Czym się stało dla nas wychowywanie dzieci?
Zacząłbym od tego, że stało się czymś ważniejszym niż w dawnych czasach. Kiedyś nie było takiej kwestii, bo nie istniało pojęcie dziecka, badacze twierdzą, że to stosunkowo późny wynalazek. Wcześniej był po prostu człowiek – najpierw mały, potem dorosły. Mali ludzie byli wcześnie wdrażani w sprawy starszych. Jeszcze w moich czasach niewiele mówiło się o podmiotowości dzieci, nie przysłuchiwano się temu, co mają do powiedzenia – mówiło się za to, że dzieci i ryby nie mają głosu. To się zmieniło także dlatego, że mamy lepszą wiedzę o wpływie doświadczeń z dzieciństwa na to, jakimi stajemy się dorosłymi. Poza tym ludzie mają większe niż kiedyś możliwości poznawcze, kompetencje społeczne i ciągle wymieniają się opiniami na różne tematy w mediach społecznościowych.
Z mojej perspektywy – osobistej, lecz także psychologicznej i kulturoznawczej – najtrudniej odpowiedzieć na pytanie: do czego mamy te dzieci wychowywać?
Co ma Pan na myśli?
Chcemy, żeby było im jak najlepiej, i z tego czasami biorą się błędy wychowawcze, bo naciskamy, by zrealizowały to, czego nam się nie udało. Co się nieraz może wiązać z przemocą, gdy staramy się wpłynąć na obranie drogi, która naszym zdaniem jest najlepsza.
Abstrahując od kwestii emocjonalnych, wychowywanie dzieci to nie tylko miłość i opieka, lecz również zapoznawanie ich ze światem.
Wraz ze szkołą i innymi instytucjami pokazujemy młodym, jaki on jest, oraz chcemy je nauczyć, jak się w nim poruszać. Tyle że ten punkt wyjścia, który wydaje się prosty, tak naprawdę sprawia, że to karkołomne zadanie, bo ludzie ciągle spierają się, jaki ten świat jest. Mam na myśli nie materialność i biologię, ale skomplikowanie świata ludzkiego. Nie posiadamy jednolitej narracji, co do której ludzie mogliby się zgodzić, że powinna zostać przekazana kolejnemu pokoleniu. Sfera debaty opiniotwórczej pokazuje, że nie istnieje w tym zakresie żadna jasność poglądów. Wychowując dzieci, zostaliśmy skazani na wpływ zewnętrznej rzeczywistości, także algorytmów, które narrację kształtują.
Kiedy ta rzeczywistość zaczyna mieć wpływ na młodych ludzi?
Specjaliści z zakresu psychologii ewolucyjnej twierdzą, że dzieci dość szybko, między czwartym a piątym rokiem życia, wchodzą w krąg oddziaływania grupy rówieśniczej. Rodzice bardzo wcześniej przestają mieć ważną pozytywną rolę – to grupa staje się czynnikiem kształtującym bardziej niż opiekunowie. Media społecznościowe także mają swoje mordercze oddziaływanie.
Znamienne, że senat Australii, jako pierwszy na świecie, uchwalił niedawno zakaz korzystania z social mediów przez dzieci w wieku poniżej 16 lat.
To powoduje, że obecnie nie potrafimy dobrze zrozumieć, jak dzieci funkcjonują emocjonalnie i poznawczo. Pamiętam sytuację z okresu, gdy mój syn miał 12 lat. Oświadczył mi wtedy, że doskonale wie, iż liczy się to, co w środku, a nie na zewnątrz, lecz pomimo to nie pójdzie do szkoły w butach z hipermarketu Tesco.
To tylko iluzja, że wychowujemy dzieci i mamy na nie wpływ?
Dawniej, jeszcze nawet w XIX w., rodzice i dziadkowie byli dobrymi przewodnikami po rzeczywistości, gdyż ich znajomość świata wystarczyła, żeby dziecko weń wprowadzić.
Teraz przemiany technologiczne sprawiły, że starsze pokolenia przestały być ekspertami od świata – działa on inaczej, niż sobie wyobrażali.
Przez wieki w społecznościach wielu kultur to starszyzna miała głos rozstrzygający w wielu kwestiach. Wśród wielu rdzennych ludów Ameryki Północnej uważano, że człowiek staje się dojrzały ok. 50. roku życia – dziś takie osoby postrzegamy coraz częściej jako te, które powinny odsunąć się na ubocze.
Skończyć z dyktaturą dziadersów?
Tak mówią młodzi, i ja się nawet z nimi zgadzam. Emancypacja różnych grup społecznych, niegdyś marginalizowanych oraz dyskryminowanych, sprawia, że świat jest bardziej skomplikowany, więc wychowywanie dzieci jest nie tyle o tym, jaki on jest, ile jak sobie radzić ze zmiennością tego, co uważamy za istotne. To, że nie da się dwa razy wstąpić do tej samej rzeki, wiemy już od Heraklita, jednak wydaje mi się, że na poziomie kulturowym względność nigdy nie była tak intensywna jak teraz. Zygmunt Bauman nazywał to płynną nowoczesnością. Powstają nowe obszary znaczące, które wywracają stolik: kryzys klimatyczny, narodziny postprawdy, populizmy, pandemie, wojny – człowiek zawsze musiał mierzyć się ze zmiennością, ale nowość polega na tempie przemian, skali naszego dostępu do informacji i na tym, że ciągle musimy się konfrontować z przeciwstawnymi wizjami świata, a one są dostępne także dla dzieci. Sto lat temu dostęp do dowolnej informacji, który teraz jest możliwy za sprawą internetu, był czymś niewyobrażalnym. Ludzie są dziś lepiej wykształceni, jednak tych, którzy potrafią właściwie odczytać rzeczywiste znaczenie wielu informacji, nawigować pośród natłoku faktów i opinii, jest niewielu. Na domiar złego nauka straciła w ostatnich czasach na znaczeniu – politycy nie słuchają naukowców.
Wszyscy jesteśmy zakładnikami tej sytuacji. Niegdyś to baśnie wprowadzały do wizji świata, nadawały podzielany kontekst, i właśnie o nich chciałabym porozmawiać. Czy w momencie rozpadu tego wspólnego kontekstu warto je jeszcze opowiadać dzieciom? Czy coś z ludowych przekazów, uporządkowanych w XVIII w., jeszcze się do tego nadaje?
Widziałem ostatnio nowe wydanie Baśni braci Grimm z dopiskiem: „żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli”. Zastanawiamy się, jak dać dzieciom narzędzia, które pozwalają w tym strasznym świecie nie oszaleć. Bajki i baśnie – jak twierdził Bruno Bettelheim – piękne i pożyteczne, w tym pomagały.
Według Stevena Pinkera ludzkość staje się moralnie coraz lepsza i nie akceptujemy dziś niegdyś aprobowanych postaw, np. publicznych egzekucji.
Dla większości współczesnych rodziców oryginalne wersje baśni Hansa Christiana Andersena czy braci Grimm – opowieści o Kopciuszku czy Czerwonym Kapturku – są dziś nie do zaakceptowania ze względu na poziom okrucieństwa.
Grimmowie łagodzili tamte ludowe historie, np. matka Jasia i Małgosi stała się złą macochą, z obawy, że czytelnicy nie zaakceptują wizerunku matki porzucającej potomstwo. Ale przemoc i zaniedbywanie dzieci nie zniknęły. Zmieniło się to, że w ramach pewnej progresywnej grupy społecznej nie bardzo chcemy o tym opowiadać, wolimy chronić dzieci.
Tak, pamiętajmy, że rozmawiamy o pewnej części społeczeństwa. Wielu polskich rodziców chce, żeby ich dzieci uczestniczyły w polowaniach, oglądały strzelanie z broni palnej i obdzieranie zwierząt ze skóry, co po staremu uzasadniają wspomnianym już przekonaniem, że powinny one widzieć świat takim, jaki jest. I że polowania to nasza polska tradycja. Łączenie rozmaitych postaw społeczno‑duchowych przez wieki uważanych za niemożliwe do pogodzenia jest powszechne. Można, powiedzmy, pochodzić z Madagaskaru, być wychowanym zarówno w tradycji chrześcijańskiej, jak i judaistycznej, a ostatecznie praktykować buddyzm. Nasza rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, ludzie zaś są bardziej złożeni.
Mam słabość do Freuda i uważam, że się nie zdezaktualizował, bowiem problemy z podstawowymi popędami – przemocą i seksualnością – aktualnie nie są rozwiązywane lepiej niż dawniej. To, że możemy teraz legalnie protestować przeciwko zaangażowaniu w wojnę, a kiedyś to było nie do pomyślenia, nie wpływa na to, że wojny znikają.
Wcale też nie stajemy się moralnie lepsi, jak dowodzi Pinker, tylko dzisiaj znacznie sprawniejsze są instytucje kontrolne. Nasze życie jest dzięki wszechobecności mediów bardziej transparentne, co znacząco wpływa na nasze zachowania.
W Polsce mamy niski kapitał społeczny – nie ufamy sobie, zakładamy, że inni raczej chcą nas oszukać, niż nam pomóc. Którą narrację powinniśmy przekazywać dzieciom? Taką, w jakiej człowiek to coś, co brzmi dumnie, i że trzeba starać się być dobrym dla innych, czy tę, że ludzie ciągle ze sobą walczą, a ludzkość bez instytucji kontrolnych to, jak u Thomasa Hobbesa, wojna wszystkich ze wszystkimi?
David Graeber i David Wengrow, autorzy Narodzin wszystkiego. Nowej historii ludzkości, pewnie zakwestionowaliby prawdziwość jednej i drugiej. Być może obserwacja o braku wiodącej narracji czy problem z adekwatnością kodów obecnych w baśniach są przejawami końca jakoś powszechnie zakładanej epoki nowoczesności?
Człowiek jest oparty na narracjach i opowieściach. Jak twierdzi czołowy antypsychiatra Thomas Szasz, człowiek albo opowiada sam, albo jest opowiadany w tym sensie, że staje się bohaterem cudzej opowieści. Z moim przyjacielem Aldem Vargasem‑Tetmajerem wiele rozmawialiśmy o współczesnej rzeczywistości i ukuliśmy pojęcie zombiefikacji narracji. Co to znaczy? Wielkie wspólne opowieści, które przez dekady porządkowały nam świat, choć wciąż wyglądają na żywe, to tak naprawdę od pewnego czasu są martwe. To istotne w kontekście rozmowy o bajkach i baśniach, bo te wielkie narracje są w nich zawarte. Teraz traktujemy je fasadowo, różni ludzie używają ich, żeby uzyskać korzyści, choć w nie wcale nie wierzą. Myślę, że utknęliśmy w narracyjnym bezkrólewiu. Włoski marksista Antonio Gramsci mówił, że kryzys jest wtedy, kiedy to, co stare, już umarło, a nowe się jeszcze nie narodziło. I my właśnie jesteśmy w takim miejscu. Zostaje nam bezradny cynizm.
Wracając do baśni – myślę, że tę o Kopciuszku można całkiem nieźle odnieść do współczesności. Opowieść o siostrach, które w pogoni za księciem obcięły sobie pięty, by ich stopy zmieściły się do pantofelka, wydaje się niezłą metaforą operacji plastycznych przeprowadzanych w pogoni za aspiracyjną doskonałością. Zdaje się jednak, że chętniej sięgamy po opowieści, które uczą pozytywnych postaw, a niekoniecznie obnażają ludzkie słabości.
Być może w nowych bajkach mniej chodzi o przekazanie brutalnej prawdy o świecie, natomiast bardziej o wychowanie, czyli nauczanie o tym, by wyjść poza własny interes? Na pierwszy rzut oka wydaje się to wykroczeniem poza naturę, lecz tak naprawdę przyroda jest pełna współpracy, widać to we współdziałaniu wielu gatunków, choćby w mikoryzie grzybów i drzew. Sporo pisał o tym Piotr Kropotkin, rosyjski uczony i anarchista. Można więc opowiadać o walce, a można o współdziałaniu.
Tyle że jakbym miał powiedzieć, jakie są księgi założycielskie dla naszej części świata, to powiedziałbym, że to nie Biblia, tylko Iliada i Odyseja.
W nich pojawiają się modelowe wartości zachodniej cywilizacji: podbój i zawłaszczanie oraz handel. Zachód wszystko potrafi zmonetaryzować, utowarowić, przeznaczyć na sprzedaż. Na marginesie – w języku polskim określenie „sprzedać się” ma negatywną konotację, oznacza, rezygnację z własnych wartości, niemniej myślę, że opowieść o tym, że wszystko można sprzedać, a najważniejsze rzeczy w życiu trzeba kupić, ma się dobrze. Bystry nastolatek szybko się w tym orientuje i widzi, że wśród ludzi liczą dobra materialne i przeżycia – thermomix, wakacje i liczba orgazmów.
Rodzice jednak uparcie przekonują, że to nie wszystko. Czy zrywanie przez młodych z idealistycznymi narracjami przekazywanymi przez opiekunów nie jest koniecznym elementem procesu wychowawczego?
Można powiedzieć, że różnica pokoleniowa jest częścią natury. Ewolucjoniści twierdzą, że w przyrodzie gatunek, który nie ma naturalnych wrogów, się degeneruje. Jeśli przełożyć tę koncepcję na ludzi, oznacza to, że przeszkody musimy tworzyć sobie sami, by nie ulec podobnemu procesowi. Filozof Peter Sloterdijk mówi o „ćwiczeniach” i „ascezach” – praktykach, które mają nas trenować w zachowaniu czujności i przygotowywać do świata. Dlatego stawiamy przed młodymi ludźmi coraz to nowe wyzwania. W permisywnym modelu wychowawczym opiekunowie są dla dzieci bardziej ludzcy, ale jego złą cechą jest brak wymagań, co skutkuje procesem swego rodzaju degeneracji.
Młodzi ludzie, nie natrafiając na wyraźne granice, stwarzają je sobie sami i na przykład pakują się w uzależnienia, toksyczne środowiska i subkultury albo po prostu przeżywają silne stany lękowe.
W wersji pozytywnej konieczne jest dobre wyważenie między wspomnianymi „ascezami” i „ćwiczeniami” a otwartością na podmiotowość i marzenia młodych ludzi. Wprowadzanie w dorosłe życie wymaga wysiłku – w procesie wychowawczym uczymy dzieci rezygnować z różnych rzeczy ze względu na dobro długodystansowe. Przekonujemy je, by unikały śmieciowego jedzenia, ale później spotyka je presja grupy rówieśniczej, by postępować inaczej, niż mówią rodzice.
Wspominał Pan, że rodzice tracą wpływ na dzieci bardzo wcześnie. Mam jednak wrażenie, że często trafiam na głosy psychologów, że w dorosłym życiu odtwarzamy właśnie relacje z rodzicami. Wiele mówi się o dorosłych dzieciach alkoholików albo o tym, jak relacje z ojcem czy matką wpływają na to, jakich szukamy później partnerów. To jest ten wpływ czy go nie ma?
Trzeba rozróżnić dwa rodzaje oddziaływań wychowawczych. Świadomy wpływ na decyzje i wybory dzieci jest szybko równoważony przez grupę rówieśniczą i internet, natomiast oddziaływanie rodziny, zwłaszcza toksycznej, gdzie mamy do czynienia z przemocą, uzależnieniami czy rozpadem więzi, odciska się na młodych, którzy ponoszą negatywne konsekwencje takich sytuacji. Mówi się, że dorośli, którzy biją, byli bici w dzieciństwie, jednak nie wszyscy, którzy byli bici, biją. W kształtowaniu wzorców zachowań liczą się także inne dorosłe osoby w otoczeniu: trenerzy, nauczyciele, opiekunowie. Sam pochodzę z rozbitej rodziny, ojca poznałem ponownie, gdy miałem 25 lat. W okresie dorastania, gdy był nieobecny, duży wpływ miał na mnie mój trener judo oraz wuj. To pasywne oddziaływanie jest ogromne, środowisko decyduje, ale właśnie w inny sposób, niż chcieliby tego rodzice.
Sieć jest pełna poradników o różnych metodach wychowawczych – porozumienie bez przemocy, rodzicielstwo bliskości. Cieszą się dużą uwagą zwłaszcza rodziców małych dzieci. Czy te teorie są rzeczywiście pomocne w opiekuńczej codzienności?
Porady dla rodziców są tylko odpryskiem tego, w jaki sposób jesteśmy bombardowani informacjami. Każdą przypadłość dziecka można wstukać w internet i dostać masę odpowiedzi, przefiltrowanych przez algorytmy Google’a. Jestem zdania, że umiejętność oceny otrzymywanych informacji oraz chronienia się przed niechcianymi treściami jest czymś aktualnie najpotrzebniejszym. Na pewno istnieje wiele wartościowych porad i kursów dotyczących rodzicielstwa, lecz nie mam dobrej rady, jak wytypować te wartościowe, poza bardzo podstawową oceną wiarygodności autorów. Moje rodzicielstwo przebiegało w latach 90., gdy trzeba było oprzeć się na intuicji.
Intuicja jest dziś niedocenianym drogowskazem, w przeciwieństwie do poradników, które mają za zadanie być pewnym źródłem wiedzy płynącej od specjalistów. Czy w rzeczywistości, w której jesteśmy bombardowani rozmaitymi przepisami na wychowawczy sukces, warto jej zaufać?
Mówiąc najprościej, intuicja jest szybkim i efektywnym procesem obliczeniowym, zachodzącym w naszych umysłach poza świadomością, a jej skuteczność zależy wprost proporcjonalnie od naszych zdolności poznawczych oraz liczby wystawień na domenę, czyli doświadczeń podobnego rodzaju. Co oznacza, że to, czy i na ile ktoś może ufać swojej intuicji, jest w gruncie rzeczy pytaniem o to, czy i na ile ktoś może ufać swojemu doświadczeniu. Doskonale wykształcona lekarka, która miała tysiące wglądów w rentgenowskie zdjęcia płuc, będzie miała w tym rozumieniu lepszą intuicję diagnostyczną niż studentka medycyny, która miała takich kontaktów zdecydowanie mniej.
Nasze intuicje wychowawcze są oparte na wspomnieniach z metod, jakie stosowali wobec nas rodzice, oraz obserwacji bliskich i znajomych.
Płyną także z empatii, kiedy przypuszczamy, że to, co nam by sprawiło radość, przyniosło korzyść albo wywołało w nas smutek, będzie podobnie oddziaływać na dziecko. Wszystko zależeć będzie jednak od indywidualnej sytuacji i osobowości, wahałbym się tu przed jakimikolwiek generalizacjami.
Jak znaleźć balans między stawianiem wymagań a uznawaniem autonomii dziecka?
Moja przyjaciółka, polsko‑duńsko‑żydowska pisarka Janina Katz, często serwowała mi na różne moje wątpliwości i narzekania jakąś przypowiastkę ze skarbnicy humoru żydowskiego. Pamiętam pasującą do tego pytania opowieść o dwóch Izraelitach schwytanych przez okrutnego króla. Mogli ocalić się przed śmiercią, przechodząc po linie nad straszliwą przepaścią, na dnie której gotowała się wrząca lawa. Gdy pierwszemu udało się przejść, ten drugi zaczął go rozpaczliwie prosić o poradę, w jaki sposób ma się przeprawić na drugą stronę. Pierwszy odpowiedział, że jak go przechylało na lewą stronę, to przenosił ciężar ciała na prawo, a gdy na prawo, to odchylał się na lewo. Myślę, że to jest prosta, ale trafna odpowiedź na pytanie, jak znaleźć balans. Trzeba przeciwdziałać pojawiającym się jednostronnościom i dbać o całość.
Każdy z nas dysponuje lepszą lub gorszą wiedzą, jednak nie jesteśmy sami w tym procesie – są różne osoby, które są zaangażowane w wychowywanie dzieci, a z czasem i one zaczynają wskazywać nam pewne kwestie.
Jeśli stajemy się dla naszych pociech zbyt surowi i ostrzy, to zadeptujemy ich indywidualność, a gdy pozwalamy na wszystko, ryzykujemy brak oporu, który prowadzi do degeneracji, o której wspominałem. Karl Jaspers napisał w swoim czasie, że właściwie jest tylko jedna mądrość życiowa. Mianowicie istnieją dwa rodzaje sytuacji: takie, w jakich powinniśmy siebie przycisnąć, zmusić się do czegoś, i takie, w jakich powinniśmy sobie odpuścić. A owa mądrość sprowadza się do umiejętności odróżnienia pierwszych od drugich. Myślę, że z wychowaniem dzieci jest podobnie. Czasem mówimy, że trzeba zrobić lekcje, a kiedy indziej pozwalamy im zjeść żelki zamiast marchewki.
Jak z tej perspektywy traktować wychowawczą konsekwencję? Wielu rodziców podchodzi do budowania zdrowych nawyków bezwzględnie: żelki nie są dobre, nie jemy ich. Czy powinni być bardziej elastyczni?
Rozumiem, że konsekwencja jest ważna, i zdaję sobie sprawę, że żelki nie stanowią wartościowego pokarmu naszych pociech. Gdyby świat był idealny, to wszyscy by o tym wiedzieli i produkcja żelków byłaby zakazana. Ale świat taki nie jest. Jeśli bezwzględnie zabronimy dzieciom zbyt wielu rzeczy, także takich, jakie ostrożnie używane, nie powinny spowodować katastrofy, to w dziecku narośnie poczucie niesprawiedliwości, bo będzie widziało, że jego rówieśnicy mają dostęp do przyjemności, których ono jest pozbawione. A presja rówieśnicza to bardzo skuteczna metoda. Historia jest pełna opowieści o konsekwentnych i surowych rodzicach, których dzieci popadły w poważne tarapaty z tego właśnie powodu. Osobiście byłbym za negocjowaniem z dzieckiem różnych rzeczy. Czasem trzeba ustąpić. Alternatywą jest, że dziecko, znając nasze niezłomne stanowisko, po prostu przestanie nam mówić o różnych ważnych sprawach i stracimy z nim bliski kontakt. A jest to moim zdaniem gorsze od tego, że raz na miesiąc zgodzimy się na te nieszczęsne żelki.
Wracając do pytania o to, co opowiadamy dzieciom – myślę, że niechęć do dawnych, pełnych przemocy baśni wynika nie tylko ze zmiany wartości wyznawanych przez rodziców, lecz z także z obawy przed zafundowaniem dziecku traumy. Czy te stare bajki mogą traumatyzować małych ludzi?
Nie wiem, czy ktokolwiek to sprawdzał i czy takie badanie byłoby etyczne. Popularne modele wychowawcze są odzwierciedleniem wartości wyznawanych przez społeczeństwo. To, że skupiamy się na podmiotowości, oddaje szerszy proces przyznawania autonomii grupom społecznym, które dotychczas były marginalizowane. Analogicznie zmienił się także nasz stosunek do zwierząt. W społeczeństwach monarchicznych układ rodziny był patriarchalny, bo taki był system społeczny. W XIX w. dzieci pracowały i nie uznawano tego za coś nagannego, zresztą wciąż dzieje się tak w wielu miejscach na świecie, gdzie tak chętnie Zachód przenosi swoje fabryki. Mówiłem wcześniej o grupie rodziców, którzy chcą, by dzieci uczestniczyły w polowaniach – a tu w tym samym kraju tuż obok nich znajdują się tacy, którzy uważają, że już sama przemoc w bajkach jest szkodliwa.
Współczesne podkreślanie podmiotowości jest odbiciem szerszej demokratyzacji, ale nie mamy jednorodnych poglądów.
Mało jest ogólnych zasad – konieczne jest zindywidualizowane podejście, bo różne dzieci potrzebują różnych postaw. Nie ma jednej sztancy, przy czym najważniejsza jest indywidualna, jednostkowa, niepowtarzalna miłość – pragnienie dobra drugiej istoty. Jeśli ogrodnik dobrze troszczy się o swoje kwiaty, widać po nich, że dobrze rosną. Ważne, by zwracać uwagę na to, co jest najważniejsze dla rozwoju naszego dziecka.
Wydaje mi się, że bardzo wyczekujemy gotowych recept wychowawczych.
Żyjemy w kapitalizmie inwigilacji, jak określa to psycholożka i filozofka Shoshana Zuboff, co oznacza, że my się nawzajem ciągle obserwujemy i kontrolujemy – jedni mówią drugim, co mają robić. Taka jest kultura, a wdrażamy dzieci w życie w kontekście otaczającego nas środowiska. Według Freuda nasza konstytucja – to, z czym przychodzimy na świat – to swego rodzaju wyrok, bo w sporej mierze warunkuje nasz dalszy życiorys. To, jak staramy się je wychowywać, jest także odbiciem rozmaitych zewnętrznych oczekiwań. Wyzwaniem wciąż pozostają kwestie związane z tożsamością płciową czy zdrowiem psychicznym nastolatków, bo nie wpisują się w oczekiwania rodziców.
W Polsce bardzo długo miał się świetnie model, w którym dziecko ma podążyć ścieżką wytypowaną przez matkę i ojca, a następnie osiągnąć więcej od nich.
W latach 90. w rodzinach toczono wojny o chrzest nowo narodzonych dzieci czy śluby kościelne ze względu na ocenę krewnych. Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami konfrontują się z sytuacją, w której ich pociechy mają mniejsze szanse na spełnienie pokładanych w nich oczekiwań. Opieka i zapewnienie bezpieczeństwa po prostu są ważniejsze niż proces wychowawczy i projekcje z nim związane. To bolesne, ale czasami dzieci jest trudno kochać, gdy okazują się inne – w bardzo różnych zakresach – niż tego oczekiwaliśmy, a jednak konflikt pokoleń jest dziś mniej wyraźny niż np. w latach 60., gdy ideały rodziców były powszechnie kwestionowane. Wtedy niewyobrażalne było, by ludzie klasycznie wykształceni słuchali tzw. big beatu. Teraz jest inaczej – kultura stała się bardziej horyzontalna, a muzyka popularna jest uniwersalnym międzypokoleniowym punktem odniesienia. Matka i córka mogą słuchać tych samych wykonawców, a klasyczna wiolonczelistka i kompozytorka Dobrawa Czocher, podkreślająca swą estymę dla muzyki Bacha, może równocześnie napisać, że Everyday Robots Damona Albarna czy In Rainbows Radiohead to dla niej „skończone arcydzieła”.
Rodzice dziś sami są pogubieni i w kryzysie, o czym w książce Tańcząc, rozmawiał Pan z Agnieszką Jucewicz. Czy wychowujemy pokolenie, które lepiej poradzi sobie w świecie ciągłych zmian?
Intuicja podpowiada mi, że entropia rośnie, a ludzkość, jak to ujął Slavoj Žižek, „zmierza ku ekologicznej, militarnej i społecznej samozagładzie”. Dziś nie chciałbym mieć dzieci, bo czułbym, że nie potrafię ich wprowadzić w ten świat. Rozumiem sytuację, którą przedstawiono w filmie Kafarnaum (reż. Nadine Labaki, 2018), gdzie żyjący w slumsach dwunastoletni chłopiec pozywa swoich rodziców za to, że powołali go do życia w biedzie. Ernesto Sábato przywołuje w książce Abaddón – anioł zagłady historię amerykańskiego farmera, który napisał list do ONZ, by nie brać go pod uwagę w kolejnych decyzjach, ponieważ przestał się uważać za członka rodzaju ludzkiego. Podobnie jak Marci Shore, coraz częściej wstydzę się, że jestem człowiekiem. Czuję się głęboko bezradny, jednak nie jestem cyniczny. Moim ideałem jest bycie opiekunem w rodzaju ogrodnika. Troska nie oznacza zbrojenia i przemocy, lecz odżywianie i ochronę, także w sensie metaforycznym. Pielęgnuję troskę i opiekuńczość, mimo że to, co wydaje mi się warte zadbania, jest we współczesnym świecie coraz mniej znaczące i istotne.
Bartłomiej Dobroczynski – Psycholog, dr hab., prof. UJ. Zajmuje się historią psychologii, psychopatologii i psychoanalizy, irracjonalizmem oraz sztuką i alternatywnymi ruchami kulturowymi; ostatnio wydał Tańcząc. Rozmowy o kryzysie i przemianie (wspólnie z Agnieszką Jucewicz)