Kiedy miałem 23 lata, straciłem ciszę. Utrata czegoś, czego nie ma, okazała się trudniejsza, niż można by przypuszczać. Nieważką bezgłośność zastąpił brzęk monet i dźwięk polerowania metalu. W miejsce pustki zjawił się nieustępliwy, donośny, nieprzerwany dźwięk, któremu brakowało źródła, ale nie ciężaru.
Zanim zniknęła, cisza wydobywała dźwięki, dodawała im kontekstu. Pośpieszne kroczki psa wybiegającego na czyjeś powitanie. Przenikliwy śmiech ciut irytującego sąsiada. Pluskot, a po nim głęboki bulgot nurkowania w basenie. Cisza za każdym razem ustępowała, robiąc miejsce na dźwięk. Splatali się oboje w nieustannym tańcu.
Aż tu nagle, kiedy spodziewałem się, że cisza wróci, przyszło dzwonienie. Minęło pięć lat i wciąż słyszę je tak samo jak na początku: dzwonienie, które jak na ironię nie pochodzi z niczego w otaczającym mnie świecie, choć jego obecność sugeruje coś wręcz przeciwnego.
Tinnitus albo szumy uszne – tak nazywa się to schorzenie. Przypomina hałaśliwy pogłos po koncercie albo długiej imprezie, a w niektórych przypadkach, również w moim, nie mija po dniu czy dwóch. Właśnie z tego powodu ta przypadłość jest bardzo frustrująca. Sam dźwięk nie jest jakoś szczególnie okropny, a ja mam jeszcze to szczęście, że mój wewnętrzny gwizdek nie zagłusza świata wokół. Tinnitus dotyka od 10 do 20% dorosłej populacji, a każda osoba doświadcza go nieco inaczej, różna bywa jego głośność i barwa. Niektórym może nawet sprawiać ból, ale mnie najtrudniej przychodzi radzenie sobie z poczuciem bezsilności. Z tym, że nieustannie wygląda zza rzeczywistych dźwięków, że ciągle tam jest.
Nie istnieje jedna metoda leczenia tinnitusu, nie ma też jednej przyczyny.
Można się go nabawić na niezliczone sposoby. Utrata słuchu, zalegająca woskowina, stres, urazy szczęki i szyi, zapalenia ucha i choroby przewlekłe to tylko niektóre z przyczyn, ale jak dotąd nie wiemy, co właściwie sprawia, że nasze zmysły rejestrują szum, którego nie ma.
Ja doświadczyłem powikłań po infekcji ucha, która zostawiła mnie z akustyczną wersją fantomowej kończyny. W przypadkach przewlekłych szumów usznych przeobrażeniu ulegają niektóre ścieżki neuronalne w układzie limbicznym mózgu i w sąsiadujących z nim obszarach. Jedne bywają nadmiernie pobudzane, inne zostają stłumione. Zważywszy na to, że właśnie ten obszar mózgowy odpowiada za naszą świadomość, uwagę i regulację emocji, efektem zmian są trudności w ocenie natarczywych sygnałów akustycznych z zewnątrz i w decydowaniu, czy powinno się na nie zwracać uwagę, czy pozwolić im wtopić się w tło.
Potrzeba przeciwieństwa
Pamiętam, kiedy uświadomiłem sobie, że tinnitus mi już nie minie. Zacząłem się bać zamkniętych przestrzeni. Nie byłem w stanie korzystać ze słuchawek, zaśnięcie było naprawdę trudne. Nocą, kiedy świat milkł, otwierałem wszystkie okna w pobliżu mojej sypialni i próbowałem skupiać się na odgłosach samochodów i psów, byle tylko nie przeważyło wewnętrzne brzęczenie. Najbardziej lubiłem, kiedy padało. Nieustanne bębnienie kropel deszczu o ściany i okna było jak grająca białe szumy orkiestra dęta, która koiła zmysły.
Aplikowano mi tym samym naturalną terapię akustyczną. Nieustanny, powtarzalny i łatwy do zignorowania dźwięk, dokładnie taki, jaki zalecają psychologowie, aby złagodzić dyskomfort powodowany przez chroniczny tinnitus.
Naprawdę brakowało mi chwili ciszy, zupełnie jakbym stracił kogoś bliskiego.
Nie próbuję tu dezawuować niczyjej utraty ani żałoby, ale przecież część tego procesu to akceptacja, że ktoś bliski i wyjątkowy już nie wróci. Nie byłem gotowy zmierzyć się z faktem, że teraz to już też moja rzeczywistość.
Skoncentrowałem się na dźwięku, próbowałem ustalić, czy jego wysokość lub barwa zmieniały się w ciągu dnia, a nawet starałem się w niego wsłuchiwać, kiedy przeszkadzały w tym dźwięki z zewnątrz. W badaniach wykazano częściowy zanik istoty szarej w mózgu oraz zwiększoną pobudliwość jądra półleżącego u niektórych pacjentów. Ta ostatnia część mózgu współtworząca grupę jąder podstawnych (bezpośrednio powiązaną z układem limbicznym) odgrywa istotną rolę przy uzależnieniach i depresji. W rezultacie pobudzenia dźwiękowe wiążą się z silnymi i niejednoznacznymi reakcjami emocjonalnymi. Nie mogę być oczywiście pewny, że doszło do takich zmian także w moim przypadku, choć przecież nie tylko tego się obawiam.
Z masochistyczną konsekwencją zacząłem szukać przejawów ciszy, gdziekolwiek dało się je znaleźć. W Estetyce ciszy (1969) Susan Sontag pisze tak: „»Cisza« nie może obejść się bez własnego przeciwieństwa. Tak jak nie ma »góry« bez »dołu« czy »lewego« bez »prawego«, tak też ciszę rozpoznać można tylko wtedy, gdy jest się świadomym swego dźwiękowego lub językowego otoczenia” (tłum. D. Żukowski).
I ja byłem więc skłonny szukać gdzie się da, aby znaleźć nieobecność i pustkę. Znajdowałem je głównie w postaci drogocennych wspomnień.
Pamiętam badania terenowe na biologii, w których uczestniczyłem jeszcze przed licencjatem. Było to kilka lat przed tym, jak dostałem szum w pełnym wymiarze godzin. Pojechaliśmy pod La Malinche, wygasły wulkan na granicy dwóch meksykańskich stanów, Tlaxcala i Puebla. Wspięliśmy się na jedno z najwyższych wzgórz u jego podnóża, wchodziliśmy coraz głębiej i głębiej w gęsty las w poszukiwaniu grzybów, porostów i bakterii z rodzaju streptomyces. Szukaliśmy ich w korzeniach drzew, wśród powalonych pni i w szczelinach kory. Powietrze było chłodne i wilgotne, namacalne w drobnym deszczu czy raczej zgęstniałej mgle przysłaniającej uśpiony wulkan. Im wyżej się wspinaliśmy, tym stawaliśmy się cichsi. Po części dlatego, że byliśmy zmęczeni, a po części dlatego, że każdy podświadomie milknie w bliskości czegoś tak imponującego jak śpiący wulkan wznoszący się na 4,5 tys. m n.p.m., miejsce gęste od azteckiej historii i azteckich tradycji. Szliśmy po grzbiecie uśpionego olbrzyma i nasze kroki były ogromne, jakby ucieleśniała się przez nie jego istota. Każde stąpnięcie było głośne niby odwiert w kopalni liści i gałązek, nawet szyszki, spadając z drzew, wybuchały jak ręczne granaty. Ani się obejrzeliśmy, a las pochłonął wszystkie nasze dźwięki.
Po dotarciu na najwyżej położony płaskowyż rozdzieliliśmy się, żeby zbadać większy teren. Niespodziewanie niczym ciężka zasłona spadła na nas mgła, straciliśmy się wzajemnie z oczu i każde trafiło do własnej komory bezechowej. Przez chwilę próbowałem jeszcze coś badać, w końcu jednak postanowiłem po prostu podziwiać krajobraz. Nikt mnie nie mógł zobaczyć, zatem zdecydowałem się poharcować po przewróconym pniu. Każdy krok był zdobyciem kolejnego, jeszcze wyższego szczytu tej krainy, przynajmniej do chwili kiedy poślizgnęła mi się stopa, a ja, protobiolog, z westchnieniem i panicznym machaniem rąk zjechałem po mokrej kłodzie, wydając przy tym serię najosobliwszych dźwięków w całym moim życiu. Nie było na nie żadnej odpowiedzi. Nie powróciły do mnie echem, bo pochłonęła je poduszka z lasu i mgły. Nagle nie czułem ani ziemi pode mną, ani obłoków w górze. Ogarnął mnie bezbrzeżny spokój, wśród którego słychać było tylko stłumiony dźwięk przesuwającej się mgły, opadające z rzadka liście i mój oddech. Nic więcej.
Czarna bezdźwięczność
Takie doświadczenia należą już dla mnie do przeszłości. Gdybym już wtedy miał tinnitus, zamiast ogromu pustej przestrzeni słyszałbym dzwonienie w uszach. Dzisiaj bardzo wyraźnie dostrzegam każdą chwilę ciszy, której nie mogę doświadczyć. Dość osobliwe zajęcie. Próbować znaleźć nic.
Pomyślałem, że branie wcześniej ciszy za pewnik sprawiło, że teraz coraz trudniej przeżyć mi jej wyjątkowe chwile – no i bez przerwy przeszkadza ten irytujący dźwięk. Ale przecież z szumami usznymi czy bez dźwięk właściwie nigdy nie milknie. Niby jak miałbym więc odnaleźć absolutną ciszę?
Cisza to przestrzeń między dźwiękami.
Dzięki niej jeden odgłos oddziela się od drugiego. Postrzegamy dźwięki wszędzie, choć są one w istocie wyjątkami od reguły. Sontag pisze: „Cisza istnieje w świecie pełnym mowy i innych dźwięków, a każdy jej przejaw to określony odcinek czasu przerywany dźwiękami”. Szukając ciszy, lekceważyłem ją.
John Cage skomponował utwór 4’33’’ (1952) i są to dokładnie 4 min 33 sek., podczas których orkiestra musi być cicho. Jedyny zapis w nutach brzmi „tacet” i oznacza czas odpoczynku, w którym muzycy nie wydają dźwięków. Wydawało mi się, że moje szumy uszne pozbawiły mnie szansy na doświadczenie tej kontrowersyjnej i skłaniającej do refleksji kompozycji, ale w rzeczywistości to nawet gdybym wybrał się na jej wykonanie wcześniej, zupełnie nie zrozumiałbym, o co tak naprawdę chodzi. W chwili, w której zaczyna się koncert, muzycy zajmują swoje miejsca, widownia staje się częścią orkiestry. Kaszlnięcie, skrzypnięcie siedzenia, ziewnięcie, skrępowany słuchacz, który zmienia pozycję. Każda z tych rzeczy to opisywany przez Sontag podziurawiony dźwiękami odcinek czasu, a reszta to czarna bezdźwięczność, w której zaczynamy rozbrzmiewać.
Na początku była cisza. Kiedy się rodzimy, obwieszczamy zjawienie się wśród żywych donośnym krzykiem. Nic przeto dziwnego, że początek wszechświata nazwaliśmy dźwięcznie Wielkim Wybuchem. Kiedy zaś umieramy, powracamy w ciszę, którą przerywają dopiero wspomnienia innych o nas. Być może właśnie dlatego prosimy w zachodnich kulturach o minutę ciszy – aby słowa nie zakrywały tego, co czujemy, aby wczuć się w tych, którzy już nic nie powiedzą, a może i dlatego, że gule w gardle nie pozwalają nam nic z siebie wydusić.
W Oaxaca, północno-wschodnim regionie Meksyku, rdzenne wspólnoty narodu Mixe podchodzą do śmierci zgoła inaczej. Każdemu, kto przychodzi opłakiwać zmarłą osobę, opowiadają ostatnie chwile jej życia. Jak zauważa pisarka i językoznawczyni Yásnaya Elena Aguilar Gil w artykule w „Gatopardo”, w ten sposób „wymieranie zostaje włączone w historię życia”. Mixe „tworzą znaczenie śmierci, nadają jej znaczenie i spójność, wyrywają śmierć ze świata ciszy i zapomnienia, czyniąc ją częścią życia”.
Musiałem utracić ciszę, żeby zrozumieć, jak niewyobrażalne znaczenie przypisujemy rzeczom nieuchwytnym.
Jak ujął to kiedyś Cage: „Nie ma czegoś takiego jak pusta przestrzeń czy pusty czas. Zawsze jest coś do zobaczenia, coś do usłyszenia. W istocie choćbyśmy próbowali stworzyć ciszę, nie możemy”. To, co nazywamy ciszą, Liam Heneghan, profesor nauk o środowisku na DePaul University w Chicago, określił jako „avoesis”, czyli nieobecność dźwięków tworzonych przez człowieka. Nawet tamta chwila z Malinche, którą hołubiłem we wspomnieniach, była pełna dźwięków. Spadające liście, ziemia, którą poruszaliśmy pod stopami, upadek mojego niezdarnego ciała: cisza nadawała kształt każdej z tych rzeczy.
W muzyce i mowie dostrzegamy ciszę, ale to cisza organiczna i obejmuje wszystkie dźwięki. A równocześnie to płótno, na którym odmalowujemy nasze pragnienia i niewygody, nasze samopoczucie, powstaje w tej właśnie chwili, kiedy przerywamy ciszę znaczeniem.
Emily Dickinson mówi w jednym ze swoich wierszy: „Skrywa się haracz w głosie – / Ale cisza to nieskończoność”. Ciszy udaje się naraz mieścić w sobie nicość i wszystkie dostępne możliwości. Filozof Luis Villoro uchwycił to znakomicie w eseju o znaczeniu ciszy La significación del silencio (1996): „Śmierci, cierpienia, miłości, samego faktu istnienia nie jestem w stanie oddać słowami, mogę tylko wskazać na ich niepojmowalną obecność”.
Eksperyment przeprowadzony na włoskim uniwersytecie w Pawii pokazuje, że jeśli badanym puścić albo kojące piosenki, albo piosenki w różnych muzycznych stylach poprzetykane ciszą, to właśnie drugi zestaw wzbudza w nich większy spokój. Ludziom obniżał się puls, ciśnienie krwi, spowalniał oddech. Badacze postawili hipotezę, że nawet uspokajająca muzyka wymaga uwagi, a momenty ciszy prowokują do odpoczynku – i właśnie to pomaga ludziom się zrelaksować.
Aldous Huxley stwierdził, że: „Wyjąwszy ciszę, to właśnie muzyka znajduje się najbliżej wyrażenia niewyrażalnego”. Jest tak być może dlatego, że choć muzyka wydaje się przeciwieństwem ciszy, zamieszkuje to samo mgliste królestwo tego, co niejednoznaczne i nieokreślone.
Istnieją cisze niepewne i cisze sugestywne. Są te nieprzyjemne i te intymne oraz takie, jakie poprzedzają pieszczotę lub wybuch.
Empatia może i nie ma własnego głosu, wyraża się za to spojrzeniem i ciszą. Słowa mogłyby wyłącznie zniekształcić takie momenty braku.
Wszystko to może być jedynie doznane, a nie dopowiedziane, jak ujął to Huxley. Nie musimy szukać daleko, żeby przekonać się o tym, jak stosowna i przytłaczająca potrafi być cisza. Stanowić nie tylko wytchnienie od stworzonego przez nas świata, ale także jedną z najgorszych, najdotkliwszych kar. Dla dzieci może oznaczać koniec tego dobrego. Więzienne odosobnienie uznawane jest za jedną ze współczesnych form tortur, a niedawny triumf kultury unieważniania pokazuje, jak łatwo da się odizolować lub zdławić czyjś pogląd. Zresztą izolowanie osób, czy to fizyczne, czy umysłowe, powinno się uznawać za jedną z najgorszych krzywd.
Uciec od własnego zgiełku
Wielu artystów i pisarzy zmieniało ciszę w coś własnego. Dla dyrygenta Leopolda Stokowskiego była płótnem dla muzyki. Dla Villoro znaczyła więcej niż tylko to, czego nie powiedziano. Dla Sontag była artystką, która przestaje tworzyć sztukę. Dla Gustava Mahlera stanowiła wieczność i horyzont. Dla Blaise’a Pascala zmieniała się w grozę nieskończonych przestrzeni.
Rozumiem strach Pascala, bo też go poczułem. Bałem się nie słyszeć niczego poza tym trelem tysiąca ptaków naraz. Rozumiem teraz, co widział albo słyszał Mahler – pustkę i wspaniałość widnokręgu, który cię przerasta i daje ci poczucie obcowania z czymś niepojmowalnym.
Kiedy zaczął się mój tinnitus, zabrał mi nie tylko ciszę, ale też część mojej osobowości, a nawet istoty.
Bynajmniej nie dlatego, że byłem oazą ciszy i spokoju (choć niektórzy twierdzili, że potrafię być zbyt cicho), tylko dlatego, że muzyka stanowiła istotną część mnie. Niektórzy przyjaciele mają mnie za osobę nieśmiałą, inni za żywą, czasami zbyt krzykliwą; jeszcze inni widzą we mnie coś zupełnie innego, ale wszystkim kojarzyłem się z muzyką. Zawsze, kiedy ktoś zaczynał rozmowę o muzyce albo dzielił się wrażeniami z koncertu, z radością włączałem się w taką dyskusję. Teraz, kiedy już mam ten nieustanny szum, słuchanie muzyki mnie męczy. Nie jestem w stanie znieść zakładania słuchawek, wkładania ich do uszu i tego, że przez chwilę muszę słuchać tylko tego nieustępliwego, monotonnego krążenia pszczoły po głowie. Głośniki też odpadają. Słuchanie wszystkiego, co nieco głośniejsze, stało się dla mnie bolesne. Po poważnej chorobie ucha zrobiłem się nadwrażliwy na wyższe częstotliwości słyszalnych dźwięków. Również ta część mojej istoty, tego, co było mną, zniknęła. I tak przez okrągły rok nie posłuchałem żadnego całego albumu muzycznego. Niemal w ogóle nie słuchałem muzyki. Skończył się „Diego meloman”, a został, ot, po prostu Diego, a uwierzcie mi, że tu, w Meksyku, Diegów mamy aż nadto.
Z czasem nadwrażliwość osłabła, powracając do prawie normalnych poziomów. Dzisiaj znowu mogę cieszyć się i dźwiękami, i ciszą, z radością witam deszcz i daję się porwać pejzażom dźwiękowym. Wróciłem do noszenia słuchawek i puszczania muzyki, a chwile, kiedy cichnie, na powrót sprawiają mi przyjemność. Ten moment napięcia po pierwszych westchnieniach Jeffa Buckleya w Hallelujah. Ten rozkwit po wyraźnej pauzie w Motion Picture Soundtrack grupy Radiohead. To niedomknięcie finału Wagnerowskiego Tristana i Izoldy. Odkryłem, że wszystko, czym niegdyś się cieszyłem, wciąż istnieje. Nauczyłem się słyszeć ciszę – choć tinnitus i to brzęczenie ze mną zostały.
Mimo że szumy uszne wiele mnie nauczyły, pozbyłbym się ich, gdyby tylko pojawił się na to sposób.Nauczyłem się je akceptować, bo to moja jedyna możliwość.
Kiedy szukam ciszy, wiem, żeby nie szukać zupełnej bezgłośności, ale deszczu i innych pejzaży dźwiękowych, które pozwalają uciec od mojego własnego zgiełku.
Ludzie na całym świecie sięgają po ciche marsze i śluby milczenia, kiedy ich potrzeby są uparcie ignorowane. Śpiew da się uciszyć, a znaczące milczenie już nie, bo w pewnym sensie wybrzmiewa głośno, kiedy wszystko inne zawodzi.
Prowadzone na Uniwersytecie Oregońskim badania na myszach pokazały, że kiedy odtworzy im się serię dźwięków, przy ich początku i po ich ustaniu aktywują się u zwierząt dwie osobne, niezależne od siebie sieci neuronowe. Jakby postrzegały odgłosy i ciszę jako dwa osobne zjawiska, a nie po prostu jako obecność i brak czegoś jednego. Jakby były to różne sygnały, które należy rozpoznać i zinterpretować. Choć nie mamy w tej sprawie pewności.
W świecie przyrody cisze mogą oznaczać niebezpieczeństwo, jak wówczas kiedy grupy zwierząt podtrzymują wspólnie przez długi czas nieprzerwane brzęczenie lub inny odgłos, więc nagłe urwanie oznacza zagrożenie. Z bardzo podobnych powodów także my lubimy czasem słyszeć dźwięki tła podczas jedzenia, spacerowania lub czekania. Cisza może też oznaczać czas na odpoczynek lub odprężenie. Badania na myszach pokazują, że godziny ciszy mogą sprzyjać powstawaniu neuronów u dorosłych osobników. Nawet w świecie, gdzie brakuje słów, ciszom można nadawać znaczenia i mogą mieć one znaczący wpływ na zdrowie.
Potworny krzyk
Arystoteles opisywał istoty ludzkie jako zoon logon ekhon, czyli „istoty żywe zdolne do mówienia”. A skoro już zaczęliśmy mówić, to nie udało nam się odtąd przestać i być cicho. Za pomocą słów tworzyliśmy kultury, budowaliśmy miasta i zmienialiśmy się w ściśle ze sobą związane społeczeństwa. Świat jest dzisiaj najgłośniejszy w całej swojej historii, a w wielkich metropoliach zanieczyszczenie hałasem stanowi jedno z największych wyzwań zdrowotnych. Spokój Heneghanowskiej avoesis jest coraz to rzadszy i rzadszy.
Własna cisza mnie opuściła, ale jak na ironię mój tinnitus, ten bierny podglądacz, pomógł mi zrozumieć, jak dalece zaniedbane są cisze. W naturze ciszy leży, że jej nigdy nie zauważamy, więc może w jakimś odruchu buntu moja stracona cisza zmieniła się w żywy paradoks. Widzę w niej najwierniejsze ucieleśnienie wiersza Adrienne Rich Kartografie ciszy (1975):
„(…) nieuprawnionego głosu
Przestał sam siebie słyszeć, więc
pyta się
Co z tym moim istnieniem?
Chciałem przerwać w tobie ciszę (…)”.
Przerwano ją we mnie, więc przerywam ją w was. Warto zauważyć to, co zwykle pomijamy, warto zobaczyć, że takie rzeczy są, i ocenić ich wpływ na nas.
Opowiadanie The Terrible Screaming (Potworny krzyk) nowozelandzkiej pisarki Janet Frame to historia o mieście, w którym pewnej nocy zaczyna rozlegać się potworny krzyk. „Nie było człowieka, który by tego nie usłyszał” – pisze Frame, bo krzyk był tak głośny i przeszywający, a równocześnie nikt nic o nim nie powiedział. Krzyk nie miał wyraźnego źródła, nikt też nie chciał zostać uznanym za osobę szaloną ani chorą, zatem krzyku nie zauważano. Pewnego dnia w mieście pojawia się Szacowny Przybysz i natychmiast zwraca uwagę na rozdzierający odgłos, pyta więc czonków Komitetu Powitalnego, czy też to może słyszą. Ponieważ jednak wcześniej nikt nie zdradził się ani słowem, ci odpowiadają mu, że nic nie słyszą. Mieszkańcy nadal trzymają rzecz w tajemnicy z obawy przed zaprzeczaniem przełożonym albo kolegom z pracy, jedna z postaci zastanawia się nawet, co by się stało, gdyby nagle wszyscy zgodzili się, że też to słyszą – po czymś takim miasto niewątpliwie pogrążyłoby się w chaosie. No więc nikt nie zdradza się ani słowem, a społeczność dalej radośnie żyje złudzeniami. Frame opowiada dalej: „Po mieście dalej niósł się potworny krzyk, żył swoim osobnym życiem, niezauważany. Bo widzicie, miał na imię Cisza. Cisza znalazła własny głos”.
Opowiadanie Frame traktuje o strachu przed dostrzeżeniem naszych zbiorowych i indywidualnych przewin. Problemów społecznych, przejawów nienawiści, dyskryminacji. Wreszcie o tym, jak niekomfortowe potrafi być przyznanie, że przyłożyliśmy do tego rękę. Lepiej przeto nie mówić nic i dalej żyć sobie uprzywilejowanym życiem. Może w tekście chodziło o zagłuszanie swojego wnętrza, intencji, namiętności, twórczego ducha ze strachu przed byciem ocenianym. Potraktowałem jednak tę opowieść dosłownie.
Tracąc ciszę, doznałem niezwykle osobistej straty, więc uznanie tinnitusu za rodzaj krzyku z wnętrza głowy nie wydawało mi się nadmiernym dramatyzowaniem.
Potworny krzyk, który słyszałem tylko ja, to była cisza, która odnalazła swój głos.
Jak na ironię musiałem doświadczyć szumów usznych, aby zrozumieć, jak łatwo przychodzi nam ignorowanie ciszy, gdy ją mamy. I jak zmęczona tym lekceważeniem cisza decyduje się przerwać i ucieleśnić sprzeczność, uobecnić się w postaci przeszywającego krzyku, od którego nie ma ucieczki.
Jednak mnie w przeciwieństwie do bohaterów opowiadania Frame udało się zacząć o tym opowiadać, bo uważam, że cisza ma nam wiele do powiedzenia.
Esej pierwotnie ukazał się pod tytułem Eulogy for silence (https://aeon.co/essays/in-memory-of-all-that-i-lost-when-tinnitus-took-away-my-silence) na portalu „Aeon” (aeon.co).
Śródtytuły dodane przez redakcję.
Tłumaczył Michał Rogalski.