Możliwe, że kojarzycie tę scenę. Odurzona narkotykami bohaterka obwieszcza rodzicom, że jest głosem swojego pokolenia. Lub przynajmniej „jakimś głosem jakiegoś pokolenia”. Fragment pierwszego odcinka serialu Girls Leny Dunham dobrze obrazuje megalomanię wypowiadania się w imieniu swojej generacji. Do pewnego stopnia przedstawia też śmieszność położenia, w którym sam się znajduję, pisząc ten tekst. W ciągu pięciu lat, w których wydałem trzy powieści, bywałem nazywany głosem pokolenia, milenialskim autorem piszącym o milenialskich problemach i kryzysach. Przyjęcie takiego tytułu i zinternalizowanie go wydawało mi się drogą do intelektualnego i środowiskowego samobójstwa. Przyjąłem inną strategię. Żyłem z nim, nieustannie ironizując na jego temat, zaprzeczałem mu, kiedy było to ryzykowne (często), i korzystałem z niego, kiedy uznawałem to za wygodne (rzadko).
Wypowiadać się o pokoleniu zawsze znaczy generalizować. Pomijać małe prawdy, by doprowadzić do uzyskania Prawdy. Prawdy, w której istnienie wypada powątpiewać. Duże opowieści potrafią wpisać nasze trudności, ból i zagubienie w coś szerszego, przynieść ulgę, zbudować wspólnotę i zmniejszyć poczucie osamotnienia. Te same opowieści potrafią nas też ograniczać, zamykać i skazywać na narracje, które zamiast wyzwalać, wiążą, wyznaczając sztywne granice poznania i tożsamości.
Wydaje się, że w ciągu ostatnich dwóch lat opowieść o milenialsach, zamiast przynosić im ulgę i lepsze zrozumienie życia, brzmiała bardziej jak wyrok skazujący.
Na początku mówiło się o nas, że jesteśmy narcystyczni, przewrażliwieni i uzależnieni od mediów społecznościowych. Z kolei przez ostatnich kilka lat przedstawiano nas jako osoby nieustannie pogrążone w jakichś kryzysach: mieszkaniowym, zdrowia psychicznego, egzystencjalnym. Dziś dominuje historia o naszym wyjątkowo szybkim starzeniu się, co w kulturze, która premiuje młodość, jest – jak wiadomo – jedną z największych zbrodni. To odpowiedni moment, by zaproponować inny, pozbawiony ocen, a także mniej wpisujący się w klimat apatii i kryzysu, opis pokolenia. Bez malkontenctwa, czarnowidztwa i apokaliptycznego tonu, zbyt często mylonych z mądrością.
Bardzo chcę być nowoczesny
Przyjmuje się, że to pokolenie urodzone między 1981 a 1995 rokiem. Pierwszy raz termin „milenialsi” został użyty na łamach magazynu „Advertising Age”. Znamienne, że określenie pokolenia zostało stworzone przez specjalistę od reklamy – sama koncepcja pokolenia spopularyzowała się wraz z rozwojem rynku reklamowego. To właśnie rynkowi reklamy zależy, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, czego chce nowe pokolenie, by móc jak najbardziej efektywnie sprzedawać mu istniejące produkty i usługi oraz tworzyć nowe. „Oczywiście najbardziej palącym pytaniem nie jest to, jak milenialsi zmienią świat, ale w jaki sposób będziemy do nich docierać” – głosił artykuł z „Advertising Age” w 2001 r.
Kategoria pokolenia nie jest czymś wytwarzanym w wyniku autoidentyfikacji – jesteśmy przypisywani do pokolenia, czy tego chcemy czy nie, nawet nazwy nie wymyślamy sami.
Dzieciaki, które dziś mają pięć lat, już są kategoryzowane, a specjaliści próbują przewidzieć, w jaki sposób zmiany cywilizacyjne wpłyną na ich zachowanie w przyszłości. W tym sensie kategorię pokoleniowości można odebrać jako formę sprawowania kontroli społecznej. Nic dziwnego, że niektórzy przedstawiciele danych pokoleń próbują walczyć z narzuconą im narracją. Jednak gdy ktoś mówi: „Jestem milenialsem, a wcale nie miałem…”, nie podważa charakterystyki pokolenia. Jean M. Twenge pisze w książce Pokolenia. Prawdziwe różnice między pokoleniami X, Y, Z, baby boomersami i cichym pokoleniem oraz co one oznaczają dla przyszłości zachodniego świata, że istnienie średniej i wynikającej z niej uśrednionej charakterystyki nie oznacza bynajmniej, iż wszyscy w danym pokoleniu są tacy sami. Grupy różnią się między sobą, także wewnętrznie, przy czym ważniejsze i bardziej znaczące są różnice międzygrupowe – to one decydują o istnieniu pokoleń.
Sam postrzegam pokoleniowość i jej wpływ na jednostkowe biografie tak jak geny i ich ekspresję. Każdy z nas rodzi się z pewnym zestawem genów, jednak w trakcie trwania życia nie wszystkie się uaktywniają, a jeśli się uaktywniają, ich ekspresja może się różnić w zależności od czynników środowiskowych, w jakich się rozwijamy. Jak milenialskość objawia się u mnie?
Mam osiem, może dziewięć lat. Jestem w szkole, lekcja wychowawcza odbywa się w świetlicy, w której jest duży telewizor. Gaśnie światło. Wychowawczyni wsuwa do magnetowidu kasetę z filmem o asertywności. Dowiaduję się, że słowo to oznacza głośne mówienie „nie” wtedy, kiedy czegoś się nie chce. „Można wypowiadać »nie« w stanowczy, ale miły sposób” – mówi głos lektora. Asertywność to klucz do bezpieczeństwa i dobrej komunikacji. Film jest amerykański i dlatego zaczyna wydawać mi się, że asertywność jest czymś wynalezionym w Ameryce, a przez to – nowoczesnym. Bardzo chcę być nowoczesny i biorę sobie lekcję asertywności do serca. Ten moment wspominam jako początek swojego zainteresowania kondycją psychiczną. W tygodnikach opinii najbardziej ciekawią mnie artykuły o zjawiskach psychologicznych, wkrótce zaczynam czytać książki o emocjach, kilka lat później kupować „Charaktery”, a w edukacji pomaga mi biblioteczka mojej cioci, świeżo upieczonej terapeutki. To coś, co zdecydowanie można powiedzieć o naszym pokoleniu – język terapii stał się jednym z dominujących dyskursów opisujących naszą rzeczywistość. Mówimy o wysokiej wrażliwości i stanach lękowych. Słuchamy podcastów o rozwoju osobistym w trakcie wyrabiania dziennej normy kroków na spacerze – oczywiście w ramach dbania o dobrostan. Wysyłamy na terapię naszych rodziców i wrogów, tropimy ślady traumy w swoim dzieciństwie i zastanawiamy się, jak uniknąć błędów wychowawczych poprzednich pokoleń, z pewnością popełniając nowe. Dziś język terapii staje się powszechny dla wszystkich pokoleń, lecz to my nauczyliśmy naszych rodziców tego słownika, nie oni nas.
„Możecie wybrać wszystko”
Jest 2004 r., zdaję test gimnazjalny, który zaważy na tym, czy dostanę się do liceum w większym mieście. Mój rocznik stanowi część wyżu demograficznego lat 80., konkurencja jest duża, a ryzyko porażki realne. Czytam pytanie nr 27: „Jaki proces społeczno‑polityczny spowodował, że temat dotyczący Unii Europejskiej stał się modny w mediach?”. Znam odpowiedź. Polska właśnie wstąpiła do UE! Przeżywałem to wydarzenie na najwyższym poziomie intensywności, słuchałem o nim w telewizji i czytałem w gazetach, wierząc we wszystkie składane obietnice. Polska będzie zamożniejsza, będziemy mogli podróżować po Europie bez paszportów, staniemy się lepiej odżywieni i nowocześniejsi. Optymizm mojego dzieciństwa i dojrzewania był tylko wzmacniany przez kolejne historyczne wydarzenia: wstępowaliśmy do NATO i Unii, a kiedy byłem w liceum, ogłoszono, że wspólnie z Ukrainą będziemy organizatorami Euro 2012. Na moich oczach w każdym większym mieście wyrastały galerie handlowe, remontowano dworce i budowano autostrady. Czy optymistyczne obietnice naszego dzieciństwa zostały spełnione?
Po publicystycznemu należałoby napisać: nie, nasze pokolenie zostało oszukane. Liczne statystyki sugerują jednak, że żyjemy dziś w dużo lepszym kraju niż tym, w którym się wychowywaliśmy.
W 2004 r. stopa bezrobocia wynosiła 19,1%, w czerwcu 2024 spadło do rekordowo niskiego 4,9%. Standard życia w Polsce zmienił się diametralnie, według różnych wskaźników jesteśmy 30. bądź 35. najbogatszym krajem świata, mamy szósty najsilniejszy paszport, nowe świadczenia socjalne i stary NFZ, jakiego zazdroszczą nam Amerykanie, kiedyś przedstawiciele kraju, do którego społecznie aspirowaliśmy, dziś traktowanego często jako spełnienie turbokapitalistycznych koszmarów.
Statystycznie jest lepiej. Czy czujemy jednak, że jest lepiej? A jeśli jest, to jakim kosztem? W końcu wszyscy czujemy się bardzo, ale to bardzo zmęczeni. Wydaje się, że otwarte mówienie o tym, że jako społeczeństwo jesteśmy w o wiele lepszym miejscu, naraża na zarzuty o bańkowość i oderwanie od rzeczywistości. Opowieść o tym, że tak właściwie trochę niespostrzeżenie staliśmy się bogatą Północą, do której latami aspirowaliśmy, wydaje się prawdziwa, ale też właściwie nieobecna w medialnej narracji na temat naszego kraju. Czasem myślę, iż to dlatego, że po drodze zawody takie jak dziennikarz czy pisarz drastycznie się sprekaryzowały. Narracja o cywilizacyjnym awansie nie przebija się nie tylko dlatego, że dobre wiadomości słabo się klikają, lecz również dlatego, że osoby, które mogłyby ją przedstawiać, nie odczuwają poprawy warunków życia tak mocno jak reszta społeczeństwa. Ponadto mądrzejszy wydaje się ten, kto widzi świat ciemniejszym, niż w rzeczywistości jest.
Nadal jestem w gimnazjum, przygotowujemy z panią z plastyki dekoracje na zakończenie roku szkolnego. „Dla mnie drogi są już zamknięte, ale wy możecie wybrać wszystko. Żaden scenariusz nie jest wykluczony, całe życie rozpościera się przed wami otworem” – mówi nauczycielka z nutą melancholii w głosie. Wywiera to na mnie ogromne, egzystencjalne nieomal wrażenie. Przede wszystkim jestem w szoku, że coś „nie jest możliwe”. W końcu z każdej bajki, piosenki i reklamy słyszę od lat, że możliwe jest wszystko, wystarczy tylko bardzo tego pragnąć i ciężko pracować.
Jako pokolenie byliśmy wychowywani w poczuciu, że mamy ogromne możliwości – i rzeczywiście żadne z poprzednich pokoleń nie miało tylu opcji rozwoju, edukacji i przemieszczania się, oczywiście dzieląc je przez czynniki klasowe i środowiskowe.
Z nieograniczonymi możliwościami jest jeden problem: na coś w końcu trzeba się zdecydować, jednocześnie rezygnując z innych dostępnych opcji. Na początku Wielkiego Gatsby’ego narrator i główny bohater rozważa porzucenie marzycielstwa na rzecz pracy na giełdzie: „Zamierzałem wszystko to z powrotem ściągnąć do swojego życia i stać się ponownie najbardziej ograniczonym ze wszystkich specjalistów: dobrze ułożonym człowiekiem. Nie jest to jedynie bon mot – ostatecznie na życie znacznie wygodniej patrzy się pod jednym tylko kątem” (tłum. J. Dehnel). Jeśli milenialsi czują się oszukani i przeżywają obecnie coś w rodzaju przyspieszonego kryzysu wieku średniego, to nie dlatego, że ich życie jest obiektywnie nieudane – tylko dlatego, że czują ciężar wszystkich niewybranych przez siebie dróg. Ogromu niewykorzystanych, choć istniejących możliwości, którym nie byłby w stanie sprostać jeden życiorys. To spoglądanie na życie pod zbyt wieloma kątami ma również zastosowanie do funkcjonowania w świecie mediów społecznościowych. Żyjemy w otoczeniu przytłaczającej, niespotykanej do tej pory liczby cyfrowych autobiografii wytwarzanych w czasie rzeczywistym. Po obudzeniu i przed zaśnięciem przeglądamy Instagrama, który cały czas przypomina nam, że ktoś ma lepiej, a przynajmniej takie buduje wrażenie. Nietrudno zgubić się w porównaniach.
Pokolenie „pomiędzy”
Mam 18 lat, jestem w pociągu i próbuję kupić u konduktora bilet, ale brakuje mi kilku złotych. Muszę wysiąść, mimo że to nie moja stacja. Jest styczeń, zimno i ciemno, stoję na dworcu Orzesze. Uszy mi się czerwienią, znowu coś odwaliłem. Zastanawiam się, czy przyjedzie po mnie mama, czy tata, wolałbym tatę. On nie domyśli się, że wcale nie jechałem do Katowic na warsztaty literackie, choć było to dobrze skrojone kłamstwo. Jechałem spotkać się ze swoim chłopakiem, którego poznałem na portalu społecznościowym Epuls, popularnym w tamtym czasie na Śląsku. Poznałem na nim wielu znajomych, przyjaciół i chłopaka. Z kilkoma tymi osobami utrzymuję kontakt do dziś.
Byliśmy pierwszym pokoleniem, które w takim stopniu nawiązywało relacje w sieci, jednocześnie pamiętamy „klasyczne” podwórkowe przyjaźnie. Pod wieloma względami jesteśmy pokoleniem „pomiędzy”.
Między rzeczywistością analogową a cyfrową, między byciem świadkami dramatycznych czasów transformacji a jednoznacznymi jej beneficjentami, między konserwatywnym modelem rodziny a płynnym podejściem do tematu płci i tożsamości płciowej. Już nie konserwatywni, jeszcze nie w pełni zlaicyzowani. Biorący ślub cywilny, ale chrzczący dzieci pod presją babć i rodziców. Tłumaczący rodzicom, jak zainstalować Facebooka i Instagrama, lecz nienawykli do technologii na tyle, by nagrywać się telefonem bez milenijnej pauzy, czyli momentu niepewności przed rozpoczęciem mówienia do kamery. Gdyby milenialsi potrzebowali pocieszenia, można by im powiedzieć, odrobinę na wyrost, że reprezentują best of both worlds, najlepsze z obu światów, cytując piosenkę ikony najmłodszych milenialsów i najstarszych genzetów, czyli Hannah Montanę, disnejowskie wcielenie Miley Cyrus. Tak, funkcjonujecie w międzypokoleniowym zawieszeniu między starym a nowym. Jednak dzięki temu jesteście naszymi łącznikami.
Mam 19 lat, zaczynam studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Dostanie się na uczelnię wydawało się głównym celem mojej młodości. Teraz, kiedy został osiągnięty, odkrywam, że na roku ze mną jest ponad 200 osób i już po kilku miesiącach zaczynam bać się bezrobocia. Byliśmy pokoleniem, którego rodzice wierzyli w siłę studiów wyższych i wysyłali nas na nie z poczuciem życiowego sukcesu. A my szybko zrozumieliśmy, że studiuje prawie każdy, jakość studiów nie zawsze jest najlepsza, a świadectwo ich ukończenia niekoniecznie daje gwarancję dobrej pracy.
W 2019 r., czyli roku, w którym ostatnie osoby z pokolenia milenialsów powinny skończyć studia, odsetek ludzi z wyższym wykształceniem w wieku 25–34 lata wynosił 44,6%.
Najczęściej myślimy o współczesnym życiu w kategoriach przyspieszenia. Ale pod innymi względami nasze życie spowalnia i dłuższa edukacja ma na to znaczący wpływ. Wraz ze wzrostem poziomu edukacji i rozwojem technologii zarówno nasze dorastanie, jak i starzenie się trwają dłużej. Coraz później osiągamy kolejne kamienie milowe pokroju prawa jazdy, małżeństwa czy przejścia na emeryturę. Coraz dłużej jesteśmy dziećmi, nastolatkami i młodymi dorosłymi. W wieku, w którym my kończyliśmy studia, nasi rodzice często mieli poważne prace, dzieci i inne „dorosłe” problemy. Zarzucanie milenialsom niedojrzałości czy też porównania dotyczące tego, kto kiedy założył rodzinę i zbudował dom („ja w twoim wieku”), nie są trafione: dojrzewamy później m.in. dlatego, że studia wydłużyły okres naszego dorastania.
Mam 22 lata i poczucie, że biorę udział w doniosłym, historycznym wydarzeniu. Jestem w Gdyni na festiwalu muzycznym, rano muszę pamiętać, by zagłosować na Bronisława Komorowskiego. Media mówią, że te wybory prezydenckie będą starciem „Pokolenia Open’era” z „Pokoleniem JP2”. Utożsamiam się z tym pierwszym, które samo siebie uważa za kosmopolityczne i europejskie. Spot wyborczy skupiał się na dłoniach Polaków, którzy tworzyli krąg gotowy do budowania lepszego kraju. Jedna z par dłoni jest czarna – ten obraz, który stanowi deklarację upragnionej tolerancji, robi na mnie szczególne wrażenie. Z perspektywy czasu widzę oczywiście, jak kuriozalne było myślenie, że głos na Bronisława Komorowskiego ma cokolwiek wspólnego z nowoczesnością. A jednak tak wtedy czułem. Jak się okazało, te wybory nie miały kluczowego znaczenia dla mojego pokolenia. Podobnie jak śmierć Jana Pawła II, a do pewnego stopnia również katastrofa smoleńska. Nie wszystkie wybuchy społecznych i narodowych emocji realnie kształtują postawy i obyczaje. Pozostają jedynie intensywnym emocjonalnym wspomnieniem, bez większego wpływu na kształt naszego życia.
Starszy brat dziaders
Mam 24 lata i drugą poważną pracę. Jest godzina trzecia w nocy, a ja siedzę w biurze razem z moją szefową, próbujemy skończyć projekt. Nie pamiętam szczegółów. Może nie chcę pamiętać. Na pewno miała coś wspólnego z jakimś moim fakapem, który by się nie wydarzył, gdyby firma była lepiej zarządzana. Pracuję na umowę‑zlecenie. Na początku ścieżki zawodowej zachowuję się jak uczestnik Jednego z dziesięciu, który kiedy pojawia się zadanie, zawsze bierze je „na siebie”. Pracuję ponad siły, mam strzępki życia prywatnego, trwa to dwa, może trzy lata. Uczę się bardzo dużo. Wkrótce w kolejnych pracach i projektach pojawiam się jako ten już doświadczony, lecz nadal bardzo młody. Ten, który tłumaczy innym, co się teraz robi, co się podoba, co jest modne, a co nie. Bardzo długo pozostaję najmłodszą osobą w pokojach, w których zapadają decyzje.
Mam 33 lata, definitywnie skończył się lockdown. Młodzi ludzie wyszli na ulice i wyglądają inaczej.
Mam wrażenie, jakbym widział ich po raz pierwszy. Może naprawdę widzę ich po raz pierwszy? Ubierają się fajniej, mają więcej odwagi i wyrażają siebie bardziej niż ja kiedykolwiek.
Kiedy praktycznie w tym samym momencie pojawiają się na rynku pracy, jestem w szoku. Muszę ułożyć się na nowo. Do zespołu zatrudniam dziewiętnastolatkę, a robię to głównie na podstawie jej konta na TikToku. W branży wydawniczej wybucha fenomen literatury young adult i w krótkim czasie w pracy zaczyna otaczać mnie coraz więcej młodych ludzi. Stresuję się. Media społecznościowe są przecież pełne treści, w których genzeci naśmiewają się z milenialsów. Zaczynam się bać, że stanę się cringe’owy, że któraś z młodszych koleżanek pomyśli, iż jestem dziadersem.
Decyduję się słuchać i ze znanych dostępnych mi ról wybieram rolę starszego brata. Kiedy dochodzi do mnie, że uczymy się od siebie nawzajem, że to bardziej międzypokoleniowa wymiana niż przepychanka, znajduję jakiś spokój. Konflikt międzypokoleniowy zaczynam rozumieć jako medialny, algorytmiczny konstrukt, który wielbi się w różnicach, napięciach i złych wiadomościach. Różnice generacyjne nie mówią nam już tyle, ile chcemy, żeby mówiły, albo jak sugerują nam to media. Jasne, istnieją, ale też nigdy wcześniej nie współistniało w tym samym momencie historycznym tak wiele pokoleń naraz. Uczymy się i wpływamy na siebie nawzajem. Potrzebujemy się nawzajem. Młodsze pokolenie już zmieniło nasze podejście do pracy, tak jak my nauczyliśmy naszych rodziców korzystania z mediów społecznościowych. To zresztą kolejny news, który nie za bardzo by się kliknął: słuchajcie, wcale nie jesteśmy aż tak różni! Tłumaczenie różnic między nami kwestiami pokoleniowymi sprawia, że nie rozmawiamy o znacznie ważniejszych podziałach: klasowych czy merytokratycznych. Mam 36 lat. Za dwa, trzy lata będę w połowie swojego życia, przynajmniej statystycznie. Jeśli czasem jest mi z tego powodu trochę smutno, pocieszam się, że pierwszych trzech, czterech lat nie przeżyłem świadomie, więc do połowy „świadomego życia” jeszcze trochę mi brakuje. Są plusy bycia w moim wieku. Przede wszystkim: wiem już mniej więcej, kim jestem. A przynajmniej tak mi się wydaje. Są minusy bycia w moim wieku. Jak pisze Kieran Setiya w Kryzysie wieku średniego, za mną jest już znacząca przeszłość, a przede mną znacząca przyszłość, z obydwiema muszę się zmierzyć: mogę już rozpamiętywać to, co było, jednocześnie niepokojąc się o to, co nadejdzie.
„Co znaczy dla ciebie być dorosłym?” – pyta mnie ktoś na spotkaniu autorskim. „Myśleć, że ktoś inny jest dzieckiem” – odpowiadam. Tylko tyle.
Wszystkie ilustracje do tekstu przygotowała Izabela Olesińska