Subskrybuj
Ilustracja: Tommy Pieńczak
Ilustracja: Tommy Pieńczak
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Jak etanol traci urok

To alkohol – spośród wszystkich substancji psychoaktywnych – powoduje największe szkody społeczne. Wyprzedza nawet heroinę i kokainę. Mimo to funkcjonuje u nas niemal na prawach żywności.

Kulturowa dominacja alkoholu sprawiła, że stał się on prawie niewidzialny. Etanol jest dziś dostępny i spożywany tak powszechnie, że znika gdzieś w tle naszej codzienności: od kieliszka wina do obiadu, przez towarzyskie piwo po pracy, po suto zakrapiane imprezy w weekend. W ostatnich latach coraz częściej podważamy jednak oczywistość jego wszechobecności. Na co w tym procesie odczarowywania alkoholu zwraca uwagę naukowczyni, neurobiolożka?

Na złożoność problemu. Zbyt rzadko przyglądamy się etanolowi kompleksowo, z uwzględnieniem nie tylko kwestii biologicznych (zwłaszcza tych dotyczących zdrowia mózgu), lecz także psychologicznych oraz społecznych.

Nie zrozumiemy zadziwiającej złożoności jego działania oraz skali zniszczenia, jakie na co dzień sieje, jeśli nie uznamy wieloaspektowości jego stosowania.

Zakwestionowanie kulturowej dominacji alkoholu wymaga przekroczenia granic oczywistości – musimy dostrzec, że nie ma nic naturalnego w tym, iż najbardziej destrukcyjna społecznie substancja psychoaktywna jest jednocześnie najpowszechniej akceptowana.

Iluzja „bezpiecznego” picia powoduje, że mimo rosnącej wiedzy o jego negatywnych konsekwencjach niektóre z kontekstów spożywania alkoholu wciąż wydają się neutralne. Przykładowo – lampka czerwonego wina do posiłku. Obiegowa „mądrość” głosi, że w tym przypadku możemy mówić nawet o działaniu prozdrowotnym. Ile w tym prawdy?

To kulturowe echo zagadnienia w literaturze naukowej nazywanego „francuskim paradoksem”. Z badań prowadzonych we Francji ok. czterech dekad temu wnioskowano, że obserwowane mniejsze prawdopodobieństwo m.in. chorób sercowo-metabolicznych wśród Francuzów miałoby się wiązać z pro­zdrowotnym wpływem czerwonego wina, które ci z zamiłowaniem spożywają. Ta konkluzja jest jednak coraz częściej podważana m.in. ze względu na niestaranność analiz i niewłaściwą metodologię ówczesnych badań.

Dziś w ogóle podaje się w wątpliwość twierdzenie, że Francuzi na te choroby rzadziej zapadają, zwracając uwagę na ich duże niedodiagnozowanie.

Jednocześnie prozdrowotna jest sama dieta śródziemnomorska bogata w polifenole o właściwościach przeciwutleniających i promózgowych (nie chodzi oczywiście o tłuste sery, mięsa czy bagietki). Niski wskaźnik chorób sercowo-naczyniowych charakteryzuje także Włochów, co pozwala przypuszczać, że rola tej diety jest tutaj  szczególnie istotna. Warto podkreślić też, że dziś ma niestety miejsce ujednolicenie oferty gastronomicznej na modłę zachodniego fast foodu, co dodatkowo komplikuje obraz.

Mówiono o istotnej roli zawartego w czerwonym winie resweratrolu – z tego względu wino można znaleźć np. w zaleceniach promózgowej diety MIND jako czynnik pozytywnie wpływający na długowieczność. Prawda jest jednak taka, że jeśli chcielibyśmy przyswoić resweratrol z wina w realnie poprawiającej zdrowie dawce, to musielibyśmy wypić tego wina tyle, że spożyty etanol zaszkodziłby nam dużo bardziej, niż resweratrol by pomógł.

Czyli wiązanie czerwonego wina z lepszym zdrowiem (przy założeniu, że Francuzi rzeczywiście mogliby się nim pochwalić) byłoby przypadkiem mylenia korelacji ze związkiem przyczynowym?

Tak. Musimy myśleć wieloczynnikowo, czyli uwzględniać specyfikę jadłospisu i inne aspekty stylu życia w danym regionie. Pamiętajmy, że resweratrol znajduje się też w samych winogronach, w borówkach, w morwie białej, w kakao.

Po co fermentować – jedzmy świeże.

Właśnie tak. Co więcej, nawet jeśli na siłę dopatrywalibyśmy się jakiejś prozdrowotnej wartości umiarkowanego picia czerwonego wina, to nad Wisłą wzorce picia są zdecydowanie inne niż nad Sekwaną. Przy czym o to prozdrowotne działanie naprawdę trudno.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) jednoznacznie stwierdza, że nie istnieje bezpieczna dawka alkoholu.

Reakcja na alkohol jest wysoce zindywidualizowana i zależy od wielu czynników biologicznych – receptorów, polimorfizmów genetycznych, a nawet od szerokości geograficznej, w której żyjemy. Dlatego nawet lampka wina może być dla kogoś szkodliwa.

Jakie są najnowsze doniesienia na ten temat?

Przełomowe badanie zostało opublikowane w „Nature” w 2022 r. Wykorzystano w nim funkcjonalny rezonans magnetyczny u 36 tys. osób i pokazano coś niezwykle niepokojącego. U 50-latka spożywającego zaledwie dwa piwa dziennie (co mieści się w „bezpiecznych” limitach według wytycznych podawanych niegdyś przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) mózg wykazuje negatywne zmiany charakterystyczne dla osób 10 lat starszych. Co więcej, każda kolejna jednostka alkoholu pogłębia ten efekt, powodując kurczenie się tkanki mózgowej i przyspieszając proces starzenia się. To szczególnie istotne, bo mówimy tu o dawkach, przy których człowiek nawet nie odczuwa upojenia alkoholowego. Te odkrycia podważają istnienie „bezpiecznej dawki” alkoholu i stawiają w nowym świetle wspomniany „francuski paradoks”.

Warto dodać, że w tych wszystkich badaniach zakłada się, iż osoby, które konsumują te rzekomo prozdrowotne dawki, są ogólnie zdrowe.

Kiedy mówimy o umiarkowanym spożyciu alkoholu, często mamy na myśli osoby prowadzące generalnie zdrowy tryb życia – uprawiające sport, dbające o dietę.

To może zniekształcać statystyki, tworząc fałszywy obraz „bezpiecznego picia”.

W Polsce obserwujemy zmianę wzorców konsumpcji alkoholu – zamiast piwa pojawia się „kulturalne” picie prosecco do śniadania czy wieczorny drink w eleganckim wydaniu.

Ciekawe jest też to, jak zmienił się społeczny dyskurs o alkoholu. Mówimy, przykładowo, o „rzemieślniczym piwie”, zachwycamy się whisky single malt – niemal tak, jakby były to produkty kultury wysokiej. Tworzymy złudzenie, że pewne rodzaje alkoholu mogą być „lepsze”, a więc pewnie też „bezpieczniejsze” od innych, np. tańszych odpowiedników. To jednak wciąż ta sama toksyna – różni się jedynie opakowaniem i smakiem. Szkody wyrządza takie same.

To prawda. W dodatku nie są to tylko szkody dla jednostki. Przełomowe badanie, którego współautorem jest David Nutt, brytyjski psychofarmakolog, opublikowane w czasopiśmie „The Lancet” pokazało, że poza szkodliwością biologiczną alkohol generuje największe szkody społeczne spośród najczęściej zażywanych substancji psychoaktywnych. Badanie jednoznacznie wykazało, że gdyby etanol został odkryty współcześnie, nigdy nie zostałby dopuszczony do obrotu jako produkt spożywczy.

Na czym dokładnie ono polegało?

Nutt zastosował 16 kryteriów szkodliwości, dzieląc je na indywidualne (np. problemy zdrowotne, uzależnienie) i społeczne (konflikty rodzinne, przemoc, koszty ekonomiczne). Alkohol ostatecznie uplasował się na pierwszym miejscu, wyprzedzając nawet heroinę i kokainę. To szczególnie zatrważające w kontekście jego powszechnej dostępności i społecznej akceptacji. Mimo tych ustaleń alkohol funkcjonuje przecież w społeczeństwie niemal na prawach żywności. To fundamentalny dysonans pomiędzy wiedzą naukową a społeczną percepcją tej substancji. Krytycy badania Nutta argumentowali, że porównanie szkodliwości alkoholu z heroiną czy z kokainą jest nieadekwatne ze względu na różnice w powszechności używania tych substancji. Jednak to właśnie powszechna dostępność alkoholu stanowi jego największe zagrożenie społeczne. Podczas gdy heroina czy kokaina pozostają trudno dostępne i drogie, alkohol jest obecny na każdym rogu, często w promocyjnych cenach.

Paradoksalnie, sześciopak piwa można kupić taniej niż bochenek dobrej jakości chleba. Statystyki są alarmujące – w 2023 r. Polacy wydali prawie 17 mld zł na wódkę i 23 mld zł na piwo.

Te liczby są szczególnie niepokojące w kontekście kryzysu ekonomicznego, przez który wiele rodzin zmaga się z problemem zapewnienia podstawowych produktów żywnościowych.

Jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć dla polityki społecznej?

Choć całkowita prohibicja nie wydaje się dobrym rozwiązaniem – mogłaby prowadzić do podobnych problemów jak w przypadku nielegalnych substancji – kluczowa jest edukacja. Zrozumienie mechanizmu działania etanolu i jego długofalowych skutków powinno skłaniać do większej rozwagi. Jak mówi stare przysłowie – kropla drąży skałę, a w przypadku alkoholu ta „kropla” może mieć niszczące skutki zarówno dla jednostki, jak i dla całego społeczeństwa. W tym miejscu warto polecić także wydaną niedawno nakładem Krytyki Politycznej (w przekładzie Macieja Lorenca) książkę Nutta Pić czy nie pić? Co nauka mówi o wpływie alkoholu na zdrowie.

Istnieje ciekawy paradoks w podejściu do redukcji szkód związanych z substancjami psychoaktywnymi. Na festiwalach muzycznych, gdzie używane są substancje takie jak MDMA, psylocybina czy LSD, standardem jest obecność partyworkerów –  przeszkolonych osób oferujących wsparcie w kryzysowych sytuacjach. Tymczasem w przypadku najbardziej rozpowszechnionej substancji psychoaktywnej – alkoholu – brakuje podobnych rozwiązań. W weekendowe wieczory, gdy miasta wypełniają osoby pod wpływem alkoholu, nie ma systemu wsparcia analogicznego do tego na festiwalach.

Ta sytuacja wynika z głęboko zakorzenionej społecznej akceptacji dla nietrzeźwości, mimo że jej skutki mogą być co najmniej równie niebezpieczne jak w przypadku efektów zażywania innych substancji psychoaktywnych. Społeczeństwo wciąż nie postrzega alkoholu jako narkotyku, choć jego działanie na układ dopaminergiczny jest typowe dla substancji uzależniających. To fundamentalne niezrozumienie mechanizmu jego działania przyczynia się do bagatelizowania zagrożeń.

Jak alkohol wpływa na nasze zdrowie psychiczne?

Alkohol, nawet w pozornie niegroźnych ilościach – jak np. wieczorny drink „na sen” – znacząco zaburza gospodarkę neurochemiczną mózgu.

To szczególnie destrukcyjne dla osób zmagających się ze stanami lękowymi czy depresyjnymi bądź z ADHD, w przypadku których alkohol nie tylko maskuje objawy, ale też pogłębia problemy, działając jak katalizator rozwoju chorób psychicznych.

Ogólnie rzecz biorąc, alkohol hamuje korę przedczołową – obszar odpowiedzialny za racjonalne myślenie i samokrytycyzm. Redukuje też lęk społeczny.

Dobrze podsumował to w Rytmie życia psychiatra Antoni Kępiński: „Alkohol redukuje udrękę pytań związanych z obrazem samego siebie. Pod jego wpływem człowiek wydaje się sobie lepszy, szlachetniejszy, inteligentniejszy, odważniejszy…”.

To prowadzi też do kolejnej niekonsekwencji: często używamy alkoholu, by znieść towarzystwo osób, z którymi nie chcielibyśmy przebywać na trzeźwo. Choć pojedyncze epizody picia nie muszą powodować trwałych szkód, to regularne i intensywne spożywanie alkoholu uruchamia całą kaskadę niekorzystnych zmian w organizmie – od zaburzeń neurogenezy (powstawania nowych komórek nerwowych) po problemy z mikrobiomem jelitowym i przewlekły stan zapalny.

A jeśli chodzi o konkretne zmiany neurofizjologiczne? Dlaczego po stresach całego tygodnia sięgamy po alkohol, żeby się zrelaksować?

Etanol jest fascynującą cząsteczką ze względu na swój szeroki wpływ na mózg. W przeciwieństwie do innych substancji psychoaktywnych, które działają głównie na niewielką liczbę konkretnych typów receptorów, alkohol oddziałuje na wiele systemów neuroprzekaźnictwa jednocześnie. Początkowo aktywuje receptory kwasu gamma­-aminomasłowego (GABA) – neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za spowalnianie pracy mózgu. To powoduje uspokojenie, zmniejszenie lęku społecznego i większą otwartość w relacjach. W tym samym czasie zmniejsza się aktywność ciała migdałowatego, odpowiedzialnego za reakcje lękowe. Następuje też wzrost poziomu dopaminy, serotoniny i endorfin, co daje uczucie przyjemności.

Co dzieje się z tą neurochemią przy regularnym spożywaniu alkoholu?

Receptory GABA stają się mniej wrażliwe. Zaczynają wymagać większych dawek do osiągnięcia tego samego efektu. Organizm ogranicza własną produkcję GABA, co prowadzi do dominacji układu pobudzającego (glutaminergicznego).

Skutkuje to zwiększonym niepokojem, lękiem, a w skrajnych przypadkach – nawet halucynacjami.

Dodatkowo przewlekłe spożycie alkoholu prowadzi do nadprodukcji kortyzolu, co – wbrew dominującym skojarzeniom z działaniem alkoholu – zwiększa poziom stresu.

Wróćmy jeszcze na imprezę. Zjawisko beer goggles (alkoholowych okularów), kiedy to pod wpływem etanolu ludzie wydają nam się bardziej atrakcyjni, to fascynujący przykład wpływu alkoholu na percepcję społeczną. Jak alkohol zmienia nasze postrzeganie innych osób?

Na poziomie neurobiologicznym kluczowe są tu trzy mechanizmy. Pierwszy z nich to wzrost poziomu GABA, co zmniejsza lęk społeczny i ułatwia nawiązywanie kontaktów, patrzenie w oczy drugiej osobie.

Drugim mechanizmem jest osłabienie aktywności kory przedczołowej, co zmniejsza naszą zdolność do krytycznej oceny i racjonalnej analizy.

Ponadto (jak wyjaśnia David Nutt we wspomnianej książce Pić czy nie pić) istotny jest także wpływ alkoholu na serotoninę. Rosnący poziom alkoholu we krwi wzmacnia działanie tego neuroprzekaźnika, co nie tylko poprawia nastrój, ale też zwiększa empatię i sprawia, że inni wydają się nam bardziej atrakcyjni. W połączeniu ze zwiększonym poziomem endorfin i dopaminy pojawia się ekscytacja i powstaje stan podwyższonej otwartości społecznej i zmienionej percepcji atrakcyjności innych osób.

Niestety, na zwiększonej otwartości społecznej się nie kończy. Oprócz tego, że wszyscy wokół wydają się piękniejsi, bywa, że zaczyna plątać nam się język, a kiedy wstajemy od stolika, trudniej zachować równowagę. Jakie mechanizmy za tym stoją?

Alkohol wpływa na naszą kontrolę motoryczną i poznawczą. GABA, główny neuroprzekaźnik hamujący, nie tylko uspokaja, lecz również osłabia kontrolę motoryczną. W połączeniu z obniżoną aktywnością kory przedczołowej prowadzi to do utraty zarówno fizycznej, jak i behawioralnej równowagi – tracimy kontrolę i nad ciałem, i nad naszym zachowaniem. Szczególnie istotny, choć często pomijany, jest wpływ alkoholu na acetylocholinę – neuroprzekaźnik kluczowy dla funkcji poznawczych i kontroli motorycznej. Jego niedobór, znany np. z choroby Alzheimera, przekłada się na problemy z pamięcią, z koncentracją i z orientacją przestrzenną.

Alkohol zaburza również przekazywanie impulsów w płytce nerwowo-mięśniowej, co może prowadzić do osłabienia kontroli mięśniowej.

W dłuższej perspektywie dochodzi ponadto do zaburzeń metabolicznych – spada poziom glukozy we krwi i wyczerpują się zapasy glikogenu mięśniowego, co dodatkowo pogłębia problemy z koordynacją i kontrolą motoryczną.

Polski frazeologizm „zalać robaka” ma ciekawe odniesienie neurobiologiczne. Dotyczy struktury móżdżku zwanej robakiem właśnie. Co się dokładnie dzieje, kiedy tę strukturę „zalewamy” alkoholem?

Móżdżek, położony w tylnej części mózgowia, wraz z pniem mózgu odpowiada za podstawowe funkcje życiowe. Odgrywa on kluczową rolę w kontroli motorycznej i w zachowywaniu równowagi. Robak móżdżku jest szczególnie wrażliwy na działanie alkoholu, co objawia się zaburzeniami koordynacji ruchowej po spożyciu. Co ciekawe, móżdżek pełni też istotną funkcję w procesach pamięciowych, zwłaszcza tych związanych z silnymi emocjami, takimi jak lęk czy wstyd. Nie jest więc, jak dawniej sądzono, strukturą odpowiedzialną wyłącznie za kontrolę motoryczną.

Załóżmy jednak, że obserwowanym przez nas na imprezie osobom język zanadto się jeszcze nie plącze, a pion – fizycznie i behawioralnie – udaje im się utrzymać. Widzimy parę zrelaksowanych i bardziej atrakcyjnych dla siebie osób, które postanawiają spędzić razem noc. W odniesieniu do alkoholu coraz częściej mówi się także o rozmaitych zaburzeniach związanych z gospodarką hormonalną, z życiem seksualnym czy z funkcjami rozrodczymi. Jak etanol szkodzi nam pod tymi względami?

Wpływ alkoholu na sferę seksualną jest złożony i wielopoziomowy. Kluczowe znaczenie ma zaburzenie osi podwzgórze–przysadka–nadnercza, prowadzące do chronicznego wzrostu poziomu kortyzolu. Już samo to mocno wpływa na libido. Kortyzol powstaje z pregnenolonu nazywanego „ojcem hormonów płciowych”. W normalnych warunkach jest on prekursorem zarówno hormonów płciowych (testosteronu, estrogenów, progesteronu), jak i kortyzolu. Jednak przy częstym spożyciu alkoholu dochodzi do tzw. kradzieży pregnenolonu – organizm wykorzystuje go głównie do produkcji kortyzolu, kosztem hormonów płciowych.

Skutkuje to systematycznym obniżaniem poziomu hormonów płciowych i w konsekwencji – spadkiem libido.

Co więcej, ten mechanizm uruchamia ciąg niekorzystnych zmian hormonalnych. U mężczyzn zwiększony poziom kortyzolu odpowiada za spadek poziomu testosteronu, pogorszenie jakości nasienia, problemy z erekcją i objętością ejakulatu. Z kolei u kobiet zaburza się metabolizm estrogenów, występują cykle bezowulacyjne, zwiększa się ryzyko zespołu policystycznych jajników. Zaburzenia hormonalne wywołane alkoholem u kobiet mogą prowadzić do nadmiernej produkcji hormonów męskich (androgenów), czyli hiperandrogenizmu. Objawia się to m.in. nadmiernym owłosieniem ciała, trądzikiem, zaburzeniami miesiączkowania czy zmniejszeniem rezerwy jajnikowej. Zwiększa się także ryzyko poronień.

Alkohol wpływa też na dystrybucję tkanki tłuszczowej. Charakterystyczny „brzuszek piwny” to nie tylko efekt kaloryczności alkoholu, ale także wynik złożonych interakcji hormonalnych. Podwyższony poziom kortyzolu sprzyja odkładaniu się tkanki tłuszczowej trzewnej w obszarze brzucha. To tworzy błędne koło zaburzeń hormonalnych, szczególnie u mężczyzn. Choć początkowo alkohol może działać stymulująco w zakresie zachowań seksualnych, choćby poprzez zmniejszenie zahamowań, długofalowo prowadzi do obniżenia popędu płciowego i do poważnych zaburzeń funkcji seksualnych i reprodukcyjnych.

Nie jest też tak, że zarówno w przypadku kobiet, jak i mężczyzn alkohol utrudnia osiągnięcie orgazmu?

Alkohol zaburza fizjologiczny mechanizm orgazmu, który wymaga precyzyjnej koordynacji między układem współczulnym (odpowiedzialnym za pobudzenie) i przywspółczulnym (odpowiedzialnym za relaksację). Proces osiągania orgazmu wymaga odpowiedniej sekwencji aktywacji i wyciszenia układu nerwowego. Alkohol zaburza tę delikatną równowagę poprzez wpływ na mechanizmy sensytyzacji – początkowo może zwiększać wrażliwość na bodźce, jednak z czasem prowadzi do ich przytępienia.

Przetrwaliśmy imprezę. Wracamy do domu i idziemy spać. Jak będzie nam się spało po alkoholu?

Bardzo źle. Choć alkohol może wywoływać uczucie fizycznego zmęczenia i senności, jednocześnie uruchamia szereg mechanizmów zaburzających sen. W organizmie dochodzi do wspomnianego już podwyższenia poziomu kortyzolu oraz do wzrostu stężenia noradrenaliny i adrenaliny, co prowadzi do wewnętrznego pobudzenia.

W rezultacie nawet jeśli śpimy długo, organizm nie przechodzi pełnego cyklu regeneracji.

Dodatkowo alkohol zaburza delikatną równowagę między serotoniną a melatoniną (melatonina powstaje z serotoniny), kluczową dla prawidłowego zasypiania. Szczególnie niszczący wpływ alkohol wywiera na fazę snu NREM, czyli na sen głęboki. To właśnie wtedy przy odpowiednich warunkach zachodzą najważniejsze procesy regeneracyjne organizmu. W czasie prawidłowego snu głębokiego wydzielany jest hormon wzrostu, a układ glimfatyczny przeprowadza swoiste „czyszczenie” tkanki nerwowej. To również kluczowy moment dla konsolidacji wspomnień.

Czyli nasenne działanie alkoholu, ten słynny anglojęzyczny nightcap, to kolejny mit?

Zdecydowanie. Ten mit jest szczególnie niebezpieczny w kontekście terapii bezsenności. Lekarze zajmujący się zaburzeniami snu, zarówno w podejściu stricte biochemicznym, jak i poznawczo-behawioralnym, jednoznacznie zalecają unikanie alkoholu – nawet w niewielkich, pozornie relaksujących dawkach. Alkohol uruchamia złożony mechanizm zaburzeń metabolicznych, aktywuje neuropeptyd Y, który zwiększa łaknienie. W rezultacie często spożywamy więcej kalorii, gdy pijemy alkohol. To dodatkowe obciążenie układu pokarmowego utrudnia zasypianie. Wspomniane wytwarzanie melatoniny, kluczowego hormonu regulującego sen, jest hamowane przez dwa czynniki: wypełnienie żołądka i wyrzut insuliny. Alkohol wpływa na oba te mechanizmy – nie tylko prowadzi do zwiększonego spożycia pokarmów, lecz także bezpośrednio zmniejsza insulinowrażliwość tkanek. W efekcie, mimo fizycznego zmęczenia, mózg nie może osiągnąć stanu właściwej relaksacji niezbędnej do zdrowego snu.

Alkohol nie jest też neutralny kalorycznie.

Oczywiście. Zawiera ok. 7 kalorii na gram, więcej niż białka czy węglowodany. Kaloryczność napojów alkoholowych różni się w zależności od ich rodzaju i sposobu produkcji.

Ciemniejsze i słodsze alkohole są nie tylko bardziej kaloryczne, ale też silniej wywołują objawy kaca.

Kalorie z alkoholu są szczególnie problematyczne, bo nie mogą być efektywnie wykorzystane w procesach metabolicznych. W przeciwieństwie do kalorii pochodzących z białek, z tłuszczów czy z węglowodanów energia z alkoholu nie służy żadnym funkcjom fizjologicznym – są to najbardziej „puste” kalorie w naszej diecie. Co więcej, piwo, ze względu na zawartość słodu jęczmiennego i glukozy, jest jednym z najbardziej kalorycznych napojów alkoholowych, co dodatkowo przyczynia się do przybierania na wadze.

Wspomniałaś o kacu. Czym dokładnie jest to widmo wiszące nad każdym alkoholowym wieczorem?

Spożyliśmy toksynę, doszło do zatrucia, więc przychodzi pora odpokutować. Kac to zespół objawów pojawiających się przy gwałtownym spadku poziomu alkoholu we krwi, gdy organizm próbuje powrócić do homeostazy.

Intensywność kaca często świadczy o sile reakcji detoksykacyjnej organizmu. Za toksyczne działanie odpowiedzialne są głównie metabolity alkoholu.

Etanol jest metabolizowany w wątrobie przez dwa enzymy. Najpierw dehydrogenaza alkoholowa przekształca go w mocno toksyczny aldehyd octowy, który następnie jest przekształcany przez dehydrogenazę aldehydową w mniej szkodliwy kwas octowy, który wydalamy z moczem. Efektywność tego procesu zależy od indywidualnych predyspozycji genetycznych i stanu wątroby. Do tego dochodzą inne zaburzenia, m.in. utrata elektrolitów (magnezu, chloru, potasu czy sodu) i rozregulowanie metabolizmu glukozy.

Dlaczego nie ma leku na kaca?

Ze względu na złożoność mechanizmów kaca i indywidualne różnice w metabolizmie alkoholu (zależne od płci, od masy ciała, od ilości tkanki tłuszczowej i od polimorfizmów genetycznych). Stworzenie uniwersalnego środka przeciwkacowego jest praktycznie niemożliwe. Reakcja na alkohol jest wyjątkowo zindywidualizowana – ta sama dawka może wywołać odmienne objawy u różnych osób.

A jak w kontekście różnic indywidualnych wygląda kwestia tolerancji na alkohol i ryzyka uzależnienia się?

Jest na ten temat ciekawa książka Nigdy dość. Mózg a uzależnienia Judith Grisel. Autorka wyjaśnia tam, że uzależnienie jest złożonym zjawiskiem biopsychospołecznym. Znów mamy wiele zmiennych: biologicznych (częstotliwość i ilość spożywanej substancji), psychologicznych (sytuacja życiowa, radzenie sobie ze stresem) i społecznych (system wsparcia).

Stworzyliśmy kulturę, w której kontekst dla picia znajdzie się zawsze.

Ale biologia ma tu jeszcze więcej do powiedzenia. Szczególnie istotne są czynniki genetyczne, często pomijane w dyskusji o uzależnieniach. Obejmują one różnice w budowie receptorów dopaminowych, efektywności wspomnianych wcześniej enzymów metabolizujących alkohol oraz zdolności organizmu do detoksykacji. Ta złożoność wyjaśnia, dlaczego dwie osoby spożywające taką samą ilość alkoholu mogą rozwinąć zupełnie różne wzorce uzależnienia.

Czy szkody wywołane przez alkohol są odwracalne?

Każdy dzień abstynencji pozwala ciału odbudowywać utracone zasoby i naprawiać powstałe szkody. Alkohol wpływa destrukcyjnie na wiele układów organizmu.

Jednak kluczowe jest to, że większość z tych zmian jest odwracalna – zaprzestanie spożywania alkoholu pozwala mózgowi na stopniową regenerację.

Mózg ma niezwykłe zdolności kompensacyjne. Gdy przestajemy dostarczać mu szkodliwych bodźców, może rozpocząć proces naprawy.

Dla osób uzależnionych również jest szansa?

Jak najbardziej – to zresztą szczególnie ciekawa kwestia. Przy wychodzeniu z uzależnienia często obserwuje się zjawisko „przekierowania głodu dopaminowego”. Przykładowo: osoby rzucające alkohol często angażują się intensywnie w sport. Choć może to prowadzić do nowego rodzaju uzależnienia, jest ono znacznie mniej destrukcyjne niż alkoholizm. Historie osób, które pokonały uzależnienie, pokazują, że możliwa jest nie tylko pełna regeneracja, lecz nawet osiągnięcie lepszej kondycji fizycznej i psychicznej niż przed uzależnieniem. Kluczowe jest znalezienie nowej pasji i kompleksowa zmiana stylu życia – poprzez ruch, odpowiednią dietę i budowanie zdrowych relacji społecznych. Należy jednak pamiętać, że nie da się całkowicie wyeliminować głodu dopaminowego – można go jedynie przekierować na zdrowsze aktywności.

Jakimi działaniami można wesprzeć regenerację mózgu?

Podstawą jest dieta śródziemnomorska (bez wina!) bogata w oliwę z oliwek, kwasy omega-3, antyoksydanty, zielonolistne warzywa. Te składniki działają neuroprotekcyjnie, odbudowują błony neuronów i wspierają neurogenezę. Równie istotna jest codzienna aktywność fizyczna – już 30 min ruchu dziennie może znacząco wspierać regenerację mózgu.

Artykuł pojawił się w numerze: Zostaw alkohol, chodź tańczyć