Dwa lata temu ConsumerAffairs, podmiot zajmujący się m.in. analizą rynku oraz przeprowadzaniem ankiet, wykonał badanie, w którym wzięli udział milenialsi oraz przedstawiciele pokolenia Z, liczący łącznie tysiąc osób. Wszyscy ankietowani byli opiekunami zwierząt domowych (najczęściej psów oraz kotów). Z ich odpowiedzi wynikało, że większość (81%) badanych kocha swojego zwierzaka bardziej niż przynajmniej jednego członka najbliższej rodziny. 3 na 10 osób darzyło silniejszym uczuciem czworonoga niż swojego partnera. Połowa badanych przyznała, że odczuwa większą miłość do pupila niż do własnej matki.
Ankietowanych poproszono nie tylko o ocenę siły własnego uczucia, ale również o wskazanie, ile byliby w stanie poświęcić dla swojego zwierzęcia. Chodziło głównie o koszty ewentualnego leczenia.
Prawie połowa badanych deklarowała, że podjęłaby dodatkową pracę, gdyby cena opieki medycznej pupila przekroczyła aktualne możliwości finansowe.
1 na 4 ankietowanych sprzedałby swój samochód, aby zdobyć pieniądze na ratowanie zdrowia czworonoga, a ponad 40% poświęciłoby w tym celu telewizor lub laptopa.
Czy tak duże zaangażowanie (emocjonalne i finansowe) wynika z tego, że zwierzęta domowe są dla współczesnych dorosłych kim innym, niż były dla poprzednich pokoleń? Zdaje się, że tak. Obecnie ludzie nie tylko darzą swoje czworonogi ogromnym uczuciem, ale też nadają im inną „rangę” w rodzinie. Na przykład ze wspomnianych badań ConsumerAffairs wynika, że 58% milenialsów i 70% „zetek” wolałoby mieć zwierzę zamiast dziecka. Tu jednak trzeba zwrócić uwagę na kilka kwestii.
Po pierwsze, ankietowani byli pytani o stan obecny. Nie można wykluczyć, że część z nich przychylnie podchodzi do posiadania potomstwa, jednak nie chce się o nie starać w aktualnym momencie swojego życia. Są to często osoby, których sytuacja zawodowa, finansowa i mieszkaniowa nie została jeszcze ustabilizowana. Obecnie dorośli później też niż kiedyś wchodzą w sformalizowane związki i zakładają rodziny.
Dla części tych ankietowanych zwierzę może być więc ostatecznym wyborem, dla innych natomiast – tylko pewnym etapem.
Oba style życia mają nawet swoje nazwy. Mówi się więc o parach DINK, czyli Double Income No Kids (podwójny dochód, brak dzieci) lub o rodzinach DINKY od: Double Income No Kids Yet (podwójny dochód, na razie bez dzieci).
Po drugie, badanie robiono w USA. W krajach zachodnich występuje wiele podobnych trendów społecznych, przy czym nie zawsze są one identyczne co do szczegółów. Dane CBOS z 2023 r. wskazują, że 8% dorosłych Polaków (badano tu osoby w wieku 18–40 lat) nie chciałoby mieć żadnego dziecka (ankietowanych pytano o to, niezależnie od ich wieku, a także niezależnie od tego, czy posiadają jakieś dzieci). Jednak w młodszej grupie wiekowej (18–24 lata) odsetek ten jest znacznie większy i wynosi 21%. To wysoka wartość, ale wciąż bez porównania mniejsza od wykazanych w amerykańskim badaniu 70% (dodajmy też dla porządku, że to wynik wśród opiekunów zwierząt, który może się nieco różnić od wyników dla całej amerykańskiej populacji).
Pytane o to, dlaczego nie chcą mieć potomstwa, polskie „zetki” wskazywały najczęściej, że po prostu nie mają takiej potrzeby (28% w grupie osób deklarujących niechęć do rodzicielstwa).
Przyczyny podawane w dalszej kolejności to: trudna sytuacja w kraju (np. niekorzystne prawo aborcyjne), trudności materialne (np. za wysokie koszty utrzymania dziecka), poczucie, że to zbyt duża odpowiedzialność, oraz skomplikowana sytuacja na świecie (np. zmiany klimatyczne, niepewna przyszłość geopolityczna).
Powyższe dane dają pewne pojęcie na temat przyczyn, dla których zwierzę jawi się młodym dorosłym jako „lepszy” kandydat na członka rodziny niż dziecko. Potomek to znacznie większa odpowiedzialność, wyższe koszty, dłuższe zobowiązanie. A „korzyści” z relacji są według niektórych porównywalne. Z danych zebranych w 2023 r. przez Packaged Facts, podmiot zajmujący się badaniami rynkowymi i demograficznymi, wynika, że ludzie adoptują zwierzę głównie z trzech powodów. Po pierwsze, czworonóg jest dla nich towarzyszem w codziennym życiu. Po drugie, obdarza opiekuna uczuciami i sam jest odbiorcą uczuć. Po trzecie, zapewnia rozrywkę, można z nim wspólnie spędzać czas. Jak widać, współcześnie nie przypisuje się już zwierzętom funkcji typowo użytkowych. Kot nie ma łapać myszy, pies nie ma strzec domostwa. „Usługi” oferowane przez czworonogi są obecnie pozbawione kontekstu przedmiotowego, zamiast tego zwierzęta są upodmiotowione.
Jakie zwierzęta żyją w naszych domach?
To nowe podejście do zwierząt przekłada się na ich aktualną popularność. Jak podaje portal Statista, w ciągu ostatniej dekady liczba europejskich gospodarstw domowych posiadających przynajmniej jedno zwierzę wzrosła o ok. 26%. Raport Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia stwierdza z kolei, że w Polsce jest obecnie więcej domostw z psami niż z dziećmi. Za tymi zmianami podąża też nowa nomenklatura zjawisk i trendów. Coraz częściej mówi się o tzw. pet boomie lub o fur-baby boomie.
Z opublikowanego w 2023 r. raportu FEDIAF, Europejskiej Federacji Przemysłu Żywieniowego Zwierząt Domowych, wynika, że w Europie najpopularniejszymi zwierzętami towarzyszącymi są obecnie koty.
W krajach Unii Europejskiej utrzymuje się 77,9 mln tych zwierząt.
To o kilka milionów więcej niż w latach przedpandemicznych. Dla porównania pięć lat wcześniej, w 2017 r., wartość ta wynosiła 74,4 mln. Tuż za kotami plasują się psy. Ich liczebność w UE wynosi w tej chwili 66,9 mln. Popularność tych zwierząt również wzrosła w czasie pandemii, choć nie w tak znacznym stopniu, jak to miało miejsce w przypadku kotów. W 2017 r. w Unii żyło bowiem 66,4 mln psów.
Rodzi się pytanie: czy to pandemia zwiększyła naszą potrzebę posiadania zwierząt? Czy izolacja, niedobór towarzystwa i praca zdalna pogłębiły chęć nawiązywania relacji z przedstawicielami innych gatunków, ale takimi, jakie żyją blisko nas, są z nami w zasadzie przez całą dobę? Z jednej strony wydaje się, że tak. Trudno się nie zgodzić, że wymienione we wcześniej przytaczanych badaniach „funkcje” zwierząt (towarzysz, dawca i odbiorca uczuć, kompan do rozrywki) idealnie wpasowują się w deficyty z czasów pandemii. Zresztą statystyki mówią same za siebie. Liczba domowych pupili wzrosła znacząco w czasie pandemii, więc należy się spodziewać, że miała ona jakiś związek z tym skokiem. Z drugiej strony zdaje się, że to niepełny obraz. Koronawirusowa izolacja zadziałała raczej jak szkło powiększające dla tendencji, które rozpoczęły się już wcześniej. Z danych FEDIAF wynika, że wzrost liczebności zwierząt towarzyszących utrzymywanych w europejskich gospodarstwach domowych zaczął się na kilka lat przed pandemią. Na przykład w 2016 r. psów było 63,7 mln, rok później już 66,4 mln.
Te dane mówią nie tylko o tym, ile jest zwierząt w ludzkich domach. Pod płaszczykiem liczb skrywają się również odpowiedzi na bardziej złożone pytania, takie jak: czego człowiek od zwierząt oczekuje?
W gospodarstwach domowych znacząco wzrosła liczba tych pupili, które są uważane za najbardziej kontaktowe i nawiązują z opiekunami najsilniejszą relację.
Czyli spełniają wymienione wcześniej „funkcje”: towarzystwo, uczuciowość, rozrywka. Takich samych wzrostów nie obserwuje się natomiast w odniesieniu do zwierząt, które uważane są za mało interaktywne. Na przykład obecnie w krajach Unii Europejskiej utrzymuje się ok. 8,5 mln akwariów (z przyczyn praktycznych ryby i inne wodne zwierzęta przedstawia się w statystykach w przeliczeniu na akwaria, a nie na osobniki). Kilka lat temu, w 2017 r., wartość ta była niemal o milion większa i wynosiła 9,4 mln.
Jak się okazuje, współczesnym opiekunom zwierząt nie chodzi tylko o to, by „czymś / kimś zająć czas” ani dbać o kogoś. Celem jest raczej nawiązanie relacji, osiągnięcie pewnej wzajemności i komunikacji. Oczywiście każde zwierzę jest w stanie się komunikować, np. z przedstawicielami własnego gatunku. Trudno się jednak nie zgodzić z tym, że pies czy kot odwzajemniają afekt opiekuna w bardziej oczywisty sposób niż np. glonojad. Te różnice przekładają się na dane dotyczące popularności. Jak wspomniano, koty i psy znajdują się w czołówce. Za nimi (o ok. połowę mniej popularne) są ptaki ozdobne, takie jak papugi, kanarki i zeberki. Ich liczebność w krajach Unii Europejskiej wynosi obecnie 35,8 mln. To ok. dwa razy więcej niż populacja małych ssaków (królików, chomików, świnek morskich, czyli kawii, itp.). Tych bowiem żyje w europejskich domach ok. 17 mln. Najmniej popularne są zwierzęta utrzymywane w terrariach, takie jak np. gady. Ich łączna liczba wynosi w UE 7,3 mln.
Czy jednak europejskie dane odzwierciedlają wiarygodnie polską sytuację? Nie do końca. W naszym kraju psy są wciąż popularniejsze niż koty (w polskich domach żyje ich odpowiednio: 8 mln oraz 7,1 mln), a małe ssaki są utrzymywane częściej niż ptaki (odpowiednio: 1,2 mln oraz 1,1 mln). Najmniej powszechnie w polskich rodzinach występują zwierzęta akwariowe (380 tys. akwariów) oraz terrariowe (215 tys. terrariów).
Co ciekawe, Polacy są obecnie największymi psiarzami w Europie: gospodarstwa domowe z przynajmniej jednym psem stanowią aż 49% (np. w Hiszpanii jest to 27%, w Niemczech 21%, we Francji 20%).
Jesteśmy także jednymi z największych kociarzy: co najmniej jednego kota posiada 40% gospodarstw domowych. W tym kontekście przebija nas tylko Rumunia, w której odsetek domów z kotami wynosi 48%. Pozostałe kraje są daleko w tyle, np. Francja: 32%, Niemcy: 24%, Hiszpania: 17%
Nowy stosunek do zwierząt – nowe potrzeby
Coraz większa popularność zwierząt domowych, a także inny niż kiedyś stosunek do nich kształtują zupełnie nowy rynek. Pojawiają się na nim usługi i towary, których wcześniej nie było lub były mniej rozpowszechnione. Sam rynek karm i produktów codziennego użytku (np. miski, gryzaki) rośnie w zawrotnym tempie. Raport FEDIAF podaje, że wzrost produkcji żywności dla zwierząt wynosi 3,5% rocznie w przeliczeniu na jej objętość. Jeszcze szybciej wzrasta wartość tego rynku: o 5,1% rocznie. Obecnie na terenie Europy działa ok. 150 firm zajmujących się produkcją karm dla zwierząt, którą wytwarza się w ok. 200 europejskich fabrykach. Branża ta zatrudnia bezpośrednio ok. 118 tys. osób, zaś pośrednio (np. transport, logistyka itp.) ok. 950 tys. osób. Z raportu Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia wynika, że w Polsce wartość rynku karm dla zwierząt wynosi obecnie ok. 731 mln zł. To wciąż znacznie mniej niż np. wartość rynku żywności dla niemowląt, która przekracza miliard złotych. Branża pokarmu dla czworonogów wyraźnie rośnie w siłę, ponieważ opiekunowie coraz chętniej kupują karmy dobrej jakości, o różnych zastosowaniach i funkcjach, a także o wyższej cenie. Zmienił się zatem profil konsumentów tej gałęzi przemysłu, nie uległa natomiast zmianie sama potrzeba, która stoi u podstaw tego rynku. Zwierzęta trzeba karmić, by zaspokoić ich głód oraz by dostarczyć im składniki zapewniające zdrowie i prawidłowy rozwój.
Jednak obecnie rozwijają się również usługi, na które kiedyś nie było zapotrzebowania. Takie jak cmentarze dla zwierząt.
Główny Inspektorat Weterynaryjny (GIW) w dokumencie poświęconym cmentarzom dla zwierząt podaje: „Padłe zwierzęta domowe stanowią surowiec kategorii I, a więc szczególnego ryzyka i podlegają bezpośredniemu przetworzeniu w zakładzie utylizacyjnym kategorii I, a następnie spopielaniu w zatwierdzonej spalarni. (…) Na rynku funkcjonują zakłady usługowe zajmujące się działalnością polegającą na odbieraniu martwych zwierząt od ich właścicieli lub posiadaczy i wywózce do zakładów utylizacyjnych. Z ich usług powszechnie korzystają np. lecznice weterynaryjne. Właściwe władze mogą postanowić, w miarę potrzeb, że martwe zwierzęta domowe mogą być bezpośrednio usuwane jako odpady przez zakopanie. W chwili obecnej Polska nie posiada żadnych autonomicznych regulacji w sposób ogólny przewidujących taką możliwość. W związku z tym pochowanie zgodnie z prawem padłego zwierzęcia domowego wymagałoby zezwolenia wydanego w drodze decyzji administracyjnej przez powiatowego lekarza weterynarii, oczywiście za zgodą wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska”.
W praktyce oznacza to, że cmentarze dla zwierząt mogą funkcjonować w sposób dość autonomiczny, jeśli tylko uzyskają odpowiednie zezwolenia od lokalnych władz, w tym przede wszystkim od inspekcji ochrony środowiska oraz od powiatowej inspekcji weterynaryjnej. To właśnie te podmioty mogą zezwolić albo na spopielanie zwłok zwierząt, albo też na ich zakopywanie. Tym bardziej że jak podaje GIW: z przepisów „nie wynika, aby usuwanie martwych zwierząt domowych poprzez ich zakopanie dotyczyło tylko właścicieli zwierząt »na własny użytek«. Dlatego możliwe jest (…) prowadzenie także cmentarza dla zwierząt na użytek osób trzecich”.
Ile takich przybytków funkcjonuje obecnie w Polsce? Pod oficjalnym nadzorem Inspekcji Weterynaryjnej znajduje się 15 cmentarzy, ale w rzeczywistości tego typu usługodawców jest więcej. Charakter ich funkcjonowania jest bardzo różny, a odzwierciedlają go nazwy nadane poszczególnym podmiotom. Z jednej strony mamy tu „Tęczowy Most” w Kątach Wrocławskich, „Psi Los” w Halinowie (woj. mazowieckie) czy „Zawsze Razem” w Gdańsku. Z drugiej strony w wykazie udostępnionym przez GIW widnieją cmentarze o nazwie: „Grzebowisko zwierząt przy schronisku dla bezdomnych zwierząt przy Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej” działające w Rybniku, „Zakład Utylizacji Odpadów” w Gorzowie Wielkopolskim i „Międzygminny Kompleks Unieszkodliwiania Odpadów Pro Natura” w Bydgoszczy.
To ambiwalentne nazewnictwo odzwierciedla przełom, jaki dokonuje się obecnie w usługach świadczonych na rzecz zwierząt, ale też w potrzebach ich opiekunów. „Zakłady utylizacji” czy „kompleksy unieszkodliwiania” były / są przeznaczone dla osób, które muszą jakoś zagospodarować zwłoki pozostałe po śmierci zwierzęcia. Tutaj potrzeba jest więc czysto praktyczna. Natomiast „tęczowe mosty” odpowiadają na zupełnie inne potrzeby: uhonorowania życia dawnego przyjaciela, a także wygospodarowania przestrzeni, w której można odwiedzić jego szczątki i pogrążyć się w refleksji na temat wspólnie spędzonych chwil.
Ten rozstrzał motywów chowania zwierzęcia na cmentarzu znajduje też odzwierciedlenie w różnorodnych cenach usług pogrzebowych. W niektórych lokalizacjach pochówek wraz z pięcioletnim okresem dzierżawy miejsca na cmentarzu wynosi od 100 zł dla małych ssaków czy ptaków do 550 zł za psy ważące powyżej 50 kg. Na innych cmentarzach cena pochówku nawet bardzo niewielkich zwierząt zaczyna się od 700 zł, a kończy się na 3 tys. zł. Do tego dochodzą dodatkowe opłaty (nie wszędzie takie same i nie zawsze obowiązkowe). Roczna opłata pielęgnacyjna (czyli utrzymanie nagrobka) to ok. 100 zł. Rezerwacja sąsiadującej mogiły (np. na potrzeby kolejnych zwłok) to 100 zł za 12 miesięcy. Dochowanie kolejnego zwierzęcia do tego samego grobu to ok. 400 zł. Niektóre cmentarze zastrzegają, że w czasie wyjątkowo trudnych, mroźnych zim będą doliczać dodatkowe opłaty za pochówek. Inne z kolei oferują promocje. Na przykład psy pełniące służbę państwową (policja, Straż Graniczna) mogą liczyć na pochówek tańszy o 25%. A te, które były przewodnikami osoby niewidomej, mogą skorzystać z cmentarza za darmo.
Jak dbamy o ich zdrowie i życie?
Podobne bogactwo usług obserwuje się również w innych branżach. Na przykład w zdrowotnej. W poprzednich pokoleniach bywało tak, że lekarze weterynarii widywali swoich pacjentów tylko dwa razy w ich życiu: podczas szczepień profilaktycznych (często tylko tych obowiązkowych, np. przeciw wściekliźnie) oraz przed kastracją lub sterylizacją. Obecnie sytuacja bardzo się zmieniła. Postęp nauk medycznych umożliwia przeprowadzanie skomplikowanych operacji i zaawansowanej diagnostyki. Klinicyści, chirurdzy, okuliści czy ortopedzi dla zwierząt mają dziś bardzo wyspecjalizowaną wiedzę i są w stanie przeprowadzać zabiegi, o których kilkadziesiąt lat temu nawet się w weterynarii nie śniło. Współcześnie można u pupila zoperować kataraktę oka, podać chemioterapię, wykonać rezonans magnetyczny (MRI), przeprowadzić dializę czy wstawić tytanową protezę kończyny. Tym, co ogranicza wykonywanie tych procedur, nie są wiedza, umiejętności ani nawet zaplecze techniczne, lecz jedynie finanse.
Z obliczeń Euromonitor International, firmy zajmującej się badaniami rynkowymi i demograficznymi, wynika, że w 2023 r. Polacy wydali na swoje zwierzęta ponad 5,5 mld zł.
Jednocześnie organizacja ta szacuje, że w latach 2023–2025 wydatki na domowych pupili sięgną łącznie 18 mld zł. Znaczny odsetek tej kwoty stanowi właśnie opieka weterynaryjna. Ceny usług bardzo różnią się w skali kraju, ale badanie MRI kosztuje ok. 2 tys. zł, specjalistyczna operacja okulistyczna to koszt rzędu 3–5 tys. zł, zabieg gastroenterologiczny: ok. 2–3 tys. zł, ortopedyczny: ok. 4 tys. zł.
Tak wysokie koszty leczenia i profilaktyki generują kolejną reakcję rynku, mianowicie: poszerzanie oferty ubezpieczeń zwierząt. Według danych przytaczanych przez TU Europa w Szwecji ubezpieczonych jest 8 na 10 zwierząt domowych. W Wielkiej Brytanii odsetek ubezpieczonych pupili wynosi ok. 30%, we Włoszech 29%. W pozostałych państwach Europy, w tym w Polsce, polisy nie są jeszcze popularne. W naszym kraju ubezpieczone czworonogi stanowią mniej niż 1% całej populacji. Być może jednak wkrótce się to zmieni, ponieważ oferta firm dynamicznie się poszerza. Do niedawna w Polsce można było ubezpieczyć jedynie psa, w tej chwili są również dostępne pakiety dla kotów. Zarówno kwota, na jaką ubezpieczone jest zwierzę, jak i wysokość samej składki bardzo różnią się w zależności od rasy zwierzęcia, jego wieku, aktualnych problemów zdrowotnych, a także zakresu, jakiego ma dotyczyć usługa (np. pokrycie kosztów leczenia, odszkodowanie w przypadku zaginięcia, kradzieży lub śmierci). Suma, na jaką zwierzę może zostać ubezpieczone, waha się więc od ok. 6 tys. zł do nawet 50 tys. zł. Składka miesięczna mieści się natomiast w szerokim zakresie od ok. 20 zł do ok. 500 zł.
To materialne zabezpieczenie może pomóc opiekunowi pokryć koszty leczenia pupila, a w przypadku jego śmierci np. zapłacić za kremację czy pochówek. Ubezpieczenie nie przywróci jednak dawnego przyjaciela. Również na to pragnienie – odzyskania zmarłego czworonoga – współczesny rynek szybko zareagował.
Czy da się sklonować uczucie?
Klon to osobnik, który ma identyczną sekwencję DNA co inny organizm. Można go porównać do bliźnięcia jednojajowego mającego taki sam materiał genetyczny jak brat lub siostra. Z tą różnicą, że monozygotyczne rodzeństwo powstaje relatywnie często w sposób naturalny. Natomiast klonowanie jest procesem wymagającym zastosowania zaawansowanych procedur laboratoryjnych. Najbardziej znanym klonem ssaka była oczywiście owca Dolly, która przyszła na świat w 1996 r. (zmarła sześć lat później w następstwie zaawansowanej choroby płuc). Od tamtego czasu zarówno naukowa wiedza, jak i praktyka znacząco się rozwinęły. Współcześnie nie ma żadnych technicznych przeszkód, by klonować zwierzęta domowe. Takie usługi znajdują się już w ofercie niektórych firm. Ich koszt to w przeliczeniu na polską walutę ok. 200 tys. zł.
Obecnie na terenie Unii Europejskiej nie można komercyjnie klonować zwierząt. Wolno jednak pobierać materiał do klonowania, odpowiednio go przygotowywać do tej procedury i przechowywać.
Dlatego istnieją firmy, które odpłatnie pełnią te usługi, a następnie transportują odpowiednio zabezpieczone próbki do państw, w których sklonowanie pupila jest legalne (np. do USA, Chin, Korei Południowej). Aby taki zabieg zakończył się powodzeniem, konieczne jest udane przeprowadzenie kilku procesów. Najpierw trzeba pobrać komórki od zwierzęcia, które ma być sklonowane. Mogą pochodzić np. ze skóry. Takie próbki powinny być następnie poporcjowane i zamrożone w bardzo niskiej (ok. minus 196 stopni) temperaturze. W takiej postaci mogą być transportowane nawet na drugi koniec świata.
W docelowym laboratorium pobiera się komórkę jajową od przedstawiciela tego samego gatunku co zwierzę, które ma zostać sklonowane. Następnie w precyzyjny sposób pozbawia się ją jądra, a w jego miejsce przenosi się jądro komórkowe pozyskane z komórek klonowanego zwierzęcia. Kiedy już jądro zawierające docelowy materiał genetyczny jest zintegrowane z komórką rozrodczą, poddaje się ją działaniu bodźca (np. elektrycznego), który daje sygnał „start”. Tak pobudzona struktura zaczyna się dzielić na tej samej zasadzie co rozwijający się po klasycznym zapłodnieniu zarodek. psiecko
Aby wzrost i rozwój embriona mógł przebiec prawidłowo, trzeba go wszczepić surogatce – np. suczce lub kotce gotowej do zajścia w ciążę. Od kilku lat tworzy się różne prototypy sztucznych macic, ale żaden z nich nie jest jeszcze w stanie efektywnie podtrzymywać przy życiu zarodka, a potem płodu przez cały okres ciąży. Dlatego klonowanie bez surogatek jest obecnie niemożliwe.
Jeśli wszczepienie jądra komórkowego, powstanie zarodka, implantacja do macicy zastępczej matki, a następnie cała jej ciąża przebiegną pomyślnie, to na świat przychodzi zwierzę, które jest genetycznie identyczne ze swoim pierwowzorem. Nie oznacza to bynajmniej, że jest takie samo pod każdym względem. Warunki rozwoju prenatalnego i postnatalnego, zdobyte doświadczenia w młodym wieku, dieta, czynniki środowiskowe i inne zmienne, których nie sposób przewidzieć, sprawiają, że sklonowane zwierzę może znacząco różnić się od pierwowzoru. Na tej samej zasadzie, na jakiej bliźnięta mogą mieć inne charaktery, temperamenty, aspiracje, pragnienia, a nawet pewne cechy wyglądu. W przypadku klonów te różnice mogą być nawet silniej wyrażone, ponieważ bliźniacze rodzeństwo rozwija się zwykle w tych samych warunkach, w tej samej rodzinie, odbiera to samo wychowanie, ma podobną dietę itp. Widać więc wyraźnie, że klonowanie domowych pupili jest kontrowersyjne nie tylko ze względu na wątpliwości etyczne czy filozoficzne dotyczące samego „powielanego” osobnika. Również z uwagi na inne zwierzęta, które muszą zostać zaangażowane w to, by proces zakończył się powodzeniem. Tym bardziej że opisana powyżej procedura to wersja uproszczona. Aby zwiększyć szansę na sukces, trzeba często dokonywać implantacji wielu ciąż, u wielu samic. Każdy taki zabieg może się wiązać z dyskomfortem, stresem, bólem i / lub wymaga kilkukrotnego poddawania anestezji.
Czy są z nami szczęśliwe?
Gdzie zatem przebiega granica pomiędzy „zdrową” miłością do zwierzęcia a patologicznym uczuciem, które nadmiernie eksploatuje relację z pupilem i / lub z innymi organizmami? Kto miałby taką granicę definiować i wyznaczać? A gdybyśmy stwierdzili, że współczesne związki ze zwierzętami są przesadne, to jakie miałyby być tego konsekwencje? Powrót do natury, uwolnienie wszystkich czworonogów czy zahamowanie biznesu generowanego wokół pupili?
Istnieje niemała grupa osób, które uważają, że zwierzęta domowe wcale nie są z nami szczęśliwe, a usługi oraz przedmioty, jakimi je otaczamy, to tylko odbicie naszej własnej potrzeby konsumpcjonizmu, której czworonogi wcale nie mają.
Obsypując je dobrami materialnymi, nie zaspokajamy jednocześnie ich prawdziwych potrzeb, związanych z naturalnym behawiorem – uważają tacy uczeni jak Jessica Pierce, bioetyczka z University of Colorado, czy Hal Herzog, psycholog z Western Carolina University.
Na przykład z raportu PDSA, weterynaryjnej instytucji charytatywnej, wynika, że 46% królików utrzymywanych w domach żyje samotnie – bez innego przedstawiciela własnego gatunku. Mimo że zwierzę to, podobnie zresztą jak kawia domowa, jest wysoce społeczne i potrzebuje interakcji z innymi osobnikami ze swojego rodzaju. Jednocześnie ten sam raport wskazuje, że 21% królików często nie doświadcza żadnej interakcji (również ze swoim opiekunem) przez całą dobę.
PETA, organizacja typu non profit zajmująca się prawami zwierząt, podaje: „Rozważmy [relację zwierzę–człowiek – przyp. red.] z perspektywy samych zwierząt utrzymywanych w charakterze towarzyszy: ludzie kontrolują każdy aspekt ich życia – kiedy i co jedzą, z kim wchodzą w interakcję, czym się bawią, nawet kiedy i gdzie mogą sobie ulżyć. (…) Psy i koty nie są w stanie zaspokoić swoich naturalnych pragnień, chyba że ludzie, na których polegają, dadzą im taką możliwość”.
Podobne stanowisko przedstawia World Animal Protection, organizacja charytatywna walcząca o polepszanie warunków życia zwierząt. Instytucja wyraża następujący pogląd: „Gdy zwierzę żyje w niewoli, jego cierpienie jest nieuniknione. Niewola ogranicza naturalny behawior zwierzęcia i zagraża jego dobrostanowi psychicznemu oraz fizycznemu. Zwierzętom często brakuje odpowiedniego schronienia, pożywienia, przestrzeni do prawidłowego ruchu oraz warunków środowiskowych umożliwiających utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała”.
Odmienną argumentację stosują natomiast takie podmioty jak No Kill Advocacy Center, organizacja, której centralnym celem jest zaprzestanie wykonywania eutanazji zwierząt, np. w schroniskach.
Członkowie tej organizacji oraz jej sympatycy uważają, że całkowite zaprzestanie trzymania zwierząt domowych stanowiłoby pogwałcenie prawa wielu gatunków do istnienia.
Rzeczywiście, niektóre udomowione zwierzęta, np. psy, zasadniczo nie występują „na wolności”. A kiedy zostaną pozbawione ludzkich opiekunów i mają możliwość swobodnego życia, często są w złej kondycji. Dowodzą tego nawet tak skrajne przykłady jak przypadek zwierząt mieszkających obecnie w okolicach Czarnobyla. Po wybuchu elektrowni jądrowej wyznaczono tam tzw. Strefę Wykluczenia, na której do tej pory żyją psy pozostawione przez uciekających przed katastrofą. Zwierzęta te należą już oczywiście do kolejnych pokoleń, spłodzonych przez czworonogi pierwotnie mieszkające w tych okolicach. Jednak nadal łakną one towarzystwa człowieka, mieszkają w porzuconych domach, a nie w lasach, i żyją średnio 1–3 lata, ponieważ ich stan zdrowia (w przeciwieństwie do zwierząt dzikich, które zamieszkują te tereny) jest generalnie nie najlepszy. Obecnie psy mogą liczyć na pomoc takich organizacji jak Clean Future Fund. Wolontariusze tej i innych fundacji dokarmiają tutejsze psy, oferują im pomoc, a niektórym nawet szansę na adopcję za granicą. psiecko
Rodzi się więc pytanie: jaki los wybrałyby dla siebie same zwierzęta?
Nie sposób bowiem ocenić bezwzględnie, obiektywnie, czy są z nami szczęśliwe. Takiej estymacji można dokonać jedynie w porównaniu z czymś. Na przykład z życiem na wolności: bez posiłków, ogrzewania i ludzkiego afektu, ale za to z przestrzenią i swobodą decydowania o sobie.
Dylemat dotyczący szczęścia zwierząt domowych oraz sposobów dążenia do niego jest tym większy, że nawet podmioty, którym najbardziej zależy na dobrostanie innych gatunków, nie zawsze są ze sobą zgodne. Choćby No Kill Advocacy Center krytykuje PETA za przyzwalanie na eutanazje w schroniskach. PETA z kolei nie zgadza się ze stanowiskiem aktywistów, którzy chcą podtrzymywać życie zwierząt za wszelką cenę. Organizacja ta dąży do redukcji cierpienia zwierząt, wychodząc z założenia, że lepsza jest humanitarna i bezbolesna śmierć niż chroniczny ból czy dyskomfort nie do zniesienia – również ten związany z uwięzieniem i brakiem perspektyw na poprawę warunków życia.
Czego nas uczą?
W rozważaniach dotyczących szczęścia i dobrostanu zwierząt trzymanych w domach jest jeszcze jeden ważny wątek. Mianowicie: czy bliskie relacje z domowymi pupilami mogą nieść za sobą jakieś pozytywne konsekwencje, wykraczające poza potrzeby tego konkretnego kota lub psa? Osoby, które opiekują się swoimi pupilami, często ogólnie uważają się za miłośników przyrody. Czy zatem bliski związek z domowym czworonogiem uczula na potrzeby innych organizmów i w ogóle matki natury? Bardzo możliwe.
Z badań opublikowanych w 2023 r. na łamach „Scientific Reports” oraz w tym samym roku w „Animal Welfare” wynika, że osoby, które zajmują się domowym zwierzęciem, stają się bardziej wrażliwe na potrzeby dzikich gatunków, a także ogólnie – świata ożywionego.
Opiekunowie psów czy kotów wykazują zaangażowane postawy wobec ratowania bioróżnorodności, ekologii, ochrony dzikich habitatów itp. Co więcej, w przytoczonej pracy wykazano, że im więcej dana osoba ma kontaktu z „własnym” pupilem, tym większa staje się jej wrażliwość na przyrodę.
Kiedy wchodzimy z kimś w bliską relację, w mózgu intensyfikują się procesy odpowiedzialne za tworzenie więzi i zaangażowania. A im silniejsza staje się ta więź, tym większa jest jej neurologiczna reprezentacja. W efekcie dochodzi do wzajemnie napędzających się reakcji: osoba pragnie kontaktu ze zwierzętami, bo jej na nich zależy, a zależy jej na nich tym bardziej, im więcej ma z nimi styczności. Te procesy zachodzą tym intensywniej, im bardziej bezpośrednia jest interakcja. Dlatego oglądanie zwierząt na nagraniu angażuje emocje w mniejszym stopniu niż patrzenie na nie na żywo. To z kolei jest nieporównywalnie mniej intensywne niż kontakt bezpośredni z czworonogiem: głaskanie go, wspólna zabawa, patrzenie sobie w oczy itp. psiecko
Nasze związki ze zwierzętami – tymi domowymi i tymi dzikimi – cały czas ewoluują. Nie ulega wątpliwości, że w przyszłości będziemy musieli stawić czoła nowym wyzwaniom związanym z tą relacją. Konieczne będzie odpowiedzenie sobie na pytanie, czy powinniśmy zwierzęta „posiadać”, czy i w jakim stopniu mamy prawo o nich decydować, jaki powinien być zakres ich autonomii itd. Ale kiedy będziemy udzielali tych odpowiedzi, nie możemy zapominać o szerokiej perspektywie. Trudno jest dbać o coś, czego się nie zna. A trudno jest to poznać, gdy się z tym nie ma żadnego kontaktu. Wartość zwierząt nie powinna być mierzona miarą człowieka, lecz nie uciekniemy od tego, że człowiek wpływa na losy innych istot. Warto więc, aby podejmował jak najwięcej prób uszczęśliwiania ich. Nawet jeśli czasem próby te są nieco nieudolne.
W tym tekście dołożono wszelkich starań, by relację: człowiek–zwierzę traktować w sposób podmiotowy, a nie przedmiotowy. Z tego powodu brak w nim takich sformułowań jak „właściciel”, a zamiast tego występuje „opiekun”. Pojawiło się jednak kilka kontekstów, w których trudno było uniknąć odwoływania się do posiadania czy własności. Wskazano na przykład, że milenialsi czy „zetki” wolą „posiadać” zwierzę niż dziecko. Rodzi się pytanie: czy w ogóle da się i czy wolno kogokolwiek „mieć”? Ponieważ jednak wątpliwości te nie są tematem niniejszego tekstu, niektóre zakorzenione w języku sformułowania pozostawiono w powszechnie występującej formie. Mowa tu więc o tym, że ktoś „posiada” kota czy psa na tej samej zasadzie, na jakiej „posiada” dziecko.