Subskrybuj
Lato 1973 r. nad jeziorem Necko w Augustowie fot. Chris Niedenthal / PAP
Gdańszczanka, dziennikarka freelance, absolwentka Instytutu Kultury Polskiej i Polskiej Szkoły Reportażu, zainteresowana grami, kondycją mediów, punk rockiem i antropologią

Jak wynaleziono wczasy

Wczasy to pojęcie, które przez tysiące lat dla większości ludzi pozostawało nieznane. Po co ktoś miałby wyjeżdżać gdzieś daleko od domu? I jeszcze zaraz potem wracać? 

Sześć tysięcy rubli – powtarza Barbara Niechcic ze łzami w oczach. Sześć tysięcy – tyle przeznaczono jej w spadku. Początkowo nie chce go przyjąć. Tłumaczy Bogumiłowi, że najlepiej „zrzec się i nie zawracać sobie głowy”. Ale po chwili dociera do niej potęga pieniądza. Wyobraża sobie trzymane w dłoniach ruble. Wymienianie ich na przyjemności – zupełnie inne, nowe życie. Wpada w euforię, sięga do kredensu i wyciąga dwa kieliszki. Po wypiciu wina chwiejnym krokiem kieruje się w stronę łoża. Każe sobie rozpiąć suknię, co jest w relacji z Bogumiłem dowodem nagłego spełnienia albo szaleństwa. Jej oczy mienią się dziecięcą iskrą. – Chciałabym zobaczyć kawałek świata i raz w życiu pojechać do Krakowa – mówi.

Kwestia wypowiadana przez Jadwigę Barańską w serialowej adaptacji Nocy i dni Marii Dąbrowskiej dobrze portretuje przemianę rozumienia wczasów.

W XIX w. wyprawa do Krakowa z zamieszkiwanego przez Niechciców majątku w ziemi kaliskiej była znacznie większym wyzwaniem niż dziś podróż z Gdańska na Tajwan. Połączenie kolejowe Kalisz–Warszawa otworzono dopiero w 1902 r. Podróż upływała pasażerom nie najgorzej, trwała trzy godziny. Schody zaczynały się dalej. Z Warszawy o 7.30 odchodził pociąg do Maczek (koło Sosnowca), gdzie stał przez noc, a następnie ruszał do Krakowa. O godz. 9.00 był na miejscu. Łączny czas podróży: 25 godz. i 30 min. Tylko drogo. Bo za bilet w pierwszej klasie Barbara zapłaciłaby 4 ruble i 92 kopiejki. Ponoć stanowiło to połowę miesięcznej pensji woźnego. W powieści Dąbrowskiej mogło też chodzić o podróż powozem. Chybocząc się po każdym wądole, zręcznie omijając wilki, błota i złodziejskie bandy, Barbara dotarłaby do stolicy Galicji prawdopodobnie z nadwątlonym portfelem (portmonetką), a może i chora. Groziły jej bowiem tyfus, gruźlica, czerwonka. Tempo powozu objuczonego tobołami nie było zawrotne. Nigdy też nie można było mieć pewności, kiedy podróż się zakończy.

Marzenie o wytchnieniu

Wczasy to pojęcie, które przez tysiące lat dla większości ludzi pozostawało nieznane. Po co ktoś miałby wyjeżdżać gdzieś daleko od domu? I jeszcze zaraz potem wracać? Poza nieliczną grupą możnych nie leżało to w zasięgu możliwości ani nawet wyobraźni ludzi. Prawdziwe wczasy debiutują dopiero w epoce przemysłowej jako forma kultury czasu wolnego.

Nie oznacza to jednak, że wcześniej nie odpoczywano.

Odpoczywano. Lecz wysiłek i przerwa od niego były ze sobą mocno połączone. Dominował czas cykliczny, zestrojony z naturą, porami roku, przeplatany pracą i odpoczynkiem. Dziś wczasy to najczęściej nieregularne wypady weekendowe i urlopowe, czas wolny i przyjemny, służący regeneracji. Barbara nie mogłaby się nadziwić, gdyby dowiedziała się, że obecnie z Kalisza pojedziemy do Krakowa w cztery godziny. Nie uwierzyłaby też w całą kulturę wolnego – binge-watching, hot dogi XXL na stacjach, wycieczkowce jak patodeweloperskie bloki, w ideę all inclusive, produkty na półkach, autostrady i prywatność, ulizaną przez trendy i lifestyle.

Jako żona ziemianina Barbara musiała wiedzieć, że cykl ludzkiego życia był przynajmniej od neolitu dostosowany do cyklu natury. Być może wiedziała też, że występujące co kwartał przesilenia świętowano. Zanim na ziemie słowiańskie wkroczyło Boże Narodzenie, na wsi urządzano Szczodre Gody. Święto ku czci przodków, którzy po północy gadali sobie schowani w ciałach gospodarskich zwierząt. Nie wolno było ich podsłuchiwać. Czas biesiad i karnawałowych zachowań na opak służył też ludziom, aby ulżyli sobie po okresie ciężkiej pracy. Zwyczajnie spuszczał z nich napięcie. Lecz to nie przyroda zainspirowała człowieka do stworzenia idei czasu wolnego. Zainspirowała go maszyna. Zanim jednak ją skonstruowano, chłopi obrabiali pola, a kobiety pracowały wraz z nimi. Nierzadko do pracy były zaprzęgnięte i dzieci. Nawet te 5- i 6-letnie. Całe rodziny przez stulecia uprawiały zboża, wypasały bydło, produkowały żywność, oddając znaczący procent w ręce najbogatszych, zarządców, właścicieli, ludzi często po prostu lepiej uzbrojonych i groźnych. Tak powstały osady i miasta, a za nimi władza, struktura, hierarchia.

Z codziennej harówki byli od dawien dawna zwolnieni najbogatsi.

A także kapłani i wysokiej kasty wojownicy. Starożytny mit wieży Babel skrywa potężną materię pragnienia, marzenie uwolnienia się od znoju. Budowlę, która najprawdopodobniej była monstrualnym zikkuratem, stawiano zbiorowym wysiłkiem o niespotykanej wcześniej skali. Bogactwo pięło się do nieba, ale nagle nastąpił trach. Deus ex machina. Wieży nie ukończono. Zasady przestały obowiązywać. Ludziom pomieszały się języki, nastąpiło załamanie komunikacji. Podzielili siebie na kraje i państwa. Widok niektórych ich głów musiał być tak nieznośny, że władcy zapragnęli porządnego odpoczynku. Wieki później, gdy cesarz Hadrian był zmęczony zarządzaniem Imperium Rzymskim, jechał do Tiburu. Prosto na wzgórza Sabiny. Studził myśli w towarzystwie wodospadów i gajów pomarańczowych. Polecił sobie wybudować przypominający mu jego podróże na Wschód Teatr Morski, oblany dookoła sztucznym jeziorem. Kolejna budowa wymagająca olbrzymich nakładów ludzkiej pracy. Dziś turyści w Villi Adriana chwalą miłą obsługę, obecność toalet i rozległe ruiny. Jeden z nich napisał: „W takich miejscach czuje się potęgę Cesarstwa Rzymskiego”.

Ta rzymska potęga przez długie lata nie tylko określała standardy architektury, sztuki i filozofii (skopiowane w większości od Greków). Wyznaczała także rytuał przejścia ludzi dobrze urodzonych: trasę, po jakiej poruszali się młodzi arystokraci i członkowie rodzin królewskich od XVII stulecia. Zwyczaj zapoczątkowali Brytyjczycy. Wielomiesięczna wyprawa do kolebki europejskiej cywilizacji – Grand Tour, była dalekim odpowiednikiem dzisiejszego gap year (albo wyjazdu na Erasmusa). Miał być to czas, jak definiował go Richard Lassels, przeznaczony na dopełnienie edukacji, wyrobienie gustów i delektowanie się życiem.

Trend odwiedzania europejskich krajów, a szczególnie słonecznej Italii, był także popularny wśród polskiej szlachty.

Wśród peregrynantów byli najpierw mężczyźni: Sobiescy, Zamoyscy, Jabłonowscy, Wiśniowieccy. Ich podróże trwały niekiedy wiele lat. Zagranicznym wojażom, w towarzystwie służby, przewodził starannie dobrany tutor (czy guwerner), który odgrywał rolę opiekuna. Sprawował pieczę nad sakiewką, nadzorował harmonogram podróży. Prócz dworskich audiencji, przypominających dzisiejszy networking, obowiązkiem było w samej tylko Italii zaliczyć takie atrakcje, jak: Forum Romanum, Panteon, Via Appia, Watykan, Mediolan, Neapol i Wenecję. W tym ostatnim mieście wojażerzy mogli pobalować: – Dla odwiedzających Wenecję istniały możliwości funkcjonowania poza normami społecznymi, za pośrednictwem maskarady i karnawału – tłumaczy badaczka Katherine Gazzard. Odważniejsi tylko płynęli na Sycylię albo dalej do Grecji.

Z dalekich peregrynacji szlachta przywoziła do domu książki, zegarki mechaniczne i pamiątki, a nie magnesy chińskiej produkcji. W XVIII w. John Russell (4. książę Bedford) zamówił po powrocie do domu cykl pejzaży z Wenecji. Zapłacił za nie majątek, bo przynajmniej 188 funtów. Stanowiło to w tamtym czasie pięciokrotność rocznych zarobków znającego się na fachu rzemieślnika. W ten sposób hrabia Russell zyskał 24 weduty pędzla Canaletta rozchwytywanego malarza miast. O czym mu przypominały? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale idea Grand Tour stanowiła zalążek nadchodzącej turystyki. Grand Tour w odróżnieniu od niej miało wąski zasięg, obejmujący tylko najbogatsze rody. Pomniejsi właściciele ziemscy i rosnąca w siłę burżuazja musieli zaczekać na kolej, biura podróży i Orient Expressy. XIX w. zdemokratyzował wczasy na niespotykaną wcześniej skalę.

Wiek pary i zdrojów

Gdy Tuwim pisze: „Stoi i sapie, dyszy i dmucha”, wcale nie opisuje pociągu. To charakterystyka parowego silnika tłokowego. Woda zmieniona w parę. Ciśnienie napędzające tłoki, przez korbowody wędrujące wprost na koła zamachowe. Tym zamachem powstają mechaniczne przędzalnie, drukarnie, huty, zakłady metalurgiczne. Ceny produktów spadają, koła się kręcą, stalowe szyny przecinają kolejne kilometry. Ludzkość zyskuje przyspieszenie, jakiego nie znała nigdy wcześniej. Może nie trzeba będzie rodzić już tyle dzieci, by było komu pracować. Maszyny przejęły prace wykonywane ręcznie, odciążyły uwagę. Można więc poświęcić ją na coś innego – zakupy, gazety, wczasy. Rosną klasa średnia i burżuazja, rozkwitają miejskie zwyczaje i moda. Implementowana wieki wcześniej etyka protestancka robi swoje – triumfuje kapitalizm i rozsądek. Wykluwa się rodzina nuklearna, a harówkę, uzależnioną od kaprysów natury, zastępuje właściwy rytmowi maszyny constans. Wszyscy chcą się bogacić. Iść do przodu.

Sięgnąć wreszcie po przyjemność i komfort. Ich uosobieniem są właśnie wakacje. Barbara Niechcic rozważa. Może wcale nie Kraków? Może zabierze dzieci do Ciechocinka, „żeby tak nie chrząkały”?

Sanatorium w Ciechocinku powstaje w 1836 r. Jednak już ponad dekadę wcześniej stają w nim okazałe tężnie – wielkie drewniane inhalatoria. Potem dołączą do nich cztery miedziane wanny, wypełnione solankami, w których wykąpią się pierwsi kuracjusze. Zainteresowanie leczniczymi właściwościami wody rośnie wraz ze zwrotem w kierunku balneologii. Dziedzina znana starożytnym przeżywała rozkwit za sprawą medycyny niekonwencjonalnej. Jednym z jej propagatorów był pochodzący ze Śląska Vincenz Priessnitz (od jego nazwiska wziął się nasz „prysznic”), zwany „wodnym lekarzem”. Doczekał się procesu o znachorstwo, ale wyszedł z niego cało. W Lázně Jeseník koło Jesionika na terenie Czech zbudował finalnie za pozwoleniem władz austriackich dom zdrojowy. Zalecał używanie wody w formie zimnych okładów, hartowanie organizmu przez lodowate prysznice, a także korzystanie z saun i praktykowanie niedalekich wędrówek. Zachwytom nad wodą towarzyszyły rosnąca moda elit i burżuazji na podmiejskie spacery. Za oceanem wychodzi książka Henry’ego Davida Thoreau Walden, czyli życie w lesie. Zmienia się stosunek do natury. Rosnąca w siłę klasa średnia chce uciec od zatłoczonych ulic. Las, jak napisze Peter Sloterdijk w Krytyce cynicznego rozumu, wcześniej pełniący funkcje usługowe (jako źródło drewna, ewentualnie miejsce polowań dla bogatych), stanie się przestrzenią odpoczynku dla ludzi z miasta.

Potrzeba komfortu i rozrywek pociągnie za sobą wzmożone zainteresowanie konsumpcją kawy, cukru, tytoniu i oczywiście alkoholu. A także modę na sanatoria i wypoczynek.

Wkrótce Sopot stanie się wielkim niemieckim kurortem. Dociągnięta do niego pod koniec XIX w. kolej pociągnie za sobą ruch turystyczny. Kilka lat później pediatra Kazimierz Kaden osiedli się w Rabce. Zarządzi odwierty, postawi budynki i elektrownię. Będą finansowane pobyty zdrowotne dla dzieci z ubogich rodzin – polskich i żydowskich. A Rabka będzie musiała od tamtej pory być czysta i śliczna. Kaden ruga robotnika sypiącego popiół na oblodzony chodnik. To tylko jeden z obrazków, którymi Beata Chomątowska opisuje słynny zakład w Mieście dzieci świata.

Wczasy to w XIX w. z jednej strony zakłady lecznicze i sanatoria, z drugiej – turyści i pierwsze biura podróży. Pionierem w tej kwestii był Brytyjczyk Thomas Cook, który miał chyba dobre serce. Chciał podtrzymać na duchu mających niełatwe zadanie abstynentów. Bo przecież kulturze czasu wolnego zaczął coraz częściej towarzyszyć alkohol. Nie bez powodu za oceanem pojawiały się pomysły prohibicji i ograniczeń dostępu do używki. Zdaniem Cooka alkohol był głównym winowajcą problemów społecznych. Z tego powodu w 1841 r. porozumiał się z liniami kolejowymi i zorganizował specyficzną wycieczkę. Prawie 500 osób chwalących trzeźwe życie. A wśród nich sam Cook. Większość z tych ludzi wsiadła po raz pierwszy w życiu do pociągu. Pojechali niedaleko – na mityng. Z Leicestershire do Loughborough. Każdy pasażer zapłacił szylinga, ale Cook nic nie zarobił. Zwęszył jednak zainteresowanie, a entuzjazm podróżników pobudził go do działania. Cztery lata później zorganizował wycieczkę do Liverpoolu. Już komercyjną. Zaczął budować relacje z hotelami, operatorami transportowymi. Tworzył bezpieczną kapsułę podróżniczą dla spragnionych świata turystów. Póki firma Cooka nie zbankrutowała w 2019 r., jej dewiza brzmiała: „Don’t just book it – Thomas Cook it!”. Angielski przedsiębiorca organizował wycieczki coraz dalej – w latach 50. XIX w. do Paryża, w 60. do USA. Potem jeszcze odważniej – do Afryki i do Palestyny. W latach 70. porwie się na misję prawie niemożliwą. Wycieczka dookoła świata. Trwa 222 dni. Turyści pokonują prawie 50 tys. km. Po I wojnie światowej syn Cooka zaproponuje turystom pierwsze safari w historii. Tak, Afryka widowiskiem dla turystów z Europy.

Idea podziwiania świata „tubylców” i „dzikich zwierząt” żyjących we względnej wolności jest dziś krytykowana.

Safari pierwotnie było wyprawą myśliwską. Turyści mogli wypocząć, ale i rozerwać się, strzelając do „bestii”. Trofeum wziąć ze sobą na pamiątkę. Pewnie dziś żałuje tego Walter Palmer, amerykański dentysta. Kilka lat temu pojechał do Zimbabwe i wycelował w kierunku czarnogrzywego lwa Cecila. Kot padł, a wraz z jego śmiercią symbolicznie umarła idea safari. Zapanowało poruszenie. Internet w odwecie zniszczył Palmerowi życie. Lekarz zamknął gabinet, odprawił pracowników, a jego rodzina schroniła się poza domem w specjalnej kryjówce. Lincz to kolejna rozrywka z szerokiego archipelagu czasu wolnego. Zabawa ery social mediów i cancel culture. Po zaszczuciu jednego dentysty można wierzyć, że coś się zmienia. Ale miliarderzy dalej wykupują prywatne safari myśliwskie, np. w Tanzanii – pisze Stephanie McCrummen na łamach „The Atlantic”. Po jej tekście można przetrzeć oczy ze zdumienia. Sawannę obecnie zmienia się w rezerwaty – w teorii. A w praktyce? W prywatne parki. Jedni mogą w nich za opłatą popolować – z aparatem fotograficznym lub bronią. Drudzy, czyli Masajowie, którzy żyli tam od zawsze, nie mają prawa posiadać na tym terenie choćby jednej krowy. W północnej Tanzanii chyba częściej od krów widać „cappuccino trucks”.

Człowiek weekendowy

Barbara nie dojedzie ani do Tanzanii, ani do Ciechocinka, ani do Krakowa. W czasie wolnym nie będzie inbić ani grzmieć. Jej wczasy to wyłącznie pobyty w pobliskim Kalińcu (wzorowanym na Kaliszu) oraz żale wyrzucane Bogumiłowi. Im dłużej siedzi w gospodarstwie, tym mniej wie, jak rozmawiać z ludźmi z miasta. Nic dziwnego. Miasto wraz z początkiem XX w. zaczyna wypełniać „masa”. A chwilę później w Europie debiutuje nowa wariacja na temat czasu wolnego – weekend.

Przypomnijmy: w II poł. XIX w. na ziemiach polskich zostaje zniesiona pańszczyzna, a klasę ludową tworzą już nie tylko chłopi, ale również robotnicy.

Ludzie migrują na wielką skalę ze wsi do miast, które zostają rozświetlone pierwszymi lampami ulicznymi. Tak zwana praca najemna jest ściśle kontrolowana, efektywna, przynosi zyski. Pracownicy i pracownice pracują więc teraz po kilkanaście godzin dziennie, bez wolnych sobót. Gonią jednak nie za bogactwem, lecz za chlebem. Z czasem widzą, że w kupie siła. Po I wojnie światowej w większości zachodnich krajów udało się wywalczyć 8-godzinny dzień pracy, znieść pracę dzieci, wprowadzić urlopy i odpowiednie świadczenia. Dać wolne. To wolne przeobraziło kulturę nie do poznania. Innowacje, które zachodziły w tętniących życiem miastach, coraz bardziej oddzielały publiczne od prywatnego, o czym pisał Norbert Elias. Powstał nowy czas. Czas, który można spędzić w rodzinnym kokonie albo z dala od niego – „na mieście”.

Miasto to niby nie wczasy, ale jest w nim i eskapizm, i przygoda, i kusząca różnorodność.

W XX w. w mieście pleni się cała gama nowych rozrywek: kino, burleski, wyścigi, hazard, wystawy psów, sklepy, puby, polityczne wiece. Miasto rozbudza nowe potrzeby. Uczy, że nikt nie jest do niczego zobowiązany ani za nic odpowiedzialny. Działa psychologia tłumu. Uwiera bunt mas. Bo od tej pory cywilizacyjne zdobycze należą prawie do każdego Europejczyka, czy to się Josému Ortedze y Gassetowi podoba czy nie. Przestrzeń zajmują więc ludzkie rzesze. Ci „przeciętni”, będący akurat „po godzinach”, po raz pierwszy w dziejach mogą cieszyć się możliwościami, które daje miejska anonimowość. Mogą od nowa się zdefiniować, a nawet zyskać szansę odkupienia. Uosobieniem tych procesów jest młody przestępca Franek Biberkopf, bohater powieści Alfreda Döblina Berlin Alexanderplatz. Franek oczywiście nie jeździ na żadne wczasy, tylko marzy o wycieczce do Świnoujścia. Otacza go nędza, alienacja oraz uciążliwa wolność wyboru (podatny grunt dla pierwszego populizmu w historii). Po wyjściu z więzienia szybko powraca do dawnych nawyków. Kryminalny światek i alkohol czekają na robotnika z otwartymi ramionami. Podczas gdy klasy wyższe zamieniają myśliwskie sztucery na rakiety do tenisa, masom także skapuje kawałek tortu – weekend. Co z nim robią?

Sloterdijk stwierdza, że wytworem nowej cynicznej epoki jest człowiek weekendowy. Określa go jako „indywiduum czasu wolnego”, które odkrywa „zadowolenie w alienacji i komfort w podwójnym życiu” (tłum. P. Dehnel).

Podwójność to oczywiście życie w świecie iluzji, które filozof łączy z konsumeryzmem i realizmem kosmetycznym. Gdy już prywatne oddzieliło się od publicznego, pęknięcie rosło. Człowiek epoki modernizmu był podzielony między czas codzienny, w którym harował, a czas niecodzienny, w którym się bawił. Daleka reminiscencja czasu świątecznego. Tak powstaje miły, przyjemny człowiek, jego mody i iluzje. Sprzedawcy o „różowawej skórze”, pełni uśmiechu i nienagannej aparycji. Ale weekend to coś znacznie więcej. To czas, który jak gdyby z „natury” każdy powinien spędzać miło i aktywnie. Będzie ci smutno, jeśli swój przeleżysz w łóżku. Dobrze wiesz, że nie tak spędza się weekend! Edgar Morin uznał to za przymus rozrywki „w lekturze drobnych wiadomości, w hipnozie ekranu telewizyjnego, w zmotoryzowanym weekendzie czy turystycznych wakacjach” (tłum. A. Frybesowa). Z jakiegoś powodu nie nazwał tych aktywności pełnią życia czy np. triumfem demokracji. Pisał: „W rozumieniu pascalowskim: jest to zabijanie czasu, ucieczka od niepokoju lub samotności w jakieś »gdzie indziej«”. Weekend to ten rodzaj wczasów, który jest iluzjonistyczny jak tapeta. Obrasta ciało tygodnia delikatną ironią. Podwójność, o której pisał Sloterdijk, nie zniknęła. Żyje dalej w takich słowach jak mikrowyprawy, świdermajery, Sopoty. W slow wycieczkach „do drzew”, w spacerach po lasach samobójców (jak w przypadku japońskiego lasu Aokigahara popularnego wśród odbierających sobie życie, który stał się celem turystyki makabry), do opuszczonej wielkiej truskawki (to ostatnio kultowy cel podwarszawskich wycieczek) i miejsc katastrof. Dark tourism, co nie? Czas wolny i wczasy miały być osiągnięciem cywilizacyjnym, lecz czy są? Czy my naprawdę odpoczywamy?

Czas niewolny

Simon Patten jako jeden z pierwszych prognozował powstanie gospodarki obfitości. W 1907 r. naszkicował optymistyczną wizję świata w dziele zatytułowanym The New Basis of Civilization (Nowa podstawa cywilizacji). Przewidywał w nim, że wzrost gospodarczy z czasem doprowadzi nas do sytuacji, którą nazwał stanem „higher civilization”. Było to kontynuacją myśli Johna Stuarta Milla, twórcy liberalizmu demokratycznego, wierzącego w „szczęście dla wszystkich”. Tym szczęściem miał być świat, w którym fabryki i maszyny wyzwalają ludzkość od ciężkiej pracy. Dają im wakacje i wczasy. Z jakiegoś jednak powodu czujemy dziś, że nie mamy wcale więcej wolnego. Mówimy o społeczeństwie zmęczenia. Jonathan Crary w błyskotliwym eseju 24/7 uznaje, że czas wolny istnieje już tylko podczas snu.

Gdy śpimy, nie konsumujemy. Nie przeglądamy stron w sieci, nie zostawiamy śladów. W pewnym sensie nie istniejemy, bo rynek nie ma z nas w trakcie snu żadnego pożytku.

Jednak, jak pisze Crary, rzeczywistość 24/7 chce to zmienić. To czas „bezczasowy, pozbawiony wszelkich materialnych form oraz rozpoznawalnych cezur, nieuznający następstwa lub powtarzalności wydarzeń” (tłum. D. Żukowski). Ten czas likwiduje cykliczność życia, święta i wspomnienia, a to dlatego, że „opiera się na niemożliwej temporalności – stanowi ostrą krytykę słabości i niewystarczalności czasu ludzkiego”. Nie tylko stacje benzynowe, bankomaty i wybrane apteki są czynne non stop. Czas 24/7 to internet. Zakupy online, streamingi, inby, rolki, subskrypcje, newsy, karuzele i tysiąc innych bajtów trzymanych w gigantycznych serwerowniach. Feed nigdy się nie kończy. Scrolling jest 24/7. Wiatraki, chłodzące nagrzane procesory, kręcą się, nawet gdy pada zasilanie. Internet przecież został stworzony tak, by przetrwać atak atomowy. Lecz huk, który rozchodzi się w środku, po gigantycznych halach, jest od czasów pandemii nie do wytrzymania. Ulice opustoszały, kultura i restauracje na moment padły. Ludzie zostali w domu. Sieć zanotowała kolejny skok użytkowników i wydłużony czas w onlinie.

Nie chcę brzmieć jak członkini szkoły frankfurckiej, ale czy nie naszły was wątpliwości? Czy możemy odzyskać czas skradziony przez Big Techy? Przynosimy im miliardowe zyski. Każdego dnia wykonujemy pracę, smartfony liczą jej czas. Wspaniałomyślnie pozwalają ustawić sobie „limity”. Nie bierzemy od tej pracy urlopów, nie ma wolnego, choć coraz częściej pojawia się wyrażenie „cyfrowy detoks”. Można zapisać się na kolonie dla dorosłych albo obozy bez ekranów. To gdzie na te wczasy? Antropolog Jean Duvignaud, portretując święto, napisał w Darze z niczego takie zdanie: „Wyobraź sobie palmę, która wpada do własnej dziury i zagłębia się w piasku!” (tłum. Ł. Jurasz-Dudzik).

W 2024 r. Barbara jest po rozstaniu z Bogumiłem. Na Facebooku znajduje Tolibowskiego, niespełnioną miłość. Razem jadą na Mazury, ale bez nenufarów czar pryska. Trzeba szukać go gdzie indziej. Wracają do niej dawne myśli, „że coś niezwykle ważnego i radosnego jest na świecie do uczynienia i że ona właśnie to uczyni. (…) wtedy świat cały zaświeci, zabrzmi jak pieśń”. Zaczyna więc podróżować. Trzygwiazdkowe hotele, basen, przejazdy melexem. Birkenstocki. Upały i tłoki. Zmuszają ją do ucieczki za miasto. Przytula więc lamy, idzie na lekcję jogi, jednak to nie to. Świat dalej nie świeci. Staje sama nad brzegiem jeziora. To melancholia – Barbara tęskni za swoim Serbinowem. Z oddali przyglądają się jej ciemni od słońca mężczyźni. Widzi, jak wycinają drzewa pod miejsce na plaże i pokrzykuje na nich jakaś groźna kobieta. – A co tu robi kochana Żarnecka?! – wyrywa się od razu Barbarze. Tamta podchodzi kawałek i ochrypłym głosem pruje: – Wielmożna Pani! Wielmożna Pani Niechcic. Dziś sianokosy, a potem szukamy kogucika, dołączy? Dołączy. Będzie wycieńczona po długich rozmowach i zabawach. Zaśnie dopiero nad ranem, bez wygód, przy ognisku, ale spokojna. Nie zauważy, jak świeci.

Korzystałam m.in. z: G.S. Cross, Free Time. The History of An Elusive Ideal, New York 2024; J. Lanier, Who Owns The Future, New York 2013; T. Słomczyński, Sopoty, Wołowiec 2023; E. Morin, Kultura czasu wolnego,tłum. A. Frybesowa, w: Antropologia kultury. Zagadnienia i wybór tekstów, red. G. Godlewski, L. Kolankiewicz, A. Mencwel, M. Pęczak, Warszawa 2001; N. Elias, Esej o czasie, tłum. A. Łobożewicz, Warszawa 2017; R. Sendyka, Napatrzcie się! Mroczna turystyka i nowoczesność, „Didaskalia. Gazeta Teatralna” 2014, nr 120.

Artykuł pojawił się w numerze: Prawo do wytchnienia