Możliwe, że kojarzycie tę scenę. Odurzona narkotykami bohaterka obwieszcza rodzicom, że jest głosem swojego pokolenia. Lub przynajmniej „jakimś głosem jakiegoś pokolenia”. Fragment pierwszego odcinka serialu Girls Leny Dunham dobrze obrazuje megalomanię wypowiadania się w imieniu swojej generacji. Do pewnego stopnia przedstawia też śmieszność położenia, w którym sam się znajduję, pisząc ten tekst. W ciągu pięciu lat, w których wydałem trzy powieści, bywałem nazywany głosem pokolenia, milenialskim autorem piszącym o milenialskich problemach i kryzysach. Przyjęcie takiego tytułu i zinternalizowanie go wydawało mi się drogą do intelektualnego i środowiskowego samobójstwa. Przyjąłem inną strategię. Żyłem z nim, nieustannie ironizując na jego temat, zaprzeczałem mu, kiedy było to ryzykowne (często), i korzystałem z niego, kiedy uznawałem to za wygodne (rzadko).
Wypowiadać się o pokoleniu zawsze znaczy generalizować. Pomijać małe prawdy, by doprowadzić do uzyskania Prawdy. Prawdy, w której istnienie…