Tym razem miało być inaczej. Obiecałam sobie, że nie dojdę do miejsca, w którym będę marzyć wyłącznie o tym, żeby położyć głowę na klawiaturze i zasnąć. Jest któryś z kolei tydzień, na wyłożonym kostką dziedzińcu śmieciarka opróżnia kontenery z gruzem, sąsiad z ósmego podłączył właśnie gitarę do pieca, przez kanał wentylacyjny wciska się zapach cudzego obiadu. Słońce odbija się od białej ściany budynku naprzeciwko. Jedyne, o czym myślę, to by położyć głowę na klawiaturze i zasnąć, bo gdy nie idzie mi pisanie, nie idzie mi niemal nic.
To pewnie przez wiek, porę dnia albo roku, ilość wytłuczonych na klawiaturze liter – myślę zazwyczaj, gdy mi nie idzie. Nie takie ciśnienie atmosferyczne, nie ta faza cyklu, za mało snu albo zbyt poszarpany. Przez wiele lat wydaje mi się, że moje zmęczenie jest wyłącznie moje i tylko ja jestem w stanie coś z nim zrobić. Wszystkim innym przecież idzie; wystarczy, że otworzą komputer. Samo płynie.
Ostatnio internet mówi, że moje zmęczenie jest obecnie, owszem, częścią kolektywnego doświadczenia, ale wciąż jest moje. W mych rękach spoczywa odpowiedzialność za to, żeby coś z nim zrobić. Powinnam patrzeć w dal, koniecznie liściastą, a nie fiksować wzrok na ścianie po drugiej stronie biurka. Powinnam spacerować; 10 tys. kroków dziennie sprzyja zdaniom wielokrotnie złożonym, pozwala też cyzelować puenty. Powinnam tłumić szkodliwe bodźce i starannie dobierać te, które odżywiają umysł: świetnie sprawdza się szmer płynącej wody, łoskot ciężarówki wywożącej gruz z osiedlowego śmietnika – już niekoniecznie. Mogę też zainwestować w rolety, które odetną mnie od wybrakowanej nocy, kolejnego czynnika wpływającego na poziom energii, oraz oczyszczacz powietrza, żeby doprowadzić je do odpowiedniego stanu (PM 2,5 oraz lotne związki organiczne też potęgują poczucie zmęczenia). Wreszcie – spotykać się z ludźmi w wymiarze 3D, a nie przez Zooma, dotykać, ale tak żeby się przypadkiem nie dotknąć, bo tłok w prywatnej strefie podbija przecież kortyzol, ponadto jest pandemia. No i dbać o dopaminową równowagę; bo przecież robię to też sobie sama, szprycując się nią co i rusz. Gdy grzęznę w kolejnym akapicie tego tekstu, jakoś tak samo znosi mnie w stronę czynności, które przynoszą szybką radość. Składam wyschnięte pranie, kroję włoszczyznę na zupę, czytam synom Sekrety hotelu Winterhouse, patrzę, jak Mads Mikkelsen elastycznie ugina kolana, jeszcze Messenger, Gmail, cała lista spraw, które przestają być niewygodne, gdy można je wykonać zamiast. Seria małych spełnień przynoszących natychmiastowy efekt. No i zdarza się, że na resztę nie starcza już siły. Nie dzisiaj.
Na pohybel wyczerpaniu
„Znużenie, wypalenie, słabość, inercja, zapaść…” – wśród wszystkich słów spokrewnionych ze „zmęczeniem” tym, które przemawia do mnie najbardziej, jest chyba „wyczerpanie”. Lubię je, bo jest dosłowne i dobrze ilustruje obowiązujące w kręgu kultury europejskiej podejście do ludzkiej energii. Mówi o ostateczności, o tym, co następuje, gdy przekroczy się stan alarmowy, zużyje wszystkie zapasy i nie da się już nic na szybko zorganizować. Wyschło się, opustoszało. Trzeba się położyć i przeczekać; może z czasem coś się zbierze na dnie, a może nie.
Anna K. Schaffner, wykładowczyni na Uniwersytecie Kent i autorka książki Exhaustion. A History, przyglądając się etymologii angielskiego odpowiednika „wyczerpania”, łączy je z łacińskim exhaurire. Ex jest przedrostkiem oznaczającym coś, co pozostaje na zewnątrz, haurire oznacza „wyciągać”. Zwraca też uwagę na to, że w wielu europejskich językach słowa, za pomocą których próbujemy się zbliżyć do istoty wyczerpania, bazują na wodnych i powietrznych skojarzeniach; tak jakby energia była fizycznym, skończonym zasobem – płynnym lub lotnym. Można ją wylewać, wysypywać, zaciągać niczym tlen ze zbiornika. Ale nie w nieskończoność, w końcu nadchodzi kres. Zachodnia optyka, choć kładzie nacisk na to, że zasób energii, z którym przychodzi się na świat, może podlegać chwilowemu lub ostatecznemu wyczerpaniu, ma jednak kłopot z uznaniem tej sytuacji. Podciąga opadającą skórę i próbuje do ostatniego momentu biec na sztywnych stawach.
###banner###
W języku polskim „zmęczenie” i „wyczerpanie” nie maskują się, nie stawiają wyzwań. To słowa ugory, wyschnięte studnie, dowody cielesnej i emocjonalnej rozrzutności. Zmęczeniu blisko do męki, wyczerpanie jest przestrogą przed nierozważnym korzystaniem z samej siebie. Nieprawidłowo żyłaś, niewłaściwie sobą gospodarzyłaś, oddawałaś się życiu nie tak, jak powinnaś. Miałaś, ale się wykończyłaś. Dokuczliwy, bo obarczony winą, wątek indywidualnej odpowiedzialności jest, jak pokazuje Schaffner w swojej książce, od zawsze wpleciony w historię dyskusji o tym, czym właściwie jest stan obniżonej energii. Nawet gdy uwagę kieruje się w stronę czynników zewnętrznych, to w rękach jednostki leży wykorzystanie tej wiedzy. Na pohybel wyczerpaniu.
Epidemia przewlekłego zmęczenia
Zmęczenie fizjologicznie sygnalizuje stan, w którym wyczerpane wysiłkiem ciało przestaje nadążać z realizowaniem żądań, mięśnie, żeby uchronić się przed uszkodzeniem, zaczynają wolniej reagować na bodźce. Mówi się też o wyczerpaniu umysłowym sensorycznym, emocjonalnym; to stan, gdy po całym dniu interakcji marzy się jedynie o tym, żeby zamknąć się w toalecie i do nikogo nie odzywać, długi płacz, po którym zostaje pustka w głowie, i piasek w oczodołach, trudności z koncentracją, anhedonia, czyli zamrożenie emocji, depresja.
Współczesna medycyna ustaliła, że zmęczenie jest stanem naturalnym, niebudzącym niepokoju, dopóki nie trwa dłużej niż miesiąc. Gdy nie ustępuje przez pół roku, mówi się o patologicznej nietolerancji wysiłku. Fala takiego wyczerpania przytrafia się światu co jakiś czas; jeden z epizodów zdarzył się zimą 1948/1949 r. w Akureyri, mieście na północy Islandii. Zaczęło się od miejscowej szkoły, choroba rozprzestrzeniła się też w okolicy. Kolektywnie przeżywany ból karku, sztywność mięśni i niedowład kończyn położono początkowo na karb zbiorowej histerii, potem łączono z chorobą Heinego-Medina, na koniec uznano za jednostkę chorobową o nieznanej etiologii. Epidemia trwała przez kwartał, zmęczeniem zakaziło się (chyba można użyć tego czasownika) ponad 6% populacji miasta, nieliczni wyszli z niej bez strat. Większość uskarżała się na dojmujący brak sił jeszcze kilka lat później.
I choć zachodnia medycyna od dawna przygląda się zmęczeniu, długo nie definiowano go jako oddzielnej jednostki chorobowej. Skapitulowano w 1994 r.; od tego momentu zespół przewlekłego zmęczenia (w skrócie ME/CFS od myalgic encephalomyelitis / chronic fatigue syndrome) figuruje w katalogu sytuacji przewidzianych przez ICD-10, które mogą się nam przytrafić, w dziale: „inne zaburzenia układu nerwowego”. Diagnoza ME/CFS często oznacza, że nie jest się w stanie pracować, nosić ciężarów, samodzielnie wetrzeć szamponu we włosy. Światło przynosi ból, gwar rozmów między domownikami odbiera się jako kakofonię, bywa, że nie można się podnieść w ogóle z łóżka, bo wyprostowanie skutkuje drastycznym spadkiem ciśnienia krwi. Autonomiczny układ nerwowy, zwłaszcza jego współczulna część, jest na wiecznym rollercoasterze. Whitney Dafoe, który opisuje na Facebooku swoje życie z ME/CFS, nazywa ją „metaboliczną pułapką”. Schaffner, która poświęca jej cały rozdział, pisze o frustracji pacjentów związanej z brakiem jednoznacznej wiedzy na temat tego, co powoduje zespół przewlekłego zmęczenia. Na ME/CFS nie ma lekarstwa, nie ma też zgody co do tego, czy jest to choroba o podłożu organicznym czy psychicznym; co jakiś czas pojawiają się badacze, którzy kwestionują jej istnienie albo protekcjonalnie twierdzą, że to współczesna wersja histerii. Schorzenie oficjalnie dotyka ok. 17 mln ludzi na całym świecie. Tylu jest zdiagnozowanych.
Krótka historia znużenia
Choć może się wydawać, że nigdy nie byliśmy tak zmęczeni jak obecnie, „wyczerpanie” nie jest nowym terminem – pojawia się regularnie, pod różnymi nazwami, odkąd ludzkość obserwuje własną kondycję. Zmieniają się jedynie winni; czarną żółć zastępuje noradrenalina, brak ufności w boski porządek – retrogradacja Marsa. Odpowiedzialnością obarcza się zaburzoną chemię mózgu. Automiłość albo fascynację śmiercią. Rewolucję przemysłową, fordowską taśmę produkcyjną, neoliberalną doktrynę „yes, we can”. Mówi się o nim jako konsekwencji zanieczyszczenia środowiska – pyłem zawieszonym, światłem, falami elektromagnetycznymi. Uważa za społeczną kontrę dla tempa życia, praktykę oporu wobec digitalizacji komunikacji lub konsekwencję działań patogenów: wirusa Epsteina-Barr albo, jak ostatnio, SARS-COV-2.
Na XVI-wiecznym rysunku Pietera Bruegla starszego depresyjna apatia, ukrywająca się pod nazwą acedii, perwersyjnie prześladuje wszystkich tych, którzy pozwalają sobie na zbyt długi odpoczynek. Acedia jest pojęciem, które trudno zrozumieć bez odwołania się do średniowiecznych wartości, to nie jest po prostu ordynarne, świeckie próżniactwo. Przedstawiana jako znużenie serca, brak życiowego wigoru, duchowy tumiwisizm – jest wszystkim tym naraz. Schaffner pisze, że acedia początkowo jest udziałem mnichów niezdolnych do utrzymania dyscypliny, potem jednak rozpełza się poza mury klasztorów. Staje się zagrożeniem dla społecznego porządku. Wyczerpanie jest niepożądane, trzeba je dyscyplinować.
Wiek XVIII oraz kolejny to czas, gdy w centrum zainteresowania pojawia się ludzki układ nerwowy. I to w jego fizjologicznej kondycji upatruje się źródła fizycznego wigoru. W 1733 r. wychodzi The English Malady (Angielska choroba) George’a Cheyne’a, jedna z pierwszych rozpraw poświęconych sposobom leczenia przypadłości o właśnie nerwowej proweniencji. Szkocki lekarz, znany ze swojego zamiłowania do wegetarianizmu, wśród winnych zmęczeniu wskazuje nadmiar bodźców związanych z miejskim życiem, ale też wygodę, zamiłowanie do luksusu oraz brak umiaru. Blisko półtora wieku później nowojorski neurolog George M. Beard podobnie definiuje jednostkę chorobową, która na kilka dekad zostanie ulubioną przypadłością uprzywilejowanych obywateli Europy oraz Stanów Zjednoczonych. Za jej plagę obwinia się tempo miejskiego życia, szybkie, stymulujące, które jest obciążeniem dla delikatnego układu nerwowego. Ale też emancypację kobiet, telegraf oraz prasę.
Jestem teraz neurastenikiem – pisze Oskar Wilde w cytowanym przez Schaffner liście. – Mój lekarz twierdzi, że mam wszystkie objawy”. Jest rok 1900, neurastenia przeżywa szczyt popularności, diagnozę dostają m.in. Marcel Proust oraz Karol Darwin. Etykieta neurastenika jest wygodna, bo winą za wyczerpanie obarcza po trochu ludzką fizjologię, współodpowiedzialność za obniżony nastrój, stany lękowe, drażliwość, zaburzenia erekcji oraz katar sienny przerzucając też na biegnącą kurcgalopkiem rzeczywistość. Z głową wszystko w porządku, to tylko przeciążone transferem danych nerwy, nie ma więc się czego wstydzić. Wszystko to sprawia, że neurastenia staje się diagnozą z wdzięcznością przyjmowaną również przez mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy do pracy używają mózgu, a nie mięśni. Zresztą nawet najbardziej znany lekarz neurasteników Beard twierdzi, że to przypadłość, która jest udziałem wyrafinowanych i wyedukowanych umysłów.
Rzeczywiście diagnozę neurastenii otrzymują również kobiety. O ile jednak zalecenia dla neurasteników obejmują wyregulowanie rytmu dobowego, większą uważność na zachowanie równowagi między pracą a odpoczynkiem, neurasteniczkom reglamentuje się aktywność intelektualną do dwóch godzin dziennie i stanowczo zabrania sięgania po pióro czy ołówek. Izolowane, odcinane od bodźców, pojone litrami mleka, karmione baraniną pacjentki zamieniają się w szezlongowe niewolnice. Z neurastenią do twarzy jest tym, którzy mogą sobie na nią pozwolić.
Robotnic i robotników problem w zasadzie nie dotyczy. Im raczej przytrafia się ordynarne zmęczenie, które skutkuje obniżeniem wydajności oraz wypadkami przy pracy, a więc niechcianymi przez fabrykantów kosztami. Dla kapitalizmu to kłopot, zatem robotnicze wyczerpanie bada tak, jak studiuje zmęczenie materiałów, sprawdzając – w warunkach laboratoryjnych – ile wysiłku w jakim czasie są w stanie przyjąć ludzkie mięśnie. I wystarczy. Pracującym fizycznie nie przyznaje się prawa do sensorycznego przeciążenia.
Wyostrzenie podziałów związanych z percepcją zmysłowych bodźców pokazuje też historyk Alain Corbin w książce We władzy wstrętu o historii sanitarnej konkwisty we Francji: „Robotnicy najczęściej aklimatyzują się w warsztacie; bardzo niewielu się skarży, bardzo niewielu zdaje się zauważać szkodliwość miejsca, w którym są zmuszeni żyć” – cytuje higienistów. Ci w XIX w. ustalają: lud, owszem, śmierdzi, acz sam tego nie czuje. Ponieważ cierpi na anosmię (utratę węchu), nie przeszkadza mu pył, dym oraz smród pudrety, salmiaku czy łoju (a także, ekstrapolując to na inne bodźce: hałas panujący w halach fabrycznych czy nieprzyjazne oświetlenie). Gdy w 1810 r. Paryż zaczyna regulować kwestie związane z pojawianiem się nowych, uciążliwych odorowo manufaktur, urzędników nie zajmuje to, że smród w fabrycznych wnętrzach może być torturą dla zatrudnionych w nich osób. Chodzi o to, że obniża wartość znajdujących się w ich sąsiedztwie nieruchomości.
„Tylko przegrani wpadają w depresję – pisze w 2010 r. reporter »Süddeutsche Zeitung« Sebastian Beck w tekście o nowej epidemii dziesiątkującej niemiecki rynek pracy. – Wypalenie jest diagnozą dla zwycięzców, a dokładniej: dla byłych zwycięzców”. Mimo że zaczyna się kolejne stulecie, podziały trzymają się mocno. Neoliberalizm wyniósł zmęczenie do rangi indywidualnego przewinienia, grzechu przeciw produktywności, z którym należy walczyć wszystkimi możliwymi metodami, dorzucając w pakiecie złudzenie wyboru. Za mało się ruszasz, za dużo martwisz, niedostatecznie zdrowo odżywiasz, nie dbasz o równowagę między poszczególnymi dziedzinami życia. Kryzys? Masz wybór – między depresją a wypaleniem zawodowym. Ten drugi termin, który jest moim rówieśnikiem, nie stygmatyzuje tak jak depresja; dowodzi przecież, że bardzo się starałaś, biegłaś w wyścigu, nawet na jego czele, tyle że po drodze zdarzyły się przeszkody.
Schaffner dodaje, że na wypalenie można patrzeć jak na depresję, tyle że całej społecznej struktury. Nazywa je „systemową dysfunkcją, która jest bezpośrednio związana ze środowiskiem pracy”. Być może gdyby badaczka kończyła swoją książkę teraz, zajęłaby się również konsekwencjami pandemii. Jedną z nich może być przyspieszona emancypacja wyczerpania; chyba nigdy wcześniej zmęczenie i wszystkie jego synonimy nie rezonowały z taką mocą w debacie publicznej. Ale choć Covid-19 uwypukla społeczny wymiar braku sił, to znów pokazuje wyboje związane z dystrybucją prawa do niego. To, że wszyscy doświadczamy teraz wyczerpania, wcale nie oznacza, że jesteśmy w nim sobie równi.
Więźniowie-strażnicy
Poczułam to intensywnie – następnego dnia po tym jak SMS z systemu e-Zdrowie powiadomił mnie o pozytywnym wyniku testu. Próbowałam ukroić kromkę chleba, ale serce zaczęło mi biec i musiałam się położyć. Przez kilka kolejnych dni targowałam się ze sobą przed każdym podniesieniem się z łóżka: a może jeszcze poleżę? – Niech pani nie wstaje, szybsze bicie serca to krótsze życie – strofowała mnie przez telefon lekarka, równie zmęczona, choć z innego powodu.
Po wpisaniu w wyszukiwarkę Google frazy „tiredness as symptom” Covid-19 wyskakuje jako pierwsza podpowiedź (kolejne to ciąża, rak, menstruacja, depresja, cukrzyca oraz menopauza). Światowa Organizacja Zdrowia zalicza zmęczenie do pierwszej trójki objawów zakażenia (po gorączce i kaszlu), przestrzega też przed pocovidowym wyczerpaniem, porównując jego objawy z ME/CFS. Doświadczenie ekstremalnego wyczerpania jest udziałem milionów ludzi na całym świecie, których organizmy są kolonizowane przez wirus SARS-COV-2. Ciało nagle ma kilkadziesiąt lat więcej, huśta sercem, ściska przeponą, ani kroku dalej, zatrzymaj się, połóż, krzyczy.
Dwa dni po tym jak zakończyła się izolacja mojej rodziny, „The Nation” opublikowało esej Byunga-Chula Hana, który zajął się wyczerpaniem towarzyszącym Covid-19. Nie po raz pierwszy zresztą. Niemiecki filozof, urodzony w Korei Południowej, wykładowca filozofii i kulturoznawstwa na berlińskim Universität der Künste, jest autorem Społeczeństwa zmęczenia – eseju z 2010 r., który za powszechne wyczerpanie, chorobę XXI w., obwinia obowiązujący w neoliberalnym społeczeństwie dyktat nieustannego rozwoju. Chcąc za nim nadążyć, nie wystarczy już być, trzeba nieustannie się stawać. Najlepiej na kilku płaszczyznach naraz: w pracy, w rodzicielstwie, w relacjach. Jedną z ofiar niekończącej się wspinaczki po kolejne osiągnięcia jest nasza koncentracja i uwaga – nieustannie podbijana przez strumień wyzwań i bodźców, odbijająca się w ekranach, za pomocą których łączymy się ze światem, przypomina kałużę, która wycieka aż za horyzont. Rozlewa się więc, owszem, szeroko, ale można w niej zanurzyć co najwyżej paznokieć. Wyścig, do którego sami się wystawiamy, nie kończy się nawet w czasie wolnym. Zawłaszcza nawet sen, jeden z ostatnich bastionów poza naszą (i systemową) kontrolą. Regulowany stilnoxem, podświetlony na niebiesko, optymalizowany za pośrednictwem aplikacji, też dostaje zadyszki. Efektem jest, jak zauważa Han: Erschöpfung, Ermüdung i Erstickung. Wyczerpanie, zmęczenie oraz duszności. Witajcie w obozie, w którym więźniowie są jednocześnie strażnikami, a teraz podziękujcie sobie sami za to, że tu trafiliście.
W wywiadzie dla „Die Zeit” Han przyznaje, że źle sypia, ale gdy nie może zasnąć, leży (albo, ale tu włącza mi się wyobraźnia, po prostu czymś się zajmuje, wzorem naszych średniowiecznych przodków, którzy – jak dowodzi historyk Roger Ekirch – korzystali z nocy w odcinkach, robiąc sobie w najczarniejszym jej momencie przerwę na aktywność). Nie korzysta z mediów społecznościowych. Kilka lat temu reżyserka Isabella Gresser nakręciła o Hanie dokument. Myśliciel, ubrany w skórzaną kurtkę, przechadza się w filmie po pustej przestrzeni lotniska Tempelhof, używa edytora tekstu, który wygląda jak anachroniczny TAG zainstalowany na systemie operacyjnym DOS, odwiedza cmentarze i lumpeksy, patrzy na szarą masę rzeki Han w Seulu, rodzinnym mieście. Tak jakby życie w zgiełku, całe to koyaanisqatsi, które krytykuje, toczyło się gdzieś indziej.
I choć w teorii o zmęczeniu jako chorobie, która toczy społeczeństwo wykarmione neoliberalnymi dogmatami, wielu z nas może się przejrzeć (przy okazji zamawiając receptę z zapisanym przez filozofa heilende Müdigkeit, czyli uzdrawiającym wyczerpaniem), znów, jak wszystkie wcześniejsze pomysły, dotyczy ona tylko niektórych. Tych, którzy mogą sobie pozwolić na zamianę eksploatującego „yes, I can” na „sorry, I can’t”. Hanowi wypomina to słoweński socjolog i filozof Slavoj Žižek, pisząc w wydanej niedawno Pandemii! o tym, że indukowany przez potrzebę rozwoju autowyzysk też bywa przywilejem: „Ale co z tymi, których praca musi się odbywać na zewnątrz, w fabrykach i na polach, w sklepach, w szpitalach i w transporcie publicznym? Wiele spraw musi toczyć się w niebezpiecznych strefach na zewnątrz, by inni mogli przetrwać w swojej prywatnej kwarantannie…”.
Gdy koronawirusem zakaziła się D., nie przestała chodzić do pracy, wychodziła tylko z domu pół godziny wcześniej niż zazwyczaj. Stawała przed kładką przerzuconą nad trzypasmową arterią i regulowała oddech. To jest mój Mount Everest, myślała, jak się wdrapię to dalej jakoś będzie. A potem przebierała się w zielony polar i stawała za udrapowaną nad kasą płachtą porysowanego polimeru. Jej wyczerpanie nie było wynikiem narcystycznej potrzeby doskonalenia się, miało za to konkretne, związane z brakiem poszanowania podstawowych praw pracowniczych, w tym prawa do chorobowego, podstawy.
Przejście na jałowy bieg
Popularność neurastenii zaczęła się zmniejszać po I wojnie światowej, ale teoria o związku zmęczenia z przebodźcowaniem przetrwała. Japońscy psychiatrzy, którzy wciąż używają jej jako diagnozy, łączą ją z wysoką wrażliwością sensoryczną. Kwestia proporcji pozostaje indywidualna, bo ludzki umysł oraz ciało funkcjonują w pewnym sensorycznym kontinuum, innym dla każdego. Za dużo bodźców – źle. Za mało – też niedobrze. „Drażni każdy hałas, to mi nie pozwala działać, a przeraża głucha cisza”. Miewam tak i ja. I nie jest to kwestia ostatnich tygodni, posiekanych przez wirusa.
Covid-19, owszem, przeprojektował instalację mojego mózgu, niczym pijany elektryk podłączając kabelki nie tam, gdzie powinien, ale nie ma co się oszukiwać – wyostrzył też stan, w którym przebywam od kilkunastu miesięcy. Dni, odkąd nasze mieszkanie stało się miejscem pracy wszystkich dorosłych domowników, nauki oraz terapii zajęciowej, są posiekane na krótkie odcinki, a mój mózg zalany kisielem. Myślę, że to jeden z powodów tego, że zdania, które wytwarzam, są zazwyczaj cherlawe oraz niecierpliwe. Większość z nich nie osiąga dojrzałości. Gdy jednocześnie mówi do mnie kasza, pralka, smartfon, Librus, drzwi, którymi właśnie trzasnęło dziecko, i karetka wjeżdżająca na skrzyżowanie pod oknami, przeżywają nieliczne. Czasem już jestem blisko, niemalże łapię coś, co może będzie mieć sens, jednak znów zdarza się sytuacja, którą trzeba otoczyć uwagą. Po sensie nie ma śladu. Nawet nie wiem, czego dotyczył.
I tu z pomocą przychodzi Schaffner. W książce przytacza argumenty, że zapas energii, którym dysponuję zarówno ja, jak i każda statystyczna ludzka istota, nie koreluje z wyzwaniami, ktore stawiają przed nami współczesna codzienność i technologia, którą zatrudniliśmy do jej obsługiwania. Za dużo bodźców, żądań od rzeczywistości, powiadomień na ekranie telefonu. Trudno nadążyć za tym poznawczo i emocjonalnie. Przejście na jałowy bieg to naturalny odruch obronny.
Reakcje układu nerwowego na bodźce dostarczane przez receptory węchowe, wzrokowe czy słuchowe nie pozostają bez śladu. Każda taka mobilizacja to duży wysiłek, gdy nacisk stresorów się utrzymuje i nie pozwala na rozluźnienie, ciało przechodzi w stan oporu. Charakter bodźca nie ma tu znaczenia. Liczy się wyłącznie intensywność. Z czasem wyczerpane ciało reaguje nawet wtedy, gdy dzieje się coś teoretycznie niegroźnego. Tak jak powiększona na ekranie, złożona z milionów pikseli twarz.
Przed pandemią zdarzały mi się rozmowy przez Skype’a. Czasem korzystałam z niego, umawiając się na wywiady z osobami mieszkającymi w innych krajach albo z tymi, które z jakichś powodów nie chciały się osobiście spotkać. Zeszłoroczny wiosenny lockdown zmusił mnie do zawieszenia rozmów w cudzych domach, miejscach pracy, kawiarniach albo na ławkach w parku. Pamiętam pierwszy pandemiczny wywiad; po godzinie ślizgania wzrokiem po zdigitalizowanej twarzy mojego rozmówcy byłam tak wykończona, że kończąc zadawać pytanie, nie pamiętałam, czego właściwie dotyczyło. Nigdy nie odnalazłam się w zoomowej reporterce; może dlatego, że zamiast skupiać się na niewerbalnych sygnałach płynących od rozmówcy, co jakiś czas upewniam się, czy to, co robię z moim wzrokiem, przepuszczone przez sieć, faktycznie jest patrzeniem jej albo jemu prosto w oczy.
„Wyczerpanie zoomowe” („zoom fatigue”) to nowy rodzaj patologii, zidentyfikowany w ciągu ostatniego roku. Podczas komunikacji online jesteśmy usztywnieni, niechętnie gestykulujemy, ucieka nam to, co przekazujemy sobie niewerbalnie. Konfrontacja z powiększonymi portretami rozmówców sprawia, że włącza się syndrom „fight or flight”. Interakcja, po spłaszczeniu jej do tego, co mieści się na prostokącie o przekątnej 14 cali, staje się nużąca. Niebieski odcień, który wylewa się na każde cyfrowe spotkanie, jest kolorem bezradnej samotności.
Daj sobie odpocząć
Byłoby dziwnie, gdyby do tego nie doszło. Smartfon, tablet czy ekran laptopa jest technologicznym ukoronowaniem ścieżki, na którą ludzkość wkroczyła już dawno temu. Bo choć człowiek do zachowania równowagi potrzebuje wszystkich zmysłów, w pewnym momencie zaczął z uporem faworyzować wzrok. Europocentryczna kultura zdegradowała węch, smak i dotyk jako narzędzia poznawania oraz opisywania świata, ale nie zawsze tak było. Porównując zasoby języka polskiego (ale też angielskiego) z tym, co się dzieje choćby w języku Cha’palaa, używanym w północnym Ekwadorze, który jest wyjątkowo zasobny w rozwiązania opisujące wrażenia zmysłowe, z jednej strony uderza ubóstwo olfaktorycznych czy taktylnych odniesień w naszej części świata, a z drugiej – widać też ważną, zwielokrotnioną rolę czasownika „czuć”. Czując, dopuszcza się do siebie nie tylko bodźce, ale i emocje. Czuje się na kilku poziomach.
Gdy kończę ten tekst, z francuskiej jaskini Lombrives wychodzi grupa ochotników. Patrzę na ich zdjęcie opublikowane przez dziennik „The Guardian”. Mają identyczne szare polary i ciemne okulary chroniące siatkówkę przed wstrząsem; kobiety założyły chustki na dawno niemyte włosy, dłonią ułożoną w daszek osłaniają oczy przed słońcem. Uśmiechają się. Ponad połowa z liczącej 40 osób grupy, która dała się zamknąć na kilka tygodni pod ziemią, bez telefonów oraz bez zegarków, chce tam wrócić. „To było jak naciśnięcie pauzy” – mówi jedna z nich dziennikarzowi.
Choć naukowcy, którzy stoją za projektem Deep Time, twierdzą, że chodzi o sprawdzenie możliwości adaptacji ludzkich ciał do nowych warunków, eksperyment ma też wymiar symboliczny. Nie od dziś ciągnie nas do pustki, ciszy, przestrzeni pozbawionej rozpraszaczy. Pierwsza reporterska książka o cyfrowym detoksie E-migranci ukazała się prawie dekadę temu; australijska dziennikarka Susan Maushart opisywała w niej eksperyment, który przeprowadziła wraz z rodziną. Pół roku bez internetu, telewizji i telefonu. Autorka doczekała się naśladowców również w Polsce, a jej wydawca, Penguin Random House, ma w portfolio całą kategorię poradników, które pomagają się efektywnie odłączyć; ich autorzy radzą, jak oddychać, jak się kłaść spać, jak zerwać z własnym smartfonem.
Wszystko to pokazuje, że pokusa eskapistycznego rozwiązywania kłopotu zmęczenia i patrzenia na nie jak na zjawisko, z którym należy sobie dać radę w pojedynkę, jest ogromna. I to się pewnie nie zmieni. Też dlatego że wyczerpanie, podobnie jak gorączka, głód, ból, gdy zdarza się jako część dobowej aktywności, jest po prostu sygnałem od ciała. Daj mi odpocząć, odpuść, a się zregeneruję. To nie zastąpi jednak braku rozwiązań prawnych, które regulowałyby kwestie związane z przepracowaniem albo nadmiarem bodźców, zanieczyszczeniem światłem, odorami czy hałasem. Albo choćby społecznej zgody na to, że zmęczenie jest bezwarunkowe, dotyczy wszystkich, nie można go wartościować.
Pisze też o tym Anna K. Schaffner, która kończy Exhaustion. A History wnioskiem, że stan klimatycznego alarmu nadaje ogólnoludzkiemu zmęczeniu nowy kontekst. Wynosi je do rangi wspólnego doświadczenia, przeżywanego nie tylko w połączeniu z innymi wyczerpanymi, ale i z samą Ziemią. Bo choć zmęczenie nie jest dla człowieka niczym nowym, jeszcze nigdy wcześniej tak wyraźne nie było wpisanie go w planetarną perspektywę. Może, modyfikując receptę Byunga-Chula Hana, to jest właśnie ta płaszczyzna, w której nie ma miejsca na kolejne „tak, mogę to zrobić”? Bo tak właściwie to wcale nie mogę. Nie jestem w stanie. Wyczerpało się.Ale choć ty najpewniej straciłeś siłę z zupełnie innego powodu niż ja, cokolwiek usłyszysz, pamiętaj, że moje zmęczenie nie jest tylko moje, a twoje – wyłącznie twoje.