Subskrybuj
Pjongjang, uczennice kłaniają się muralowi z podobizną Kim Ir-Sena przed rozpoczęciem sprzątania chodnika fot. Wong Maye-E/AP/East News
Pjongjang, uczennice kłaniają się muralowi z podobizną Kim Ir-Sena przed rozpoczęciem sprzątania chodnika fot. Wong Maye-E/AP/East News
Studiowała nauki polityczne na Universidad de los Andes w Bogocie. W latach 2015-2016 pracowała dla Hiszpańskiego Instytutu Nauki CSIC w departamencie antropologii w Barcelonie. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Polityką” jako korespondentka z Ameryki Południowej

Miejsca niewakacyjne

Czy istnieją jeszcze „białe plamy” na mapach globalnej turystyki?

Z biegiem wieków możliwość dotarcia w dane miejsce jako pierwszy człowiek w historii stała się niemal nieosiągalna. Pod presją rozwoju technologii, która skróciła dystanse i nagięła czas, oswoiliśmy się z myślą, że dokądkolwiek się udamy, już ktoś tam przed nami był. Nieuchronnie stajemy się więc tylko kolejną parą oczu i odciskiem buta na dobrze wydeptanej ścieżce.

Podróżnikom pozostaje zatem jeżdżenie do miejsc, do których mało kto chce się wybrać (bo po co?), lub do punktów na mapie, co do których trudno z pewnością stwierdzić, czy aby na pewno jeszcze istnieją. Przyjrzyjmy się bliżej kilku z nich.

Nauru, na końcu świata

Nauru, mikropaństwo, położone w Mikronezji, ma ok. 12 tys. mieszkańców i zaledwie 21 km2 powierzchni. Mniejsze od Nauru są tylko Monako i Watykan. Niepozorna, oddalona w zasadzie od wszystkiego wyspa kryje w sobie cenne złoża naturalne, co sprawiło, że Nauru stało się jednym z najbogatszych państw świata. Tamtejsze bogactwo zostało odkryte w drzwiach biura w Sydney, kiedy w 1900 r. Albert F. Ellis, chemik, zauważył dziwny kawałek skały z Nauru służący za stoper do drzwi. Zrządzenie losu sprawiło, że biuro to było siedzibą Pacific Islands Company, firmy handlującej nawozami, a Ellis znał się na skałach. Zlecił więc analizę składu stopera do drzwi, który okazał się niemal czystym fosforanem. Fosforan wapnia tym z nas, którzy chemii uczyli się dawno i do tego niedokładnie, może mówić niewiele, ale Ellis wiedział, że to, co znalazł, było niczym złoto. Ten związek organiczny ma bardzo szerokie zastosowania – od produkcji past do zębów, przez leki i suplementy, po wykorzystanie w rolnictwie, gdzie pełni funkcję nawozu. Naturalnie występujące złoża fosforanu wapnia zawierają zazwyczaj od 30 do 40% tego związku.

Dlatego niemal czysty fosforan znajdujący się w ziemi Nauru był niezwykłym odkryciem. Pacific Islands Company wynegocjowała z rządem niemieckim, który wtedy zarządzał wyspą, prawo do jego wydobycia.

Mieszkańcom Nauru zaoferowano zapłatę w wysokości pół pensa brytyjskiego za każdą tonę fosforanu pozyskaną z ich ziemi. Choć wysoki dochód państwa niekoniecznie przekładał się na zamożność wszystkich mieszkańców, Naurańczycy nie płacili podatków i cieszyli się darmową edukacją oraz służbą zdrowia.

Przekleństwo państw obdarzonych bogactwem złóż naturalnych najczęściej polega na krótkowzroczności władzy. Mimo zagranicznych inwestycji rząd skupiał się na tu i teraz, a na pytanie o to, co będzie, jak skończy się fosforan, James Bop, minister finansów w latach 70., odpowiedział: „W języku nauru mamy takie powiedzenie, że jutro samo się o siebie zatroszczy”.

W połowie lat 90. złoża fosforanu zaczęły się wyczerpywać, a wieloletnie wykopaliska zamieniły Nauru w krajobraz księżycowy, wyspę jałową, niemal niezdatną do życia. Władze podjęły decyzję o sprzedaży inwestycji zakupionych w latach dobrobytu, głównie nieruchomości w Australii. Wyspa ogłosiła się rajem podatkowym i zaczęła szukać wsparcia raz Tajwanu, raz Chin.

Dzisiaj Nauru jest jednym z najrzadziej odwiedzanych miejsc na świecie. Szacuje się, że zaledwie 200 turystów rocznie dociera do tej wyspy. W tej skromnej grupie znalazł się Piotr Polo Przywarski, polski podróżnik i youtuber, który był na Nauru w październiku 2024 r. Zwiedzenie tego regionu Pacyfiku było jednym z jego największych podróżniczych marzeń. Jednak, jak sam przyznaje, podróż na Nauru pod względem logistycznym i finansowym to trudne i niekoniecznie opłacalne wyzwanie.

– Przeciętny turysta nie będzie miał co tam robić. Nauru, w przeciwieństwie do innych wysp w regionie Mikronezji, nie ma nawet ładnych plaż – mówi Przywarski.

Youtuber spędził na Nauru trzy dni. Długość swojego pobytu musiał dostosować do kursów tamtejszych samolotów. Loty bezpośrednie na wyspę możliwe są tylko z trzech miejsc na świecie: z Brisbane w Australii, Fidżi i Kiribati. Piotr wybrał tę ostatnią, najkrótszą opcję. Za półtoragodzinny lot w jedną stronę zapłacił ok. 2 tys. zł.

Produkty spożywcze są tam niewyobrażalnie drogie.

– W sklepie jeden banan kosztuje 3,5 dolara, a kilogram 12 dolarów.

Paradoksalnie mimo tak wysokich cen jedzenia mieszkańcy Nauru są najbardziej otyłą nacją na świecie. Prawie 95% społeczeństwa ma nadwagę lub jest otyła, a średnia waga ciała Naurańczyków wynosi 100 kg. Jedzą bowiem głównie produkty wysokoprzetworzone. Te są najtańsze i najłatwiej dostępne. Na wyspie nie rośnie prawie nic. Wszystko musi być importowane. Produkty docierają z Australii i Nowej Zelandii. Australia, będąc jednym z najbliższych sąsiadów Nauru, oddalona jest od niego o 3 tys. km w linii prostej. To odległość porównywalna z dystansem, jaki dzieli najbardziej wysunięty na zachód punkt Europy – Cabo da Roca w Portugalii – z Nową Fundlandią w Kanadzie. Australia i Nowa Zelandia eksportują głównie jedzenie w puszkach i hermetycznie zapakowane produkty, których transport jest nawet o 80% tańszy od transportu warzyw i owoców.

Nauru jest najrzadziej odwiedzanym miejscem na świecie nie tylko dlatego, że nie ma wiele do zaoferowania. Kraj jest jedyną wyspą w Mikronezji, do której wymagana jest wiza i na którą trzeba czekać nawet do trzech miesięcy.

Nauru dba o to, żeby wyspa była trudno dostępna. Australia, w zamian za wsparcie finansowe Nauru, wysyła na wyspę imigrantów, którzy zostali zatrzymani na australijskich wodach terytorialnych.

– Imigrantów przetrzymują w zamkniętych ośrodkach – opowiada Piotr.

Rząd australijski stara się wyciszać tę sprawę.

– Jak przyleciałem, to od razu zapytali, czy posiadam sprzęt nagrywający. Zabrali mi też drona, którego przetrzymali na czas mojego pobytu.

Piotr oprócz Nauru odwiedził wszystkie główne wyspy Mikronezji: Kiribati, Tuvalu i Palau.

I choć był już w ogromnej liczbie miejsc na świecie, to podróż w te regiony była najdroższa ze wszystkich.

– Na loty, hotele i jedzenie wydałem łącznie ok. 60 tys. zł, z tym że loty liczę od momentu, kiedy byłem już tam na miejscu i poleciałem z Tajwanu na Palau.

Na Nauru jeżdżą tylko najwytrwalsi (i odpowiednio zamożni), którzy nie boją się wyzwań i rozczarowań.

Irańska gościnność

– Brawa dostałem, gdy przekroczyłem granicę – wspomina Maciek Augustyn, który wybrał się do Iranu z namiotem, bez planu i, jak sam przyznaje, z dość podstawową wiedzą na temat tego kraju. Trochę nie doczytał, a do tego kierowca zawiózł go nie tam, gdzie planował, i tym sposobem znalazł się na mało uczęszczanym przez turystów przejściu granicznym między Azerbejdżanem a Iranem. – Zbiegła się masa ludzi. Wszyscy chcieli mnie zobaczyć i sprzedać mi walutę. Popatrzyłem na kalkulator, obliczając kurs, i zdziwiłem się, że chcieli mi dać tak dużo pieniędzy. Przez chwilę byłem milionerem.

Wtedy Maciek dowiedział się, że w Iranie istnieje oficjalny i nieoficjalny kurs walut. Wszystko ze względu na wysoką inflację zdewaluowanego riala.

Szacuje się, że inflacja w tym roku może wynieść ok. 40%, a ceny żywności wzrosną nawet o 70%.

Przyczyn kryzysu ekonomicznego jest wiele. Pierwsze sankcje Zachodu na Iran zostały wprowadzone w 1979 r. i były konsekwencją rewolucji islamskiej oraz przejęcia Ambasady USA w Teheranie. Od tego czasu sankcje były stopniowo rozszerzane i modyfikowane, a ich głównym celem stał się irański program nuklearny i związane z nim kwestie bezpieczeństwa regionalnego.

– Wtedy, w 1979 r., doszło do rewolucji, zwanej islamską, chociaż lewica lubi mówić, że była to „ukradziona rewolucja”, bo chodziło o to, żeby obalić monarchię i wprowadzić demokrację. Nie wyszło – tłumaczy Maciej Augustyn, który już w czasie pierwszej wizyty w Iranie zdecydował, że pójdzie na iranistykę.

Według niego surowe sankcje, które w zamyśle mają zdławić kraj i doprowadzić reżim do upadku, nie sprawdzają się.

– Jak mówi klasyk, rząd sam się wyżywi, a ludzie będą i tak cierpieć – kwituje.

Zdewaluowany rial sprawia, że podróżowanie po Iranie jest bardzo dogodne finansowo. We wrześniu 2024 r., w czasie kolejnej wizyty w Iranie, Maciej przez trzy tygodnie wydał ok. 300 euro, nie wliczając w to transportu.

– Mając 100 euro na tydzień, mogłem w zasadzie kupować, co chciałem – komentuje.

Śpiąc w namiocie albo u napotkanych po drodze ludzi, można sporo zaoszczędzić. Dodatkowo Iran jest rajem dla autostopowiczów, mimo że, paradoksalnie, w kraju nie ma czegoś takiego jak autostop. Co prawda ludzie się nawzajem podwożą, ale za pieniądze. Turyści, nie znając reguł, często jeżdżą autostopem za darmo, a Irańczycy z wrodzonej uprzejmości nie domagają się zapłaty za podwózkę.

– Benzyna jest tania, wypada się jednak dorzucić – zaznacza Maciej.

Stwierdzenie, że ludzie „są bardzo mili”, powtarza się wielokrotnie w opowieściach o dalekich podróżach, i to niezależnie od tego, jakiej szerokości i długości geograficznej owa opowieść dotyczy. Jednak w Iranie gościnność to coś więcej niż życzliwość w stosunku do obcego przybysza.

– To jest część ich kultury, która się nazywa ta’arof – wyjaśnia Maciej. – Częścią tego ta’arofu jest to, że obcy ludzie zapraszają cię do siebie do domu na herbatę, na obiad, na noc, ale to nie znaczy, że oni chcą cię naprawdę zaprosić, tylko wypada im tak powiedzieć.

Czasami ta owiana sławą gościnność nie jest zatem nawet kurtuazją, tylko językową poprawnością. Maciej tłumaczy, że kiedy ktoś zaprasza do siebie do domu, należy powiedzieć: Nemi chāham mozāhem-e szomā bāszam, czyli: „Nie chcę być waszym problemem”, a odpowiedź brzmi: „Ależ pan nie przeszkodzi, pan nas zaszczyci”.

Jak zaznacza Maciej, nawet po takiej wymianie zdań trzeba wyczuć, czy to jest prawdziwe zaproszenie czy wyrażenie, które musi wybrzmieć. Irańczycy są bowiem niezwykle uprzejmi, także w stresujących sytuacjach.

– Nawet jak ci ktoś zajedzie drogę autem i chcesz mu to wypomnieć, to zanim na niego nakrzyczysz, musisz powiedzieć „Salām, chubi”, czyli „Cześć, wszystko dobrze?”, a potem dopiero przechodzisz do wyzwisk. – Śmieje się Maciek.

W ubiegłym roku Iran odwiedziło 4,16 mln zagranicznych turystów. Większość z nich to pielgrzymi z krajów ościennych. Europejczycy stanowią niewiele ponad 5% wszystkich turystów. Sytuacja w kraju jest niepewna, co jest główną przyczyną, dla której Iran nie jest i długo jeszcze nie będzie na liście państw w pełni bezpiecznych dla turystów.

Również sytuacja kobiet w Iranie skutecznie zniechęca potencjalne podróżniczki.

Zwłaszcza po śmierci 22-letniej Mahsy Amini, która zmarła po zatrzymaniu przez policję moralności za rzekomo niewłaściwe noszenie hidżabu w 2022 r. Na znak protestu przeciwko opresyjnym przepisom dotyczących ubioru kobiety najpierw w Iranie, a potem na całym świecie zaczęły ścinać włosy, często publikując przy tym wideo na mediach społecznościowych. W kulturze perskiej ścinanie włosów przez kobiety to symbol żałoby i sprzeciwu.

– Panuje powszechny stereotyp, że kobiety tam nic nie mogą, noszą burki i siedzą cicho. To nieprawda. Pomimo dyskryminacji płciowej i obowiązkowego hidżabu często chodzą w obcisłych spodniach, a chusta jest symboliczna – komentuje Maciej i dodaje, że sam był świadkiem sytuacji, jak młoda dziewczyna w krótkim topie została zatrzymana przez policję moralności, która kazała jej włożyć chustę.

Dziewczyna odpowiedziała funkcjonariuszom, żeby „spadali”, i poszła dalej. Oczywiście może ona akurat miała szczęście, którego zabrakło Mahsie Amini. Jednak jej postawa sprzeciwu jest wspólna wielu, o ile nie większości, Iranek. W 2023 r. irańska aktywistka Narges Mohammadi, obrończyni praw kobiet, otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. W czasie gdy jej dzieci odbierały za nią nagrodę w Oslo, Narges Mohammadi siedziała w więzieniu. Dwadzieścia lat wcześniej inna irańska prawniczka działająca na rzecz kobiet, Szirin Ebadi, również została uhonorowana Pokojową Nagrodą Nobla. Mimo że trudno sobie to wyobrazić, sytuacja kobiet w Iranie i tak jest nieporównywalnie lepsza w porównaniu z większością krajów ościennych.

Korea Północna, świat na opak

Znalezienie świata na odwrót, gdzie wszystko, co znamy, ma inny kształt i znaczenie, gdzie kończy się horyzont, jest niejednokrotnie ostatecznym celem podróżników. Jednym z niewielu, a być może ostatnim takim miejscem jest Korea Północna. Nieliczni mają możliwość do niej dotrzeć. Jednak największy paradoks polega na tym, że nawet gdy już się tam dostaną, to zobaczą pewien przygotowany dla cudzoziemców obraz. Po kraju można poruszać się pod czujnym okiem i uchem przewodnika, który pilnuje, aby podróżnicy dowiedzieli się najmniej, jak to możliwe, i zobaczyli tylko to, co na wierzchu. Adam Berman (nazwisko zmienione na jego prośbę i ze względów bezpieczeństwa) pochodzi z Nowego Jorku. Przez trzy tygodnie uczył angielskiego na Uniwersytecie Nauki i Technologii w Pjongjangu, stolicy Korei Północnej (PUST). Adam podróżuje, by – jak mówi – rozwijać swoją wrażliwość i empatię. Nigdzie nie rozwinął tych cech tak bardzo jak tam.

– Drugim powodem, dla którego jeżdżę, jest to, że przez globalizację świat zaczyna wyglądać bardzo podobnie. Mogę zjeść w McDonaldzie w Rijadzie, w Arabii Saudyjskiej albo usłyszeć amerykańską muzykę w zakładzie fryzjerskim w Wietnamie. Na świecie zostało bardzo niewiele miejsc odpornych na globalizację – tłumaczy.

„Restauracja numer 1”, „Restauracja numer 2”, „Restauracja numer 3”. Pomnik ojca narodu. Sygnalizacja świetlna bez świateł (z powodu częstych braków prądu). Ulice bez aut. „Dom Towarowy 1”. W Pjongjangu są dwa – numer 1 i numer 2. Ludzie przesuwający się w rytm marszu propagandy. Podążają do pracy, za którą w zasadzie nie dostaną wypłaty. Ku chwale ojca narodu. Dostaną mieszkanie, ziemniaki i kapustę. Ojciec narodu o nich dba. Miasta są bez reklam.

Brak banerów, do których nasze oko przywykło – to pierwsza rzecz, na jaką Adam zwrócił uwagę.

Jedynym miejscem w całym kraju, gdzie lokal zamiast numeru miał nazwę, była uniwersytecka kawiarnia StarPust Coffe – prowizoryczne okno na świat.

Na uniwersytecie kształci się elita kraju. Studiujący tu będą przyszłymi lekarzami i doradcami wielkiego wodza. Misją uniwersytetu jest „niesienie światła narodowi koreańskiemu i światu”, pod warunkiem że światy te nigdy do końca się nie przetną. Większość zajęć prowadzą w języku angielskim zagraniczni akademicy.

– Studenci PUST to bardzo uprzywilejowani ludzie. Żeby studiować na tym uniwersytecie, trzeba pochodzić z wpływowej rodziny z Pjongjangu – opowiada Adam.

Cieszą się przywilejami, o których reszta obywateli nawet nie ma pojęcia. W StarPust Coffe dostają darmową kawę, z którą czasem spacerują po kampusie, przez moment przypominając młodzież ze świata paralelnego. Chodzą ubrani w czarne garnitury, koszule, czerwone krawaty. Każdy ma aktówkę. Tylko ta kawa w dłoni odróżnia ich wizualnie od urzędników państwowych. W czasie przerwy mogą jeść lunch w towarzystwie zagranicznych profesorów. Nawet przy tym samym stole. Jednak nigdy nie mogą zostać z nimi jeden na jeden. Zawsze musi być ktoś, kto patrzy, słucha i raportuje. Adam opowiada o jedynej sytuacji w czasie trzytygodniowego pobytu, kiedy na parę minut został sam na sam z Koreańczykiem.

– Jeden chłopak wyszedł na chwilę do łazienki i zostawił mnie z kolegą z grupy. Chłopak spojrzał na mnie i powiedział: „Na zewnątrz życie jest chyba naprawdę fajne, co nie?”.

Adam pozostawił pytanie bez odpowiedzi. Tak samo jak robili to jego przewodnicy / strażnicy.

– Pozwalano nam zadawać pytania, choć nie na wszystkie dawano nam odpowiedź. Pytałem, kiedy ostatnio odbył się spektakl w tamtejszym teatrze narodowym, nie odpowiedzieli.

Adam miał pozwolenie na podróżowanie po kraju. Oczywiście tylko w grupie i pod czujnym okiem przewodnika / strażnika.

– W Hamhŭng, w drugim co do wielkości mieście, widzieliśmy ludzi siedzących w kręgach, porozrzucanych po całym mieście w tym samym czasie. Zapytaliśmy, co to za spotkania. Oczywiście nie dostaliśmy odpowiedzi – opowiada.

Adam domyśla się, że te kręgi to obowiązkowe spotkania obywateli. Korea Północna nie ma zasobów, żeby inwigilować wszystkich w sposób odgórny. Dlatego opiera się na donosicielstwie obywatelskim. Prawdopodobnie podczas tych spotkań ludzie wzajemnie na siebie raportują. Jedne z pytań, na które zawsze była odpowiedź, to te o rozrywkę. Mieszkańcy stolicy lubią karaoke, jazdę na rolkach i koszykówkę. Lubią Dennisa Rodmana, amerykańskiego koszykarza Chicago Bulls, który raz odwiedził Koreę Północną. Koreańczycy ćwiczą ciało, aby mieć siłę odeprzeć atak wroga. Są wzruszeni, że ojciec narodu dał im największy park wodny i najgłębiej położoną stację metra na świecie.

Adam nie mógł nigdzie pójść sam. Przez trzy tygodnie tylko raz pozwolono mu wejść do sklepu, a dokładnie: do „Domu Towarowego nr 1”.

– I to był jedyny raz, kiedy widziałem np. pomarańcze, oczywiście niepochodzące z Korei. W tym domu towarowym prawie nie było ludzi. Myślę, że to była pokazówka – opowiada.

Wspomina też, że w Pjongjangu i większych miastach były małe sklepy, ale nie mógł do nich wejść. Widział jedynie, że ludzie dostawali się tam z kartkami na racje żywnościowe albo z północnokoreańskimi pieniędzmi, które były ich odpowiednikiem, i wymieniali je na to, co akurat było dostępne. Zapytany o butiki i sklepy z odzieżą, opowiada historię koleżanki.

– Była ze mną kobieta z Brazylii, która zgubiła bagaż. Nie było szans go odzyskać, bo lotnisko w Pjongjangu nie funkcjonowało w systemie linii lotniczej, którą leciała. Została bez ubrań. I jedyne, co udało jej się kupić, to trzy pary zimowych legginsów. I tyle – opowiada.

Infrastruktura turystyczna, choć istnieje, jest bardzo ograniczona. Niektóre hotele, w których spał podczas podróży po Korei, wyglądały, jakby nikt w nich nie był od miesięcy, a nawet lat.

W Pjongjangu, gdzie pracował, spał w hotelu Yanggakdo, do którego zwykle trafiają zagraniczni goście. Hotel ten leży na wyspie. Na koniec dnia podnoszony jest most łączący go z lądem i nie można się stamtąd wydostać.

– To wysoki hotel z wieloma piętrami i z akwarium z małymi rekinami w lobby – mówi. – Są też dwie restauracje. Numer 1 i Numer 2. W piwnicy jest kasyno „Cleopatra”. Puste automaty nie działają, a obsługa nie umie rozdawać kart.

Adam wyjechał w dniu, w którym do Korei Północnej przyleciał Otto Warmbier, 22-letni amerykański turysta. Otto Warmbier został skazany przez północnokoreański reżim na 15 lat obozu pracy za kradzież plakatu z wizerunkiem wodza z hotelowego korytarza. W wyniku negocjacji Warmbier wrócił do Stanów 18 miesięcy po zatrzymaniu, w czerwcu 2016 r. Był w stanie wegetatywnym. Miał zdeformowane ręce i nogi, wykrzywione zęby. Zmarł tydzień po powrocie do domu.

– On nic nie zrobił. Zatrzymałem się w tym samym hotelu, z którego rzekomo ukradł ten plakat. To niemożliwe. Ten plakat był za zamkniętą szybą. Myślę, że po prostu wyglądał bardzo stereotypowo amerykańsko, jak kolonizator czy ciemiężyciel, w oczach północnokoreańskiej propagandy. Idealny kozioł ofiarny.

Są miejsca, które można zobaczyć tylko raz. Adam nie zamierza wrócić do Korei. Nie żałuje jednak trzech tygodni, które tam spędził.

– Ludzie uważają, że jeżdżenie tam to coś niemoralnego. Mam odmienne zdanie na ten temat. Uważam, że jedynym sposobem, żeby te miejsca mogły się zmienić, jest ich kontakt ze światem zewnętrznym.

Ma nadzieję, że kiedy Koreańczycy z Północy kolejny raz zobaczą propagandowy plakat z rakietą spadającą na mapę USA, pomyślą o nim – przyjaznym nauczycielu angielskiego.

Od czasu pandemii COVID-19 granice Korei Północnej pozostają zamknięte dla turystów. W marcu tego roku na chwilę wznowiono ruch, pozwalając zagranicznym gościom odwiedzić Rasŏn – miasto w specjalnej strefie ekonomicznej znajdujące się na granicy z Rosją. Po kilku tygodniach granice ponownie zamknięto. Podejrzewa się, że decyzja ta spowodowana była filmami wideo, jakie influencerzy i youtuberzy zamieszczali na swoich kanałach w mediach społecznościowych. Być może wrogiem narodu numer jeden Korei Północnej nie są już tylko Stany Zjednoczone, lecz internet.

Sudan Południowy, czyli ostatni kraj z listy

Częściowo zaminowany, będący na granicy kolejnej wojny domowej Sudan Południowy jest daleko na liście destynacji turystycznych. Są jednak tacy, którzy mimo widma wojny, lokalnych konfliktów i katastrof naturalnych decydują się na podróż do tego najmłodszego kraju świata. Łukasz Odzimek z Poza Trasą Adventure od lat organizuje grupowe wyjazdy do najbardziej nietypowych miejsc na świecie, w tym do Sudanu Południowego.

– Mam grupę ludzi, którzy szukają ekstremalnych doświadczeń i jeżdżą ze mną do Somalii, Kongo czy Afganistanu. Jeżeli chodzi o Sudan Południowy, to najczęściej jest to ostatni kraj, w którym jeszcze nie byli.

Jak przyznaje, są ludzie, którzy podróżują do Sudanu Południowego samodzielnie, jednak rzadko kiedy udaje im się wyjechać poza stolicę kraju, Dżubę.

– To jest kraj, gdzie trzeba mieć plecy. Praktycznie na każdym rogu czyha ktoś, kto będzie chciał pieniędzy. Poziom korupcji w Sudanie Południowym jest wyjątkowo duży, nawet jak na Afrykę – komentuje i dodaje, że na miejscu ma ludzi, którzy zajmują się regulowaniem „dodatkowych płatności”.

Cena wyjazdu obejmuje więc „łapówki i wszechobecnie wymagane płatności pomocowe” w Sudanie Południowym. Do tego dochodzi cała masa dokumentów i pozwoleń. Trzeba mieć osobne zezwolenie na pobyt w Dżubie i osobne na wyjazd na prowincję, gdzie często ni stąd, ni zowąd pojawiają się samozwańcze checkpointy z opłatami za przekroczenie niewidzialnych granic.

Każdy aparat fotograficzny i sprzęt do nagrywania musi być zarejestrowany z wyraźną informacją o typie i modelu sprzętu.

Żeby dodatkowo zarobić na tej procedurze, zezwolenie to jest sprawdzane tuż przed wyjazdem z kraju. Brak dokumentu kosztuje, bagatela, 100 dolarów.

Wyzwania organizacyjne i trudne do przewidzenia koszty to m.in. problemy, jakie czekają na żądnych przygód podróżników. Kraj to jedno wielkie pole minowe. W przenośni i dosłownie.

Sudan Południowy uzyskał niepodległość od arabskiego Sudanu w 2011 r. Jednak suwerenność ani nie przyniosła ze sobą finansowych korzyści, ani nie zapewniła pokoju. W grudniu 2013 r. wybuchła wojna domowa na tle politycznym i etnicznym, która trwała pięć lat i pochłonęła życie ok. 400 tys. ofiar oraz spowodowała masowe przesiedlenia. Zawarty w 2018 r. pokój okazał się jednak nietrwały. W marcu tego roku, w wyniku aresztowania wiceprezydenta Rieka Machara – odwiecznego wroga prezydenta Salvy Kiira – znów wojna domowa wisi na włosku. Mimo że Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza Polakom podróże do Sudanu Południowego, nawet do Dżuby, Łukasz Odzimek, opierając się na swoim doświadczeniu, jest zdania, że jeżeli trzymać się z dala od regionów zapalnych, to można jeździć do Sudanu Południowego. Pytanie: po co?

***

Podróżowanie czasami przybiera osobliwą formę kolekcjonerstwa. „Odwiedzić każde państwo świata” – brzmi jak wyzwanie. Im trudniej, tym bardziej satysfakcjonujące jest dotarcie do celu. Niektórzy podróżują dla click­baitów. Inni patrzą na świat jak na mapę z punktami do odhaczenia.

Czym różni się prawdziwy podróżnik od turysty? Może podróżnik to ten, który robi to z czystej ciekawości świata? Chce go poznać w każdej z możliwych odsłon. To ten, który od dziecka marzył o tym, co dalekie. Ten, którego droga naznacza i zmienia na zawsze.

I jest jeszcze ostatnia refleksja, co do której mam pewność, że musi wybrzmieć. Czy opowieści o tych podróżach byłyby takie same, gdyby podróżnikiem była kobieta? Przeczuwam, że niektóre historie brzmiałyby inaczej, a nawet miały inne zakończenie.

Artykuł pojawił się w numerze: Sztuka uważnego podróżowania