsplash)
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Dlaczego tak trudno zmienić czyjeś zdanie

W jaki sposób mogę sam zmienić zdanie? Albo przekonać do zmiany zdania innych? Cóż, powiedzmy to sobie od razu: raczej żadna z tych rzeczy się nie uda.

Tekst ukazał się drukowanym wydaniu „Miesięcznika Znak” pod tytułem Wiem, że wszystko wiem


Przepowiednia z planety Clarion dla miasta: „uciekajcie przed powodzią. Zaleje nas 21 grudnia” – na ogłoszenie o takiej treści w lokalnej gazecie w 1954 r. trafił młody badacz, który wkrótce miał stać się jedną z najjaśniejszych gwiazd psychologii XX w. Zostało ono wystosowane przez członków niewielkiej sekty wierzących, że we wskazanej dacie Stany Zjednoczone, Kanadę, Europę i część Ameryki Łacińskiej nawiedzi gigantyczna powódź. Wiernych miała ocalić interwencja obcych. Mieli zabrać grupę na pokład swojego statku kosmicznego.

Nie było to stereotypowe parareligijne grono zagubionych młodych ludzi przewodzone przez narcystycznego, charyzmatycznego i bezwzględnego socjopatę. Guru sekty stanowiła niewyróżniająca się z tłumu kobieta w średnim wieku, pani domu, nazwana przez wspomnianego badacza Marian Keech (dzisiaj wiemy, że nazywała się Dorothy Martin). Pani Keech miała rzekomo komunikować się z kosmitami w sposób telepatyczny.

Wraz ze zbliżaniem się wyznaczonej daty armagedonu część wyznawców zaczęła coraz bardziej angażować się w życie sekty i odcinać kolejne więzy łączące ich ze światem zewnętrznym – oddalali się od rodzin, rzucali pracę, rozdawali majątek. Po co komu pieniądze, skoro za chwilę wszystko szlag trafi? Przecież to mało prawdopodobne, żeby na nowej planecie obcy honorowali amerykańskie dolary.

Fałszywa przepowiednia to żaden kłopot

Dzisiaj wiemy, jak potoczyła się historia – koniec świata nie nastąpił. Co jednak się stało z ludźmi, którzy nocą 21 grudnia 1954r. wspólnie czekali na nadejście, ich zdaniem, nieuniknionego? Czy kiedy nastał 22 grudnia i świat nadal trwał, powiedzieli sobie: „Cholercia, pomyliliśmy się, trzeba przeprosić się z życiem i udawać, że nic się nie stało?”. Cóż, oczywiście, że nie. Nad ranem 22 grudnia podczas wspólnego czuwania pani Keech otrzymała kolejną wiadomość – okazało się, że świat został ocalony dzięki gorliwości garstki wyznawców! Wtedy część zaangażowanych zintensyfikowała działalność kaznodziejską.

Stało się więc coś dokładnie odwrotnego, niż zakładalibyśmy w sytuacji, kiedy ludzi konfrontujemy z dowodami na jawną fałszywość ich przekonań. Dla niektórych nigdy nie będzie istnieć ostateczny argument przeciwko ich (naszemu?) stanowisku.

Wspomniany na samym początku psycholog nazywał się Leon Festinger i był twórcą jednej z najbardziej doniosłych koncepcji w psychologii społecznej XX w.: teorii dysonansu poznawczego. Elliot Aronson, inna gwiazda tej dziedziny, we wstępie do książki Festingera Gdy proroctwo zawodzi. Koniec świata, który nie nastąpił z 1956 r. pisze, że dysonans poznawczy to „stan napięcia psychicznego powstającego wtedy, gdy osoba ma dwa elementy poznawcze, które są niezgodne ze sobą. Ponieważ dysonans jest nieprzyjemny, ludzie będą próbowali go zredukować przez zmianę jednego lub obu przekonań tak, aby stały się ze sobą bardziej zgodne” (tłum. M. Hołda). I dodaje: „Im ważniejsza jest dana kwestia i w im większym stopniu osoba jest w nią zaangażowana, tym silniejszy jest dysonans – i tym silniejsza jest potrzeba jego redukowania”.

W skrajnych przypadkach może to prowadzić do okrucieństwa. Jeśli więc myślimy o sobie jako o istotach prawych, rozsądnych i moralnych (a tak przecież zazwyczaj jest) i dopuścimy się ataku na kogoś, to w ramach redukcji dysonansu poznawczego i ochrony przekonania o naszej własnej moralności będziemy uważać, że nasz oponent po prostu na przemoc zasłużył. Właściwie nie było żadnej przemocy. Była tylko sprawiedliwa odpłata! „Akty przemocy i agresji nie zmniejszają okrucieństwa, ale często będą prowadzić do jego eskalacji” – zauważa Aronson. W nieco łagodniejszej formie znacie to choćby, drodzy czytelnicy i czytelniczki, z internetowych awantur, gdzie każdy chce uchodzić za ofiarę, nikt jednak nie kwapi się, by przyznać, że przez jakiś błąd w rozumowaniu został sprawcą. Historia pani Keech pokazuje tylko jeden z mechanizmów powodujących, że bardzo trudno jest nam zmienić zdanie.

Trwałość przekonań

Nasze osądy mają niewiele wspólnego z tym, jak potocznie myślimy o działaniu ludzkiego umysłu. Nie jest więc tak, że mamy pewne dane i na ich podstawie wyciągamy wnioski, a później budujemy spójny obraz świata. Nasze opinie na różne tematy to wynik skomplikowanej wielopoziomowej gry, która ma swój aspekt zarówno społeczny, jak i ten skierowany do wewnątrz, wyłącznie do nas samych. Prawie nigdy nie jest ona racjonalnym i chłodnym ważeniem dostępnych faktów. Właśnie dlatego często nie wystarczy po prostu przedstawić komuś danych, żeby zmienił on zdanie. Ale po kolei.

Nasze opinie mogą odnosić się do różnych rzeczy. Począwszy od całkiem błahych, np. tego, co powinniśmy zjeść na kolację, po nieco istotniejsze – gdzie jechać na wakacje lub jaki samochód kupić, a skończywszy na poważnych, światopoglądowych, takich jak to, czy jesteśmy za prawem do aborcji czy przeciw, co sądzimy o polityce klimatycznej czy o polityce wobec osób transpłciowych.

Pierwsze trzy kwestie odnoszą się do spraw dość trywialnych. Ostatnie do kategorii politycznych, a związanych z naszą tożsamością. Kwestia „samochodowa” dla jednych może być po prostu pewną luźną preferencją, dla innych z kolei wpadnie w kategorię „tożsamość”. Dlaczego te rozróżnienia są istotne? Ponieważ w przypadku pierwszych zmiana naszego zdania nie powinna być problemem. W przypadku ostatnich – czujemy to chyba intuicyjnie – ze zmianą stanowiska bywa naprawdę niełatwo.

Lecz i tu sprawy nie są tak proste, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Istnieją badania sugerujące, że dokonany przez nas wstępny osąd odnoszący się również do spraw błahych ma tendencję do trwania, nawet gdy zostaniemy poinformowani, że to, na czym go oparliśmy, jest nieprawdą.

W 1980 r. amerykańscy psycholodzy Lee Ross, Mark Lepper i Craig Anderson przeprowadzili poświęcony temu doniosły eksperyment. Naukowcy podzielili badanych studentów na dwie grupy. Pierwszej przedstawiono argumenty za tym, że istnieje korelacja między ryzykownym usposobieniem strażaków a ich wysokimi wynikami w pracy. Druga grupa otrzymała informacje odwrotne: lepszymi strażakami mieli być ci, których cechowała mniejsza skłonność do ryzyka.

Psychologowie wyjaśnili później badanym, że korelacje te po prostu zostały zmyślone. Czy więc studenci, po otrzymaniu informacji, że nie ma związku między preferencją do ryzyka i jakością pracy strażaka, po prostu uznali ten fakt? Tak się nie stało. W grupie, której uprzednio przedstawiono (fałszywą!) korelację między ryzykanctwem i wysoką jakością pracy strażaków, większość badanych nadal podejrzewała, że taki związek zapewne istnieje.

Przeciwnie było w grupie drugiej – tej, którą poinformowano o korelacji odwrotnej. Badanie było wielokrotnie replikowane w różnych konfiguracjach ze zbliżonymi wynikami. Z jakichś powodów trudno jest nam zrezygnować z raz powziętych opinii. Zjawisko to w psychologii znane jest jako „trwałość przekonań” (belief perseverance).

Mury zamku naszej tożsamości

Jak wyżej napisałem, zjawisko odporności na argumenty i dowody przeczące naszym tezom umacnia się, jeśli dany temat jest istotny dla naszej tożsamości. Jonas Kaplan, psycholog z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, przeprowadził badanie, które potwierdza tę hipotezę. Razem z dwojgiem badaczy: Sarą Gimbel i Samem Harrisem, umieścili 40 ochotników o poglądach silnie liberalnych w rezonansie magnetycznym (ach, ta neuronauka!), a następnie próbowali (prawdziwymi, podkręconymi lub fałszywymi) argumentami zmienić ich nastawienie w kwestiach takich jak to, czy Einstein naprawdę był wielkim fizykiem, czy wczesne rozpoczęcie czytania stanowi dobry wskaźnik późniejszego poziomu inteligencji. Wśród poruszanych kwestii znalazły się również: aborcja, stosunek do związków par niehetero, polityka odnosząca się do broni, kara śmierci. Czyli te zagadnienia, które w Stanach Zjednoczonych stanowią oś politycznego sporu. Co się okazało? Badanym o wiele łatwiej przychodziła zmiana zdania na tematy, które były bardziej neutralne. W większości spraw politycznych – niezależnie od siły argumentów przeciw – ich zdanie niemal się nie zmieniało.

Co ciekawe, obrazowanie w rezonansie magnetycznym w trakcie kwestionowania poglądów politycznych uwidoczniło aktywację miejsc w mózgu, które są odpowiedzialne za myślenie o sobie i o swojej tożsamości właśnie. Takiej reakcji nie zaobserwowano w przypadku prób wpłynięcia na zdanie o sprawach neutralnych.

Nasze tożsamości oczywiście nie składają się tylko z polityki. Choć rzeczywiście dla wielu osób jest to obszar pozwalający zdefiniować siebie. Dla innych jednak centrum ich tożsamości może stanowić religia albo sport. To mogłoby tłumaczyć furie, w którą wpadają kibice drużyn piłkarskich, gdy powie się, że ich faworyci są do kitu. Nawet jeśli w rzeczywistości tak właśnie jest. Może to też wyjaśniać, dlaczego na forach dla wędkarzy, kociar i entuzjastów gitarowych gratów również wybuchają zajadłe awantury.

Próby zmiany zdania w kwestiach, które są dla nas naprawdę ważne, traktujemy jako atak na nas samych. David Ropeik w artykule wydrukowanym w „Psychology Today” twierdzi, że nasze opinie są jak mury zamku, które mają chronić to, co jest w środku. Za murami jesteśmy oczywiście my sami, a raczej nasza samoocena. Na zewnątrz z kolei są ci wszyscy złoczyńcy, którzy chcą nas zniszczyć. Czasem zresztą naprawdę tak jest, ponieważ próba zmiany czyjegoś zdania jest również próbą dominacji. Tak, tak, dzieje się tak nawet, jeżeli uważamy, że nasze osądy są najbardziej empatyczne i wrażliwe. Nie zgadzacie się z tym? Ciekawe, jaki obszar mózgu by wam teraz zamigotał w rezonansie magnetycznym.

Wiedza jako wirus

A skąd biorą się nasze poglądy? No cóż, to jest trochę pytanie o to, co było pierwsze: jajko czy kura. Czy jakiś pogląd pchnął nas w stronę pewnej grupy światopoglądowej, czy raczej chęć przynależności do tej grupy powoduje, że przyjmujemy jej poglądy? Istnieją badania, które mówią, że osoby bardziej otwarte na doświadczenie mają wyższe prawdopodobieństwo skłaniania się ku wartościom liberalnym. Być może więc nasze poglądy są, przynajmniej w pewnym stopniu, zapisane w genach. Albo mówiąc bardziej precyzyjnie: posiadamy cechy biologiczne, które z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem mogą nas pchnąć w którąś ze stron. Później prawdopodobnie dochodzi do rodzaju sprzężenia zwrotnego – wyznajemy jakiś pogląd, następnie odkrywamy, że istnieje więcej osób, które mają podobne zapatrywania. Im bliżej jesteśmy tej zbiorowości, tym więcej poglądów właściwych tej grupie przejmujemy. A potem pojawiają się te wszystkie procesy grupowe: konformizowanie, zabieganie o status w grupie, obawa przed ostracyzmem…

W artykule pod znamiennym tytułem Dlaczego wierzymy w kłamstwa zamieszczonym w „Scientific American” Cailin O’Connor i James Owen Weatherall rozpatrują coś, co nazywamy „wiedzą”, jako… wirusa przenoszonego między ludźmi. Bo okazuje się, że właśnie narzędzia epidemiologii pomagają wyjaśnić, dlaczego jakiś pogląd rozprzestrzenia się w grupie. Zmiennymi są tutaj m.in. liczba i intensywność kontaktów między poszczególnymi „nosicielami” (których autorzy artykułu nazywają „agentami”). „Ludzie uczą się od siebie. Większość ze swoich przekonań opieramy na wypowiedziach ludzi nam zaufanych, takich jak nauczyciele, rodzice czy przyjaciele” – piszą w artykule. Jeśli więc jakaś opinia zyskuje pewną masę krytyczną i w danym środowisku podziela ją kilka osób, to zwiększa się prawdopodobieństwo transferu takiej opinii do reszty grupy. Im więcej osób wyznaje dany pogląd, tym większa szansa, że kolejni również przyjmą go jako swój. Nie jest istotne przy tym, czy opinia ta jest prawdziwa czy nie. Pamiętajmy – fakty mają dla naszych umysłów drugorzędne znaczenie. Bardziej liczą się opinie osób w naszych grupach odniesienia.

„Czy, ogólnie rzecz biorąc, sytuacja w naszym kraju zmierza w dobrym czy w złym kierunku?” – takie pytanie cyklicznie zadaje CBOS Polakom od początku lat 90. Nie będzie chyba zaskoczeniem, gdy powiem, że przez ostatnie z górką trzy dekady większość z nas odpowiadała, że Polska zmierza w złym kierunku.

Dobra zabawa zaczyna się, kiedy zwiększymy liczbę pikseli w tym obrazie i przyjrzymy się opinii wyborców poszczególnych partii. I tak w lipcu 2023 r. ponad połowa Polaków uważała, że nasze państwo jest na złej ścieżce. Podobnego zdania było ok. 60 proc. wyborców niezdecydowanych, ponad 80 proc. Konfederacji, prawie 90 proc. wyborców Lewicy i ponad 90 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej. Wyjątek stanowili wyborcy PiS – 70 proc. spośród nich sądziło, że nasz kraj zmierza w dobrym kierunku.

Ten schemat powtarza się przy każdej ekipie rządzącej – kiedy rządziło PO, wyborcy tej partii uważali, że Polska zmierza w dobrym kierunku, a zwolennicy opozycji uważali, że dzieje się przeciwnie. Tak samo, tylko znów z przeciwnym wektorem, było za pierwszej kadencji PiS. A jak wyglądała rzeczywistość? Czy Polska przez większość czasu naprawdę zmierzała w złym kierunku?

No cóż – tę historię, podobnie jak fakty weryfikujące koniec świata z połowy lat 50. ubiegłego wieku, również znamy. W Polsce znacznej większości z nas wiodło się coraz lepiej w niemal całym okresie ostatnich trzech dekad: przez ten czas konsekwentnie bowiem rosła gospodarka (w sumie PKB jest 2,5 razy większe niż 30 lat temu), a wraz z nią nasze pensje i siła nabywcza. Zwiększały się nasze oszczędności, poprawiała jakość naszych domów, jakość powietrza, wydłużała się oczekiwana długość życia i poprawiał poziom wyedukowania społeczeństwa. Ważniejsza więc od rzeczywistości zawsze była polityczna afiliacja – to, co o świecie uważali członkowie grup, z którymi się utożsamialiśmy. Sama rzeczywistość – przynajmniej jeśli chodzi o kwestie istotne dla naszych tożsamości – ma znaczenie drugorzędne.

Nie miejmy złudzeń, że inaczej będzie po nadchodzących wyborach. Bez względu na to, w jaką stronę będzie zmierzał nasz kraj (jestem gotów postawić naprawdę sporą sumę pieniędzy, że przynajmniej w najbliższej dekadzie czeka nas dalszy społeczno-gospodarczy rozwój), to zwolennicy opozycji będą twierdzić, że zmierza on w złą stronę. A zwolennicy rządzących będą uważać wręcz przeciwnie. Nie jest to oczywiście zjawisko typowe wyłącznie dla Polski.

Iluzja głębi zrozumienia

Keith M. Bellizzi, badacz z University of Connecticut, w artykule zamieszczonym w uniwersyteckiej gazecie porównuje wyniki sondaży na temat ekonomii przeprowadzonych przez Gallupa przed wyborami prezydenckimi w USA w 2016 r. i tuż po nich. Okres między dwoma badaniami wynosił dwa tygodnie. Co się zmieniło? Po wygranych przez Donalda Trumpa wyborach znacznie więcej zwolenników Partii Demokratycznej uważało, że gospodarka znajduje się w kiepskim stanie. Odwrotny trend natomiast był widoczny wśród wyborców republikańskich – tych, których kandydat na prezydenta wygrał. Lecz badania dzieliło ledwie kilkanaście dni. W rzeczywistości gospodarczej przez tak krótki czas nie miało prawa nic się zmienić! Zmienił się kontekst społeczny, który ma wpływ na to, co ludzie „wiedzą”. Albo uważają, że wiedzą.

Ano właśnie. Ta ostatnia kategoria jest również niezwykle ciekawa. Bo – bądźmy ze sobą szczerzy – jeśli chodzi o większość rzeczy na świecie, to – no cóż – nie mamy o nich większego pojęcia. Nie wierzycie? To zastanówmy się, jak działa helikopter. Ale tak naprawdę – spróbujmy wytłumaczyć, jak to się dzieje, że może się on wznieść i lecieć w różne strony. Stawiam dolary przeciw orzechom, że większość z nas nie potrafi tego zrobić, choć zanim zaczęliśmy się nad tym zastanawiać, uważaliśmy coś innego (ten artykuł jest zbyt krótki, żeby to wytłumaczyć, ale w kilku słowach: łopaty wirnika mają kształt, który powoduje, że powietrze obiega je wolniej „od spodu” niż „od góry”, w ten sposób tworzy się siła nośna, ruch w poszczególnych kierunkach jest generowany za pomocą synchronicznego wychylenia łopat wirnika – też nie wiedziałem, sprawdziłem na YouTubie).

To zjawisko zostało przebadane wielokrotnie. Również ono ma swoją nazwę: iluzja głębi zrozumienia (illusion of explanatory depth). Psychologowie, badając je, zazwyczaj prosili pytanych (oczywiście zazwyczaj byli to studenci), żeby określili na skali od 1 do 10 poziom swojego rozumienia działania prostych rzeczy: długopisu, spłuczki toaletowej czy roweru. Kiedy przychodziło do wyjaśnienia krok po kroku, nagle okazywało się, że badani mają w głowach tylko bardzo ogólny zarys tego, jak coś funkcjonuje. Po wysiłkach włożonych w próby wyjaśnienia ankietowanych proszono o reewaluację swojej wiedzy. Wtedy wystawiali sobie znacznie niższe oceny.

A przecież powyżej wspomnieliśmy o prostych rzeczach! Co dopiero mówić o takich kwestiach jak system podatkowy, polityki klimatyczne i pronatalistyczne! W świetnym odcinku podkastu Freakonomics pt. How to change your mind? (Jak zmienić zdanie?) Stephen Dubner, gospodarz programu i współautor książki o tym samym tytule, mówił, że nie tylko zwolennicy Obamacare (reformy służby zdrowia w USA przeprowadzonej za kadencji Baracka Obamy, której zadaniem było zwiększenie liczby osób ubezpieczonych) nie rozumieją, czym właściwie ona jest. Program to ponad 20 tys. stron. Obamacare prawdopodobnie nie rozumiał również sam Barack Obama!

To teraz pomyślcie o takich sloganach, jak: „katastrofa klimatyczna zbliża nas do cywilizacyjnej zapaści”, „współczesne dzieci będą miały gorzej niż ich rodzice”, „szaleje kryzys mieszkaniowy” „nie ma nieograniczonego wzrostu na ograniczonej planecie”. Przeciwko każdemu z tych stwierdzeń mógłbym wytoczyć bardzo poważne argumenty. Nie o tym jednak jest ten tekst, zresztą jeśli część z was się z tymi stwierdzeniami głęboko zgadza, to i tak nie udałoby mi się was przekonać. Poczuliście swędzenie z tyłu głowy? Ano właśnie.

To może jeszcze jedna kategoria z dziedziny psychologii społecznej: błąd konfirmacji, zwany również błędem potwierdzenia. Chodzi w nim o to, że obierając jakiś osąd, jesteśmy naprawdę dobrzy w wyszukiwaniu argumentów potwierdzających naszą intuicję. I kiepscy, jeżeli chodzi o szukanie danych, które mogłyby obalić nasze stanowisko. Być może korygować to powinien nasz iloraz inteligencji? Skoro jesteśmy bardziej bystrzy, to powinniśmy częściej widzieć dziury w naszym własnym rozumowaniu, prawda? Po tak skonstruowanym pytaniu nie może paść inna odpowiedź niż negatywna.

Jonathan Haidt, światowej sławy psycholog społeczny z Uniwersytetu Nowojorskiego, w swojej bestselerowej książce Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka? stwierdza: „IQ jest zdecydowanie najlepszym predyktorem umiejętności argumentowania. Odnosi się to jednak wyłącznie do argumentów zgodnych ze stanowiskiem badanych” (tłum. A. Nowak-Młynikowska).

Życie kończy się przed trzydziestką

Jest jeszcze jedna kwestia, którą należy wspomnieć, gdy mówimy o zmianie zdania. Chodzi o nasz wiek… „Jesteśmy coraz mniej otwarci na nowości, kiedy jesteśmy coraz starsi. Jeśli nie zaczniesz słuchać jakiegoś rodzaju muzyki przed trzydziestką, istnieje 95-procentowe prawdopodobieństwo, że już się do niego nie przekonasz. Jeśli do 35. roku życia nie jadłeś sushi, jest 95-procentowa szansa, że już go nie spróbujesz” – mówił w rozmowie ze Stephenem Dunbarem Robert Sapolsky, neuronaukowiec ze Stanfordu.

Z wiekiem tracimy po prostu zdolności do przyswajania nowych trendów. A najbardziej wrażliwi na kształtowanie poglądów jesteśmy w wieku od 14 do mniej więcej 25 lat. Widać to m.in. w generacyjnych gustach muzycznych. Również z powodu utraty owej chłonności w pewnym wieku przestajemy nadążać za tym, co się dzieje w kulturze. I dla wielu z nas „najnowszymi” pozostaną te trendy, które obowiązywały, kiedy byliśmy na przełomie 20 i 30 lat. Wspomniany już Jonathan Haidt w swojej innej niezwykle ciekawej książce Rozpieszczony umysł. Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę przytacza ciekawy fakt. Na republikanów w USA głosuje większość białych obywateli z wyjątkiem tych urodzonych po 1981 r. i w latach 1950– 1954. O ile uzasadnienie dla tej pierwszej grupy wiekowej możemy wszyscy jakoś znaleźć, o tyle ciekawy jest ten wycinek pokolenia powojennego. O co chodzi? O to, że okres ich największej „chłonności poglądów” przypadł na czas niezwykle liberalnego gorącego lata 1968 r. – wolnej miłości, Woodstocku, rocka psychodelicznego, rewolucji obyczajowej i mody na hipisowski mindset. A moda to nic innego jak rodzaj trendu konformizującego poglądy dużych grup społecznych (osób młodych). Dlatego dzisiejsi 60-latkowie do dziś głosują na demokratów.

Im starsi jesteśmy, tym więcej tracimy elastyczności poznawczej – nie tylko więc dzisiejsi „dziadersi” się nie zmienią. W przyszłości diametralnie nie zmieni również poglądów znaczna część dzisiejszych 20-latków, która dzisiaj zarzuca „dziaderstwo” pokoleniu baby boomers!

A co do baby boomers – urodzony w latach 50. XX w. politolog Francis Fukuyama, do dzisiaj znany ze swojego twierdzenia o końcu historii, w przytaczanym już odcinku Freakonomics opowiadał, że sprzeciwienie się inwazji na Irak (w momencie jej rozpoczęcia był zaliczany do amerykańskich konserwatystów) kosztowało go wiele przyjaźni. Z wieloma osobami, z którymi miał wcześniej dobre relacje, nie utrzymuje kontaktu do dzisiaj.

Poza wszystkim innym zmiana zdania w pewnych okolicznościach jest kosztowna towarzysko. Zmiana opinii może doprowadzić do utraty znajomych lub pozycji w grupie. Jeśli jesteśmy osobami publicznymi (np. politykami albo aktywistami) zmiana zdania przez „naszych” będzie traktowana jako zdrada, a przez „tamtych” jako oznaka słabości. Jeszcze bardziej skomplikowana sprawa jest w przypadku osób, które jakiemuś zagadnieniu poświęciły karierę. Jak wycofać się z poglądów, które się żyrowało przez całe zawodowe życie?

Czy da się kogokolwiek do czegokolwiek przekonać?

A w jaki sposób samemu zmienić zdanie lub przekonać innych do zmiany zdania? Cóż, powiedzmy to sobie od razu: raczej żadna z tych rzeczy się nie uda. Ale istnieją pewne techniki, które mogą delikatnie zwiększyć prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Zarówno w przypadku próby zmiany swojego, jak i czyjegoś zdania warto zacząć od redukcji iluzji głębi zrozumienia. Czy naprawdę wiem, co oznacza: „Będziemy mieli do czynienia z zapaścią cywilizacyjną”? Co musiałoby konkretnie się stać? Ile z tych rzeczy jest prawdopodobne? Ile rzeczy po drodze musiałoby zawieść? Można też stosować rodzaj wewnętrznej debaty oksfordzkiej – zastanowić się, jakich byś użyła argumentów, chcąc racjonalnie odwieść kogoś od twojego stanowiska.

W przypadku próby zmiany czyichś poglądów można zastosować pewną sztuczkę: wprowadzić go w pogodny nastrój. Wspomniany już David Ropeik przytacza badania, z których wynika, że ludzie, którzy czują się dobrze, są nieco bardziej skorzy do zmiany własnych poglądów.

Oczywiście zdarza się, że z czasem zmieniamy zdanie na jakiś temat. Z jednej strony zazwyczaj dzieje się tak w przypadku rzeczy, które nie stanowią bardzo głębokiej warstwy naszej tożsamości. Z drugiej – z upływem lat część z nas przechodzi pewną ewolucję światopoglądową. Jest jednak ona zaskakująco zbieżna z ewolucją, której doświadczają nasi znajomi – a więc grupy odniesienia.

Tak, to prawda, że niektórym zdarzają się radykalne zmiany poglądów. Albo są one bardzo rzadkie, albo wynikają ze spychania dawnych sojuszników do przeciwnego narożnika po ich odejściu do „ortodoksji”. Na przykład kiedy Francis Fukuyama zaczął sprzeciwiać się wojnie w Iraku, część jego dawnych konserwatywnych przyjaciół zaczęła go automatycznie traktować jako przedstawiciela lewicy.

A czy ludzie zmieniają zdanie po prostu dlatego, że doszli do jakichś wniosków na podstawie danych i obserwacji? Cóż, takie rzeczy prawdopodobnie też się zdarzają, ale trzeba pamiętać o tym wszystkim, co napisane wyżej – proces nabywania wiedzy i poglądów jest niezwykle skomplikowaną grą społeczną, w której trudno jest oddzielić jednostkową, indywidualną sprawczość nad opiniami na temat świata od wszystkich mechanizmów psychologicznych i grupowych, również zaangażowanych w ten proces.

Wróćmy na koniec do jeszcze jednej sztuczki, która choć troszkę może zwiększyć prawdopodobieństwo przekonania kogoś do naszych opinii. Elizabeth Svoboda w serwisie Greater Good tworzonym pod auspicjami Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley twierdzi, że chcąc kogoś do czegoś przekonać, należy zrezygnować z przejawów pogardy – wywracania oczami, wyższościowego tonu, sarkazmu. Chociaż powiedzmy sobie szczerze – nawet jeśli już próbujemy kogoś do czegoś przekonać, to zwykle wcale nam na tym nie zależy. Zależy nam na tym, żeby umocnić się w swoich przekonaniach i dostać trochę punktów uznania od swoich. I o tym także jest ten tekst.

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu