Subskrybuj
Ilustracja: Andrzej Wieteszka
Ilustracja: Andrzej Wieteszka
Eseistka i kulturoznawczyni, badaczka związków sztuki, roślin i pracy opiekuńczej. Laureatka stypendium artystycznego m.st. Warszawy w dziedzinie literatury. Mama dwojga dzieci

Ludzkie epidemie

Pamiętacie jeszcze, jak to wtedy było? Jak dezynfekowało się klamki, myło ręce niemal do krwi? Jak tęskniło się za bieganiem, na które dotychczas chodziło się z przymusu, a nie z prawdziwej ochoty? Pamiętacie, jak szybko to wszystko wyparliśmy? Kiedy nadejdzie kolejna pandemia, która nam o tym wszystkim przypomni?

To miał być prosty tekst o sezonie infekcyjnym. Gorzki żart z samej siebie, napisany między jedną żłobkową zarazą a drugą. Stary dobry śmiech przez łzy. Równie powtarzalny i przewidywalny jak coroczna szczepionka na grypę albo jesienne kolejki w przychodniach czy rytualne zrzędzenie na brzydką pogodę. A potem wspólne, radosne z tego gderania kpiny.

Sądziłam, że jako matka dzieci w wieku przedszkolnym, która przeżyła z nimi pandemię – kwarantanny, lockdowny, maseczki, codzienną walkę o zrobienie testu przed wyjściem do placówki – uodporniłam się już i na temat sezonowych wirusów, i na doniesienia o kolejnych, coraz bardziej wszechobecnych patogenach. Niestety, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. A Polka, jak zwykle, jest mądra dopiero po szkodzie.

Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji

Zaczęło się, jak wiadomo, jesienią. Na targu zwierzęcym w Chinach. Ale nie w Wuhan w 2019 r., tylko szesnaście lat wcześniej w Kantonie, w prowincji Guangdong, gdzie w 2003 r. pewien nieznany dotąd ludzkości koronawirus przeniósł się z nietoperzy podkowiastych na stłoczone obok w klatkach węże, jenoty i łaskuny. Ze ssaków miał niedaleko do sprzedających i kupujących je ludzi, którzy po kilku dniach od zakupu budzili się z ciężką niewydolnością oddechową, nazwaną po fakcie SARS. Dziennikarka Sonia Shah, która opowiada o tym w wydanej w 2016 r. książce Epidemia.

Od dżumy przez HIV po ebolę (wyd. polskie 2019 r.), podkreśla, że w naturalnym środowisku taki transfer wirusa byłby właściwie niemożliwy, ponieważ nietoperze, łaskuny i ludzie zajmują na tyle różne siedliska, iż w przyrodzie właściwie ich drogi się nie przecinają.

Narodziny „większości nowych patogenów”, tłumaczy Shah, nie są więc wcale dziełem nieszczęśliwego przypadku: „Drobnoustroje stają się patogenami poprzez podążanie ścieżkami, które sami dla nich torujemy, przy czym ścieżki te wytyczane są wzdłuż określonych tras. (…) Polowanie na zwierzęta i zjadanie ich prowadzi do kontaktu ludzi z tkankami i płynami innych żywych istot, co stanowi dobrą okazję do zakażenia. (…) To także powód, dla którego korzenie tak wielu ludzkich patogenów sięgają początków rolnictwa, kiedy ludzie zaczęli udomawiać zwierzęta i żyć blisko nich. I tak od krów mamy odrę i gruźlicę, od świń krztusiec, a od kaczek grypę” (tłum. M. Rost).

Nie pomogło też osuszanie mokradeł, wycinanie lasów i przecinanie zwierzęcych siedlisk sztucznymi murami granicznymi, obozami dla partyzantów i osób w drodze, również ogródkami, oborami, osiedlami. Wdepnęliśmy po kolana w żywe, wiecznie mutujące gniazdo wirusów, bakterii i pasożytów. Zachód, jak podkreśla Shah, dość długo mógł to wypierać – głównie dzięki takim przedsięwzięciom infrastrukturalnym jak publiczna służba zdrowia czy powszechna sieć kanalizacyjna, sfinansowanym z zysków z przemysłu, wojen i gospodarki kolonialnej, czyli z tego, co w pierwszej kolejności w ogóle umożliwiło transfer zwierzęcych drobnoustrojów na ludzi.

Sprawiedliwości musiało stać się zadość. Za sprawą popytu na tanią żywność, tanią siłę roboczą i tanie podróże – za pośrednictwem zwierzęcych ferm, samolotów, kolei, samochodów, statków i wyoutsource’owanych fabryk – efekty uboczne zachodniej polityki gospodarczej uderzyły także w nas. Epidemie HIV, eboli, ospy i SARS zaskoczyły Zachód jak zima polskich drogowców. Tym bardziej że politycy na początku udawali, że nic się nie stało. Zrzucali winę na tę czy inną mniejszość. Cenzurowali dane o liczbie zachorowań. Nie chcieli inwestować ani w prewencję chorób, ani w immunizację społeczeństwa. Tak długo, jak długo szpitale pozostawały w miarę wydolne, unikali odpowiedzialności. Brzmi znajomo? Wówczas sytuację jednak dodatkowo komplikował fakt, że do końca lat 70. cieszyła się popularnością tzw. teoria „przejścia epidemiologicznego”, według której, jak przypomina Shah, wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa należało spodziewać się nastania „ery poinfekcyjnej” i „wygasania pandemii chorób zakaźnych” na globalną skalę. A tu klops – i to drobiowy, zaprawiony ptasią grypą.

Według przytoczonych przez Shah danych w samych Stanach „liczba zgonów wywołanych przez patogeny” wzrosła w latach 1980–2000 – głównie za sprawą HIV – o ponad 60%.

Niemal z dnia na dzień epidemie przestały uchodzić za cudzy wstydliwy problem – czasami za skutek, innym razem za przyczynę kryzysów humanitarnych w odległych i obcych częściach świata – a stały się wspólnym światowym tematem, poważnie dyskutowanym na salonach od Waszyngtonu przez Paryż po Pekin. Opracowano szczepionki, leki, rekomendacje i zalecenia, następnie zaś zaczęto go rozpowszechniać za pośrednictwem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i humanitarnych organizacji pozarządowych w rodzaju Lekarzy bez Granic. Jeszcze w 2007 r. na zajęciach z przysposobienia obronnego w pewnym publicznym warszawskim liceum uczyłam się o konieczności mycia rąk i stosowania prezerwatyw. Niewątpliwie dzięki tym zdobyczom technologii medycznej uratowano życie setek tysięcy osób. Ale im mniej ktoś miał pieniędzy i im dalej na południe mieszkał, tym trudniej było mu o adekwatną opiekę zdrowotną – lub chociaż o uznanie jego zarażenia i śmierci za coś wymagającego natychmiastowych, odgórnych działań. Zresztą, patrząc na stronę WHO, widać, że pozytywne zmiany, nawet jeśli zachodzą, to zbyt wolno. Czytamy np.:

„Od 1 stycznia do 28 lipca 2024 r. zgłoszono łącznie 307 433 przypadków cholery i 2326 zgonów w 26 krajach w pięciu regionach WHO, przy czym najwyższą liczbę odnotowano we wschodnim regionie Morza Śródziemnego”,

„14 sierpnia 2024 r. dyrektor generalny WHO, dr Tedros Adhanom Ghebreyesus, ogłosił, że wzrost zachorowań na małpią ospę w Demokratycznej Republice Konga (DRK) i coraz większej liczbie innych krajów Afryki stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) (…). Choć w DRK od ponad dziesięciu lat obserwuje się zachorowania na małpią ospę, to (…) w zeszłym roku liczba zgłoszonych przypadków znacznie wzrosła, a w tym roku liczba przypadków zgłoszonych do 14 sierpnia 2024 r. przekroczyła całkowitą liczbę przypadków z ubiegłego roku i wyniosła ponad 15 600 przypadków, w tym 537 zgonów”,

„Na całym świecie od 1 stycznia 2003 r. do 7 czerwca 2024 r. zgłoszono 893 przypadki zakażenia ludzi ptasią grypą A(H5N1) w 24 różnych krajach. Spośród tych zachorowań 463 przypadki zakończyły się zgonem. W regionie zachodniego Pacyfiku do 2 sierpnia 2024 r. potwierdzono laboratoryjnie ogółem 93 przypadki zakażenia wirusem grypy A(H5N6), w tym 57 zgonów”.

Dzieje się tak, mimo że na każdą z tych chorób mamy obecnie szczepionki i od lat wiemy, iż ludzkie granice nie są dla wirusów i innych odzwierzęcych patogenów żadną barierą. Gdy w 2006 r. zespół epidemiologów z Carnegie Mellon University, WHO i Google Foundation (dziś Google.org) przeprowadził ankietę wśród 49 specjalistów – w większości badaczy medycyny, lekarzy i innych pracowników sektora medycznego, ale i 17 ekspertów z nauk społecznych oraz przedstawicieli biznesu i sektora humanitarnego – na temat prawdopodobieństwa transferu ptasiej grypy na ludzi w ciągu kolejnych 3 lat, 15% zapytanych lekarzy i aż 60% ekspertów bez wykształcenia medycznego spodziewało się takiego scenariusza wydarzeń.

Niemal wszyscy natomiast zgodnie prognozowali, że gdyby faktycznie do takiej epidemii doszło, w skali globu zachorowałoby przynajmniej 450 mln ludzi – a 170 mln by zmarło.

Zapytani o sposoby łagodzenia skutków choroby, wszyscy podkreślali, że ze względu na małą dostępność szczepionek najlepiej byłoby postawić na zachowanie dystansu społecznego i kwarantanny.

Jednak w 2009 r. nie doszło wcale do koszmarnej, globalnej pandemii ptasiej grypy, mimo transferu wirusa na człowieka. Scenariusz nie sprawdził się też w 2010 ani w 2015 r. Mijały lata i coraz mniej osób spoza zagrożonych regionów oraz pracowników sektora humanitarnego czytało raporty WHO o lokalnych ogniskach epidemii eboli, SARS, wirusa Zachodniego Nilu czy cholery. Globalnym schematem szczepień nadal kierowały nierówności. W globalnym schemacie szczepień nadal dominowały nierówności. Choć było właściwie pewne, że w końcu do jakiejś pandemii dojdzie, wszyscy traktowaliśmy tego typu diagnozy jako niepotrzebne czarnowidztwo.

Przestroga czy pociecha?

Było to zresztą widać nawet na poziomie popkultury. Film Epidemia strachu Stevena Soderbergha z 2011 r. – opowiadający o takiej potencjalnej pandemii i konsultowany z autorami wspomnianej tu wcześniej ankiety o scenariuszach jej ewentualnego przebiegu – cieszył się co prawda wśród widowni i krytyków sporym powodzeniem i stał się jednym z hitów box office’u, ale uznano go za katastroficzne science fiction. Wciągającą fantazję. Podobnie stało się z wydaną w 2015 r. (a w Polsce rok temu) przypowieścią Wieloryb i koniec świata, w której John Ironmonger pisze o losach małej wioski w Kornwalii wobec załamania się globalnych łańcuchów dostaw i kryzysu ekonomicznego wywołanego pandemią grypy. Książka, klasyfikowana jako postapokaliptyczny hopepunk, nie odbiła się na świecie z początku szczególnie szerokim echem, dopóki w 2020 r. nie przetłumaczono jej na niemiecki. Wtedy – już nie jako odległa fantazja, tylko „łagodna i podnosząca na duchu opowieść o odparciu apokalipsy” (według „Financial Timesa”) – stała się międzynarodowym hitem wydawniczym. Nie przestrogą, lecz pociechą w dobie wszechobecnej pandemii.

Nawet takie popularnonaukowe bestsellery jak cytowana tu Epidemia… Shah czy wydana w 2012 r. (a w Polsce przetłumaczona wiosną 2021 r.) Zaraza poczytnego pisarza naukowego Davida Quammena, które wprost zapowiadały nadejście globalnej epidemii, nie poszerzyły naszej wyobraźni na tyle, żeby przygotować nas na światowy kryzys wywołany przez COVID-19: prawie 800 mln zachorowań, ponad 7 mln zgonów. Nie gdzieś tam, daleko, na targu zwierzęcym w Wuhan.

Nie na zamkniętych oddziałach epidemiologicznych. Tylko tu. Tuż obok, pod naszym nosem. W naszych domach, szkołach, pracach, rodzinach.

I może nic dziwnego, skoro nawet Shah – choć posiadała wszystkie dostępne dane i w 2011 r. wybrała się do Kantonu, żeby na własne oczy zobaczyć targ, od którego wtedy w 2003 r. wszystko się zaczęło – uznała, że znacznie bardziej prawdopodobnym scenariuszem potencjalnej pandemii jest globalny wybuch cholery, a nie rozsianie po świecie kolejnego wyhodowanego na własne życzenie koronawirusa.

Co za dużo, to niezdrowo

Pamiętacie jeszcze, jak dezynfekowało się klamki, myło ręce niemal do krwi? Jak tęskniło się za bieganiem, na które dotychczas chodziło się z przymusu, a nie z prawdziwej ochoty? Jak od maseczek parowały nam okulary? Jak okulary parowały nam od łez, gdy okazywało się, że ktoś bliski, znajomy wylądował pod respiratorem? Jak biło się brawa medykom z okien mieszkań, a potem czuło się, że to nie była żadna solidarność, tylko zwykły społeczny teatrzyk?

Pamiętacie bezsilność? Strach? Pikanie pulsoksymetru? Akcję „pulsoksymetry dla wszystkich seniorów!”? I zazdrość, że o nich ktoś dba, a o nas nikt nie pamięta? Albo jak pulsoksymetr przestał być obcym urządzeniem z kosmosu szpitalnych sal o trudnej, niemal niewymawialnej nazwie, a stał się zwyczajnym zaopatrzeniem domu, jak sztućce, kubki, maseczki, testy i termometry?

Pamiętacie, jak marzyło się o spotkaniu z przyjaciółmi, śledząc w wiadomościach coraz wyższe i wyższe – a przecież i tak zaniżone – statystyki zachorowań? A może pamiętacie mdłości ze stresu, gdy zaraz po poluzowaniu obostrzeń wyszło się na pierwszy pandemiczny spacer, wciąż jakby trochę nielegalnie? Pamiętacie drapanie patyczka najpierw w nosie, a potem w gardle? Oczekiwanie na szczepienia, potem na pandemiczne paszporty, a potem znów na wyniki kolejnych, oby negatywnych, testów?

Pamiętacie brak żłobków, kawiarni, biur, urzędów i szkół? Pracę z dziećmi na kolanach? Naukę i rekreację ciągle pod okiem starych? Wzrost przemocy domowej? Wzrost zaburzeń lękowych? Pamiętacie, jak szybko to wszystko wyparłyśmy? Jak z dnia na dzień zaczęłyśmy udawać, że były to lata stracone – ot, naprawdę pechowy, nieprzyjemny odchył od normy, o którym lepiej nie rozmawiać, lepiej nie myśleć? A potem ten okropny uścisk w żołądku, gdy prasa i media społecznościowe zaczęły trąbić o pierwszych ostrzeżeniach WHO o rozprzestrzenianiu się małpiej ospy i ptasiej grypy. A potem ta wstydliwa ulga, gdy znów okazywało się, że póki co – na razie, jeszcze – ten koszmar nas tu, w Europie, nadal nie dotyczy.

Nic, co ludzkie, nie jest nam obce

A teraz zagadka: o kim mowa? O ludziach czy o wirusach? Istoty te rozwijają się, zmieniają i dostosowują do otoczenia. Szukają dla siebie coraz lepszych warunków życia. Dbają o własny dobrostan, często kosztem innych. „Regulują liczebność ogromnych populacji organizmów. (…) oddziałują na klimat, gleby, oceany i zasoby wód słodkich”. Potrzebna podpowiedź? Ten ostatni cytat pochodzi z przedmowy wirusologa Charlesa Wooda i kuratorki Judy Diamond do książki Planeta wirusów Carla Zimmera. Jak na coś, co według definicji biologii organicznej nie jest żywym organizmem – bo nie ma komórek, zdolności do metabolizmu ani nie potrafi się samodzielnie rozmnażać, więc nie przeżyje samo bez pośrednictwa innych – wirusy okazują się niezwykle sprawcze. I niepokojąco ludzkie. Tak bardzo, że ich badaczki i badacze coraz częściej postulują, żeby przestać mówić o wirusach jako o oddzielnych, zajętych wyłącznie sobą emanacjach pecha, martwych cząstkach ślepych na inne cząstki zakaźne. Zamiast tego osoby zajmujące się rodzącą się na naszych oczach dziedziną socjowirologii proponują myśleć o wirusach jako o bytach społecznych. I to wcale nie dlatego, że – co podkreśla Mateusz Chaberski w tekście o filmowych reprezentacjach epidemii – „światy ludzi i wirusów nieustannie się przenikają”, a my „z każdym oddechem nabieramy w płuca około sześciu litrów powietrza wraz z zawieszonymi w nim nawet kilkoma milionami cząsteczek wirusów”.

Otóż jak opowiada Zimmer w poświęconym socjowirologii artykule Viruses Finally Reveal Their Complex Social Life, opublikowanym w magazynie „Quanta” w kwietniu tego roku, okazuje się, że pojedyncze cząstki zakaźne także wchodzą ze sobą w rozmaite relacje, oparte być może na oszukiwaniu, być może na kooperacji, a być może na adaptacji. Na razie do końca tego nie wiadomo. Ale rosnąca liczba wirusologów, mikrobiolożek, zoologów i ekolożek z uniwersytetów z całego świata – od Yale przez Oxford po Singapur – twierdzi, że wirusy w zarażonych organizmach nie tylko multiplikują się i mutują, lecz także układają się między sobą. I że to właśnie ta zdolność wspierania się lub rywalizacji – ułatwiania lub utrudniania innym cząsteczkom z tego samego gatunku życia – gwarantuje wirusom ich niezwykłą ewolucyjną skuteczność.

Co ta wiedza daje ludziom? Zdaniem wirusologa Marca Vignuzziego z singapurskiej Agencji ds. Nauki, Technologii i Badań oraz mikrobiologa Benjamina tenOevera z New York University bardzo wiele.

Bo jeśli zrozumiemy, w jaki sposób cząsteczki zakaźne wirusów wpływają nie tylko na organizm nosiciela, lecz także na siebie nawzajem, to – jak tłumaczą Zimmerowi obaj badacze – może uda się stworzyć leki, które wykorzystałyby te zależności dla ludzkiego dobra.

Na razie jednak do takich sukcesów jeszcze długa droga. Bo choć zespołowi Vignuzziego powiodło się stworzenie sztucznych cząstek, symulujących wirusa Zika, które po wszczepieniu w ciała zarażonych myszy doprowadziły do ich wyzdrowienia, a laboratorium tenOevera opracowało niezależnie od Vignuzziego spray do nosa zawierający hybrydę wirusa grypy, która wchodząc w interakcję z innymi cząsteczkami zakaźnymi, wyleczyła chore myszy i fretki, to zanim oparte na takich rozwiązaniach leki trafią na półki aptek i szpitali, może minąć bardzo wiele lat. Dlaczego? Mimo że nauka nie ma zwykle oporów, by eksperymentować na ciałach zwierząt, bo te nie wyrażają po ludzku sprzeciwu ani nie są świadome ludzką świadomością, to istnieje wiele lokalnych i międzynarodowych instytucji, które ze względów etycznych i epidemiologicznych kontrolują i spowolniają proces dopuszczania takich eksperymentalnych technologii medycznych do testów na ludziach.

Francuska firma Meletios Therapeutics wykupiła już technologię Vignuzziego i stara się na jej podstawie opracować różne antywirusowe leki, jednak to wciąż dopiero przedbiegi. Wystarczy, żeby okazało się – jak stało się w przypadku stworzonej przez zespół tenOevera hybrydy – że sztuczny wirus nie tylko utrzymuje się w ciałach wyleczonych zwierząt, ale i zostaje przez nie przekazany dalej do innych, zdrowych osobników, aby pojawiły się zasadne wątpliwości. Bo jak ochronić przed zarażeniem ludzi, którzy nie wyrazili zgody na udział w badaniu? No i jak upewnić się, że w pewnym momencie wirusy nie nauczą się mutować z pomocą sztucznych cząsteczek i hybryd tak, że te zamiast wygaszać ogniska chorób, będą je wzmacniać? Historia uczy, że inżynieria społeczna to zawsze nieco ryzykowny pomysł.

Miało być o nadziei, a znów nurzamy się w bagnie strachu i czarnych scenariuszy. Czy to efekt popandemicznego stresu? Czy racjonalny ogląd sprawy? A może konsekwencja nadmiaru apokaliptycznych opowieści? Zbyt wielu marzeń zweryfikowanych przez dystopijną rzeczywistość?

Gdy trwoga, to do Boga

Jedną z najpopularniejszych opowieści, które słyszy się w pierwszych tygodniach studiów – nieważne czy na biologii, czy na antropologii – jest przeciwstawienie wiedzy i emocji. Pozornie obiektywnego rozumu i rzekomo subiektywnej nadziei. Wiem, bo sama najpierw słyszałam, a potem na własnych zajęciach opowiadałam te bajki, ale nawet najtwardziej stąpające po ziemi rektorki i profesorzy przyznają w kuluarach, że kultywują nadzieję. Wbrew wszelkim rozumnym przesłankom, lecz zgodnie z wieloletnim doświadczaniem. I na co dzień po cichu wierzą, że i poza murami uczelni wszystko w końcu jakoś się ułoży, choć nie wiadomo jeszcze jak.

Sądzę, że nadzieja jest jednym z podstawowych składników nauki, jeśli nie wręcz jej warunkiem brzegowym.

Ani medycyna, ani inżynieria, ani socjologia nie zaszłyby daleko bez marzycielstwa i bez wynikających z niego nowych hipotez oraz wytrwałości w zbieraniu i opracowywaniu danych, weryfikowaniu założeń, rewidowaniu przekonań, poprawianiu błędów, udoskonalaniu instrumentów i niekończącym się dyskutowaniu – także przecież powodowanych nadzieją na lepszą przyszłość. Wiara ta – podobnie jak równie nieobiektywne lęki i płynące z różnych trudnych doświadczeń czarnowidztwo – kształtuje nie tylko wszystko, co dotychczas stworzył nasz gatunek, ale i to, jak wyobrażamy sobie i organizujemy świat, który dopiero nadejdzie. Tak było, jest i będzie, chociaż dziś mało kto w sektorze nauki lubi się do tego przyznawać w obawie przed dalszym zrównywaniem wiedzy naukowej z arbitralnymi przekonaniami jednostek, które głosi dziś wiele ruchów zagrażających wspólnemu przetrwaniu – jak antyszczepionkowcy czy rasistowscy nacjonaliści.

Grupy te lubią argumentować, że skoro nauce tak słabo idzie przepowiadanie przyszłości, bo co chwila potyka się ona o nowe odkrycie, zaskakujące scenariusze i nieprzewidziane błędy, nie należy przywiązywać do jej twierdzeń szczególnie dużej wagi, tylko traktować je jako jedne z wielu równoważnych opinii, które każdy może w skrytości serca przyjąć lub odrzucić. Z takiej perspektywy obowiązek noszenia maseczek w czasie pandemii okazuje się nie gestem wzajemnej troski czy przejawem solidarności społecznej i odpowiedzialności za wspólną przyszłość, lecz objawem nieuzasadnionej, odgórnej przemocy. Narzędziem tłamszenia jednostkowej wolności i komfortu.

Tak jakbyśmy jako jednostki mogli funkcjonować niezależnie od innych. A nie od zawsze i na zawsze powiązani z pozostałymi ludźmi, zwierzętami, roślinami, grzybami, owadami, bakteriami i cząsteczkami wirusów, wody, metali, gliny i powietrza. Jeśli zachodnia nauka popełnia dziś jakiś błąd, to nie wynika on wyłącznie z jednostkowych uprzedzeń czy nieuważności, ale przede wszystkim z wielu wieków mylnego przekonania o wyjątkowości i odrębności człowieka względem środowiska, bez którego to człowiek by nie przeżył – i przez którego ciągłe wyniszczanie faktycznie możemy zginąć.

Najciemniej zawsze pod latarnią

Choć za każdym razem, gdy czekam z dziećmi w kolejce do pediatry, marzę o świecie bez infekcji, wątpię, żebyśmy faktycznie takiej rzeczywistości dożyli. Patrząc po lecącym na łeb na szyję wskaźniku wyszczepienia polskiej populacji (według UNICEF-u straciliśmy już zbiorową odporność na odrę, a zgodnie z danymi Ministerstwa Zdrowia na grypę szczepi się co roku zaledwie 4% wszystkich Polaków), w niedalekiej przyszłości czeka nas raczej więcej niż mniej nieprzyjemnych spotkań z różnymi patogenami. Nawet w momencie, gdy piszę ten tekst, w Polsce panuje wśród dzieci epidemia krztuśca – jednej z tych chorób, które moje pokolenie uznało za właściwie pokonaną. Na szczeście sytuacja nie jest beznadziejna. Skoro wiemy ponad wszelką wątpliwość, dlaczego historia zabójczych infekcji lubi się powtarzać, to zamiast budować wirusom i bakteriom, jak pisała Shah, „autostrady” do naszych ciał i domów – pod pretekstem globalnego rozwoju gospodarczego – możemy utrudnić im zasiedlanie naszych ciał.

Jak to zrobić? Przede wszystkim regularnie się szczepiąc. Nie niszcząc lasów. Jedząc coraz mniej produktów odzwierzęcych. Nosząc w samolotach i przychodniach maseczki. Głosując na ludzi, którzy dofinansują publiczne sektory edukacji, zdrowia i ochrony środowiska. No i opowiadając sobie historię wcześniejszych pandemii. Nie po to, żeby się nawzajem straszyć czy dyscyplinować, ale po to, by docenić, jak bardzo jesteśmy zależne od innych. I w tym cała nasza nadzieja.

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku