Subskrybuj
Ilustracja: Paulina Wyrt
Ilustracja: Paulina Wyrt
Lekarka weterynarii i dziennikarka naukowa. Autorka książek m.in. Czy słonie dają klapsy? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt (2018)

Na wyciągnięcie ręki

Karmi ciało, przekazuje dane, pobudza rozwój, wzmacnia więź, łączy ze światem. Dotyk to jeden z najstarszych i najbardziej podstawowych zmysłów. Bez niego życie, takie, jakim je znamy, byłoby niemożliwe.

„Wkładam ręce do otwartej klatki piersiowej pacjenta i w tym samym momencie, w którym moje dłonie dotykają jego tkanek, uświadamiam sobie, czuję, że tuż przy sercu znajduje się duży, twardy skrzep krwi, który uniemożliwia pracę tego organu. Szybko chwytam narzędzia chirurgiczne, przecinam strukturę, w której znajduje się ogromny zator, usuwam go. Wykonuję bezpośredni masaż serca, zabieram ręce i widzę, że układ krążenia pacjenta znowu zaczyna pracować” – relacjonowała w 2022 r. na Uniwersytecie Stanforda Carla Pugh, chirurżka i wykładowczyni tej uczelni. Ta jedna z najlepszych uczelni na świecie co roku organizuje wydarzenie poświęcone aktualnym przełomom w medycynie. Nosi ono nazwę Frontiers in Medicine. Jednym ze stałych punktów imprezy są wystąpienia światowych ekspertów w swoich dziedzinach. Carla Pugh należy do tego grona – specjalizuje się m.in. w zbieraniu i wykorzystywaniu tzw. haptycznych (czyli dotykowych) danych w pracy chirurgów. Podczas swojego wykładu opowiadała, co zainspirowało ją do uruchomienia tego projektu. Przytoczyła historię pacjenta po poważnym wypadku komunikacyjnym, który trafił na oddział ratunkowy w krytycznym stanie. Lekarze natychmiast ocenili, że bez otwarcia jego klatki piersiowej i ustabilizowania pracy serca wykonywanie bardziej precyzyjnych zabiegów chirurgicznych ratujących życie nie będzie możliwe.

Poza Pugh na oddziale dyżurowała wtedy również rezydentka chirurgii, czyli lekarka, która ukończyła już studia medyczne, ale wciąż zdobywała doświadczenie potrzebne do uzyskania specjalizacji. To ona otworzyła klatkę piersiową pacjenta i jako pierwsza stwierdziła, że serce poszkodowanego nie pracuje. Medyczka podjęła kilkukrotną próbę uruchomienia narządu, jednak za każdym razem komory aktywowały się tylko na moment i wkrótce przestawały pompować krew.

Wtedy inicjatywę przejęła bardziej doświadczona lekarka. Wystarczyło jej jedno dotknięcie organu, by zorientować się w sytuacji i rozpoznać problem. Dlaczego? Ponieważ jej dłonie setki razy dotykały tkanek wokół serca.

Mózg Pugh zapamiętał, jakie są parametry prawidłowych, zdrowych narządów, jaka jest ich miękkość, sprężystość, wypełnienie krwią. Czy zdrowe naczynia w klatce piersiowej przypominają w dotyku mokrą gąbkę, galaretkę czy elastyczny wężyk? Pod naciskiem palca zapadają się czy stawiają mięsisty opór?

Wszystkie te zmienne – oczywiste dla dłoni doświadczonej chirurżki – są niemal niemożliwe do precyzyjnego opisania, utrwalenia i przekazania adeptom sztuki medycznej.

W przeciwieństwie do danych wizualnych, które można utrwalić na rycinie, czy do parametrów laboratoryjnych, które da się zapisać liczbami, informacje haptyczne muszą bazować na bezpośrednim doświadczeniu danej osoby. Jednak raz wprowadzone do układu nerwowego, zostają w nim w zasadzie na zawsze. Można nie pamiętać daty ślubu, nazwiska kolegi z podstawówki czy listy zakupów, ale nie da się zapomnieć, jaki jest w dotyku polarowy kocyk, policzek dziecka, sierść kota czy skrzep w okolicy serca pacjenta. To dlatego, że informacje haptyczne są najstarszym rodzajem danych zmysłowych – i to zarówno w kontekście ewolucyjnym, jak i ontogenetycznym (czyli powiązanym z rozwojem osobniczym).

Ewolucja czucia

Historia przytoczona przez chirurżkę ze Stanfordu pokazuje, jak ważną funkcję pełni zmysł dotyku. Zakończenia nerwowe zlokalizowane na dłoniach, twarzy, w mieszkach włosowych, ale też we wnętrzu ciała nieustannie zbierają dane i przekazują je do ośrodkowego układu nerwowego, który integruje te bodźce w spójną narrację. Sygnał numer jeden plus sygnał numer dwa plus sygnał numer trzy równa się: wieje łagodny wiatr, który rozwiewa włosy i muska policzki. Sygnał cztery, pięć i sześć oznacza, że na głowę spada właśnie drobny grad.

Tego typu informacje były odbierane i wykorzystywane do przetrwania w zasadzie od początku istnienia wielokomórkowego życia na Ziemi.

U pierwszych zwierząt, gąbek, które wyewoluowały co najmniej 700 mln lat temu, nie występował co prawda układ nerwowy, lecz rozwinęły się u nich wyspecjalizowane struktury – mechanoreceptory – które odbierały ze środowiska sygnały dotyczące ucis­­ku i fizycznego oddziaływania na ciało. Około 160 mln lat później nastąpiła tzw. eksplozja kambryjska, czyli nagłe (w ewolucyjnej skali) pojawienie się wielu złożonych, bardzo różnorodnych organizmów. Okres ten jest często ilustrowany grafikami ukazującymi bogactwo oceanicznego, przydennego życia, w tym zwłaszcza obfitość trylo­bitów, czyli morskich stawonogów podobnych do współczesnych skrzypłoczy, choć z nimi niespokrewnionych. Na tym etapie wyewoluował już złożony układ nerwowy – podobny do tego, który występuje u współczesnych owadów.

Obecnie wszystkie żyjące na Ziemi zwierzęta potrafią odbierać bodźce mechaniczne. Warte uwagi jest szczególnie to, że istnieją gatunki, które nie mają oczu lub nie posiadają uszu, nie ma jednak ani jednego zwierzęcia, które nie posługiwałoby się zmysłem dotyku. To dlatego, że dane haptyczne i proprioceptywne (czyli dotyczące tzw. czucia głębokiego) są kluczowe do przetrwania oraz codziennego funkcjonowania, i to w znacznie większym wymiarze, niż to sobie na co dzień uświadamiamy. Widać to szczególnie u tych osób, które zostały odcięte od bodźców sensorycznych.

Życie bez dotyku

Na początku lat 90. Charles Freed, 60-letni wtedy mężczyzna, zapadł na infekcję wirusową. Choroba miała dość ciężki przebieg, jednak objawowo nie różniła się szczególnie od tzw. grypy żołądkowej. Po kilku dniach spędzonych w łóżku główne symptomy schorzenia ustąpiły i pacjent mógł wrócić do normalnego życia. Niestety, okazało się, że patogen zaatakował nie tylko jego układ pokarmowy czy oddechowy, lecz również nerwowy. Mężczyzna miał władzę w kończynach i w tułowiu, ale zupełnie nie czuł ciała – nie otrzymywał informacji dotykowych z żadnej jego części. W efekcie nie był w stanie zorientować się, gdzie znajdują się jego stopy, palce czy dłonie, o ile w danym momencie nie patrzył na nie. Nie potrafił ocenić, z jaką siłą należy zacisnąć mięśnie, by chwycić kubek z na­pojem, jak precyzyjnie podnieść go do ust. Nie zdawał sobie sprawy, w jakim położeniu względem siebie są poszczególne części ciała, dlatego nie potrafił podnieść się z krzes­ła – ta umiejętność wymaga bowiem ciągłego i dynamicznego kalibrowania mechaniki ruchów.

Straciwszy zmysł dotyku, Charles Freed stał się osobą, która potrafi samodzielnie siedzieć w fotelu, natomiast nie może wstać i utrzymać równowagi, bo nie czuje, w jakim położeniu znajduje się jego tułów lub nogi.

Nagrania z prób podejmowania tych czynności ukazu­­ją, że pacjent może samodzielnie przemieszczać się jedynie na czworakach, ponieważ wtedy nie traci równowagi. Robi to jednak z dużym trudem, bardzo powoli i z widocznym skupieniem. Przed każdym ruchem musi spojrzeć, gdzie znajdują się jego kończyny, gdzie jest podłoże, na jaką wysokość należy podnieść rękę albo nogę i na jaką odległość ją przesunąć.

Podobna przypadłość dotknę­­ła dwie dekady wcześniej innego pacjenta, Iana Watermana. Podobnie jak Freed, on również doznał nietypowych powik­łań po grypie. Jego przypadek opisano m.in. w 2018 r. na łamach „Current Biology”. Uczeni wywnioskowali, że w czasie infekcji doszło u mężczyzny do gwałtownej reakcji autoimmunologicznej i jego organizm zaatakował własne włókna nerwowe. Efekt był bardzo podobny do tego obserwowanego u Charlesa Freeda. Mimo iż Waterman doświadczał ogromnych trudności, po długiej rehabilitacji nauczył się chodzić i wykonywać podstawowe czynności, ale tylko wtedy, gdy dobrze widział wszystkie części swojego ciała. Przy zgaszonym świetle nie wiedział, gdzie znajdują się jego ręce, nogi czy tułów, i przewracał się, nie potrafiąc samodzielnie wstać.

Te oraz inne przypadki pokazują, jak doniosłe znaczenie odgrywa zmysł dotyku w codziennym funkcjonowaniu. A jednak bodźce sensoryczne nie służą jedynie do przekazywania podstawowych informacji. Dotyk niesie za sobą wartość znacznie wykraczającą poza zwykłe zbieranie danych o świecie.

„Dotykasz” znaczy „jesteś”

W przeciwieństwie do ośmiornic, niedźwiedzi, ropuch czy ważek ludzie są zwierzętami stadnymi. W niektórych opracowaniach naukowych mówi się wręcz, że homo sapiens to gatunek hiperspołeczny. W toku ewolucji postawił nie na pazury, kły czy grube łuski, lecz na więzi i relacje. To one zapewniają mu dostęp do wiedzy, różnorodnych zasobów, wsparcie w stanie osłabienia i pomoc w opiece nad potomstwem. Hiperspołeczność człowieka wykracza nawet poza jego własny gatunek. Wielu ludzi w sposób naturalny interesuje się interakcją ze zwierzętami, lubi je obserwować, dokarmiać, oswajać. Takie reakcje, u większości z nas silnie wrodzone, świadczą o tym, że nawiązywanie relacji musiało odgrywać kluczową rolę w przetrwaniu naszego gatunku.

Pogłas­kanie kota, uściśnięcie ręki bliskiej osoby, przytulenie się to przyjemne doznania, ponieważ są one dla organizmu jak informacja: „ktoś tu z tobą jest – ktoś na tyle bliski, że cię dotyka lub daje ci się dotknąć”.

Tego typu dane sensoryczne to pierwsza wiadomość, którą otrzymuje od świata noworodek. „Ktoś jest przy tobie” oznacza dla niego: „ktoś zapewni ci opiekę”, dlatego niemowlęta uwielbiają być noszone, przytulane, bujane. Przez pierwsze tygodnie życia zmysły takie jak wzrok czy słuch są u nich bardzo słabo rozwinięte, dlatego dotyk przekazuje im najważniejsze informacje na temat otoczenia, a także na temat ich samych. To on uczy dziecko, gdzie przebiegają granice jego ciała, gdzie kończy się „ja”, a zaczyna „świat”.

Badania doświadczalne pokazują, że dotyk również reguluje i rozwija wiele funkcji fizjologicznych. Stabilizuje oddech niemowlęcia, usprawnia pracę jego układu pokarmowego, odpornościowego, mięśniowego, nerwowego. Receptory obecne w skórze przekazują sygnały elektryczne do mózgu dziecka i aktywizują neurony centralnego układu nerwowego. To wywołuje efekt wzmocnienia: używane komórki nerwowe stają się sprawniejsze w odbieraniu i przekazywaniu bodźców. Podtrzymują również przydatne obwody i „wymazują” chaotyczne ścieżki neuro­logiczne, które nie są potrzebne (mózg noworodka przypomina gęsty, synaptyczny kołtun – aby mógł funkcjonować, musi zostać odpowiednio uporządkowany i „uczesany”).

Bodźce dotykowe wyzwalają więc kaskadę reakcji bio­chemicz­nych, a substancje wydzielane w toku tych procesów pobudzają wzrost i rozwój wielu układów ciała.

Najbardziej znane doniesienie naukowe dotyczące skutków niezaspokojenia potrzeby bliskości u niemowląt to tzw. English and Romanian Adoptee (ERA) Study. Badanie ERA podsumowało sytuację niemowląt znajdujących się w rumuńskich sierocińcach w latach 80. i 90. Dzieciom tym zapewniano podstawową opiekę: były karmione, przewijane i przebierane. Nie wchodzono z nimi jednak w żadną interakcję: nie przytulano ich, nie brano na ręce, jeśli nie było to konieczne do wykonania czynności higienicznych. Efekty tej deprywacji sensorycznej i emocjonalnej sięgały bardzo daleko. Po upadku reżimu Nicolae Ceaușescu, w dużej mierze odpowiedzialnego za trudną sytuację w rumuńskich sierocińcach, wielu podopiecznych tych ośrodków zostało adoptowanych przez rodziny Brytyjczyków.

Badania obrazowe prowadzone przez tamtejszych badaczy wykazały, że mózgi tych dzieci były pomniejszone w porównaniu z mózgami rówieś­ników dorastających w prawidłowych warunkach. Słabiej rozwinęły się u nich np. ciało migdałowate czy hipokamp, czyli obszary kluczowe dla regulacji emocji i pamięci. Niedobór prawidłowej stymulacji na wczesnym etapie życia w wielu przypadkach doprowadził do opóźnienia w rozwoju intelektualnym, trudności w zapamiętywaniu i nauce. Podopieczni sierocińców częściej zapadali też na choroby infekcyjne oraz przewlekłe. Zdaniem uczonych świadczyło to o dysfunkcji ich układu odpornościowego. Trudno jednoznacznie ustalić, czy odpowiedzialny był tu sam niedobór dotyku czy ogólne stresujące warunki dorastania, wydaje się jednak, że deprywacje haptyczna i sensoryczna przynajmniej częściowo przyczyniły się do tych zaburzeń.

Poznać i zrozumieć dotyk

Mimo że dotyk jest tak stary ewolucyjnie i tak wczesny ontogenetycznie, naukowa wiedza na temat szczegółów jego działania rozwinęła się dopiero niedawno. Po pierwsze, dlatego że przez długi czas umniejszano wagę tego zmysłu, a po drugie, ponieważ nie dysponowano odpowiednio precyzyjnymi narzędziami do jego badania. Receptory „mówią” bardzo subtelnym językiem sygnałów elektrycznych, które można analizować tylko wte­­dy, gdy umieści się czujniki grubości włosa (muszą być one wbite w ciało, by czynniki zewnętrzne nie zakłócały ich odczytów) w bezpośrednim sąsiedztwie zakończeń nerwowych. Na przykład aferentne włókna dotykowe typu C, tzw. neurony CT (od: C tactile afferents), odkryto dopie­­ro pod koniec lat 90. Początkowo nie rozumiano dobrze ich znaczenia oraz funkcji – były one badane i poznawane stopniowo, głównie za sprawą doświadczeń prowadzonych przez zespoły badaczy z Liver­poolu i Göteborga.

Uczeni odkryli, że neurony CT odpowiadają za odbieranie wyłącznie tych bodźców, które wiążą się z delikatnym, przyjemnym dotykiem.

Aktywują się wtedy, gdy osoba jest łagodnie gładzona lub masowana po skórze, nigdy zaś, gdy jest klepana, uderzana czy mocno drapana. Pobudzenie tych receptorów wywołuje uczucie relaksacji i przyjemności. Neurobiolog Francis McGlone odkrył, że neurony CT nie są równomiernie rozłożone po ciele. Ustalił, że np. na przedramionach jest ich niewiele, za to na plecach występują w obfitości. Nie można wykluczyć, że taka lokalizacja ma ewolucyjne znaczenie. Łatwo jest gładzić swoje własne przedramiona, trudniej plecy. Dlatego łagodny dotyk tej okolicy oznacza, że w pobliżu znajduje się osoba, z którą ma się silne więzi. A taka relacja jest ewolucyjnie opłacalna i wynagradzana. Inne naczelne często pielęgnują swoją skórę i sierść właśnie na plecach. W ten sposób wyświadczają sobie nawzajem przysługę oraz zacieśniają więzi.

Mózg rozpoznaje, czy ciało jest dotykane przez własne członki czy przez dłonie innej osoby, i reaguje na obie te sytuacje zupełnie inaczej. Badania z zastosowaniem rezonansu magnetycznego (MRI), prowadzone przez Rebeccę Böhme, neuronaukowczynię ze szwedzkiego Uniwersytetu Linköping, wykazały, że gładzenie własnego przedramienia prowadzi do spadku aktywności wielu obszarów mózgu, a masowanie tego samego obszaru ciała przez cudze dłonie pobudza wiele regionów ośrodkowego układu nerwowego. Odpowiadają one nie tylko za sam odbiór bodźca i jego etykietowanie (czy jest przyjemny czy nie), ale również za bardziej złożoną interpretację: co ten dotyk oznacza, jakie są intencje osoby dotykającej, czy bodziec świadczył o agresji, był wyrazem przyjaźni, miłości czy pożądania.

Wbrew pozorom dotyk jest zmysłem bardzo pojemnym komunikacyjnie.

„Żadnym innym kanałem informacyjnym – nawet mową – nie przekażemy tak szybko i tak dużo dobrych i czytelnych uczuć, jak przez kontakt fizyczny: sympatię, przebaczenie, radość, uznanie, pochwałę, szacunek i wiele, wiele innych” (tłum. E. Kowy­nia) – pisze w swojej książce Homo hapticus. Dlaczego nie możemy żyć bez zmysłu doty­­ku Martin Grunwald, psycholog i kierownik laboratorium haptycznego na Uniwersytecie w Lipsku. I kontynuuje: „Równie błyskawicznie i jednoznacznie zakomunikujemy niechęć do fizycz­nej interakcji z kimś, kogo nie lubimy lub się boimy”.

Gdy go brakuje

Charakterystyczną cechą dotyku jest to, że nie tylko przekazuje on informacje o więzi, ale też ją nawiązuje. Ludzie, którzy darzą się sympatią, wzmacniają swoją relację za każdym razem, gdy się przytulają, dotykają dłońmi czy poklepują w ramię. Ta interakcja „karmi” zarówno relację, jak i każdą osobę, która jest w nią zaangażowana. To dlatego, że przyjemny dotyk pobudza w mózgu układ nagrody i wykształca pragnienie ponowienia danego bodźca. Co się jednak dzieje, gdy ta potrzeba nie zostanie zaspokojona? Na przykład wtedy, gdy dana osoba nie doświadcza wystarczającej ilości dotyku i czułości? Albo kiedy nie ma gęstej siatki społecznej i funkcjonuje w poczuciu izolacji? Lub wtedy gdy wprowadzane są restrykcje (np. pandemiczne) ograniczające możliwość nawiązania kontaktu fizycznego?

Na razie nie ma w pełni rozstrzygających, zakrojonych na szeroką skalę badań, które odpowiedziałyby precyzyjnie na te pytania. Są jednak liczne analizy, które wskazują na istnienie korelacji pomiędzy głodem dotyku a zapadalnością na różne choroby. Na przykład w ubiegłym roku na łamach „Nature Human Behaviour” przytoczono dowód na to, że istnieje związek pomiędzy niedoborem dotyku i bliskich kontaktów społecznych a zachorowalnością na depresję.

Osamotnienie zwiększa również ryzyko schorzeń neurodegeneracyjnych.

W przeszłości wielokrotnie dowodzono, że starsze osoby, które są pozbawione kontaktu z innymi, częściej i szybciej zapadają na chorobę Alz­heimera i przedwczesną demencję. W 2023 r. na kanadyjskim Uniwersyte­­cie Lethbridge wykazano, że istnieje szansa, by odwrócić tę zależność. Wprowadzenie u chorych „leczenia dotykiem” zdaje się przynosić bardzo dobre efekty terapeutyczne i zmniejszać objawy demencyjne. Tych procedur nie stosuje się jeszcze w praktyce klinicznej, ale jeśli dalsze testy dadzą równie obiecujące rezultaty, to możliwe, że wkrótce się to zmieni.

Wygląda więc na to, że jeśli nie „nakarmi się” układu nerwowego odpowiednią dawką dotyku, to może on zacząć chorować. Czasem mózg próbuje ratować się innymi sposobami i chce zaspokoić układ nagrody bodźcami, które są satysfakcjonujące tylko na krótką metę – zwraca uwagę Francis McGlone w swoich publikacjach. Być może to właśnie z tego powodu tzw. zachowania ryzykowne i uzależnienia notuje się częściej wśród osób, które nie wiodą satysfakcjonującego życia społecznego. Brak prawidłowego dotyku może również przekładać się na nieprawidłową percepcję własnego ciała, a ta wiąże się z zapadalnością na anoreksję i inne zaburzenia odżywiania – zauważa McGlone.

Bufor stresu

Wydaje się, że pozytywny dotyk działa jak bufor, który pozwala skuteczniej adaptować się do codziennych wyzwań, szybciej regenerować się po bodźcach stresowych i ograniczać podatność na szkod­liwe czynniki środowiskowe. Badania przeprowadzone w 2020 r. na niemieckim Uniwersytecie w Heidelbergu wykazały, że istnieje korelacja pomiędzy ilością doświadczanego na co dzień dotyku a poziomem kortyzolu i oksytocyny w organizmie.Ten pierwszy jest hormonem stresu, zwłaszcza przewlekłego. Ta druga jest związana m.in. z zacieśnianiem więzi i czerpaniem z niej przy­jemności.

We wspomnianym projekcie badawczym wzięło udział 250 dorosłych osób, które wypełniały kwestionariusze dotyczące m.in. codziennej dawki dotyku, odczuwanego poziomu stresu i ogólnego dobrostanu.

Po­nieważ badanie przeprowadzono w czasie pandemicznego lockdownu, ankie­towani doświadczali fizycznego kontaktu z drugą osobą, w zasadzie tylko jeśli z kimś mieszkali. Uczeni gromadzili również informacje na temat aktualnych stężeń kortyzolu i oksytocyny u badanych. Wnioski nie były zaskakujące: osoby, które deklarowały mniej codziennego dotyku, m.in. mieszkające samotnie, miały gorsze wyniki w testach subiektywnej oceny stresu i lęku, ich poziom kortyzolu był średnio wyższy, a poziom oksytocyny – przeciętnie niższy, niż w przypadku badanych, którzy deklarowali satysfakcjonujący poziom kontaktu fizycznego.

Czuć bliskość to dobrze żyć

Dotyk i dobrostan są więc ze sobą ściśle powiązane. Łączy je również to, że nie wystarczy zadbać o nie jeden raz, trzeba to robić regularnie, porcjami. Jeśli potrze­­ba kontaktu fizycznego będzie zaniedbywana przez długi czas, to wkrótce popęd ku bliskości ulegnie osłabieniu. Wtedy może dojść do reakcji paradoksalnej, w której dotyk przestaje przynosić przyjemność, a zaczyna być bodźcem niemiłym, takim, jakiego się unika.

Dowodzą tego przypadki osób, które przez wiele lat były pozbawione prawid­łowej stymulacji sensorycznej i społecznej.

Analiza przeprowadzona w 2020 r. na Uniwersytecie Arizony wykazała, że więźniowie, którzy przez długi czas pozostawali w izolacji i nie doświadczali pozytywnego dotyku, mają duże trudności z powrotem do interakcji społecznych, nawet wiele lat po opuszczeniu więzienia. Wielu z nich wykazuje awersję do dotyku i postrzega go jako potencjalne zagrożenie, co jeszcze bardziej pogłębia ich izolację i problemy z przystosowaniem.

Uczeni z tego samego ośrodka wykazali, że to samo, choć w znacznie mniej drastycznej formie, dotyka wieloletnich partnerów, którzy, choć żyją pod jednym dachem, oddalają się od siebie emocjonalnie i przestają nawiązywać pozytywny kontakt fizyczny (nie tylko seksualny, również związany z codzienną blis­kością i czułością). Po pewnym czasie błędne koło napędza się, a dotyk, który kiedyś dałby part­nerom ukojenie, staje się nieprzyjemnym lub krępującym doznaniem.

Pocieszające jest jednak to, że pozytywny dotyk, podobnie jak więzi społeczne, można ćwiczyć, zaczynając od małych, uważnych dawek. Jeśli dany bodziec zostanie uznany za przyjemny, można przejść dalej i spróbować intensyfikować doznanie. Taki „trening” daje wymierne efekty – bliscy, którzy często się dotykają i okazują sobie wiele czułości, lepiej oceniają swoją relację i dobrze się w niej czują – wynika z badań opublikowanych w zeszłym roku na łamach „Scientific Reports”. Warto pracować nad budo­waniem takiej bliskości, bo dotyk to komunikat, który jest zawsze dwukierunkowy: jedno­cześ­nie się go nadaje oraz otrzymuje. To oznacza, że można tym zasobem nakarmić zarówno kogoś innego, jak i siebie. Wystarczy tylko wyciąg­nąć rękę.

Artykuł pojawił się w numerze: Dotknij mnie