To miał być prosty tekst o sezonie infekcyjnym. Gorzki żart z samej siebie, napisany między jedną żłobkową zarazą a drugą. Stary dobry śmiech przez łzy. Równie powtarzalny i przewidywalny jak coroczna szczepionka na grypę albo jesienne kolejki w przychodniach czy rytualne zrzędzenie na brzydką pogodę. A potem wspólne, radosne z tego gderania kpiny.
Sądziłam, że jako matka dzieci w wieku przedszkolnym, która przeżyła z nimi pandemię – kwarantanny, lockdowny, maseczki, codzienną walkę o zrobienie testu przed wyjściem do placówki – uodporniłam się już i na temat sezonowych wirusów, i na doniesienia o kolejnych, coraz bardziej wszechobecnych patogenach. Niestety, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A Polka, jak zwykle, jest mądra dopiero po szkodzie.
Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji
Zaczęło się, jak wiadomo, jesienią. Na targu zwierzęcym w Chinach. Ale nie w Wuhan w 2019 r., tylko szesnaście lat wcześniej w Kantonie, w prowincji Guangdong, gdzie w 2003 r. pewien nieznany dotąd ludzkości koronawirus przeniósł się…