Subskrybuj
Bożena Wola w pasiece w Pile fot. Katarzyna Matejek / Gość Niedzielny / Forum
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Ludzie z ula

Ogród to miejsce negocjacji, gdzie człowiek układa się z naturą mniej lub bardziej grzecznie. Ten, który założyli w Pile społecznicy, ma zaledwie kilka arów i parę uli. W ciągu roku odwiedza go nawet 2 tys. osób

Pierwszy domek dla owadów Bożena Wola postawiła w pobliżu kaskady wodnej zbudowanej przez Tomasza – jej męża i proboszcza parafii św. Jana w Pile – z płyt, którymi utwardzono teren podczas wznoszenia kościoła. Był to pierwszy zbór ewangelicko-augsburski w mieście od 1945 r., choć luteranie są tam obecni od XVI w. Kościół konsekrowano w 2011 r., betonowe płyty wykorzystano ponownie. Latem kaskada jest wodopojem dla ptaków, łasic i myszy, bo w Pile, mimo obecności jezior i płynącej przez miasto Gwdy, potrafi być sucho i pyliście. Zimą, zarośnięta irgą, staje się zielonym gąszczem, na którym od razu zahacza się wzrok zmęczony widokiem zeschłych traw i kwietnych łodyg ściętych na brązowo przez mróz.

„Domki dla zapylaczy to etap przejściowy do stanu, kiedy ludzie na powrót się przekonają, że nieskoszony trawnik jest ładny” – wyjaśnia Bożena, prezeska Fundacji Pszczoła, ustawiając na oknie blaszki na ciasto, w których wysiała na kiełki rzodkiewkę i rzeżuchę. Wymieniając witaminy z niemal wszystkich grup, a potem żelazo, wapń, magnez, potas, cynk i błonnik, których źródłem staną się za kilkanaście dni okienne uprawy, przeskakuje z opowieścią do widocznego z wysokiego okna luterańskiej fary domku dla owadów. Powstał dzięki współpracy fundacji ze sklepem pewnej sieci handlowej, a zbudowała go z dziećmi jej klientów.

„Jak myślicie, kto to jest zapylacz?” – zapytała prezeska.

„Ktoś, kto zapyla, to znaczy szybko biega albo lata?” – padła niepewnie jedna z odpowiedzi.

„Racja, trzeba biegać albo latać, żeby przenosić między kwiatami pyłek przyklejony do skrzydeł lub odwłoka”.

Zabezpieczając siatką szyszki i trociny na piętrach owadziego domku, powiedziała, że zwierzęta, bo nie tylko owady, dotykając kwiatów, zapylają je mimochodem. Przecinając pod kątem łodygę trzciny, zdradziła, że te nic nieznaczące dla owadów czynności są warunkiem przetrwania roślin oraz człowieka. Czyli gdyby nie pyłek, którym pobrudzi się „futerko” pszczoły…

„Znacie pszczoły z ula, które robią miód?” – upewnia się na wszelki wypadek. Na szczęście znają. Włoski na odwłoku, potocznie nazywane „futerkiem”, też każdy kojarzy. Tłumacząc, że optymalna średnica trzcinowej rurki albo otworów wywierconych w kawałku drewna wynosi 8 mm (w węższe owady nie wejdą, a szersze są niebezpieczne, bo mogą się w nich stać ofiarą większego drapieżnika), wylicza, czego by zabrakło, gdyby na Ziemi wymarły owady zapylające. Żegnamy się z owocami. Nawet poczciwe jabłko pojawiłoby się na drzewie dopiero, gdy osobiście przenieślibyśmy pędzelkiem pyłek z jednego kwiatu na drugi. Adios, pomidory. Bye, bye, migdały, ogórki, a nawet ziemniaki czy szpinak. Każda roślina, która potrzebuje do rozmnożenia się zapylonych przez zwierzęta kwiatów, z jakich powstają zawiązki owoców i ziaren, stałaby się dobrem luksusowym. Niemal 90% roślin kwiatowych wymaga właśnie zapylaczy: mrówek, bzyków, os, trzmieli, pająków, motyli, szerszeni, nawet żab i ślimaków. Prawie 1/3 z nich to pszczoły – miodne i dzikie.

Kiedy objaśnia, że trzcinowa rurka stanie się domem dla pszczoły tylko wówczas, gdy zostanie zamknięta z jednej strony ścianką, przypomina, że na świecie żyje niemal 20 tys. gatunków pszczół. W Polsce blisko 470 gatunków – tyle, ile ptaków. I tak jak one potrafią założyć gniazdo wszędzie: w ziemi, opuszczonych dziuplach, butwiejącym drzewie, w gąszczu martwych łodyg. To pszczolinki i samotki, które wyglądają, jakby założyły białą maskę na głowę. Porobnice i rożyce. Ścieski, lepiarki i obrotki. I jeszcze smukliki i wałczatki. Pachnące pszczoły nazywane koczownicami. Wreszcie znane nawet owadzim ignorantom murarki, które jeśli nawiercić im otwory, chętnie osiedlają się w drewnie z drzewa liściastego, najlepiej owocowego. Spośród pszczelich gatunków jedynie trzy dają miód. W tym Apis mellifera.

Owad z ziemi niczyjej

– Czyli pszczoła miodna, którą traktuję niczym haczyk na wędce dla złowienia ludzkiej uwagi. Owad znany wszystkim. Widoczny od wczesnej wiosny, jak tylko temperatura powietrza przekroczy 12°C, do października. Pszczoła miodna budzi tylko dobre skojarzenia, bo jest pracowita, zapyla rośliny, a więc umożliwia życie wszystkim gatunkom, które pojawiły się na Ziemi później niż ona. I jeszcze wytwarza miód! Opowiadam więc o niej np. na warsztatach, które prowadzę dla dzieci, aby przejść do tych części przyrody, które wydają się nieatrakcyjne i nieważne. Bo kto chce słuchać o znaczeniu suchych traw dla przyrody? Albo o związku między koszeniem trawników i brakiem wody. Kto przyjąłby na wiarę, że w trosce o przyrodę wcale nie trzeba kupować w supermarketach domków dla owadów? Bo nie trzeba. Po pierwsze, można je zrobić samemu, rozkładając w ogrodzie kawałki drewna z otworami wywierconymi wiertłem. Po drugie, owadom wystarczyłoby wydzielanie w ogrodzie ziemi niczyjej, której nie dotykałby szpadel ani kosiarka, żeby poradziły sobie same. Tyle że nam podobają się angielskie trawniki, a nie kępa badyli pozostawionych w ogrodzie na zimę.

Domki dla zapylaczy są dla mnie symboliczne w zmianie naszego patrzenia na środowisko.

Uwrażliwiają na świat ożywiony, którego jesteśmy częścią. Nie najważniejszą, ale równie ważną jak inne. Zwracają uwagę, że wszystkie owady, nie tylko pszczoły, są pożyteczne i potrzebne. Domek dla owadów, postawiony w kącie ogrodu, ładnie wygląda i daje poczucie, że zrobiło się coś dobrego dla przyrody. Rozumiem to. To samo można osiągnąć, oddając część ogrodu przyrodzie. Żeby jednak się na to odważyć, bez zadręczania się wyrzutami sumienia, że robimy z ogrodu nieużytek, trzeba przejść przez wiele etapów.

Pierzga na czas zimowli

Na surowych, gładkich deskach można się położyć, bo długość pomieszczenia do relaksacyjnej apiterapii odpowiada wysokości dorosłego człowieka. A potem wystarczy zamknąć oczy i słuchać pszczelego brzęczenia wydobywającego się spod podłogi, w której zamontowano głębokie szuflady. W każdej mieszka rój. Pod koniec stycznia powinno tam być ciszej, ale że temperatura powietrza zbliża się do 10°C, pszczoły zachowują się tak, jakby poza szufladą była już wiosna. Można więc słuchać i myśleć.

30 dni potrzebuje pszczoła na wytworzenie 1/12 łyżeczki miodu. Potem umiera. Jej życie trwa więc tyle, ile cykl miesięczny kobiety.

Jeżeli pszczoła przychodzi na świat w sierpniu, pracuje mniej, bo brakuje kwitnących roślin, a nektar pozostałych wysycha na upale. Dzięki temu nieprzepracowana robotnica jest w stanie przeżyć zimowlę, by wyruszyć do pracy w marcu.

Osiem godzin na dobę – to nas, pszczołę i człowieka, łączy: długość snu. Apis mellifera potrzebuje na regenerację dokładnie tyle czasu, ile homo sapiens, mimo że pszczoła pojawiła się na Ziemi ok. 100 mln lat temu, a człowiek żyje na niej zaledwie 300 tys. lat.

Sens – w pszczelim roju nie ma pustych przelotów ani pracy cięższej, niż powinna, z powodu np. nieprzemyślanej logistyki. Robotnice układają więc zapasy miodu i pierzgi do karmienia młodych w taki sposób, by droga do ich pobrania była najkrótsza. Nieżywe towarzyszki są od razu zabierane i wynoszone daleko od ula. Podobnie trutnie, gdy przestają być potrzebne. Pszczoły uczą się całe życie, dlatego z wiekiem i wzrostem doświadczenia awansują w hierarchii: najpierw karmią larwy i mniejsze pszczoły, potem zostają strażniczkami, na końcu robotnicami zbierającymi nektar.

Natężenie monotonnego brzęczenia nie słabnie, jakby w ogrodzie społecznym Fundacji Pszczoła, gdzie stoi domek apiterapii i ule, zakwitły wszystkie kwiaty. Tymczasem wszystko jest w takim stanie, jaki pozostawiono w październiku. Drewniane klocki zaznaczają miejsca, skąd wykopano przed mrozem byliny dalii. Szeleszczą zeschnięte jak słoma trawy, a koszyczki przekwitłej hortensji dzielnie odpierają chłodne podmuchy. Wydaje się, że kilkuna- stostopniowy mróz sprzed dwóch tygodni nie zabił życia jedynie w zielono- fioletowym jarmużu. Bożena Wola zrywa kawałek kapuścianego liścia („jarmuż to przecież złoża witaminy K!”) i przez gęste krople zimowego deszczu („lubię moknąć”) kieruje się w stronę Narnii.

Ziemia obdarta ze skóry

– Dzieciom mówię podczas warsztatów: „Idziemy kopać złoto”. I zabieram je do kompostowników, ulokowanych w Narnii, czyli za płotem ogrodu. Odgarniam grabiami wierzchnią warstwę przegniłych łodyg i liści, by im pokazać, ile tam jest życia: owadów użyźniających i spulchniających ziemię, na które niewielu zwraca uwagę. Ludzie sprzątają ogrody przed zimą, nie zważając na to, że w trosce o porządek likwidują schronienia przed mrozem dla wielu owadzich gatunków. I dla jeży też.

„Porządki robi się na wiosnę” – instruuję moich małoletnich słuchaczy, licząc na to, że przekażą to rodzicom. Jak inaczej zbudować świadomość? Jeszcze niedawno szczytem marzeń był goły trawnik. Teraz coraz więcej osób tęsknie spogląda na łąkę usianą kwiatami. Ilu zdecyduje się jej nie skosić, gdy przekwitnie? Przecież tam wciąż jest życie. Ziemia wygrabiona do czysta, niemal obdarta ze skóry, ma być ładniejsza od brązów i szarości. Projektantka naszego ogrodu Agnieszka Hubeny-Żukowska napisała kiedyś przewrotnie, że „kocha brąz” w ogrodzie, bo kojarzy jej się ze spokojnym przemijaniem, ale też z czekoladą, pachnącą kawą, kubkiem gorącej herbaty z cynamonem.

Przyroda poradzi sobie bez nas, ale my bez niej – na pewno nie.

Dzisiaj wiedzą to już chyba wszyscy, jednak i tak lubię o tym głośno mówić. A nuż ktoś jeszcze nie usłyszał i ma złudzenia? A może wydaje mu się, że jesteśmy na Ziemi niezbędni? Nasze fundacyjne hasło: „Pomagamy pszczołom”, tak naprawdę oznacza, że mamy pomóc samym sobie. Jeżeli wspólnie – nie tylko jako państwa, lecz też mniejsze społeczności, lokalne czy choćby przyjacielskie – zmienimy nawyki, może uda nam się siebie ocalić.

Zrzutka na ule

„Widziałaś jesienią sowy w naszym ogrodzie?” – z rozmyślań o końcu świata wyrywa Bożenę pytanie Stasia Bartczaka, budowlańca na emeryturze, który w ogrodzie fundacji potrafi zrobić wszystko. Skopie grządki, skręci drewnianą altanę, pomaluje płot, zasadzi, wykopie, zaopatrzy. Po raz pierwszy pojawił się w ogrodzie z Iwoną, swoją żoną, latem 2020 r., kiedy zawiązana dwa lata wcześniej Fundacja Pszczoła ogłosiła, że na terenie Nadnoteckiego Instytutu, założonego w Pile przez Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, powstaje ogród społeczny. Poza nimi, w odpowiedzi na zaproszenie fundacji, przyszło z 80 osób w różnym wieku, ze szpadlami i grabiami.

Historia ogrodu nie rozpoczęłaby się jednak, gdyby kilka miesięcy wcześniej Bożena nie zadała Pawłowi Owsiannemu, biologowi i szefowi instytutu, z którym zetknęła się parę razy podczas nurkowania (ich wspólnej pasji), jednego pytania: „Co ty na to, żeby założyć pszczelą pasiekę w mieście?”. Paweł miał w głowie centrum edukacyjne, jakie widział przy Uniwersytecie Stanowym w Kolorado, którym taki ogród mógłby się stać. Ogród, rzecz jasna, naturalistyczny, czyli taki, który żyje cały rok.

„Ogród na terenie kampusu, ale otwarty, by każdy mógł tam wejść” – rozmarzył się Paweł, pokazując Bożenie z okna gabinetu kawałek łąki pod zagajnikiem, gdzie miałby powstać. Po założeniu ogrodu Bożenie udało się zaprosić do współpracy kilka dużych firm, które sponsorowały powstanie kolejnych uli i domu do apiterapii. Jednak za jego kapitał założycielski trzeba uznać drobne sumy wpłacane przez nieznanych jej pilan na sadzonki roślin i krzewów, pierwsze ule i pszczoły.

„Najpierw musieliśmy wykopać kamienie i gruz” – przypomina Zdzisia Karpińska, emerytowana nauczycielka i miejska radna.

„Bo to są tereny, na których przez lata stacjonowały jednostki wojskowe” – dopowiada Staszek. Za zagajnikiem pozostało zresztą po nich lotnisko i hangary. Kiedy teren opuścił ciężki sprzęt, który z powojskowych nieużytków zrobił pole uprawne, można było wreszcie wziąć do ręki łopaty i grabie, a później pędzle.

„Sponsor przywiózł trzy tony kruszywa – do rozmowy włącza się Ania Babij, która razem z mężem prowadzi firmę doradczo-szkoleniową, m.in. pomagając firmom stosować przepisy dotyczące ochrony środowiska i gospodarki odpadami. – Trzeba je było rozrzucić na ścieżki…”

„Które w naszym ogrodzie mają najwyżej pół metra szerokości i nie są utwardzone” – dopowiada Stanisław.

„Jasne, że nie są, bo przez kruszywo przechodzi woda, a mimo to nie ma błota – Ania z powrotem zabiera głos. – Przyszło kilkanaście osób, więc robotę wykonaliśmy w kwadrans. To ważne, że ludzie traktują ten ogród, choć społeczny, jak swój…”

„Zapomniałem ci powiedzieć, że w tym roku będą już w ogrodzie maliny – przerywa znowu Stanisław. – Upominałaś się o nie, prawda?”

„Racja. – Ania potakuje i dalej przebija się do puenty. – Najważniejsza jest świadomość, którą najskuteczniej zmienia się oddolnie. Jeżeli dziecko podczas warsztatów dowie się, że w ogrodzie nie stosuje się pestycydów i dlaczego, a w miejsce trawnika można wysiać łąkę, może za 20 lat nie wyłoży obejścia domu czy firmy betonowymi płytkami, tylko utrzyma trawę?”

Wiosną poprowadzą z Bożeną w ogrodzie warsztaty na temat ekościemy – praktyk marketingowych, które pozwalają firmom udawać, że chronią środowisko.

Co wynika z drążenia

– Rok rozmawiałam z firmą farmaceutyczną, która we współpracy z fundacją chciała promować nowy produkt. Wymyśliłam zasianie łąki kwietnej w wyznaczonym miejscu, gdzie mieliśmy postawić domki dla zapylaczy w kształcie opakowania tego produktu i z jego brandem. Miałam tam prowadzić warsztaty edukacyjne na tematy z ochrony przyrody. Pomysł się spodobał. W planie działań marketingu firmy nie wzięto jednak pod uwagę czasu, jaki potrzebuje łąka kwietna, żeby wyrosnąć. Jak więc miałabym opowiadać o roślinach, których jeszcze nie ma?

„A to jakiś problem?” – zapytała szefowa działu PR, proponując wypożyczenie roślin z „jakiejś szkółki”.

To była nasza ostatnia rozmowa. Firma stosowała greenwashing w czystej postaci, kiedy działania na rzecz ochrony przyrody sprowadza się do umieszczenia zielonego listka przy nazwie produktu. I sporo trzeba się nagimnastykować, żeby nie dać się wmanewrować w takie udawanie. Po przeprowadzeniu wielu rozmów z firmami, których zainteresowała Fundacja Pszczoła, wiem, że ich działalność proekologiczna zyskałyby na wiarygodności, gdyby do rozmów na te tematy zasiadali ludzie z działów prawnego albo finansowego w miejsce fachowców od PR-u lub marketingu.

Lubię drążyć. Jak w ogrodzie odrzuca się szpadlem kolejną warstwę ziemi, tak w rozmowach z ludźmi też lubię dociekać, o co chodzi tak naprawdę. Jak coś zmienić, żeby można było wypracować kompromis? Nawet gdybyśmy mieli być wszyscy niezadowoleni, niech wszyscy będą niezadowoleni w tym samym stopniu. Wtedy łatwiej zbudować relację, która opiera się na dążeniu do wspólnego celu, a nie na emocjach. Z tego drążenia wyszło wiele rzeczy, m.in. moje studia podyplomowe na temat transformacji ESG w przedsiębiorstwie. Firmy, chcąc nie chcąc, będą musiały zmienić działalność, żeby m.in. chronić zasoby czy ograniczać produkcję śmieci.

ESG daje im narzędzia, dzięki którym mogą działać, mając na uwadze trzy dobra: środowisko (environmental), społeczeństwo (social), ład korporacyjny (governance). Doszłam do wniosku, że też muszę je poznać, jeśli mamy coś zrobić razem.

Różni ludzie, jeden cel

Jest ciemno, a na drodze żywego ducha. Wiatr zrywa kaptur z głowy, wciska krople zimnej mżawki w oczy. Słysząc głuche wycie wiatru w koronach drzew w pobliżu jeziora Płotki, wydaje się, że koniec świata – zupełnie niezależnie od ocieplenia klimatu – właśnie się rozpoczął.

Bożena Wola lubi takie wycie. Zdarza jej się zasypiać w słuchawkach, przez które wsłuchuje się w szum wiatru. Może nie lubi ciszy? Skąd! Przecież to właśnie z powodu ciszy nurkowała. Takiej ciszy, którą można poznać, kiedy słyszy się jedynie własny oddech i szum ulatującego do góry wydychanego powietrza. Z uprawnieniami do nurkowania na głębokość 62 m penetrowała podwodne kamieniołomy i zimne wody Bałtyku.

W Signify, firmie produkującej żarówki, gdzie wówczas pracowała, liczyła natomiast kroki: ile pracownik musi ich wykonać, żeby zabrać towar z półek i przygotować do wysyłki? Jaką wytyczyć mu drogę, żeby się nie nanosił? Była jak pszczoła, której trasy przelotu zawsze są racjonalne. Ale pracując w magazynie, nie myślała o pszczołach. Fundacji nie było nawet w planach. Żyła zamknięta w magazynie, jak w puszce, przez co najmniej osiem godzin dziennie. Przy sztucznym świetle i odcięta od świata. Spokojna praca logistyka, który przedstawia zarządowi kolejne plany usprawniające działalność i oszczędzające ludzi, nie wystarczała jej jednak, by poczuć, że to, co robi – tak cenione i wydajne – ma sens. Nurkowanie działało więc jak wrzucenie w inną przestrzeń, której nie mogła ani nie chciała kontrolować.

Z ciemnej nocy wycina się jasny prostokąt otwartych drzwi, w których stoi Paweł Owsianny. Wiatr hula w najlepsze, uderzając o taflę jeziora, które oddaje podmuchy, lekko bujając platformą, na której zbudowano bazę dla płetwonurków. Paweł, dzięki któremu Fundacja Pszczoła zyskała działkę pod swój ogród społeczny, mógłby rozmawiać o wszystkim.

O lesie, bo jest tak zajmującym opowiadaczem, że spacer z nim po kniejach licytowany jest podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

O tym, że ludzie angażują się w Pszczole, bo prezeska fundacji nie zagarnia wszystkiego – zwłaszcza wspólnym wysiłkiem osiągniętych sukcesów – dla siebie.

O nowych gatunkach bruzdnic, odkrytych przez niego w stawach Tatrzańskiego Parku Narodowego, które nazwał na cześć przyjaciół Parvodinium marciniakii i Parvodinium trawinskii.

Ale opowiada o stacji, którą zbudował z tymi przyjaciółmi właśnie, Grzegorzem Marciniakiem i Krzysztofem Trawińskim, i dzięki publicznym zbiórkom w taki sposób, że jest w pełni dostosowana do nurkowania osób z niepełnosprawnościami. Zorganizowali już dla nich blisko 600 kursów płetwonurkowych. I byli świadkami zmian, jakie zaczynały się w ich życiu po zanurzeniu w wodzie w skafandrze i z aparaturą do oddychania, w asyście dwóch pełnosprawnych nurków. Jeden z nurków miał porażenie czterokończynowe, inny był niewidomy, kolejny urodził się z zespołem Downa. Gdy jednak nauczyli się nurkować, dochodzili do wniosku, że nie ma co się ograniczać, bo mają więcej do osiągnięcia, niż im się wydaje. Ktoś nauczył się sznurować buty. Inny zaprzyjaźnił się z nowymi ludźmi i pomyślał o możliwości samodzielnego mieszkania, bez rodziców. Dziewczyna znalazła miłość życia i urodziła dziecko.

„Bożka skupiła wokół siebie w fundacji naprawdę różnych ludzi” – Paweł zmienia temat.

„Może dlatego, że, inaczej niż przy nurkowaniu, w ogrodzie nie ma progu wejścia? – zastanawia się Bożena. – W ogrodzie wystarczy być. Można pracować, robić plany, ulepszać, a można ograniczyć się do obserwowania. Po kilku minutach ma się wiele wrażeń… Ile dzieje się w ulu! Czasami dzień jak co dzień: karmienie młodych, znoszenie nektaru, wylatywanie po wodę. Bywają jednak sądne dni, kiedy pszczoły biją się ze sobą albo okłębiają i żądlą szerszenia, który wpadł im do ula. Już nie wspomnę, co się dzieje, kiedy przed zimą pozbywają się z ula trutni…”

Słowa jak miód

Na początku było boisko do buli. Pomysł jego budowy powstał w kuchni Bożeny, gdzie systematycznie spotyka się z przyjaciółmi przy planszówkach. Grali np. w grę Catan, a pomysły, co by można było zrobić dla ludzi i z nimi, pojawiały się same. A więc boisko do buli, potem rozgrywki bulowe.

W pracy dochodziła wtedy do ściany. Była ceniona, przy czym rozwijać już się nie mogła, bo jako logistyk nauczyła się wszystkiego. Chyba że wyjechałaby z Piły, lecz tego nie brała pod uwagę. Jak chwast ukorzeni się w każdej glebie, tak Bożena jest przekonana, że poradzi sobie wszędzie (do Piły przyjechali przecież z Tomkiem w drugiej połowie lat 90. ze Śląska Cieszyńskiego), ale nie bez kompasu, czyli męża, dwóch synów i psa.

„Czy to, co robię, ma znaczenie dla świata? – zapytała siebie, gdy wpadła jej do ręki kiepsko napisana książka o tym, czego żałują umierający. – Nie ma. Moją pracę może wykonywać każdy”.

Wspólnie z Tomkiem zdecydowali, że skoro w ich kuchni pojawiają się fantastyczne pomysły, które umierają, bo nie ma komu ich zrealizować, a ich stać na życie z jednej pensji, Bożena może odejść ze stanowiska w korporacji i tym się zająć.

„Chyba Krzysiek Rauhut, nasz przyjaciel, który prowadzi agencję reklamową, zaproponował stworzenie świetlicy środowiskowej: z ciepłym posiłkiem i opiekunami, którzy pomogliby odrobić zadanie domowe, i z pomysłami na ciekawe spędzenie czasu” – przypomina początki. Założyli Fundację Pszczoła, która wcale nie przewidywała zakładania pasieki. To była tylko nazwa ciała, które realizowanym pomysłom miało zapewnić zaplecze instytucjonalne. „Zorganizowanie świetlicy okazało się za trudne. Wtedy, ale może kiedyś? Chodzi nam po głowie stworzenie Domu Seniora w Pile, który zapewni mieszkańcom opiekę, a także nie pozwoli im się nudzić. Marzy nam się po prostu dom, nie placówka”.

Pomysły pomysłami, ale w tym, co robi Bożena, najwyraźniej wcale nie chodzi jedynie o ich realizację. O skuteczność i efekt. O to, że jako pierwsi w Pile otworzyli ogród społeczny z pasieką, który inne lokalne wspólnoty od nich kopiują. O to, że powstało miejsce, gdzie dzieci (choć nie tylko one) mogą poczuć, czym jest przyroda, i nauczyć się życia z nią, a nie przeciwko niej.

„Przy okazji powstała społeczność” – podkreśla pastorowa, szukając piłek do ping-ponga. Omija mały stół bilardowy, schyla się pod pudło do gry w piłkarzyki, przy okazji poprawia ułożenie książek na półkach. To „jaskinia hazardu”, czyli farska piwnica, do której Bożena zabiera dzieci podczas niedzielnego nabożeństwa.

„Pojawili się ludzie w różnym wieku, po studiach albo tylko po zawodówkach – kontynuuje. – Emeryci i przedsiębiorcy, wyborcy różnych partii i wyznawcy odmiennych światopoglądów. Co więcej, nie zniknęli po otwarciu ogrodu, ale zaczęli traktować miejsce jak swoje. I to właśnie jest dla mnie kluczowe – ziemia i pszczoły pozwoliły ludziom nawiązać relacje i ze sobą rozmawiać”.

Tego na pewno nie będziemy żałować, umierając.

Artykuł pojawił się w numerze: Sen o Japonii