W miejscu po dawnej synagodze Agnieszka Mysakowska, nauczycielka historii w II Liceum Ogólnokształcącym im. Janusza Korczaka w Wieluniu, urządza wyliczankę. „Liczcie do trzech, co trzeci z was kuca” – prosi uczniów zebranych wokół kamiennego cokołu. Odliczają na głos pewnym głosem, a po każdym „trzy” ktoś zniża się poza zasięg wzroku stojącego człowieka.
„Wyobraźcie sobie, że każda trzecia osoba z waszej grupy znika – mówi Agnieszka, kiedy ostatnia trójka kucnęła. – Ktoś daleko stąd zdecydował, że one nie mają prawa do życia. Jak czujecie się bez nich?” „
Jak to nie ma ich?” – ktoś próbuje polemiki.
„No, po prostu nie ma. Na dodatek wszyscy szybko o nich zapominają, jakby nigdy ich tutaj nie było” – dopowiada Mysakowska.
Tak właśnie zniknęli wieluńscy Żydzi: 1/3 z blisko 15 tys. mieszkańców miasta przed 1939 r. W pierwszych powojennych miesiącach z obozów wróciło najwyżej 80 osób. Tylu zapamiętała Miriam Geve, jedna z ocalonych, zaznaczając, że wszyscy oni byli „młodzieżą”. Nie było dzieci ani osób dojrzałych czy starszych. W liście, który napisała do Muzeum Ziemi Wieluńskiej na początku lat 90., zaznaczyła, że wszyscy ocaleni wyjechali z rodzinnego miasta po zamordowaniu siedmiu z nich przez partyzantów jednej z „wędrujących band”, bo te „wystawiły sobie za cel wymordować tę małą garstkę Żydów, których Niemcy nie zdążyli zgładzić”.
Gdy ostatni z nich spakował walizkę (a może raczej niepozorny tobołek) i pierwszą okazją wyjechał do większego miasta, licząc na wydostanie się z Polski, zakończyła się żydowska historia Wielunia. Trwała od co najmniej 1537 r., kiedy ziemia wieluńska należała do prywatnych dóbr królowej Bony Sforzy.
Teren po synagodze, zburzonej podczas nalotu dywanowego Luftwaffe rozpoczętego o świcie 1 września 1939 r., po którym 70% Wielunia stało się pogorzeliskiem i ruiną, włączono do parku. Na miejscu portyku ozdobionego czterema kolumnami, bimy i trójkątnego tympanonu znad wejścia zdążyły wyrosnąć potężne sosny i lipy, nim 70 lat później pojawił się pomysł upamiętnienia miejsca po żydowskich modlitwach. Pomnik odsłonił 1 września 2009 r. prezydent Bronisław Komorowski. Niewielki cokół w postaci nieforemnego prostopadłościanu nie rzucał się w oczy, ulokowany kilka kroków od ul. Sienkiewicza. W kwietniu 2016 r., kiedy w Warszawie trwały obchody 73. rocznicy wybuchu powstania w getcie, Agnieszka Mysakowska po raz pierwszy pojawiła się pod pomnikiem z klasą, w której uczyła historii.
Dziura w mieście
– Były moje dzieci, czyli moi uczniowie i uczennice, byłam ja. Poza tym nikogo. Postawiono pomnik, i to było słuszne i potrzebne, ale nic to nie zmieniło w świadomości ludzi, którzy żyli w naszym mieście kilka dekad po zagładzie ich żydowskich sąsiadów. Jak prawdziwi goje nie ograniczyliśmy się do położenia kamyków, ale przynieśliśmy bukiet żonkili, zapaliliśmy znicze. W sierpniu 2017 r., kiedy mijało 75 lat od likwidacji getta w Wieluniu, pojawiliśmy się przy pomniku ponownie. Nawet moje dzieci się dziwiły: „W Wieluniu było getto? Gdzie?”. Żydowskie dzielnice zamknięte z czasów okupacji kojarzyli z Warszawą, Krakowem, Łodzią.
Wiedziałam niewiele więcej od nich o wieluńskiej społeczności żydowskiej, gdy w 2014 r. uczestniczyłam w dwutygodniowym seminarium dla nauczycieli, zorganizowanym przez instytut Yad Vashem. Skalny monument, nazwany Doliną Gmin, na którym naniesiono nazwy miejscowości, z których podczas okupacji zniknęli Żydzi, przypominał mi labirynt. Dopiero po dłuższej chwili odnalazłam ziemię łódzką, zobaczyłam zapisaną po hebrajsku nazwę Wieluń. Z takiej informacji wynikało tyle, że jest to martwe miasto, po którego żydowskich mieszkańcach pozostał zaniedbany cmentarz. A przecież Żydzi żyli w Wieluniu setki lat! Prowadzili interesy, budowali domy, mieli swoje szkoły i gazety. Gdzie? Jakie?
„Co ja właściwie wiem o tych moich Żydach?” – zapytałam wtedy samą siebie.
Tak właśnie mówię o Żydach z Wielunia: „moi Żydzi”. A przecież miałam już 40 lat, dyplom historii ukończonej na Uniwersytecie Opolskim, od podstawówki interesowała mnie II wojna światowa. W Izraelu postanowiłam, że historia moich sąsiadów, którzy zniknęli wiele dekad temu, nie może skończyć się na informacji w Yad Vashem, że w Wieluniu Żydów już nie ma. Niedługo później w książce Noc Eliego Wiesela, pisarza, który przeżył obozy Auschwitz, Monowitz i Buchenwald, przeczytałam, że jego naród umarł dwa razy. Po raz pierwszy, gdy Żydzi nie mogli liczyć na pomoc, kiedy zamykano ich w gettach i wywożono do komór gazowych. Po raz drugi miałaby ich zabijać nasza niepamięć. Zdecydowałam, że nie będę się przyczyniać do tej powtórnej żydowskiej śmierci. Wręcz przeciwnie: zajmę się wskrzeszaniem pamięci o niej w moim mieście.
Cichy zielony zaułek
Berl Wisznia był synem wieluńskiego rzeźnika Mordechaja i jego żony Hany, miał siedmioro rodzeństwa. Holokaust przeżyli on i jego dwóch braci, z którymi ponownie spotkał się dopiero w Izraelu. Mordechaj i Hana, ich pozostałe dzieci, dalsza rodzina, żydowscy sąsiedzi i znajomi wiosną 1941 r. przeprowadzili się w pobliże Świńskiego Rynku – do getta. Niemcy utworzyli je w najbiedniejszym kwartale miasta w obrębie ulic: Kilińskiego, Krakowski Zaułek, Krakowskie Przedmieście, Targowa, i pl. Targowego. Nie było zamknięte, jedynie na wylotach ulic stały wachty.
Niemcy nie obawiali się, że prześladowanych Żydów masowo będą ukrywać polscy sąsiedzi.
Kto by chciał umierać za rzeźnika Wisznię i jego rodzinę na przykład? Technika dentystycznego Gutbolda z ul. św. Barbary albo za Lewkowicza, który handlował pierzem przy Krakowskim Przedmieściu. Za właścicielkę pralni. Subiekta ze sklepu bławatnego. Nie można zapominać o złudzeniach. Wszyscy, którzy byli skazani na śmierć, mogli w to nie wierzyć. Wypełniali kolejne niemieckie zarządzenia, licząc, że w ten sposób ocalą siebie i rodziny.
Dokładnie miesiąc po rozpoczęciu likwidacji getta w Warszawie, 22 sierpnia 1942 r., Niemcy wywieźli prawie 10 tys. Żydów z Wielunia i okolic do wsi Chełmno nad rzeką Ner. W obozie Kulmhof, który stworzyli dla „rozwiązania kwestii żydowskiej” w Kraju Warty, zabili ich spalinami z samochodów ciężarowych przemontowanych na komory gazowe. Podczas „selekcji” przeprowadzonej jeszcze w Wieluniu, w nieczynnym kościele pw. Bożego Ciała, wybrano ponad 900 osób: młodych i zdrowych, z rzemieślniczym fachem w ręku, których wywieziono do pracy w łódzkim getcie.
Opuszczony przez Żydów teren getta z powrotem zasiedlili Polacy.
Po wojnie Schwein Markt, jak miejsce nazywali Niemcy, stał się głównym placem targowym miasta. Potem zmieniono jego nazwę na pl. Jagielloński, a na miejscu wyburzonych kamieniczek wybudowano niewysokie bloki. Na placu wytyczono alejki, zasadzono krzewy. Zrobiło się zielono i przyjemnie. Po Żydach nie pozostał ślad. Kilka dekad po wojnie mieszkańcy pobliskich domów dziwią się, jak uczniowie Agnieszki Mysakowskiej: „To w Wieluniu było getto?”.
Klasa skleja okruchy
– Do Yad Vashem doprowadziło mnie przypadkowe odkrycie z 2013 r. Dowiedziałam się, że mój stryjeczny dziadek, Piotr Wolicki, który pochodził z Krzyworzeki pod Wieluniem, rodzinnej miejscowości mojej babci i mamy, w lutym 1943 r. znalazł się w Auschwitz. Numer 101549. Przeżył tam rok. W obozie to bardzo długo. Tymczasem w rodzinie nie wiedział o tym nawet jego wnuk. Ci, którzy coś jeszcze pamiętali, byli przekonani, że brat dziadka znalazł się tam schwytany w ulicznej łapance. Nic z tych rzeczy. Sprawdziłam w dokumentacji obozowej, że Gestapo aresztowało go za szmugiel mięsa ze wsi do miasta. Taka historia! Jeszcze nie śniło mi się, że zajmę się Żydami, lecz problem już się pojawił: historia najbliższych ludzi i miejsc staje się białą plamą, bo nikt jej nie przekazuje. Byli ludzie, potem zniknęli. Nie zostało po nich nawet puste miejsce, bo tymczasem wypełniły je inne zdarzenia i bieżące historie.
Starając się o wyjazd na seminarium w Yad Vashem, napisałam miniprzewodnik po kilkunastu miejscach, gdzie przed wojną żyli Żydzi. Wybrałam miejscowości dalekie od dużych miast, więc dotarłam np. do Krzepic, położonych na trasie pociągu z Wielunia do Tarnowskich Gór. Jest tam bożnica. Teraz już zadaszona, ale przez lata deszcz lał się do środka. Tuż obok jest cmentarz żydowski. To prawdziwy fenomen, bo znajduje się tam najwięcej w tej części Europy macew żeliwnych. Robiłam fotografie ocalonych synagog, cmentarzy i mykw. Lakonicznie opisywałam, co pozostało i w jakim jest stanie. Informowałam, w której synagodze działa sklep albo pływalnia. Gdzie kirkut zarasta samosiejkami, a gdzie przynajmniej od czasu do czasu kosi się trawę. Umieszczałam wskazówki dojazdowe.
Z Izraela wróciłam z pomysłem: zgłaszam moją klasę do programu Szkoła Dialogu.
Prowadzi go Forum Dialogu – organizacja pozarządowa odbudowująca relacje polsko-żydowskie przez wspieranie ludzi, którzy własnym zaangażowaniem przywracają pamięć o żydowskich mieszkańcach naszego kraju.
Sklejaliśmy okruchy wydobyte z ruin i popiołów. Moje dzieci przeglądały roczniki przedwojennych gazet, skanowały zdjęcia, przeprowadzały wywiady z wielunianami, którzy przeżyli okupację. Sama oddelegowałam się do archiwów: do IPN-u, do z˙IH-u. W Archiwum Narodowym w Sieradzu znalazłam spisy mieszkańców Wielunia sprzed 1939 r. Patrząc na zdjęcia dołączone do podań o wyjazd do Palestyny, myślałam co chwilę: „Byli tutaj”, jakbym wcześniej miała wątpliwości.
„Stoimy zupełnie bezradni…”
Natalie Shell z Australii zobaczyła po raz pierwszy w dokumentach nazwiska dziadków, Mani i Abrama Pakułów, którzy przed wojną mieszkali w Wieluniu, kiedy Agnieszka pokazała jej sporządzoną przez Niemców listę osób wywiezionych do getta w Łodzi. Razem z Rut, przyszłą mamą Natalie, przeżyli „selekcję” w kościele Bożego Ciała.
„A jednak tutaj byli!” – usłyszy jeszcze nieraz, niczym echo własnych myśli, kiedy w Wieluniu pojawią się kolejni potomkowie ocalonych. Pozna ich, gdy uruchomi profil facebookowy Szlakiem wieluńskich Żydów i zacznie opisywać swoje działania, w tym archiwalne znaleziska.
Markus Weltman – doktor medycyny. Abram Rogowicz – włókiennik. Załma Horowicz – kupiec. Abram Besser – prezes Banku Spółdzielczego. Wolf Majeranc, który mieszkał z żoną przy Fabrycznej 6 i miał sklep. Benjamin Warszawski był przewodniczącym zarządu gminy żydowskiej na początku lat 30. Nazwiska Chaima Zerlicha i Idela Jakubowicza pozostały w dokumentach jako członków rady gminy żydowskiej. Fajwel Majerowicz i Icek Szpigiel pozostawili po sobie prośbę o wydanie zezwolenia na otwarcie miejsca modlitwy przy Augustiańskiej 5. W spisach mieszkańców Wielunia pojawiają się nazwiska Aronowiczów, Justmanów, Dawidowiczów, Kohnów, Srebrników, Wajsfelnerów…
Wszyscy oddychali tym samym powietrzem, które wypełnia płuca dzisiejszych nastolatków. Ich dzieci chodziły do szkół, po których miejsca zajęły inne instytucje, jednak miejsca i ulice kiedyś wypełniane echem także ich kroków wciąż istnieją. Zwyczajne życie bardzo zwyczajnych ludzi.
„Nie obcych. Swoich. Ludzi takich jak moi uczniowie, ich rodzice, dyrektorka mojego liceum, ja sama” – dopowiada Agnieszka, siadając na ławce twarzą do Wiecznej miłości.
Opowiadając o rzeźbie Wojciecha Siudmaka, która pojawiła się w podratuszowym parku w 2013 r., otwiera segregator, gdzie gromadzi kopie dokumentów, odnalezionych w archiwach, i notatki. Choćby coś takiego: „Wobec braku środków stoimy zupełnie bezradni wobec wzrastającej z dnia na dzień nędzy” – pisali w styczniu 1940 r. Żydzi z wieluńskiej gminy do warszawskiego przedstawicielstwa JOINT-u, amerykańsko-żydowskiej organizacji pomocowej. Alarmowali, że „w przeciągu ostatnich dwóch tygodni zmarło 37 osób z powodu zimna i głodu”.
Spomiędzy kartek przebijają się oczy chłopca, który patrzy śmiało w obiektyw aparatu. Ma 16–17 lat. Płaszcz do kolan, ręce w kieszeniach, kaszkiet na głowie.
„Idzie ulicą Targową, czyli zmierza do getta” – objaśnia Agnieszka, wskazując na ulokowaną w głębi fotografii kamienicę państwa Głąbskich. „Stoi do dzisiaj, dwie minuty drogi stąd”.
Lipcowe słońce praży bez miłosierdzia, kiedy Agnieszka wyciąga relację świadka, który w 1970 r. zeznał przed Główną Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, co działo się w kościele podczas tzw. selekcji i przygotowań do transportu. Do tego opowieść o matce, która dusi kilkumiesięczne dziecko, wyczekiwane wiele lat, by jego płacz nie zdradził kryjówki. Kolejne kartki to kopie akt dotyczących szefa policji żydowskiej Mordki Brudera i innych kolaborantów.
Pomiędzy cytatami z akt pada zdanie: „mienie żydowskie i pożydowskie zostało rozgrabione pomiędzy urzędników niemieckich, władz miejskich, żandarmerii…”.
Z oddali widać ruiny kościoła farnego pw. św. Michała Archanioła uszkodzonego podczas bombardowania, który Niemcy kazali rozebrać do fundamentów, wcześniej skrupulatnie zabezpieczywszy jego wyposażenie. Nawet zegar przenieśli z wieży kościelnej na ratuszową.
„Od tamtej pory miasto ma zegar na ratuszu, bo jego nowszy model odmierza tam czas do dziś” – opowiada nauczycielka, wyciągając przedwojenne zdjęcie cmentarza żydowskiego pod miastem. Niemcy zajęli się nim równie gospodarnie jak wyposażeniem rozebranego kościoła, wykładając macewami nowo wybudowaną pływalnię. Inne poszły na drogi dojazdowe do domów, na przydrożne chodniki, na schody. Agnieszka planuje jego uporządkowanie, już nawet pisała w sprawie wycięcia dzikich krzaków do rabina w Łodzi. Zaproponuje to swoim uczniom, napisze też do innej szkoły. Może ktoś będzie chciał się spotkać przy szpadlu na żydowskim cmentarzu?
Opowieść o kościele i zegarze, która doprowadziła Agnieszkę do żydowskiego cmentarza, miała jednak inny cel. Było nim kilkadziesiąt kamiennych tablic umieszczonych na porośniętym trawą placu przed nieistniejącym kościołem. Wymyślił je Tadeusz Olejnik, historyk i regionalista, i umieścił na każdej imię i nazwisko mieszkanki albo mieszkańca Wielunia, którzy zginęli podczas II wojny światowej. Są żołnierze gen. Andersa i ci, którzy przyszli do Polski z gen. Berlingiem. Wywiezieni na Wschód albo na przymusowe roboty do Reichu. Jest więc Andrzej Błeszyński, żołnierz AK, spokrewniony z rodziną Burchacińskich, która przez kilka dekad prowadziła w Wieluniu skład apteczny. Jest niewiele od niego starsza Elżbieta Wendt, córka wieluńskiego pastora, którą powstanie warszawskie pochłonęło tak dokumentnie, że do dziś nie ustalono, gdzie jest pochowana. Jest wreszcie tablica poświęcona pamięci Hany i Mordechaja Wiszniów, pozbawionych grobu jak córka pastora, bo uduszonych spalinami samochodowymi w Chełmnie nad Nerem.
Trudny moment choroby
– Opowiadałam moim dzieciom o moich Żydach w taki sposób: oni nie byli obcy. Byli sąsiadami waszych pradziadków i dziadków. Może wspólnikami w interesach. Kolegami ze szkoły. Może wasze babcie pożyczały od żydowskich sąsiadek sól albo cukier. Może chodziły za Bramę Kaliską, żeby w kamienicy z pruskiego muru kupić jagodzianki od pani Sary. Żydzi to nie tylko członkowie zarządów gmin żydowskich, kupcy, właściciele kamienic. To też gospodynie domowe, nauczycielki, lekarze. A wreszcie biedota, która np. zbierając szmaty i inne odpadki, z trudem wiązała koniec z końcem.
Ani mnie, ani wam nikt tego nigdy nie opowiedział, a po większości tych ludzi nie pozostał ślad. Nie mają nawet swojego grobu. Tymczasem to jest moja i wasza historia, bo zdarzyła się tutaj, w naszym mieście…
Praca mojej klasy, która upamiętniała lokalną społeczność żydowską, zajęła w 2016 r. pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie Forum Dialogu, dzięki czemu Liceum Korczaka otrzymało tytuł Szkoły Dialogu. Wieszając dyplom, podpisany przez szefa Forum Henryka Wujca, na ścianie korytarza prowadzącego do pracowni historycznej, wiedziałam, że na tym się nie skończy. Bo skoro udało mi się przekonać do pomysłu jedną klasę, może kolejne roczniki też będą chciały poznawać żydowską historię? I faktycznie znaleźli się chętni. Do przygotowania spektakli podczas Dni Kultury Żydowskiej – pierwszych w historii naszego miasta! – też. Nagrywaliśmy kolejne relacje, czytaliśmy teksty na temat żydowskiego Wielunia rozsiane po czasopismach naukowych, więc pojawił się pomysł oprowadzania po mieście, bo było już o czym opowiadać. Piotr Piwowarczyk, producent filmu W imię ich matek. Historia Ireny Sendlerowej, którego w 2018 r. zaprosiłam z pokazem do liceum, pomógł mi nawiązać współpracę ze szkołą żydowską w Meksyku, gdzie od lat mieszka.
Czasami pojawiały się pytania: „Nie za dużo o tych Żydach?”.
Byłam pewna, że robię to, co należy, ale czasami się bałam. Czego? Niczego wielkiego. Na przykład złych słów albo pisma z kuratorium z poleceniem, żebym zajęła się czym innym (chociaż historia polskich Żydów jest w podstawie programowej!). Albo tego, że coś będę chciała zrobić, a zostanę z pomysłem sama, bo nikogo to nie zainteresuje. Dzisiaj już wiem, że nigdy nie byłam sama. Pomysły ludziom się podobały. W realizację niektórych z nich zaangażowali się i burmistrz, i jego zastępczyni, ale parę lat temu… Nasze działania wsparł m.in. Adam Bodnar, wówczas rzecznik praw obywatelskich, który jeżdżąc po kraju, odwiedzał Szkoły Dialogu.
„Być może jesteśmy w trudnym momencie choroby, z której za chwilę wyjdziemy – usłyszeli moi uczniowie, dyrekcja i nauczyciele z mojego liceum podczas spotkania z rzecznikiem. – I wrócimy na szlak odbudowywania relacji i pamięci dla kolejnych pokoleń”.
On jeszcze mówił, a ja usiłowałam sobie przypomnieć, ilu ministrów edukacji musiałam przeżyć przez ćwierć wieku pracy w szkole i podstaw programowych napisanych przez ich urzędników. Wtedy akurat jednym z ważniejszych tematów była niezłomność tzw. żołnierzy wyklętych. Z kuratorium nie musiały przychodzić żadne instrukcje, każdy wiedział, co jest oczekiwane. Pomyślałam wtedy, że prędzej stracę pracę, niż zacznę dzieciom kłamać, że historia jest biała i czarna, albo zacznę przemilczać trudne sprawy, np. polskiej niepamięci o żydowskich sąsiadach.
Sprawa wszystkich nas
Potem wróciła do swojej roboty. Warsztaty języka hebrajskiego? Czemu nie, skoro są zainteresowani. Czy kilkulatkom można opowiadać o tolerancji i pokoju? Jak najbardziej, wystarczy przełożyć abstrakcyjne pojęcia na uczucia i zachowania, które znają. Tłumacza, który by przyswoił polszczyźnie relacje ocalonych zebrane w Wielun Memorial Book z 1971 r., wciąż poszukuje. To jedno z jej marzeń – wydać to dzieło po polsku! Do powstania muralu upamiętniającego wieluńskich Żydów udało jej się jednak doprowadzić. Na ścianie jednej z kamienic przy ul. Ewangelickiej, w pobliżu której przed wojną miał istnieć cheder, w czerwcu 2019 r. pojawił się obraz nieistniejącej synagogi, otoczonej ludźmi i oświetlonej słońcem. Mural odsłonięto w obecności rabina Moshego Yehudaia, który przyjechał z żoną z Izraela specjalnie na to wydarzenie.
Agnieszka po raz pierwszy poczuła, że nie działa w próżni, kiedy dwa miesiące później na rocznicowe obchody likwidacji getta do Wielunia przyjechali potomkowie ocalonych.
Pojawiła się m.in. Dorit Levy, wnuczka Berla Wiszni, prawnuczka wieluńskiego rzeźnika i jego żony Hany. Poza uczniami Agnieszki byli młodzi ludzie z innych szkół. Przyszły osoby, których relacje nagrywali, ich dzieci albo wnuki. Przedstawicieli wysłały starostwo i burmistrz. Zebrał się tłum. Może nie setek ludzi, lecz to nie była garstka uczniów i uczennic Agnieszki z dwoma skromnymi bukietami.
„Zobaczyłam, że żydowskie tematy to już nie jest wyłącznie moja sprawa, ale także innych ludzi – wyjaśnia nauczycielka. – Nie wyłącznie mojego liceum, również innych szkół. Poza szkołami także innych instytucji. Gdybym skupiła się tylko na sobie, to wszystko nie miałoby sensu”.
W sierpniu 2022 r. spotkali się ponownie, tym razem na terenie dawnego getta. W zielonym zaułku, jakim tymczasem stał się dawny Świński Rynek, niemy świadek strachu, brudu i przemocy sprzed ośmiu dekad, pojawił się pomnik poświęcony zamordowanym wówczas Żydom. Pół roku później Agnieszka Mysakowska odebrała Nagrodę im. ks. Stanisława Musiała, przyznawaną przez UJ oraz Klub Chrześcijan i Żydów „Przymierze”. Dowody uznania z reguły niczego nie zmieniają, ale czasami dodają odwagi. Zwłaszcza kiedy się słyszy: „Jak długo można opowiadać te okropne historie?”, „Nie będę modlił się za Żydów, dopóki w Izraelu mówią, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”… Człowiek mimo wszystko czuje wtedy swoją siłę i nie zastanawia się, czy warto.