Subskrybuj
Agnieszka Chyrc fot. Władysław Czulak
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Grünberg. Wymazywanie

Zdaniem przeciwników są albo Żydami, albo potomkami Niemców. Kwestia pochodzenia zależy od historii, którą aktualnie się zajmują. Wywożąc śmieci z kirkutu, są dziećmi Abrahama. Szukając płyt z niemieckiego cmentarza, stają się „faszystami”.

„Johann 17, 24” – ktoś przeliterował wyżłobione na nagrobku odwołanie do Ewangelii według św. Jana. Nagrobna płyta z piaskowca leżała licem do ziemi przykryta grubą warstwą humusu, porośniętego darnią. Była jedną ze 170, które od ponad półwiecza utwardzały dawny plac manewrowy na tyłach Komendy Wojewódzkiej Policji w Zielonej Górze. Płytę dźwignęli we dwóch. A może jednak we czterech? Waga nagrobków potrafiła przekroczyć 100 kg, a osadzonych, którzy odbywali wyroki w miejscowym zakładzie karnym i w nagrodę za dobre sprawowanie mogli pomóc w ich odkopaniu, było właśnie czterech.

Mirosław Krzyżaniak, społecznik i emerytowany cukiernik, obrońca jeży, drzew przed wycinką i zapomnianych cmentarzy, pomyślał wtedy: „Ironia losu”. W 1966 r. płyty z poniemieckiego cmentarza Zielonego Krzyża układali za milicyjnymi budynkami z cegły właśnie osadzeni. W listopadzie 2024 r. z niskich chmur siąpiła mżawka. Wiatr, który leciał od parku zwanego smoczym, wciskał się lodowatym podmuchem pod kurtki i polary. Młodzi ludzie mocowali się z płytą, by postawić ją w pionie. Jeden palcami wyłuskał resztę ziemi i kamyków ze znaków wyrytych przez kamieniarza prawie sto lat temu.

„Jakby chciała wam coś powiedzieć” – zażartował Mirosław, widząc skrót odsyłający do ewangelicznych wersów. Chwilę później ktoś wyjął telefon, by znaleźć, co trzeba.

„Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze mną tam, gdzie Ja jestem – usłyszeli najbliżej stojący. – Aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś mnie przed założeniem świata”.

„Pasuje do nas” – ocenił jeden z osadzonych i zaczęli się śmiać. Wzięli to do siebie, ale odczytali przewrotnie: przecież nikt nie chciałby przebywać tam, gdzie oni aktualnie są. Odstawili ostrożnie płytę, którą podnośnik załadował na przyczepę samochodu Zakładu Gospodarki Komunalnej.

Zatrzeć ślady po Niemcach

Haczkę, którą posługiwał się Mirosław, znaleziono w mieszkaniu przydzielonym przez nowe władze Grünbergu jego dziadkom, gdy znaleźli się w mieście w 1947 r. po opuszczeniu obozu pracy pod Monachium. Zajęli mieszkanie w kamienicy blisko dworca kolejowego, wybudowanej na wyspie między torami. Jego mama, wtedy nastolatka, opowie mu wiele lat później o wagonach z wysiedlonymi grünberczykami, którzy mieszkali w nich tygodniami, czekając na odjazd do Niemiec.

Mirosław wbił motykę pamiętającą przedwojennych mieszkańców Zielonej Góry w ziemię, po czym zwinął jej wierzchnią warstwę jak dywan. Posuwał się mozolnie, aż stwierdził, że jest już miejsce na łyżkę koparki. Ta odsłoniła równo ułożony rząd płyt z piaskowca i granitu. Wszystkie odwrócone literami do ziemi. Rozkruszając beton, którym zalano szczeliny pomiędzy płytami, podnoszono kolejne. Krople dżdżu spadły więc na nagrobki z mogił Reinholda Hidtmana poległego we wrześniu 1914 i kilkudziesięciu innych żołnierzy zmarłych w wyniku odniesionych ran w miejscowym szpitalu podczas Wielkiej Wojny. Na płytę, która na wieki miała zachować pamięć o Annie Hefke, poległej na wojnie w wieku 24 lat, i Gerardzie Heugerze, zmarłym kilka miesięcy po wyjściu z okopów. Światłu pochmurnego dnia ukazały się nazwiska Gerharda Pohla, Anny Kretschmer, Henrietty Müller, Wilhelma Zelkego, Pauline Linke…

Zieleń koloru groszku, którą wytrawiono litery na tablicy z piaskowca poświęconej pamięci Anny Henke, była tak intensywna, jakby nie miała za sobą ponadpółwiecznego leżakowania w ziemi. Za jej życia całe miasto wiedziało, kto to jest: siostra Paula Henkego, dyrektora Dolnośląskich Zakładów Budowy Maszyn w Grünbergu, należących od 1880 r. do Georga Beuchelta (rodziny były ze sobą skoligacone).

To w jego fabryce powstały przęsła mostu Grunwaldzkiego, położonego we Wrocławiu, a także hale dworcowe, wiadukty i zadaszenia, montowane w całych Niemczech i ich koloniach.

W pobliżu miejsca, skąd wydobyto płyty, biegnie do dzisiaj nitka bocznicy kolejowej, coraz gęściej porastająca trawą, która łączyła zakłady stalowe z dworcem towarowym. Po 1945 r. fabrykę Beuchelta przekształcono w Zastal, którego właścicielem zostało państwo.

„Może znajdziecie nagrobki moich dziadków” – niespodziewane słowa wyrwały Mirosława z historycznych obrachunków. Przed nim stała starsza kobieta. Przyniosła ciasto i dokumenty potwierdzające pochówek jej dziadków na cmentarzu Zielonego Krzyża. Jak się dowiedziała, że właśnie dzisiaj zaczną odkopywać płyty sprzed dawnej siedziby milicji? I skąd wiedziała, że jednak coś znajdą? Płyty nagrobne grünberczyków, po których jeździły milicyjne nyski i polonezy, były niczym miejska legenda.

„Podobno płyty są właśnie tam…” – tak mówiono. Albo: „Jakoś trzeba było zatrzeć ślady po Niemcach, a na tamtym terenie przypadkowe osoby nie miały prawa się pojawić”. „Widział to ktoś?” – pytali sceptycy. „A to trzeba zobaczyć?” – padało w odpowiedzi.

Historia jakoś jednak pasowała do niemcożerczej narracji późnego Gomułki, kiedy utwardzenie milicyjnego placu przy ul. Batorego się dokonało: przy dawnej Lausitzerstrasse zbrojne ramię władzy ludowej rozjeżdża materialne dziedzictwo „odwiecznego wroga Polski” i nie dla każdego była to profanacja czy akt barbarzyństwa. Prędzej powtórne wykorzystanie materiału, którego „tyle się marnowało po nie naszych cmentarzach”.

Kobieta z ciastem była potomkinią nielicznych Niemców, którzy nie opuścili rodzinnego miasta po przegranej wojnie.

„Może wam się uda” – powiedziała jeszcze.

Pierwszego pochówku na cmentarzu Zielonego Krzyża przy Rohrbuschweg (dzisiaj Wazów), gdzie pochowano jej dziadków, dokonano w 1628 r. Największa nekropolia w mieście od 1924 r., dzięki staraniom miejscowego stowarzyszenia wolnomyślicieli, miała nawet spopielarnię. Ulokowano ją w budynku z połowy XIX w. stylizowanym na ateńską świątynię Posejdona, gdzie mieściła się kaplica. Cmentarz istniał do 1966 r., kiedy wjechał tam ciężki sprzęt. Najpierw jednak władza w Warszawie zdecydowała uczcić tysiąclecie polskiej państwowości na ziemiach przyłączonych do Polski w 1945 r., wymazując symbole ich wielowiekowej niemieckiej przeszłości. By stało się to możliwe, znowelizowała przepisy o cmentarzach i chowaniu zmarłych. W ramach czynu społecznego działacze KW PZPR i wojewódzkiej rady narodowej (organu władzy samorządowej) zaprosili więc ludzi z zielonogórskich zakładów na kilka sobotnich popołudni, by pomogli zdemontować nagrobki i przygotować teren pod założenie Parku Tysiąclecia. Ekshumacje przeprowadzono tylko w zachodniej, katolickiej części nekropolii, i to tylko tych zmarłych, których pochowano tam po wojnie. Szczątki z co najmniej tysiąca grobów, ulokowanych na kilku hektarach terenu, opadającego tarasowo w dół niczym pole winorośli, pozostały pod ziemią. W dawnym krematorium uruchomiono w latach 80. dyskotekę. Nazywano ją: „pod trupami”. Na urny z prochami natrafiono zaledwie kilka lat temu, kiedy usiłowano, za zgodą ówczesnego samorządu, zrealizować nietrafione pomysły wybudowania na terenie dawnego cmentarza toru Ninja Warrior.

Chodzę w pustej przestrzeni…

Zaczęło się od tego, że w Polsce działy się rzeczy, z którymi Agnieszka Chyrc – historyczka z wykształcenia, animatorka terapii zajęciowej dla osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi, radna miejska od kwietnia 2024 r. – nie potrafiła się pogodzić. W 2017 r. podczas manifestacji przeciwko sprzecznym z konstytucją zmianom w sądownictwie poznała Mirka Krzyżaniaka. Klarowała mu, jak wcześniej mężowi i przyjaciołom: „Musimy coś zrobić, bo ludzie zapomnieli, do czego prowadzi mowa nienawiści”.

W jej głowie scenariusz był jeden: najpierw jest poniżanie i ośmieszanie (sędziów, kobiet, osób nieheteronormatywnych), potem dyskryminacja i wykluczanie.

Jesienią 2020 r., po wyroku Trybunału ograniczającym prawo do wykonywania aborcji, Agnieszka zorganizowała ze znajomymi jeden z największych protestów w powojennej historii Zielonej Góry. Wzięło w nim udział 3 tys. ludzi, a że udało się zablokować jedno z ważniejszych rond, stanęło właściwie całe miasto. Przez kilka dni mówili o tym wszyscy. Po kilku tygodniach pamiętali nieliczni.

„I dalej nie zmienia się nic?” – myślała Agnieszka, przygotowując lekcje terapii zajęciowej. Z podziwem patrzyła na osoby z upośledzeniem intelektualnym, które interesowała każda historia. Wystarczyło opowiedzieć ją w zrozumiały dla nich sposób. Mogła dotyczyć nawet czarownic, podtapianych w połowie XVII w. w strudze przepływającej przez Grünberg, o których Agnieszka usłyszała w szkole podstawowej. Zdawkowa informacja zaintrygowała ją na tyle, że wyszperała artykuły o kobietach oskarżonych o czary, a nawet zlokalizowała kamienicę przy ratuszu wybudowaną w miejscu kaźni. W ten sposób niesprawiedliwie osądzone i zamordowane przed wiekami kobiety sprawiły, że Agnieszka po raz pierwszy w życiu zajęła się historią swojego miasta. Połączyła jego znaną sobie teraźniejszość z obojętną do tej pory przeszłością, czując, że przestaje żyć w pustej przestrzeni.

To mogła być już nawet trzecia kawa w cukierni przy pl. Pocztowym, kiedy Agnieszka dogadała się z Mirosławem, że chociaż jest od niej starszy o pokolenie, o paru sprawach myślą podobnie. Zgadzają się chociażby w tym, że według nich kluczem do zmiany jest poznanie historii regionalnej. Ludzie muszą wiedzieć, kim są. Czemu to nie wstyd mieszkać w poniemieckim domu, który dziadkowie objęli po nieznanych sobie ludziach. Dlaczego powinni wiedzieć, co działo się w ich mieście przed 1945 r., w wyniku czego oni zamiast nad Niemnem czy pod Kołomyją mieszkają nad Odrą. Gdzie, jeśli nie w Zielonej Górze można wiarygodnie opowiadać, do czego prowadzą nienawistne słowa, na które nie reaguje się dostatecznie stanowczo?

„Do zmiany granic i wyrzucania ludzi z domów” – dopowiedział Mirosław, którego rodzinę ze strony mamy Niemcy wywieźli z Janowa Poleskiego do obozu pod Monachium. Z kolei trzej bracia babci ze strony taty zginęli w okopach Wielkiej Wojny jako żołnierze cesarza Wilhelma II Hohenzollerna.

„Ale pojawili się w miejscach, które już miały historię. Dlaczego by o niej nie opowiedzieć?” – podchwyciła Agnieszka, której dziadek był Ukraińcem, babcia Białorusinką, a tata urodził się w Kamieńcu Podolskim.

Patrząc przez okna na dawny Neuer Ring, doszli do wniosku, że przywracanie wymazanej ze społecznej świadomości niemieckiej historii Zielonej Góry trzeba rozpocząć od cmentarzy. Agnieszka napisze podania, do kogo trzeba, by uzyskać pozwolenia (bez tego z opuszczonych cmentarzy nie można usunąć nawet suchej gałęzi). Mirosław skrzyknie podobnych sobie pasjonatów i wspólnie usuną śmieci z kirkutu. W dalszej kolejności sprawdzą, czy opowieści o tablicach złożonych przy ul. Batorego są prawdziwe. Potem zobaczą, co z tego wyniknie.

Resztki z Zielonego Krzyża

Płyty odkopane z dawnego placu manewrowego, które w zamyśle ich fundatorów miały przetrwać wieki, zaświadczając o czyimś życiu i śmierci, znalazły tymczasowe lokum pod wiatą na terenie Zakładu Gospodarki Komunalnej w Zielonej Górze. Blisko pryzmy soli drogowej, niewykorzystanej podczas bezśnieżnej zimy, i stojącego na szynach wagonu repatriacyjnego, odnawianego przez grupę zapaleńców. Agnieszka przez dwa tygodnie przeciskała się z laptopem obok pociągniętych czarną emalią kół wagonu. W kurtce, ogrzewając od czasu do czasu zgrabiałe od zimna palce kubkiem termicznym z herbatą, wypełniała rubryki. Mirosław dyktował dane wpisywane przez nią w szablony przygotowane przez miejskiego urzędnika: rodzaj materiału, grubość płyty, imię, nazwisko, daty urodzenia i śmierci, dodatkowe informacje umieszczone na nagrobku (o ile były), ewentualne uszczerbki. Opisali 170 płyt z co najmniej tysiąca nagrobków znajdujących  się kiedyś na cmentarzu Zielonego Krzyża.

Do tego 30 płyt z grobów ewangelików, które znaleźli na zrujnowanym cmentarzu żydowskim przy Wrocławskiej, pod tonami śmieci wywiezionych przez społeczników.

Kirkut przez nikogo nieniepokojony zarastał samosiejkami, aż w 1968 r. władze przypomniały sobie i o nim. Terenu cmentarza, gdzie pochowano m.in. Wilhelma Levysohna, polonofila i wydawcę od 1841 r. tygodnika „Grünberger Wochenblatt”, jednego z najbardziej liberalnych na ziemiach niemieckich, na szczęście nie zlikwidowano. W dawnym domu pogrzebowym zainstalował się na kilka dekad warsztat samochodowy, dlatego oryginalna posadzka sprzed wieku do dzisiaj otacza nieużywany już kanał pod samochody. Macewy systematycznie jednak wywożono. Utwardzały, podobnie jak nagrobki z cmentarza Zielonego Krzyża, podjazdy i drogi. Albo, po zeszlifowaniu pierwotnych żłobień, stawały nad grobami innych ludzi.

Płyty dziadków kobiety z ciastem nie znaleziono. Mirosław wypatrzył za to nagrobek Karla Schrecka, którego nazwisko widnieje w księdze wieczystej posiadanego przez niego domu. Zmarł osiem lat przed wojną, więc rodzinne lokum opuszczały już jego dzieci. W zestawieniu znalazła się natomiast płyta, która przeleżała kilka dekad pod łóżkiem przyjaciela taty Mirka. Mężczyzna zabrał ją z zarośli, gdzie leżała tygodniami po likwidacji cmentarza Zielonego Krzyża. Nie on jeden tak zrobił. Bystre oko Mirosława, który od lat porusza się po mieście rowerem, do dzisiaj potrafi wypatrzyć piaskowiec nagrobka np. pod różanym krzewem w prywatnym ogrodzie. Znalazł też dwa nagrobki wykorzystane przy budowie podium na stadionie miejskim. I jeszcze płytę z czerwonego granitu w Parku Tysiąclecia, na której usadowiono tablicę upamiętniającą „czyn społeczny” mieszkańców Zielonej Góry.

Jedynie Beuchelta, którego po pracowitym życiu również pochowano na cmentarzu Zielonego Krzyża, nie trzeba było szukać. Jego obszerna kwatera miała wewnętrzny dziedziniec, wypełniony kwiatami, i rotundę zwieńczoną świetlikiem, od której szły dwa skrzydła wsparte na doryckich kolumnach. Ludzie i koparki zostawili ją w spokoju. Chyba miała być ozdobą parku albo miejscem odpoczynku w cieniu wiekowych daglezji czy lip. Przed rewitalizacją parku na grobie Beuchelta otwierano jednak przede wszystkim puszki i butelki. Regionalni historycy zapewniają, że jeszcze w latach 80. kości przemysłowca były widoczne między szczelinami popękanej płyty nagrobnej.

Nasze, nie nasze

Pustynny cypel pokazała Mirkowi Krzyżaniakowi koleżanka, która uciekając przed zgiełkiem Zielonej Góry, wyprowadziła się do wsi Bojadła. Mirosław wspinał się z żoną po łagodnym wzniesieniu, zasypanym piaskiem, na którym z trudem utrzymywały się sosnowe samosiejki. Oczy wciąż jednak uciekały mu do zielonej kępy po prawej stronie. Gęste krzewy huczały od życia – tyle było tam ptactwa. Rosły, jakby w środku nie mogło być miejsca na ludzką stopę. Spokoju nie dawały mu dęby. Najwyraźniej nie wyrastały z przypadkowo porzuconych żołędzi, bo rosły w pewnym porządku, jakby je zasadzono z zamiarem zaznaczenia terenu.

W dawnym Boyadel jest pałac von Kottwitzów, do których wieś należała od XVI w., kościół zbudowany szachulcową metodą i jest cmentarz, ale dość nowy, jak na miejsce z historią zakorzenioną w odległych dziejach. Jeszcze wahał się przez chwilę, czy warto zamieniać spacer z żoną na sprawdzanie przypuszczeń, ostatecznie skierował jednak kroki w kierunku gęstwiny. Wystarczył jeden krok w środek plątaniny krzaków głogu i dzikiej róży, by zobaczyć połamane nagrobki, porośnięte bluszczem ogrodzenia i leżące na ziemi płyty, zielone od mchu. Przez krzaki prowadziły nieuczęszczane dróżki, w których przy odrobinie wyobraźni można było dostrzec dawno temu wytyczone alejki.

„Ty to masz nosa do cmentarzy” – skomentowała żona, która doszła po chwili. Zgadza się. Ma nosa. Pomylił się tylko w jednym: gęstwina nie była tak dziewiczo opuszczona, jak wydawało się z oddali. Po krzakach walały się resztki rozlicznych konsumpcji. Niektóre odbywały się na miejscu. Inne zapewne gdzie indziej, tylko je tu wywieziono. Blisko ogrodzenia z aktualnym miejscem pochówków był jeszcze gruz i przycmentarny śmietnik.

Upłynął rok, nim Agnieszka Chyrc, która zawsze bierze na siebie papierkową robotę, czyli pozyskanie wszystkich możliwych pozwoleń (konserwatora zabytków, władzy samorządowej, instytucji od uwarunkowań środowiskowych), żeby jesienią 2023 weszli legalnie na teren ewangelickiego cmentarza, gdzie ostatnie pochówki miały miejsce ponad 100 lat temu. Razem z Mirkiem systematycznie spotykali się z wójtem, opowiadając o konieczności ocalenia tego miejsca i przekonując, że najlepiej, gdyby sami bojadlanie uporządkowali teren. Żeby poczuli, że to jest ich. I trzeba powiedzieć, że ludzie, zachęceni w mediach społecznościowych gminy, nie dali się prosić.

W pierwszych dniach sprzątania wśród ukrytych w gęstwinie nagrobków był jednak tylko on i Miłosz, syn Agnieszki Chyrc, który kończył wówczas podstawówkę. Pytanie: „Po co ruszać tych faszystów?”, padło chyba jakoś wtedy. A może jednak nieco później, kiedy pojawili się pierwsi bojadlanie? Nagrobki trzeba było najpierw wydobyć spod śmieci i humusu, dotrzeć do nich, wycinając rozrośnięte krzewy, a do tego potrzeba było więcej niż dwóch par rąk, czyli jego i Miłosza. Coś już musiało być zrobione, bo Krzyżaniak odpowiedział sceptykowi, wskazując na jeden z nagrobków: „Jaki faszysta? Przecież Wilhelm miał pięć lat, kiedy umierał”. Potem pokazywał kolejne marmurowe płyty, przyklejone do piaskowca, które elegancką szwabachą informowały, że Friedrich zmarł, mając cztery lat, a Paul – rok. Czy Regina Bunster, która odeszła w 1896 r. w wieku 40 lat, była „Szwabką”? Jak już, to Ślązaczką, a poza tym najpewniej żoną i matką. Niewykluczone, że zmarła przy porodzie kolejnego dziecka.

W czerwcu 2024 przyjechał pastor wspólnoty ewangelicko-augsburskiej z Zielonej Góry, pojawił się wójt Bojadeł i mieszkańcy wsi, a nawet zdystansowany od całego przedsięwzięcia miejscowy katolicki proboszcz. Skupili się wokół płyty z zielonego granitu, na której wyryto: „Tu spoczywają w Bogu dawni mieszkańcy Bojadeł”. Wspólnie pomodlili się za nieznanych dawnych mieszkańców swojej wsi, którzy kiedyś obrabiali ich pola, sadzili najstarsze dzisiaj drzewa we wsi i budowali domy po 1945 r. oddane obcym ludziom. Znicze, które Agnieszka i Mirek spostrzegali w następnych miesiącach pod tablicą, były sygnałem, że dawny cmentarz, o którego istnieniu niewielu wcześniej wiedziało, przestał być anonimowy. Nikt nie wyrzuca śmieci. Odkryte nagrobki bieleją pomiędzy zielenią. Wycięte w gęstwinie ścieżki stworzyły naturalne lapidarium.

Nagrobki nie zostaną poddane renowacji. Cmentarza, który przyroda objęła swoimi prawami osiem dekad temu, nikt nie ma zamiaru odtwarzać. Być może za następne 100 lat ziemia pochłonie całkowicie resztki życia dawnej wspólnoty Boyadel. Chodzi tylko o to, żeby je wchłaniała jako cmentarz, a nie śmietnik, nie profanując pamięci tych, których imiona przywołują rozpadające się nagrobki.

Dlaczego trzeba wiedzieć

Aga Chyrc: „Jestem niewierząca”.

Mirek Krzyżaniak: „W Kościele ewangelicko-augsburskim znalazłem się jako rzymski katolik, rozczarowany rodzimym Kościołem, w którym ludzie niechętnie podejmują odpowiedzialność”.

Aga: „Jestem o pokolenie młodsza od Mirka. Jego nakręca działanie, mnie przedstawianie pomysłów”.

Mirek: „Wkładam nogę między drzwi, żeby ona mogła wejść”.

Aga: „Nie jesteśmy sami. Jest paru przyjaciół i znajomych, którzy czują tę samą satysfakcję odkrywania unieważnionej przeszłości. Mała grupa sprawdzonych ludzi”.

Mirek: „Raczej »szajbusów od dziwnych pomysłów«. Tak o nas mówią niektórzy. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że władza samorządowa wybrana w kwietniu 2024 r. z nami współpracuje, dzięki czemu »dziwne pomysły« mają szansę zostać zrealizowane”.

Aga: „Zależy mi na zmianie społecznej: żeby ludzie reagowali na każde złe zachowanie, czy to jest rzucenie śmiecia na ziemię czy nienawistne słowa, którymi posługują się populiści. Żeby im zależało na tworzeniu przestrzeni, gdzie jest miejsce dla każdego”.

Mirek: „Nawet na tablicę poświęconą pamięci Liddy Beuchelt i jej brata Georga, którzy ufundowali Kościół Zbawiciela, poświęcony w 1917 – w roku czterechsetnej rocznicy rozpoczęcia reformacji przez Marcina Lutra”.

Aga: „Jedyne, co po ludziach może pozostać, to pamięć. Odzyskiwanie pamięci o Grünbergu być może za jakiś czas przestanie być tabu. I to, co dzisiaj wydaje się niepotrzebne albo trudne do przyjęcia, np. wiedza o niemieckiej historii Zielonej Góry, gdzie do 1945 r. nie było Polaków, stanie się oczywiste”.

Mirek: „I wtedy nikt nie będzie wstydliwie zakrywał obrazem Matki Bożej nazwisk ewangelickich fundatorów Kościoła Zbawiciela, obecnie katolickiej świątyni. Zbudujemy też lapidarium z kilkudziesięciu płyt ocalonych z cmentarza Zielonego Krzyża po wschodniej stronie Parku Tysiąclecia. W tym, co robimy, chodzi jednak jeszcze o coś: o zaangażowanie ludzi do tej pory obojętnych, których nie razi opuszczony cmentarz (ileż ich jest między Wrocławiem a Szczecinem!), niepotrzebnie wycięte drzewo ani…”.

Aga: „Ani nienawistne słowo. Kluczowa jest jednak pamięć. Musimy wiedzieć, co było przed nami, bo inaczej bezrefleksyjnie wejdziemy w narzucony nam schemat myślenia o świecie. Nawet o tym, który mamy na wyciągnięcie ręki i moglibyśmy go poznawać samodzielnie. Więc w tym, co robimy, chodzi o coś jeszcze: o odwagę stawiania pytań. O odwagę właśnie, bo rozumiem ludzi bojących się odpowiedzi, które im te pytania przyniosą”.

Artykuł pojawił się w numerze: Nie jesteś swoją diagnozą