Subskrybuj
Jak dotąd – tak w USA jak i w Polsce – utrzymuje się zależność, że młodsze pokolenia są zamożniejsze niż ich rodzice i dziadkowie fot. H. Armstrong Roberts / ClassicStock / Getty
Jak dotąd – tak w USA jak i w Polsce – utrzymuje się zależność, że młodsze pokolenia są zamożniejsze niż ich rodzice i dziadkowie fot. H. Armstrong Roberts / ClassicStock / Getty
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Ile zarobią nasze dzieci?

Drodzy milenialsi, jak często słyszeliście już, że macie gorzej niż wasi rodzice? To jeden z publicystycznych mitów, które nie znajdują potwierdzenia w danych.

Wśród 10 powodów, dla których nie należy mieć dzieci, w opublikowanym w 2016 r. tekście na łamach „Krytyki Politycznej”, Jaś Kapela na pierwszym miejscu stawiał to, że dzieci będą miały gorzej niż ich rodzice. Na dowód swojej tezy przytaczał sondaż Boston Consulting Group, według którego „jedynie 13% pytanych rodziców było zdania, że ich dzieciom będzie się kiedyś powodziło lepiej niż im samym”. „Prawie wszyscy już wiedzą, że będzie gorzej. I to z wielu różnych powodów” – twierdził wtedy felietonista „Krytyki Politycznej”.

Nie jest to odosobniony głos. W zbliżonym tonie w 2020 r. w „Gazecie Wyborczej” pisał również Miłosz Wiatrowski, historyk i ekonomista, ekspert ekonomii rozwoju. Jego argumentacja była jednak o wiele bardziej zniuansowana i opierała się na znacznie większej liczbie źródeł. Żeby oddać sprawiedliwość Kapeli, należy powiedzieć, że jego tekst był prowokacyjnym, krótkim felietonem, a nie esejem. Taka forma nie pozwala rozpędzać się z researchem tak jak w przypadku klasycznego long read, którego autorem był Wiatrowski.

Tytuł tekstu Wiatrowskiego wskazuje, w jakiej poetyce będzie utrzymany artykuł – 20-, 30-latki mają gorszy start niż rodzice. Czy ich dogonią? Mogą nie dożyć. I tu znowu pewne zastrzeżenie – tytuły artykułów w portalach internetowych nierzadko są podrasowane po to, żeby przykuć uwagę odbiorców. W ramach rynkowej konkurencji nawet dość wyważone treści muszą być sprzedawane jako kolejne końce świata, żywiąc się naszą skłonnością do przywiązywania większej wagi do wiadomości negatywnych niż neutralnych bądź pozytywnych (negativity bias).

Autor pisze: „Wystarczy poświęcić parę minut, by znaleźć dziesiątki artykułów i raportów zgodnie powtarzających złowrogą mantrę: »milenialsi są pierwszym w historii pokoleniem, które będzie biedniejsze od swoich rodziców«. Badanie przeprowadzone przez amerykańską rezerwę federalną pokazało, że przychody gospodarstw domowych milenialsów są aż o 14% niższe niż te, którymi cieszyli się przedstawiciele powojennego wyżu demograficznego (baby boomers) na tym samym etapie życia. Mediana majątku osób, które w 2016 r. miały pomiędzy 20 a 35 lat, była o jedną czwartą mniejsza niż dla ich rówieśników w przededniu kryzysu finansowego 2007 r.”. To wszystko jest prawda, sam wykonałem podobną pracę researcherską, jak się lapidarnie mówi – wiem, jak jest. A przynajmniej myślałem, że wiem, do pewnego momentu.

Którym pokoleniem jesteś?

Zanim przejdziemy dalej, nakreślmy mapę pokoleń, żebyśmy mogli lepiej nawigować po odmienianych w tym tekście przez (prawie) wszystkie przypadki generacjach. Najstarszym pokoleniem, które liczy się w medialnych narracjach, jest generacja powojennego wyżu demograficznego, czyli wspomniani wyżej baby boomers, popularnie zwani boomerami. Są to osoby urodzone od poł. lat 40. do poł. lat 60. ubiegłego wieku. To rodzice dzisiejszych 30–40-latków, zazwyczaj znacznie bardziej konserwatywni niż ich dzieci. Stąd też w publicznym dyskursie, po zawrotnej karierze zwrotu „OK, boomer” z 2019 r., kategoria ta jest utożsamiana z nieżyciowym konserwatystą, dziadersem. W najbardziej radykalnych polskich dyskursach pokoleniowych antagonizmów o członkach powojennego wyżu mówi się „dziadocen”. Jest to stan umysłu, a nie rocznik. Jednak obserwując te przepychanki z pewnego dystansu, trudno nie odnieść wrażenia, że boomer bywa obelgą, w której pobrzmiewa ageizm, niechęć ze względu na wiek. Pokolenie powojennego wyżu wchodziło na rynek pracy od połowy lat 60. do połowy lat 80., a dzisiaj albo jest już na emeryturze, albo się do niej zbliża.

Starszymi dziećmi baby boomers jest pokolenie X urodzone między poł. lat 60., a początkiem lat 80. Od rodziców odróżnia ich m.in. większe otwarcie na świat. O ile w rozwiniętych krajach Zachodu, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, część pokolenia baby boomers jako hipisi świętowała lato miłości w 1968 r., o tyle część pokolenia X zawierzyła rynkowemu indywidualizmowi i została określona nawiązującą do słowa hippie kategorią yuppie – od Young Urban Professionals, czyli młodzi profesjonaliści z wielkich miast. Yuppies, czy swojski japiszon, jako kategoria opisowa wyłonił się w końcówce lat 80., ale w Polsce na dobre zadomowił się wraz z neoficką wiarą w wolny rynek cechującą kolejną dekadę. W zbiorowej wyobraźni yuppie uruchamia obrazy dwudziestokilkulatka w garniturze, z uśmiechem na twarzy, czasem z teczką w dłoni; z jakiegoś powodu portretowany jest on z rozpostartymi rękoma. Jakby chciał ogarnąć cały świat albo jakby wyzwania owego świata witał z otwartymi ramionami. Japiszony wchodzące na rynek pracy od końcówki lat 80. do początku lat zerowych to nierzadko zwolennicy tzw. kultury zapierdolu, którzy dwie dekady temu przechwalali się na imprezach, kto dłużej siedział w pracy i kto wykręcił lepszy wynik finansowy kosztem czasu wolnego. Oczywiście jest to tylko pewien wycinek pokolenia, na który kierowały się reflektory tzw. poważnych mediów. Nic dziwnego, akurat on należał do najzamożniejszych i tę prasę czytał. A jak wiemy nie od dziś, każdy chce czytać o sobie.

Młodsi bracia i siostry X-ów to generacja Y, popularnie zwana milenialsami. Są to osoby urodzone między początkiem lat 80. a poł. lat 90. Najstarsi milenialsi to byli członkowie subkultur na „starą modłę” – depesze, punki, metale, grunge’owcy. Nieco młodsi to hipsterzy, reprezentanci pierwszej postsubkultury, gdzie honorem było nieprzyznawanie się do przynależenia do niej, lecz dumą, kiedy ktoś hipstera określił hipsterem. Najmłodsi milenialsi w ogóle nie uznają subkulturowych zaszeregowań; kategorie te wewnątrz pokolenia zupełnie straciły walor autodefinicyjny.

Pokolenie milenialsów wchodziło na rynek pracy od początkowych lat XXI stulecia do mniej więcej końcówki ubiegłej dekady. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że moment rozpoczynania pierwszej pracy z pokolenia na pokolenie nieco się opóźniał, a to z uwagi na coraz większy odsetek osób, które podejmowały studia. W przypadku części członków pokolenia Y początek kariery zawodowej zbiegł się z momentem wielkiego kryzysu gospodarczego, który zaczął się w 2008 r. wraz z upadkiem banku Lehman Brothers. Wynikające z załamania gospodarczego strukturalne zatrzymanie wielu karier spowodowało, że milenialsi nie są już tak optymistycznie nastawieni wobec neoliberalnego kapitalizmu jak ich starsi bracia i siostry. Stereotypowo wydają się również nieco bardziej neurotyczni niż X-y. Są także pierwszym pokoleniem, któremu w publicznym dyskursie przypięto łatkę „roszczeniowego” i „leniwego”. Refren ten ma już ponad 10 lat i rozciągnął się na najmłodsze pokolenie, czyli generację Z.

Zetki to osoby urodzone od II poł. lat 90. do początku drugiej dekady XXI w. Są to najmłodsze dzieci najmłodszych boomerów i generacji X. Pierwsze roczniki właśnie wchodzą na rynek pracy. Zoomerzy, jak się czasem o nich mówi, od dzieciństwa dorastający w ekosystemie mediów społecznościowych, wystawieni na ciągłe algorytmiczne podbijanie popularności, to grupa, którą ma cechować bardziej krucha kondycja psychiczna. Dlatego też w kontekście rynku pracy kładą szczególny nacisk na komfort mentalny.

Gorzej niż rodzice?

W 2018 r. Paweł Sadowski w „National Geographic” w artykule pod symptomatycznym tytułem Milenialsi to pierwsze pokolenie, które ma gorzej niż ich rodzice. „Żyją pod niewyobrażalną presją” pisał: „Ich zarobki nie rosną, coraz rzadziej są właścicielami domów czy mieszkań i uważa się, że są leniwi. Zgodnie z nowym raportem przeprowadzonym przez think tank Health Foundation, milenialsi mogą być pierwszym pokoleniem, którego stan zdrowia jest gorszy niż ich rodziców”.

Autor cytuje Jo Bibby, dyrektorkę ds. strategii w Health Foundation, która w wywiadzie dla „Timesa” twierdziła, że co prawda stan zdrowia milenialsów jest lepszy niż ich rodziców, kiedy ci ostatni byli w ich wieku, ale może się pogorszyć na skutek niestabilności życia. Oczywiście niepewność pracy i warunków ekonomicznych to problemy bardzo istotne, wpływające na jakość życia oraz wskaźniki kondycji psychicznej, ale – co wynika z artykułu – zdrowie najmłodszych jest lepsze niż zdrowie pokoleń starszych. Na razie więc, przynajmniej w kwestii zdrowia, mamy do czynienia z ostrzeżeniem, jednak na tyle alarmującym, że konieczne jest, by władze wdrażały polityki, których zadaniem będzie zapewnienie większej stabilności ekonomicznej osobom zmagającym się z konsekwencjami np. uśmieciowienia rynku pracy.

W artykule na portalu Forsal.pl pod tytułem To nie są kraje dla milenialsów. Młodzi na Zachodzie są biedniejsi niż ich ojcowie autor, Artur Patrzylas, pisze: „Pokolenie osób urodzonych w latach 1966–80 (pokolenie X) doświadczyło szybkiego wzrostu przychodów. Milenialsi musieli się jednak zmierzyć z bolesnym odwróceniem tego trendu. Z analizy przeprowadzonej przez think tank Resolution Foundation w 8 zachodnich krajach wynika, że dochody milenialsów tuż po trzydziestce są o 4% niższe niż ich rodziców (pokolenia X), gdy byli w tym samym wieku”. W najgorszej sytuacji są młodzi Brytyjczycy i Hiszpanie. Generacja X na Wyspach zarabiała o 54% więcej niż boomerzy w analogicznym wieku. Dochody milenialsów natomiast, jeśli zrobimy korektę o inflację, obniżyły się względem X-ów o kilkanaście procent. Jeszcze gorsza sytuacja była w drugim wspomnianym kraju. Pamiętajmy, że Hiszpania została bardzo silnie dotknięta przez globalny kryzys gospodarczy pierwszej dekady XXI w.

Z tym też kryzysem związane są pierwsze diagnozy problemu gorszej sytuacji ekonomicznej dzieci względem rodziców. W 2012 r. „The Wall Street Journal” ostrzegał: „Dzisiejsze dzieciaki mają gorzej niż ich rodzice”. Za przyczynę tego stanu rzeczy winił pokryzysową recesję. Osoby, które mają za sobą dłuższe bezrobocie, statystycznie również rzadziej osiągają wysokie dochody. Do tego ubytek we wzroście gospodarczym powoduje, że kanały awansu stają się mniej drożne. Amerykańscy milenialsi trafili więc na feralny okres dla gospodarki – zahamowanego wzrostu i podwyższonego bezrobocia. Choć wcześniejsze pokolenia również stykały się z kryzysami, ten z końca I poł. XXI w. był wyjątkowo głęboki.

W podobnym tonie wypowiadała się w 2013 r. brytyjska rządowa Komisja ds. Mobilności Społecznej i Ubóstwa Dzieci, która przestrzegała, że dzieci z klasy średniej mogą być pierwszym pokoleniem od stulecia, które w wieku dorosłym będzie miało gorzej niż ich rodzice. Składać się miał na to wielowymiarowy kryzys nazwany w „Guardianie” przez dziennikarza Daniela Boffey’a „idealną burzą”. Chodziło o nakładające się na siebie zadłużenie studenckie, rosnące ceny nieruchomości oraz niestabilność zatrudnienia.

Efekty kryzysu przypomniały o spychanej na dalszy plan w głównonurtowej ekonomii kwestii nierówności. Wcześniej wypierał ją m.in. jednowymiarowy wskaźnik PKB. To prawda, że produkt krajowy brutto bardzo silnie koreluje z innymi wskaźnikami jakości życia w danym społeczeństwie. Mówiąc w skrócie – kraje, które znajdują się na czele rankingów jakości życia tworzonych przez OECD (Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) i Organizację Narodów Zjednoczonych, jednocześnie plasują się w czołówce krajów o najwyższym PKB per capita na świecie. Jednak różnice jakości życia w tych państwach, jak również powodzenie młodszych pokoleń, zależą m.in. od poziomu nierówności ekonomicznych – im są one większe, tym mniej osób korzysta na wzroście gospodarczym.

Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatnio

Wszystkie powyższe dane są, delikatnie mówiąc, niepokojące. Są tylko dwa „ale”. Jean M. Twenge, profesorka psychologii z uniwersytetu w San Diego zajmująca się różnicami pokoleniowymi, autorka iGen – głośnej książki portretującej młodą generację – w kwietniu 2023 r. opublikowała w „Atlanticu” niezwykle ciekawe studium na temat kondycji materialnej amerykańskiej milenialsów. Wynika z niej, że diagnozy o pokoleniu biedniejszym niż ich rodzice się zdezaktualizowały! Faktycznie do 2012 r. medianowy dochód gospodarstwa domowego osób w wieku od 25 do 34 lat spadł względem poziomu analogicznej grupy wiekowej z 2000 r., lecz od 2019 r. nastąpił wzrost dochodów milenialsów. Badaczka, powołując się na dane z US Census Bureau (odpowiednik naszego GUS-u), stwierdza, że medianowy dochód gospodarstw domowych milenialsów, po uwzględnieniu inflacji, był o 9 tys. dolarów rocznie wyższy niż w przypadku pokolenia X w porównywalnym wieku oraz o 10 tys. wyższy niż pokolenia powojennego wyżu. Wzrost zamożności nie dotyczy jedynie dochodów, ale również – co interesujące – majątków. Według analizy Banku Rezerwy Federalnej w St. Louis z 2018 r. (bazującej na danych z 2016 r.) mediana majątku milenialsów była niższa o 34%, niż można byłoby to wnosić z mediany wartości majątków poprzednich pokoleń. Ale analiza FED z 2022 r., na którą powołuje się Jean Twenge, wskazuje, że do poł. 2022 r. majątek generacji Y był zbliżony do mediany majątku pokolenia X-ów. I to po uwzględnieniu zadłużenia studenckiego. Tak, pokolenie milenialsów rzeczywiście było biedniejsze niż ich rodzice i starsze rodzeństwo. Jednakże po chudych latach po kryzysie 2008 r. udało im się nadrobić „zaległości” zarówno dochodowe, jak i majątkowe.

To teraz czas na drugie „ale”. Analizy pokoleniowych różnic nigdy nie były nawet w części adekwatne w przypadku Polski. Nasza historia rozwoju gospodarczego i społecznego w ostatnich kilkudziesięciu latach jest jeśli nie krańcowo różna od doświadczeń społeczeństw rozwiniętego Zachodu, to przynajmniej odmienna na tyle, że zasługuje na własną opowieść.

Duża część życia zawodowego polskiego powojennego wyżu demograficznego przypadła na okres gospodarki niedoborów. Później przyszło tąpnięcie lat 90. z inflacją przebijającą… ponad 1000%. Jeśli dzisiejszy półtoraroczny okres kilkunastoprocentowego wzrostu cen jest odmieniany przez wszystkie przypadki, to warto przypomnieć, że w latach 90. wskaźnik ten utrzymywał się na poziomie powyżej 20% przez większość dekady. Dodajmy do tego ponad trzykrotnie wyższą niż dziś stopę bezrobocia rejestrowanego. Takie bezrobocie dla całej gospodarki oznacza dla młodych wskaźnik o kilkanaście procent wyższy.

Polska PRL-u, a później targana szokami lat 90. i gigantycznym bezrobociem pierwszych lat XXI w., była nieporównywalnie biedniejszym i gorszym miejscem do życia, niż jest dzisiaj. To jednak nie przeszkadza w dyfuzji pesymistycznych opowieści o tym, że „dzieci będą miały (lub mają) gorzej niż rodzice”, do naszej infosfery. Żeby jednak do takiej sytuacji realnie doszło, sytuacja milenialsów musiałaby być ekonomicznie gorsza niż ich rodziców w latach 70., 80. i 90., a sytuacja najmłodszych zoomerów musiałaby być gorsza niż ich rodziców z generacji X, którzy już wchodząc na rynek pracy, trafili na kilkunastoprocentowe bezrobocie. W Polsce ta narracja się po prostu kompletnie nie trzyma kupy! Jednak kiedy pewien pogląd zostanie zasiany w naszych głowach, wtedy zaczyna działać cała mechanika gier społecznych i psychologicznych, które każą nam szukać potwierdzenia tych tez.

W zeszłym roku amerykański think tank Pew Research Center opublikował wyniki badania, w którym w 19 rozwiniętych krajach pytano ludzi, czy ich zdaniem sytuacja ekonomiczna dzisiejszych dzieci będzie lepsza czy gorsza niż ich rodziców. Uśredniając wyniki, 70% respondentów odpowiedziało, że dzieciom będzie się wiodło gorzej. Najwięcej pesymistów było w Japonii – aż 82%, a najmniej pesymistycznie nastawieni do przyszłości są Izraelczycy – „jedynie” 27% pytanych uważało, że dzieci będą miały gorzej niż ich rodzice. Badanie objęło również Polskę. W naszym kraju 42% ankietowanych uznało, że dzieciom będzie gorzej niż poprzednim pokoleniom, a 39% uważało, że będą miały lepiej. Pew pokazuje również przeszłe, sięgające 2013 r., odpowiedzi na to samo pytanie. Widać, że przez ostatnią dekadę zaliczyliśmy wyraźny spadek pesymizmu, bo jeszcze w 2013 r. aż 61% Polaków kiepsko oceniało sytuację ekonomiczną dzieci względem rodziców. Dwa lata później było ich już 53%.

Wiemy, co nastąpiło w przyszłości badanych, ponieważ dla nas jest ona przeszłością, dlatego sprawdźmy, jak faktycznie ułożyła się kondycja ekonomiczna tamtego pokolenia. Danymi może nas wspomóc Główny Urząd Statystyczny. Niestety, informacje odnoszące się do średniej pensji z podziałem na wiek GUS publikuje z pewnym opóźnieniem. Ostatni raport gromadzi dane za 2020 r. Możemy się jednak cofnąć do 2010 r. i zobaczyć, jak wyglądała zmiana ekonomicznej sytuacji młodych w ciągu dekady. W tamtym czasie średnia krajowa dla całej gospodarki wynosiła niecałe 3550 zł brutto. Płace osób do 24. roku życia kształtowały się na poziomie – uśredniając – 2300 zł brutto i stanowiły 65% średniej. W 2020 stanowiły już 70% średniej i wzrosły do niemal 4000 zł przy średniej pensji w całym kraju na poziomie 5750 zł. Pensje młodych w tym czasie wzrosły niemal o połowę. I to po korekcie o inflację!

Od 2004 r. dochody najmłodszych pracowników w Polsce wzrosły ponad dwukrotnie. Płace osób wchodzących na rynek pracy w 2020 r. były realnie dwa razy wyższe niż osób o półtorej dekady starszych! Płace najstarszych zoomerów na dzień dobry są dwa razy wyższe niż najstarszych milenialsów z czasu, gdy ci zaczynali swoją karierę. Wskaźnik średnich płac podawany przez GUS ma oczywiście swoje wady: ciągną go w górę osoby najzamożniejsze, w danych nie widać również osób, które pracują w mikroprzedsiębiorstwach, a wiemy, że w nich zarabia się mniej. Raport nie obejmuje też umów śmieciowych, a na części z nich zarabia się mniej niż na etacie. Średnią lub powyżej realnie zarabia nie więcej niż 1/3, a być może nawet 1/4 pracujących. To jednak nie oznacza, że trendy obejmujące wszystkich zatrudnionych wyglądałyby diametralnie różnie. Wiemy, że mediana wynagrodzeń, czyli wartość, od której połowa pracujących zarabia więcej, a połowa mniej, wzrasta, podążając za średnią. Za dynamiką średniej płacy podążają również zarobki w mikrofirmach. Nie tyle istotne są więc nominalne wysokości wypłat, ile właśnie wspomniane trendy i wzrosty. A te są dość klarowne. Nie ulega żadnej wątpliwości, że w Polsce finansowo dzieci mają się znacznie, znacznie lepiej niż ich rodzice.

Złudzenia poznawcze

Jest jeszcze jedna bardzo ciekawa rzecz, która wynika z cytowanego wcześniej badania Pew Research Center. Chodzi o to, jak w naszym kraju zmieniało się postrzeganie przyszłości ekonomicznej. Jak wspomniałem, w 2013 r. aż 61% uważało, że dzieci będą miały się gorzej niż ich rodzice, ale kolejne lata przynoszą wzrost optymizmu. Jego szczyt przypada na 2019 r., kiedy to zaledwie 23% respondentów uważało, że dzieciom będzie gorzej niż rodzicom (wspomniane 42% badanych z 2022 r. to skutek covidowego tąpnięcia). Jaki z tego można wyciągnąć wniosek?

Daniel Kahneman, laureat ekonomicznego Nobla, jeden z najbardziej błyskotliwych myślicieli i psychologów społecznych ostatnich dekad, podkreśla, że ludzie pytani przez ankieterów o dość złożone kwestie podmieniają sobie w głowie zagadnienia, na które odpowiadają. Od 2013 r. do 2019 r. mieliśmy w Polsce do czynienia z okresem naprawdę szybkiego wzrostu dobrobytu. Później nastąpiły epidemia, rosyjska agresja na Ukrainę i wysoka inflacja. Być może więc ludzie tak naprawdę nie odpowiadali na dość trudne przecież pytanie o los ekonomiczny ich dzieci. Takie prognozy wymagają głębokiego namysłu, zrobienia w głowie jakichś, choćby uproszczonych, modeli etc. Być może ludzie realnie odpowiadali na pytanie: „Jak nam się wiedzie?”.

Zdaję sobie sprawę z ograniczeń malowania obrazu, w którym młodym dorosłym żyje się lepiej niż ich rodzicom (chociaż to prawda). Po pierwsze, zarobki to nie wszystko, liczy się np. sytuacja mieszkaniowa. Po drugie, to, że dzisiaj młodym dorosłym żyje się wygodniej niż wcześniejszym pokoleniom, nie oznacza, że ten trend będzie kontynuowany w przyszłości.

Zacznijmy od tej pierwszej sprawy. To prawda, że rynek mieszkaniowy w Polsce jest jednym z tych obszarów, gdzie na tle Europy wypadamy kiepsko. Żyjemy np. w jednych z najbardziej przeludnionych mieszkań. Według Eurostatu w 2022 r. aż 35% naszych rodaków stykało się z tym problemem. Ale jeśli cofniemy się do 2013 r. (tego okresu sięgają informacje Europejskiego Urzędu Statystycznego), to okaże się, że problem ten dotyczył ponad 45% Polaków i Polek. I tu więc widać, że jest lepiej, niż było.

Szanse na apokalipsę

Druga kwestia to próba ekstrapolacji dzisiejszych trendów na przyszłość. Przez ostatnie dekady czerpaliśmy z tzw. renty nisko rosnących owoców. Zauważalny postęp, jeśli chodzi o ogólny dobrobyt w naszym kraju, wynikał w dużej mierze z tego, że startowaliśmy z niskiego poziomu. Dodatkowo w pewnym momencie mieliśmy do czynienia ze sporym wsparciem ze strony Unii Europejskiej, a na horyzoncie widać już potężne zagrożenie, jakim jest kryzys klimatyczny.

Dzisiaj zresztą temat zmian klimatu został inkorporowany przez dyskurs o coraz mniejszych szansach młodych ludzi. W skrajnej wersji, wcale nie marginalnej, jeśli chodzi o debatę publiczną, kryzys klimatyczny jest przedstawiany jako przedsionek niechybnego kolapsu. Choć dyskurs ten, praktykowany głównie przez dziennikarzy i aktywistów, udaje, że jest żyrowany przez naukę, to tak naprawdę nauka niewiele nam mówi na temat prawdopodobieństwa zapaści cywilizacyjnej. Choć może nam powiedzieć, co się będzie działo z klimatem przy konkretnych wartościach wykorzystania budżetu węglowego, to nie może przewidzieć, ile gazów jeszcze wyemitujemy. Nie może również zamodelować naszej adaptacji do zmian.

Warto zacytować pracę Davida Rode’a i Paula Fischbecka z Carnegie Mellon University, którzy przyjrzeli się 79 prognozom klimatycznej apokalipsy tworzonym od lat 70. ubiegłego wieku. Okazało się, że ponad 60% z tych mrocznych przepowiedni zdezaktualizowało się w 2020 r. Badacze delikatnie dworowali sobie z apokaliptyków, mówiąc, że zapaść cywilizacyjna zawsze jest około 20 lat przed nami. Kryzys klimatyczny jest zapewne największym problemem, przed jakim stoi ludzkość, ale przyszłość nie jest jeszcze napisana; wbrew temu, jakie wrażenie można odnieść, czytając nagłówki gazet i portali internetowych, wcale nie jest pewne, że za 30–40 lat będziemy mieli do czynienia z niemożliwym do opanowania globalnym chaosem polityczno-społeczno-gospodarczym.

Bardzo interesującym głosem i przestrogą, jeśli chodzi o polepszanie (lub pogarszanie) ekonomicznej jakości życia przyszłych pokoleń, jest badanie z 2016 r. przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda Raja Chetty’ego i Davida Grusky’ego. Wyniki ich analizy wskazują, że odsetek dzieci zarabiających więcej niż rodzice spadł z 90% w przypadku dzieci urodzonych w latach 40. (czyli baby boomers) do 50% w przypadku dzieci urodzonych w latach 80. (milenialsów).

Tu ważna uwaga – w dużym uproszczeniu na wzrost wynagrodzeń wpływają dwie główne zmienne – wzrost gospodarczy oraz rozwarstwienie dochodowe. Przy czym duże nierówności przy wzroście gospodarczym nie muszą oznaczać, że biedni biednieją. Nie muszą nawet oznaczać, że biedniejsza część społeczeństwa jest pogrążona w ekonomicznej stagnacji. To zależy od wielkości wzrostu. Większy wzrost może kompensować wyższe nierówności i powodować, że biedniejsi również się bogacą (przy czym najbogatsi bogacą się najszybciej, co wydaje się oczywiste). Tyle że generowanie wzrostu gospodarczego nie jest łatwe. Przekonuje się o tym USA (i wiele innych rozwiniętych państw) od lat 70. Zdaniem wspomnianych badaczy to właśnie niższy wzrost gospodarczy połączony z rosnącymi nierównościami spowodował stagnację dochodów młodych dorosłych urodzonych w latach 80. Mało tego, naukowcy stworzyli również model „kontrfaktycznej Ameryki” ze wzrostem gospodarczym na tym samym poziomie, który powodował szybki awans osób urodzonych w latach 40. (przypomnijmy – 90% z nich zarabiało więcej niż ich rodzice), przy czym powiększyli w owym modelu ówczesne nierówności do dzisiejszych poziomów. Co się okazało? Że odsetek osób, które skorzystałyby na takim wzroście, spadłby z 90% do nieco ponad 60%! Innymi słowy, niższy wzrost z niższymi nierównościami może być korzystniejszy dla większości społeczeństwa niż wyższy wzrost z wyższymi nierównościami.

To zresztą przestrogi dla naszego kraju i regionu. Wchodzimy na orbitę najzamożniejszych krajów świata z ich wygodnym życiem, niezłymi usługami i wysokimi dochodami. Jeżeli chcemy, aby ten świat trwał jeszcze przez jakiś czas i aby jego beneficjentami były kolejne pokolenia, to musimy postawić na większą równość. Model gospodarczy oparty na zrywaniu nisko rosnących owoców się kończy. Czas zastanowić się nad tym, jak urządzić świat naszych dzieci, żeby za dwie dekady nie musiały o sobie czytać – tym razem adekwatnych diagnoz – że są biedniejsi niż ich rodzice. Czyli my.

 

Artykuł pojawił się w numerze: Cieszyć się kruchością życia