Subskrybuj
fot. Sylwester Ciszek
fot. Sylwester Ciszek
Absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na UW. Od 2014 r. redaktorka i autorka tekstów na tematy związane z kulturą, społeczeństwem i inkluzywnością. Współpracowała z „Res Publicą Nową”, „Wysokimi Obcasami Praca” i publikowała teksty w pismach...

Jak wychować dziecko w epoce cyfrowej?

Problem z dziećmi i ekranami leży w tym, że w świecie pełnym natychmiastowej gratyfikacji źle znosimy wszelkie trudności – traktujemy więc ekran jak smoczek: dajemy go, by nastał spokój.

Czy trudno nam się skonfrontować z tym, jak na nas wpływają i co robią dzieciom nowe technologie?

Tak, bo czujemy, że już coś popsuliśmy. Skutki widzimy u siebie, dzieci, a nawet w życiu publicznym. Konfrontacja z tą wiedzą może nie być dla nas przyjemna. Dlatego wiedziałam, że część odbiorców może mieć opór przed sięgnięciem po moją książkę Wychowanie przy ekranie. Czy planowałam napisać poradnik? Nie, jako społeczeństwo potrzebujemy nie tyle porad, ile wiedzy. Skupiłam się na jej dostarczeniu i zostawieniu przestrzeni na to, żeby każdy sam zdecydował, co weźmie dla siebie.

Rozmaite poradniki z obszaru wellbeingu i psychologii uczą nas lepszego życia, ale często moglibyśmy się obejść i bez tej wiedzy, bo w większości to intuicyjne uwagi. Czy nowe technologie są obszarem, w którym się gubimy?

Higiena cyfrowa, czyli korzystanie z urządzeń ekranowych w sposób, który chroni nasze zdrowie, nie mówi: nie używaj. Mówi: rób to bezpiecznie. W środowiskach medycznych jest uznawana za nowy rodzaj zachowania prozdrowotnego, jak ruch czy zdrowa dieta. Od lat 90. prowadzone są badania wskazujące, że nowe technologie silnie stymulują mózg, co ma konsekwencje w wielu sferach życia. Nie mając świadomości, jak ich bezpiecznie używać, możemy sobie po prostu zaszkodzić. Wiedza o innych zdrowych nawykach dociera do nas ze szkoły, z mediów, rozmawia się o niej. Z higieną cyfrową jeszcze tak nie jest. Po trzech dekadach bardzo intensywnego cyfrowego rozwoju dopiero się jej uczymy. To trudne, bo zdążyliśmy już wpaść w zasadzki twórców nowych technologii, którym zależy na pozyskiwaniu naszej uwagi bez względu na koszty – głównie nasze.

Uważam, że higiena cyfrowa jest niezbędnym elementem zdrowego funkcjonowania w świecie, w którym technologii jest coraz więcej.

Przecież żaden przedmiot w historii ludzkości nie przebywał z nami z taką intensywnością jak telefon, obecny niemalże cały czas na wyciągnięcie ręki. Jak to możliwe, że dopiero teraz w dyskursie publicznym zaczęliśmy się interesować tym, jak to na nas wpływa?

Zalecenia WHO mówią, że dzieci poniżej drugiego roku życia w ogóle nie powinny mieć kontaktu z ekranami, starsze mogą do godziny. W książce podaje Pani skrajne przykłady, jak montowanie niemowlęciu nad głową smartfona w gondoli wózka. Ze swoją córeczką tylko oglądam bajki, przy których śpiewamy i tańczymy. To co innego, lecz mimo to zastanawiałam się, czy już popsułam swoje dziecko tymi 10–15 min dziennie.

Intuicja rodzicielska jest ważniejsza od sztywnych zasad, jednak żeby dobrze nam podpowiadała, musimy oprzeć się na wiedzy. Wytyczne WHO dotyczące czasu ekranowego to tylko pewna rama. W ankiecie, którą wypełniali rodzice, zanim zaczęłam pisać książkę, ktoś wspomniał, że puszcza dziecku bajki, żeby w tym czasie pójść się kochać, i że pisze to, choć wie, co ja sobie pomyślę. Co ja mogę pomyśleć? Jestem matką i myślę, że rozumiem to doskonale. Oglądanie bajek z dzieckiem to wasz wspólny czas. To co innego niż zostawić malucha sam na sam z ekranem, by się odseparować. Jeśli ktoś puszcza dziecku bajkę, bo inaczej nie da rady zrobić obiadu, to jest w porządku, o ile nie przekracza czasu ekranowego. Myślę, że problem z dziećmi i ekranami czasem leży w tym, że w świecie pełnym natychmiastowej gratyfikacji źle znosimy wszelkie trudności, więc chętnie traktujemy ekran jak smoczek: byle był spokój.

Oglądanie filmów na ekranie telewizyjnym to co innego niż scrollowanie w telefonie. Pisze Pani, że powiadomienia w smartfonach wciągają nas w łańcuch dopaminowy podobny do uzależnienia.

Telewizor dzisiaj to rzeczywiście niewiniątko. Nie wysyła powiadomień, nie dostarcza tylu nagradzających impulsów dla naszego mózgu. Tymczasem używanie telefonów i tego, do czego dają dostęp, pobudza układ nagrody w mózgu dużo silniej niż telewizor. Na sam widok, dźwięk czy nawet myśl o użyciu go w mózgu wydziela się dopamina, neuroprzekaźnik, który wywołuje silną chęć sięgnięcia po źródło przyjemności. Im częściej jej ulegamy, tym silniej ją odczuwamy. Wiedzą o tym twórcy nowych technologii, reklam, seriali. Ten mechanizm jest wspaniałym narzędziem dla kapitalizmu. Wszyscy kombinują, jaką szybką nagrodę nam obiecać, żeby wyzwolić chęć działania, czyli ostatecznie zakupu. Mówi się np. o tzw. Dark patterns, czyli nieczystych sposobach pozyskiwania naszej uwagi.

Jakie to sposoby?

Na przykład to, że strony w sieci nie mają końca: na końcu pojawia się kółeczko, które się kręci, i ładuje się dalsza część. To jest nagradzające dla mózgu, który uwielbia się dowiadywać nowych rzeczy, bo natura stworzyła go do zbierania informacji. Inny przykład to trzy „pływające” kropeczki, które nie pozwalają wyjść z konwersacji. Widzimy, że ktoś pisze odpowiedź, i zamiast odłożyć telefon, czekamy. W firmach technologicznych nad takimi rozwiązaniami pracuje sztab specjalistów, w tym psychologów. Dlatego tak trudno nam odłożyć telefon i wiele osób mówi, że czują się uzależnione.

Tutaj trzeba zaznaczyć, że uzależnienie od internetu nadal nie jest uznane za jednostkę chorobową. Co nie zmienia faktu, że istnieje otwarty zbiór uzależnień behawioralnych, które mogą dotyczyć różnych zachowań, także kompulsywnego sięgania po komórkę.

Pamiętajmy jednak, że nie trzeba być uzależnionym, żeby mieć problem z powodu kontaktu z technologiami. Dlatego mówi się o problematycznym używaniu internetu. Mimo pozornie higienicznego używania mediów społecznościowych możesz mieć np. problemy z samooceną.

Przez lata pracowała Pani w wysoko zasięgowych mediach, które dostarczają nam setki tysięcy artykułów, dystrybuując je w mediach społecznościowych. Mam podobne doświadczenie i poczułam przesyt ilością informacji. Zastanawiam się, czy czeka nas przyszłość, w której stosunek do mediów społecznościowych będzie związany z dystynkcją społeczną: im wyższy kapitał kulturowy, tym więcej dystansu wobec nowych technologii.

Jestem przekonana, że znajdujemy się na chwilę przed modą na higienę cyfrową. Niektórzy już się na to snobują. O tym, że Steve Jobs nie pokazywał produktów Apple swoim dzieciom, krążą mity. Twórcy nowych technologii stosują metodę dilerów narkotykowych: nie ćpaj własnego towaru.

Czas spędzany przed ekranem wpływa na koncentrację. Z tej perspektywy można dostrzec różnicę między tymi, którzy są świadomi negatywnego wpływu ekranów i starają się dbać o higienę cyfrową, a tymi, którzy tego nie robią. Ci drudzy postępują tak z dwóch powodów – wiedza do nich jeszcze nie dotarła albo ją kwestionują. Czy to się wiąże z kapitałem kulturowym i społecznym? W pewnym stopniu tak. Z jednej strony dla niektórych podarowanie dziecku telefonu na komunię czy urodziny wciąż może być wspaniałym pomysłem. Z drugiej internet zdemokratyzował dostęp do informacji, także o zdrowiu. Widzę to wśród moich czytelników, którzy pochodzą również z małych miejscowości, czasem wykluczonych komunikacyjnie, a jednak szukają informacji o higienie cyfrowej. Szczerze mówiąc, największe wyparcie widzę w ludziach wykształconych, z dużych miast, którym trudno się zmierzyć z faktem, że tracą umiar i rozwijają symptomy uzależnienia. Czerpią wiele korzyści z bycia ciągle online i są zamknięci na rozmowę o tym, co w ten sposób tracą.

Edukacja w tym zakresie jest trudna, bo mamy przeciwko sobie kartele technologiczne.

Nie tylko twórcy technologii, lecz także korzystający z nich reklamodawcy, twórcy treści, a nawet politycy są skupieni na zarabianiu na naszej uwadze.

Niepohamowanie czerpią ze swoich użytkowników, chociażby udając, że w mediach społecznościowych nie ma dzieci, choć wiemy, że jest inaczej. 2023 r. był przełomowy dla dyskusji na ten temat – w USA 41 stanów złożyło pozew przeciwko Meta, firmie-właścicielce m.in. Facebooka czy Instagrama, oskarżając ją o celowy destrukcyjny wpływ na zdrowie psychiczne nastolatków.

W Polsce opinią publiczną wstrząsnęła Pandora Gate, czyli ujawnienie przypadków nagabywania seksualnego, jakiego mieli się dopuszczać popularni wśród nastolatków youtuberzy. W Europie Zachodniej ściga się już i karze osoby, które dopuściły się molestowania online – w sądzie w Wielkiej Brytanii trwa sprawa o gwałt w Metawersum. Laikowi może się wydawać, że to wymyślanie problemu, ale gwarantuję, że 9-latka, z którą ktoś w sieci prowadzi rozmowy o dotykaniu miejsc intymnych, szantażem zmusza do wysyłania nagich zdjęć lub włączenia kamerki, jest dzieckiem głęboko skrzywdzonym i wymagającym terapii. Za to nie można przerzucać winy na rodziców, bo bez systemowych rozwiązań nie poradzą sobie z samowolką, którą dzisiaj mamy w sieci. Nad rozwiązaniami pracuje już Unia Europejska, twardą politykę ochrony dzieci w sieci ma również Francja. Obserwuję też ogromne zaangażowanie świadomych rodziców i nauczycieli. Budzi się ruch oddolny, jak niegdyś w kwestiach świadomości ekologicznej. To szansa, że politycy zauważą, iż na higienie cyfrowej można zbić kapitał polityczny, i może wreszcie zaczną działać.

Stworzyliśmy świat, w którym prywatny kapitał – GAFA [Google, Apple, Facebook, Amazon – przyp. red.] – bez większej kontroli tworzy rozwiązania cyfrowe. Nowy rozdział dotyczy AI. Czy myśli Pani, że możemy rozwój tych technologii, jak kiedyś wyścig kosmiczny, oddać w ręce państwa?

Są takie koncepcje, ale przez ostatnie trzy dekady to Big Tech dyktował warunki. Nadzieję daje to, że tym razem Unia Europejska szybko przystąpiła do pracy nad tzw. AI Act, czyli regulacją polityk unijnych względem sztucznej inteligencji. O ile w przypadku AI gonimy króliczka, który może szybko ucieka, ale niedawno się urodził, o tyle w przypadku gier, mediów społecznościowych czy usług e-commerce królik się nieźle upasł, bo 30 lat nikt go nie gonił. Trudno będzie to mądrze regulować. Również dlatego, że branża nowych technologii „skorumpowała” świat oferowanymi korzyściami. Nakłady Big Techu na lobbing w Brukseli dziewięciokrotnie przewyższają te branży motoryzacyjnej. W Polsce wielu polityków każdej opcji politycznej ma regularne relacje z lobbystami. PR-owcy platform społecznościowych naciskają polityków na spotkania, jeśli tylko zauważą, że ci zaczynają podejmować niewygodne dla nich tematy. Jeden z posłów ostatnio głosił, że polską edukację może wprowadzić w XXI w. tylko biznes i NGO. Uchowaj Boże! Kto ma regulować patotreści na TikToku czy YouTubie albo zmuszać platformy do realnej ochrony dzieci, skoro politycy wszystkich partii mają tam swoje konta i prowadzą kampanie? To byłoby podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Kto ma krzyknąć, że król jest nagi, skoro wokół jest banda golasów?

Wydaje mi się, że dopiero niedawno, po pandemii, zrozumieliśmy, że nie ma alternatywnej rzeczywistości. Jest jedna, która ma swój cyfrowy odprysk.

Niestety, określenie „świat wirtualny” wciąż jest bardzo popularne. Słowo „wirtualny” usypia naszą czujność, bo kojarzy się z opozycją do słowa „realny”. Słyszę „wirtualna przemoc” i myślę, że nie jest prawdziwa. Cieszę się, że widać jednak pewien przełom. Pandemia miała w tym oczywiście swój udział. Technologie przestały być wirtualne i bardzo realnie pomogły nam kontynuować pracę, robić zakupy, widzieć się z bliskimi, ale po trzech miesiącach, jak ktoś nam proponował wino na Teamsach, to mieliśmy mord w oczach, bo odczuwaliśmy zoom fatigue [zmęczenie komunikacją cyfrową – przyp. red.]. Byliśmy już przebodźcowani i zaczęliśmy dostrzegać problemy nadmiernego kontaktu z ekranami.

Jakiś czas temu czekałam na pociąg obok trzech nastolatek. Najpierw usłyszałam dźwięk powiadomienia, potem hasło: „Och! BeReal”, i dziewczyny zaczęły się fotografować. BeReal pozwala zrobić i udostępnić zdjęcie tylko w losowym momencie w ciągu dnia. Słyszałam o tej aplikacji głównie pozytywy, że to odpoczynek od filtrów i sztucznego życia na Instagramie.

Po prostu nie rozumiemy, jak oczekiwanie cały dzień na powiadomienie, które każe ci natychmiast zrobić zdjęcie, wpływa na nasze samopoczucie. Gdybyśmy ten związek widzieli, rozumielibyśmy, że to prowadzi do życia w stałym napięciu i kontroli swojego wyglądu oraz otoczenia. Myślę, że minie dużo czasu, zanim zbudujemy w sobie mechanizm rozpoznawania zagrożeń. Wierzę, że młode pokolenie ureguluje to lepiej niż my. Wielu obecnych nastolatków mówi: „Odinstalowałem TikToka i złapałem się na tym, że klikam palcem w miejsce, gdzie była aplikacja, chociaż już jej nie ma”. Młodzi, nawet nie mając wiedzy, sami na podstawie obserwacji dochodzą do tego, co im szkodzi. Urodzili się otoczeni ekranami i potrafią na nie krytycznie patrzeć. W przeciwieństwie do naszego pokolenia, złaknionego postępu.

Komunikacja BeReal jest cyniczna i nieuczciwa. To nie jest aplikacja, która daje wytchnienie, przeciwnie – to kierat. Myślę, że ona nie zostanie z nami długo, ale na jej miejsce przyjdą inne, żyjemy przecież w czasach nadprodukcji. Jeśli 11 mln ludzi w Polsce i 150 mln w Europie używa TikToka, to mamy do czynienia z tresowaniem społeczeństwa do dekoncentracji i szukania nowych pobudzeń. A mózg się uczy i dostosowuje. Serwujesz mu papkę z TikToka czy shortsy z YouTube’a? To dojdzie do wniosku, że dekoncentracja jest pożądanym stylem życia współczesnego człowieka, i zaczniesz mieć problemy z koncentracją.

Pisze Pani: „Nie obserwując różnic społecznych i ekonomicznych, inaczej budowaliśmy swoje aspiracje, poczucie własnej wartości i sprawczości”. Myślę, że z oglądania patologicznych treści dzięki wsparciu rodziców można wyrosnąć, ale niestety media społecznościowe pokazują też świat pełen nierówności, z postępującą katastrofą ekologiczną. Zdystansowanie się w sieci nie oznacza, że rzeczywistość za oknem stanie się inna.

Oglądanie przez nastolatków zdjęć zmasakrowanych ciał ze Strefy Gazy też nie zmieni tego świata. Wystarczy, żeby wiedzieli od nas, że jest tam konflikt, że ludzie giną i nie można być obojętnym. Piszę o tej ekspozycji nastolatków na trudne treści nie dlatego, że „kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów”, a jak postawimy trzepaki na zamkniętych osiedlach w Wilanowie, to wszystko wróci do normy. Chcę wyzwolić w dorosłych wrażliwość wobec młodych poprzez pokazanie, z czym muszą się mierzyć, bo wciąż słyszę o „straconym pokoleniu”. Jeden z profesorów nazwał ich kiedyś „sługami cyfrowych panów” i „półcyborgami”. To kuriozalne określenie na dzieci, które urodziły się w scyfryzowanym świecie. Jeśli ktoś jest straconym pokoleniem, to my, którzy wpuściliśmy Big Techy bez regulacji i składamy im w ofierze własne dzieci, bo nam szkoda zasięgów, a te stały się nową wykładnią dobra i zła.

Tak zwane algorytmy traumy zamykają dzieci i nastolatki w podsycającej lęki bańce informacyjnej. Jeden z udowadniających to eksperymentów badawczych przeprowadziła m.in. Fundacja Panoptykon. Wykazał on, że systemy rejestrujące nasze ruchy w aplikacji szybko orientują się, jakie treści karmią nasze lęki, czego lub o co się boimy, i rekomendują nam takich treści coraz więcej.

Bo strach zachęca do klikania równie skutecznie jak humor. Czy to sprawia, że dzieci są ciekawe świata, czy raczej zaczynają się bać? Czy uważają, że będą mogły go zmieniać, czy że to nie ma sensu, bo nie unikniemy dużych migracji i wojen klimatycznych? Stoimy przed ogromnym wyzwaniem, by zatroszczyć się o samoocenę naszych dzieci i ich poczucie sprawczości w świecie, w którym widzą ludzką krzywdę i ciągle są porównywane. To trudne, bo ludzki mózg, zwłaszcza w okresie dojrzewania, uczy się tego, co akceptowalne, poprzez obserwację reakcji stada. Tylko że dzisiaj stado gromadzi się także w sieci. W badaniu „Nastolatki 3.0” przeprowadzonym przez NASK z 2023 r. czytamy, że 40% młodzieży nie umie odpowiedzieć, czy to, co widzi w internecie, jest dobre czy złe. Jeśli wulgarny i seksistowski patostreamer ma milionowe zasięgi, a wszyscy rówieśnicy to oglądają, rodzi się przekonanie, że stado nagradza takie zachowania.

Z nastolatkami trzeba też rozmawiać o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za każdy klik, udostępnienie, polubienie, które zostawiamy pod treściami krzywdzącymi innych, bo w ten sposób wspieramy sprawcę. Nawet tak niewinne rzeczy jak memy doprowadziły do głębokiej zmiany życia społecznego, sprawiającej, że stajemy się wobec siebie bezwzględni w krytyce, bardziej agresywni. Dzieci żyją w ogromnym stresie związanym z hejtem i wyśmiewaniem. Ich FOMO [ fear of missing out, strach przed wypadnięciem z obiegu – przyp. red.] nie wynika z tego, że jak będą odcięci od internetu, to nie zauważą e-maila. Boją, że jak będą offline, to nie zorientują się, że cała szkoła „ma z nich bekę”, bo ktoś opublikował ich głupie zdjęcie.

20 lat temu emocje i poczucie skrzywdzenia były podobne, choć nie było mediów społecznościowych. Zmieniła się skala. Kiedyś prześladowanie medialne było zarezerwowane dla celebrytów, za którymi podążali paparazzi, dziś każdy może być cyfrowo nękany.

Oczywiście przemoc rówieśnicza była zawsze, ale internet jest sterydem dla każdej sfery życia, której dotknie. Co ważne, życie oferowało nam kiedyś prawo do zapomnienia. Krzywdę mogliśmy przeżyć i zostawić za sobą. Dzisiaj jeśli ktoś złamie serce mojemu synowi, to on nie może wyjść ze szkoły i zapomnieć, bo ma pod ręką telefon pełen wspomnień, w którym może dalej obserwować tę osobę i dręczyć się widokiem jej aktywności z innymi. Potem może napisać w wyszukiwarce TikToka „nie chce mi się żyć”, a ten chętnie podsunie mu filmiki osób, które romantyzują próby samobójcze. W książce wspominam, że jako 10-latka biłam się w parku z kolegą. Dziś mogę opowiedzieć to jako anegdotkę, lecz nikt nie może tego obejrzeć na YouTubie. Mam pełne prawo do opowiadania własnej historii. Jedyne pocieszenie w tym, że może współczesnym młodym tego nie brakuje, bo nie znają innej rzeczywistości.

Podnosimy świadomość zdrowia psychicznego, higieny cyfrowej. Próbujemy się dystansować od algorytmów. Czy myśli Pani, że młode pokolenie będzie potrafiło wyobrazić sobie świat bez nich?

Z wyobrażaniem nowego świata może poradzić sobie lepiej od nas, bo nie zna czasów sprzed internetu. Ma więc pełną wolność myślenia o zmianie. W pierwszej kolejności naszym zadaniem jest jednak zaopatrzyć ranę. Mamy pandemię problematycznego używania internetu, więc starajmy się uregulować to, co widać, że nie działa, przez wprowadzanie dobrych nawyków cyfrowych. Następnie uczmy się uważności i dostrzegania związków między technologią a własnym życiem. Wieczorne scrollowanie to strategia odprężenia czy ucieczki przed rozmową z partnerem?

Uważam, że higienę cyfrową można sprowadzić do dwóch zasad: krytyczne ignorowanie, bo na krytyczne myślenie czasem nie ma szans w strumieniu informacji, oraz empatia względem innych i samych siebie.

Za każdym naszym zachowaniem, również w sieci, stoją potrzeby. Marshall Rosenberg, twórca teorii komunikacji bez przemocy, uwalniająco mówi o tym, że potrzeby nie są ani dobre, ani złe. Dobra lub zła może być strategia zaspokojenia. Internet może być taką strategią, lecz nie jedynym sposobem na ich spełnienie, bo wtedy zaczynamy zachowywać się jak alkoholicy. Smutno mi? Poskrolluję. Spotkało mnie coś dobrego? Muszę o tym napisać w sieci. Zestresowałam się? Nudzi mi się? Gdzie mój telefon?!

Z empatią też nie jest dzisiaj łatwo. Najnowsze badania pokazują, że w kontakcie online uruchamia nam się dziewięciokrotnie mniejszy obszar mózgu niż w kontakcie bezpośrednim. To może tłumaczyć, dlaczego tak łatwo w sieci kogoś skrytykować oraz nie czuć odpowiedzialności za osobę po drugiej stronie ekranu. Problem w tym, że jeśli nastolatek odbywa taki trening empatii, spędzając w sieci sześć godzin dziennie, to wypracowane tam reakcje mogą się przenosić na relacje społeczne. Nawet dorosłych nowe technologie trenują do instrumentalizowania drugiego człowieka, braku odpowiedzialności za swoje zachowanie i powierzchownego wchodzenia w relacje, o czym coraz głośniej mówi się w kontekście tinderyzacji relacji.

Nigdy w historii nie byliśmy tak autorefleksyjni, a jednocześnie nigdy nie mieliśmy tak wiele technologii eskalującej reakcje i odruchy, które nam nie służą.

To prawda i mam nadzieję, że ta refleksyjność, to, ile mówi się o dobrostanie, zbuduje pewną przeciwwagę dla aspołecznych aspektów mediów, nomen omen, społecznościowych. Obserwuję jednak, że próbujemy za wszelką cenę dostosować tempo życia do tempa internetu. Świat cyfrowy zdaje się nam mówić: skoro gotując czy stojąc w kolejce, możesz odebrać e-maila, to możesz zrobić w życiu więcej. Zobacz, ile robią inni! Przez to jesteśmy jak napięta struna. Praca czasami wypełnia całe dni, mieszając się z życiem prywatnym, do czego przyczynił się też COVID- 19. Śledzimy terapeutów mówiących: zwolnij, trenuj uważność, ale, do cholery, oni jednocześnie wrzucają co najmniej jeden post dziennie, relacjonują swoje spacery wyciszające, obsługują setki komentarzy i jeszcze w relacjach pokazują, w ilu wydarzeniach biorą udział. Dzisiaj trzeba włożyć ogromnie dużo wysiłku, by chcieć mniej. Dlatego potrzebujemy zdrowej diety informacyjnej, żeby w ogóle móc skontaktować się z własnymi potrzebami i nie przegrać swojego życia. Ciągle mam w sobie strach, że za kilka dekad zdam sobie sprawę, że jednak przeskrollowałam swoje życie i spełniałam oczekiwania ludzi, na których w ogóle nie powinno mi zależeć.

Czy będziemy w stanie nauczyć się korzystania z technologii w sposób, który nie będzie rabunkowy wobec naszego zdrowia i wrodzonych mechanizmów behawioralnych?

Podejrzewam, że będzie podobnie jak z cukrem. Część z nas zadba o dietę, część przepadnie w dopaminowej pętli. Żeby sobie poradzić, musimy uwierzyć w korzyści z ograniczenia przyjemności. FOMO, syndrom strachu, że coś nas ominie, jest bardzo atawistyczny. Gdy mózg czegoś nie wie, to się boi, bo może mu grozić niebezpieczeństwo. A internet obiecuje nam stały dopływ wiedzy, więc myśl o ograniczeniach nas stresuje. Dlatego będę szczera: wprowadzanie higieny cyfrowej nie przynosi od razu radości. To jak z ograniczaniem cukru: pierwsze dni są pełne frustracji i świadomego powstrzymywania się, z czasem jednak jest coraz łatwiej. Prawdziwe korzyści higieny cyfrowej odczujemy po dłuższym czasie, gdy zauważymy, że lepiej śpimy, jesteśmy bardziej skupieni, spokojni, uważni, więc poprawiają się też nasze relacje, lepiej nam się pracuje. Dlatego gdy zaczniemy się starać ograniczać powiadomienia, to w pierwsze dni zachęcam do czegoś, co nazwałam POMO, czyli dumy z tego, że coś nas omija, bo to oznacza, że wybieramy siebie i chcemy całego życia.

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji