Spotkaliśmy się w Krakowie na ul. Brackiej. Kraków to ważne miejsce dla polskiej ezoteryki?
Jedno z ważniejszych. I to zarówno dla tych, którzy się ezoteryką parają, jak i dla badaczy jej historii.
Zacznijmy od tych pierwszych.
Ich przyciąga do Krakowa tzw. miejsce mocy, czyli czakram znajdujący się na Wawelu, który ma rzekomo dawać siły witalne, służyć osobom schorowanym, pomagać w uleczeniu etc. Wielu ludzi przyjeżdża i uczestniczy w procesie „magnetyzowania się” tymi siłami.
Widziałem, jak na dziedzińcu zamku na Wawelu toczy się pewnego rodzaju gra między strażnikami, którzy chronią zabytek, a wyznawcami, którzy próbują przylgnąć do ściany, pod którą znajduje się ponoć kamień pełen mocy. A co z badaczami historii ezoteryki?
Dla nich Kraków to miasto, gdzie w XVI w. żył alchemik Michał Sędziwój. Tu miał też mieszkać legendarny pan Twardowski, szlachcic, który sprzedał duszę diabłu. Niektóre źródła podają, że na Akademii Krakowskiej oprócz oficjalnie wykładanej astrologii i alchemii nauczano wówczas – niejawnie – magii wysokiej. Wiemy, że na dwór Stefana Batorego przyjechał m.in. John Dee, słynny angielski astrolog i okultysta. Miał się zatrzymać w kamienicy na ul. Szczepańskiej. Tych ezoterycznych tropów w historii Krakowa jest sporo.
Jeszcze kilka lat temu na Rynku można było też spotkać wróżkę Dzidziannę Solską.
Oczywiście. Przygotowując doktorat z religioznawstwa, odwiedziłem ją nawet kilkukrotnie, by ocenić jej moce dywinacyjne. Przy pierwszej wizycie wywróżyła mi dwóch synów, ale jeszcze się ich nie doczekałem…
No i jest jeszcze księgarnia CUD (Ciało-Umysł-Duch) na Małym Rynku, gdzie można spotkać innych miłośników wiedzy tajemnej.
Studiując religioznawstwo, też tam czasem zachodziłem. Dziwiło mnie, że obok siebie leżały np. wymagające książki filozoficzne i psychologiczne oraz praktyczne przewodniki, jak postawić tarota albo odczytać horoskop. Czy to znaczy, że mamy niejako dwa nurty ezoteryki: intelektualny i popularny?
Można tak powiedzieć. Pomyślmy o różnych formach magii. Z jednej strony mamy magię niską, ludową, opierającą się zwykle na prostych systemach podobieństwa – np. spożycie jakiegoś ziela o liściach w kształcie serca miało pomóc w miłości. Z drugiej strony jest magia wysoka, mająca niezwykle uporządkowany rytuał. Gdy jeden z najsłynniejszych magów XX w. Aleister Crowley wykonywał swoje zabiegi, to niektóre z nich trwały nawet sześć miesięcy.
Przy czym oba typy magii łączy wiara, że za pomocą określonych zaklęć i gestów jesteśmy w stanie dokonać zmiany w otaczającym nas świecie. Dla nauk przyrodniczych magia oczywiście nie może działać. Co ciekawe, jednak klasycy antropologii tacy jak James George Frazer czy Bronisław Malinowski podają przykłady skuteczności magii. Przywołują oni świadectwa, gdy w tzw. społecznościach pierwotnych osoba, na którą rzucono urok czy zaklęcie, bywała tym tak przerażona, że kończyło się to nawet jej śmiercią. W tym sensie istnieje pewna psychologiczna skuteczność magii.
Coś z tego niepokoju jest w nas do dzisiaj. Reporter Tomasz Kwaśniewski w książce W co wierzą Polacy? relacjonował, że nikt z jego znajomych – także racjonalistów i ateistów – nie chciał się zgodzić, żeby wynajęta wróżka rzuciła na nich urok.
Zgodził się dopiero filozof Jan Hartman i z tego, co wiem, mimo rzuconego uroku ma się dobrze.
Pytam o tę ezoterykę „wysoką”, bo ciekawi mnie, kiedy polska inteligencja odkrywała tajemne światy, duchowość alternatywną wobec chrześcijańskiej. Przełomem była chyba końcówka XIX w.?
W Polsce były to złote lata jej rozwoju. Choć oczywiście ezoteryka – w znaczeniu „wiedzy odrzuconej”, odrębnej w stosunku do głównego nurtu nauki i religii – w kulturze światowej ma swoje różne przejawy już od starożytności. W Polsce też już wcześniej pojawiali się ludzie, którzy byli nią zaciekawieni. Na przykład Adam Mickiewicz fascynował się martynizmem, czyli pewną formą ezoteryki, gdzie w centrum znajduje się postać Jezusa Chrystusa, ale powiązana z motywami magicznymi i kabalistycznymi. Ezoterycznymi ideami przesycony był też krąg Andrzeja Towiańskiego, do którego przynależał poeta. Istnieją również świadectwa, że sam Mickiewicz miał rzekomo mieć pewne zdolności prekognicyjne. Gdy wkładano do pudełka pierścionki dam znajdujących się w towarzystwie, wieszcz potrafił ponoć poprzez dotknięcie rozpoznać, do kogo dany pierścionek należy.
Ciekawy jest ten rozkwit ezoteryki pod koniec XIX w., bo to jednocześnie epoka pozytywizmu, racjonalizmu, tryumfu nauki.
Niektóre zjawiska ezoteryczne rodzą się właśnie na pograniczu nauki. Weźmy pod uwagę choćby spirytyzm, próbę komunikacji z duchami osób zmarłych.
To były szalone czasy wirujących stolików.
A jednocześnie rozwoju elektryczności i nowych form komunikacji. Pojawiają się wówczas telefon i telegraf. Jeśli możliwe jest przekazywanie komunikatów przez ocean za pomocą dziwnych stuknięć, to może podobnie możliwe jest, sądzono, wyłapywanie wiadomości od tzw. poltergeistów, czyli stukających duchów. Zaczęto wierzyć, że ten fantastyczny rozwój techniki pozwoli udowodnić, iż istnieją zaświaty, z którymi można wejść w kontakt. Niedługo później wybuchła I wojna światowa, a wraz z nią mieliśmy do czynienia z olbrzymią umieralnością, która niejako wzmagała to pragnienie, by móc porozumieć się ze zmarłymi.
Oczywiście nauka dość szybko to zweryfikowała. Ale wcześniej pojawiali się wynalazcy, którzy z równym zaangażowaniem zajmowali się nową technologią i spirytyzmem. Choćby Thomas Edison, jeden z najsłynniejszych wynalazców epoki, obok żarówki skonstruował także maszynę, która miała kontaktować się z duchami i nagrywać głosy z zaświatów.
Czy Polak Julian Ochorowicz, którego Bolesław Prus uwiecznił w Lalce w postaci Juliana Ochockiego.
Ochorowicz to człowiek, który pracował nad własnym modelem telefonu i mikrofonów, a zarazem próbował te wynalazki wykorzystać do badania zjawisk paranormalnych. Staram się w moich pracach udowodnić, że ezoteryka była dla niego imaginarium, którym posiłkował się dla wymyślania nowych wynalazków. Stworzył np. teoretyczny model telewizora, przekazywania obrazów na odległość za pomocą zapisu obrazu zmienionego na zbiór punktów, który nazywał telefotonem czy też telefotoskopem. Inspirację dla niego stanowiło tzw. lustro magiczne, w którym obraz odbijany w lustrze maga na jednym końcu świata miałby być widziany w lustrze innego na drugim końcu świata. Jak widzimy, ezoteryka mogła inspirować też naukę i technikę, a wielu wybitnych ludzi łączyło zainteresowanie jedną i drugą – jak chociażby Izaak Newton, który zrewolucjonizował nowożytną fizykę, a zarazem pisał traktaty alchemiczne.
Seanse spirytystyczne Ochorowicza przyciągały luminarzy polskiej kultury: Prusa i Reymonta. O ile pierwszy przyglądał się im z wrodzoną przekorą, o tyle drugi był nimi urzeczony. Ochorowicz zapłacił dużą cenę za swoje fascynacje – został wyklęty w ówczesnym środowisku naukowym i nie otrzymał profesury.
Ten okres to nie tylko spirytyzm, lecz także inne próby poszukiwania alternatywnej duchowości – takie jak choćby teozofia czy antropozofia, które łączą wątki chrześcijańskie z ideami pochodzącymi z religii Wschodu, widząc w nich różne ujęcia tej samej struktury duchowej.
Mamy wówczas do czynienia z poczuciem kryzysu chrześcijaństwa jako skostniałej religii, a zarazem u niektórych ludzi pojawia się dystans wobec scjentystycznego ducha epoki, poszukują jakiejś nowej odpowiedzi na pytanie: „Czy jest coś poza znanym nam światem?”. Prężnie działa Towarzystwo Teozoficzne, które inkorporuje techniki medytacji, jogi, idee hinduistyczne i buddyjskie. W Polsce na spotkania Towarzystwa uczęszczała m.in. Eliza Orzeszkowa. Rozwijają się też wówczas różne tajne stowarzyszenia np. wolnomularskie. Wiele z nich łączy pragnienie samorozwoju, wewnętrznej przemiany, zdobycia przez człowieka jakichś wyjątkowych mocy psychiczno-fizycznych.
Towarzystwo Teozoficzne założyła w Londynie Helena Bławatska. W ogóle te nowe ruchy duchowe – inaczej niż tradycyjne religie – często dowartościowywały rolę kobiet, które mogły pełnić funkcję liderek.
Niektóre odnogi ezoteryki wspierały wówczas mocno ruch sufrażystek. Uważano, że nadchodzi nowa epoka, w której należy wreszcie zagwarantować kobietom należne im prawa. I rzeczywiście kobiety pełniły w tych ruchach niekiedy bardzo ważną funkcję. Można wspomnieć choćby Agnieszkę Pilchową, mającą sławę jasnowidzącej, zielarki i bioenergoterapeutki. Wokół niej w Wiśle zawiązał się w II RP silny ośrodek ezoteryczny z czasopismem „Hejnał”, wiodącym „miesięcznikiem wiedzy duchowej”. Gdybyśmy zresztą szkicowali ezoteryczną mapę Polski, to właśnie Śląsk Cieszyński odgrywałby w nim ważną rolę.
Co ciekawe, w tych środowiskach rozwijają się też inne brzmiące współcześnie idee – np. wegetarianizm. Konstanty Moes-Oskragiełło związany z teozofami głosił, że człowiek z natury jest „zbożoowocowcem” i to właśnie warzywa Bóg przeznaczył dla nas w ogrodzie Eden.
Moda na dietę jarską przyszła do Polski wraz z wpływami hinduizmu. Postulowano tworzenie małych komun, gdzie można by w specjalny sposób uprawiać te rośliny. W środowisku teozofów zrodziła się idea, że wegetarianizm ma ogromne znaczenie nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Ten rozbudzony potencjał duchowy łączono także z kwestią niepodległości, wyzwolenia Polski spod jarzma zaborców, zwłaszcza w formie mesjanizmu Wincentego Lutosławskiego. Nowa dieta, ćwiczenia, kontakt z naturą miały służyć wzmocnieniu ducha narodowego. Krótko mówiąc: od jedzenia warzyw – do niepodległości.
Czesław Czyński, któremu poświęcił Pan książkę, był kontrowersyjną i dwuznaczną postacią.
Czyński był człowiekiem, który wykorzystywał ezoterykę po to, żeby oszukiwać innych. Miał życiorys pełen przygód. W 1894 r. był bohaterem pierwszego w historii procesu o uwiedzenie hipnotyczne – ponoć dzięki hipnozie rozkochał w sobie córkę bogatego barona i sfingował (był już bowiem żonaty z inną kobietą) z nią ślub. Proces wzbudził duże zainteresowanie tym, jakie oddziaływanie może mieć hipnoza. Ostatecznie Czyński został skazany za oszustwo (bigamia), a nie za użycie hipnozy. Spędził w więzieniu trzy lata. U progu I wojny światowej trafił do Rosji, gdzie propagował martynizm i gdzie wszedł w kręgi carskiego dworu, rywalizując z Rasputinem. Ponoć dzięki romansowi z jedną z dam dworu uzyskał informacje o zbliżającym się wybuchu wojny – ogłoszenie tego w rosyjskiej prasie wzmocniło jego sławę jako jasnowidza. W odrodzonej Polsce także zyskał rozgłos, został bowiem oskarżony o satanizm i doprowadzenie jednego ze swoich uczniów do samobójstwa, czego jednak nigdy mu nie udowodniono.
Po wybuchu II wojny światowej polski ruch ezoteryczny stracił swoją strukturę organizacyjną.
Już w 1938 r. wydano dekret Ignacego Mościckiego rozwiązujący wszystkie loże masońskie – a zatem przestały działać też te, które miały charakter ezoteryczny. Wybuch wojny oczywiście utrudnił, a czasami wręcz uniemożliwił działalność takich organizacji, chociaż musimy zarazem pamiętać, że w czasie dramatycznych wydarzeń ludzie zwracają się ku religii i ezoteryce. Odprawiano wiele rytuałów, które np. miały ukierunkować moc przeciwko Hitlerowi i doprowadzić do jego śmierci. Przykładowo: twórca wicca Gerald Gardner twierdził, że grupa brytyjskich czarownic w roku 1940 miała zorganizować magiczny atak na umysł Hitlera zwany „operacją stożek mocy”. A już z całą pewnością brytyjski wywiad wojskowy zrzucał za linią wroga przerobione gazety astrologiczne z defetystycznymi informacjami na temat rychłej porażki Führera. W okupowanej Polsce krążyła tzw. przepowiednia z Tęgoborzy, pochodząca rzekomo od medium z seansu spirytystycznego (co nie było prawdą), która zapowiadała pokonanie „dwóch orłów” i odrodzenie Rzeczypospolitej „od morza do morza”.
W PRL-u nielicznymi osobami parającymi się ezoteryką szybko zaczęła interesować się władza komunistyczna i Służba Bezpieczeństwa.
Władze interesowały się wszystkim, co było formą jakichś niezależnych spotkań, a już zwłaszcza przyglądały się wszelkim organizacjom o charakterze tajemnym. Dlatego np. wolnomularstwo, w którym istnieje tajemnica przynależności, musiało zainteresować Służbę Bezpieczeństwa. Zresztą rzeczywiście część z tych ugrupowań miała pewne związki ze środowiskami opozycyjnymi. Członkiem masońskiej loży „Kopernik” powstałej w Warszawie w latach 60. był np. Jan Olszewski, późniejszy premier.
Nawiasem mówiąc, z perspektywy historyka ezoteryki informacje zebrane przez SB są bezcenne, bo na podstawie donosów tajnych współpracowników można zrekonstruować ideologię różnych niewielkich organizacji, które nie pozostawiły po sobie wiele innych dokumentów. O ile np. wolnomularze potrafili się bronić przed infiltracją, o tyle inne środowiska ezoteryczne niekoniecznie. W Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Indyjskiej sam jej prezes okazał się TW.
Komuniści dopuszczali też niektóre formy działalności ezoterycznej w ramach walki z Kościołem, widząc w nich coś, co odciąga ludzi od katolicyzmu.
Do Roberta Waltera, znanego ezoteryka i astrologa, chodziła Nina Andrycz, żona premiera Cyrankiewicza.
Walter miał być fenomenalny w stawianiu horoskopów i ocenie charakterologicznej. Był też właścicielem jednej z największych bibliotek ezoterycznych – w Komorowie pod Warszawą, gdzie mieszkał, posiadał kilka tysięcy książek poświęconych tej tematyce. Skupił wokół siebie grono ciekawych intelektualistów. Mimo że całe życie szedł drogą antropozofii, to przed śmiercią wrócił do katolicyzmu. Zafascynowały go wizje s. Faustyny Kowalskiej. Co ciekawe, takich historii w polskiej ezoteryce było więcej. Wanda Dynowska, jedna z najważniejszych postaci Towarzystwa Teozoficznego, propagatorka filozofii hinduskiej, przyjaciółka Dalajlamy, także przed śmiercią przyjęła katolickie sakramenty. Być może te światy alternatywnej duchowości i katolicyzmu nie były sobie w Polsce tak obce, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.
Do środowisk ezoterycznych przyciągała też chyba charyzma poszczególnych nauczycieli. Znajoma filozofka opowiadała, że gdy wybrała się na seminarium Jerzego Prokopiuka – ucznia Roberta Waltera, subtelnego tłumacza Mistrza Eckharta i Junga – przywitał ją słowami: „Znam Cię! Paliłem Cię na stosie w Awinionie!”.
Cóż, Jerzy Prokopiuk lubił powtarzać, że w poprzednim, średniowiecznym wcieleniu był inkwizytorem, odpowiedzialnym za palenie czarownic czy prześladowanie katarów. Znałem go osobiście, ale nie wiem, czy rzeczywiście w to wierzył. Można zaryzykować stwierdzenie, że to był nieco ekstrawagancki sposób na nawiązywanie nowych znajomości.
Rafał Księżyk w książce Śnialnia opisuje historię katowickiej pracowni artystycznej tworzonej m.in. przez Andrzeja Urbanowicza i Urszulę Broll. Tam obok przedsięwzięć artystycznych rozwijały się studia nad ezoteryką i buddyzmem. Zafascynowało mnie, jak wielu wybitnych twórców polskiej kultury przewinęło się przez „Śnialnię”. Pojawia się tam i malarz Zdzisław Beksiński, i literaturoznawca Tadeusz Sławek, Jerzy Illg, redaktor naczelny Znaku; a także pisarki młodszego pokolenia: Olga Drenda i Anna Cieplak.
Oczywiście „Śnialnia” była też wspaniałym łącznikiem z tradycją II RP. Andrzej Urbanowicz opowiadał mi z pasją o środowiskach ezoterycznych ze Śląska Cieszyńskiego. Pracownia przy Piastowskiej to było wcielenie takiej „wysokiej” ezoteryki, łączącej duchowe poszukiwania z twórczością artystyczną.
Gdzieś na marginesie tej książki pojawia się też Olga Tokarczuk, która debiutancką powieść nawiązującą do tarota – Podróż ludzi Księgi – wydała w oficynie specjalizującej się w ezoteryce. To fascynujące, jak wielu intelektualistów funkcjonowało w kręgach tej alternatywnej duchowości. Obok ezoteryki elitarnej w PRL-u zaczęła też pojawiać się ezoteryka masowa.
W tym miejscu do naszej panoramy powinniśmy dodać jeszcze jedną postać ważną dla tego czasu – to Lech „Emfazy” Stefański, który zyskał wówczas sporą popularność. Zaczynał od różdżkarstwa, czyli wykrywania rzekomych żył wodnych i innych obiektów, a potem przeszedł do psychotroniki. Można powiedzieć, że była to próba „unaukowienia” magii – niespełniająca, rzecz jasna, kryteriów nauk przyrodniczych – i udowodnienia, że człowiek jest obdarzony pewnymi nadzwyczajnymi możliwościami psychicznymi, np. zdolnością takiego skupienia uwagi, by oddziałać na odległe obiekty fizyczne. Stefański opowiadał o tym w telewizji i zyskał sporą popularność. Dość powiedzieć, że kiedy wybuchł stan wojenny, w Teleranku – do którego emisji ostatecznie nie doszło – miało pojawić się właśnie nagranie ze Stefańskim, opowiadającym dzieciom o tajemniczych siłach umysłu.
W czasach transformacji ustrojowej ezoteryka stała się nagle niesłychanie popularna.
Jak we wszystkich okresach niepewności. Już pod koniec PRL-u władze dopuszczały organizowanie rozmaitych targów ezoterycznych. Pojawiły się tam nowe zjawiska, które ciekawiły ludzi: akupunktura, paramedycyna związana z badaniem aury, giełdy minerałów, które mogą służyć jako amulety. Popularność zyskały takie pisma jak „Czwarty Wymiar” opisujące różne niesamowite historie.
W ostatnim czasie ezoteryka wróciła w nowej odsłonie.
Uderza mnie obecne powiązanie ezoteryki z biznesem. Widzę nową formę ezoteryki czy magii np. w coachingu. Obok coachów, psychologów, którzy mają pomóc menadżerom w sprawniejszym działaniu, można znaleźć na polskim rynku wielu takich, którzy wywodzą się ze środowisk ezoterycznych. Śledząc od lat ich działalność, widzę, że są to np. osoby fascynujące się wcześniej psychotroniką czy scjentologią. Coaching niczym magia obiecuje nam, że mamy pewne ukryte moce, zdolność do oddziaływania na rzeczywistość i kontrolowania jej dzięki specjalnym technikom – np. wizualizacjom, czyli przedstawianiu sobie pozytywnego biegu wydarzeń i skupianiu na nim uwagi. Często tych coachów wyróżnia też język, w którym kluczową rolę odgrywają „energia” i powierzchowne nawiązania do neurobiologii bądź nawet fizyki kwantowej.
Przykładowo: jedna z coachek, popularna też w mediach społecznościowych, Maya Ori proponuje na swojej stronie internetowej kurs pod nazwą „czyszczenie energii seksualnej po poprzednich partnerach”. Twierdzi, że każdy mężczyzna, z którym ma się relacje seksualne, zostawia w kobiecie swoją energię. Specjalny warsztat ma pozwolić oczyścić jej swoje pole energetyczne i przyciągnąć upragnionego partnera. Trzeba oczywiście zapłacić za niego blisko tysiąc złotych.
Co od stuleci pociąga ludzi w ezoteryce?
Myślę, że trzy rzeczy. Po pierwsze, tajemnica i związany z nią elitaryzm. Chcemy należeć do grupy, która ma dostęp do wiedzy tajemnej, nieznanej innym ludziom. Po drugie, pragnienie mocy. Pragniemy oddziaływać na innych, być rozpoznawalni, przyciągnąć do siebie atrakcyjne osoby, mieć wpływ na świat. Kiedyś drogą na skróty do osiągnięcia tych celów była magia, a dziś pewne odmiany coachingu. Po trzecie wreszcie, oczekiwanie nowości. Chodzenie do kościoła jest już nudne i oklepane, ale warsztaty medycyny alternatywnej i „czyszczenia energii” – niekoniecznie. One mogą dać nam frajdę, być odświeżającym doświadczeniem.
Wie Pan, od pewnego czasu zastanawia mnie – czy w klapie marynarki ma Pan cyrkiel, symbol wolnomularski?
[Śmiech] To symbol inżyniera budownictwa. To dziś mój główny zawód – budowałem m.in. skocznie narciarskie. Choć cały czas pracuję naukowo i badam historię ezoteryki, to religioznawstwo to przede wszystkim pasja.
A jest Pan także sędzią bokserskim?
Tak. Trochę to się łączy z religioznawstwem. Gdy staje się na ringu pomiędzy dwiema osobami, które okładają się pięściami, a wokół słychać okrzyki ponad 20 tys. ludzi – a taką walkę prowadziłem w Stanach Zjednoczonych – to można zrozumieć, czym są ekstatyczne doświadczenia religijne.