Subskrybuj
fot. Oleg Brovchenko / Unsplash
fot. Oleg Brovchenko / Unsplash
Dr historii, badaczka dźwięków. Laureatka Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej Monografie FNP. Na początku 2024 r. ukazała się jej książka pt. Dźwięki, ludzie i nasłuchiwanie miasta. Wybrane elementy fonosfery Warszawy na przełomie XIX i...

Nie w dźwięku jest problem

Czego tak naprawdę szukamy, gdy mówimy, że potrzebujemy ciszy? Kto ma decydować o tym, gdzie ma być cicho? Jakie ćwiczenia możemy wykonać, aby zadbać o swój dobrostan?

Cisza jest pojęciem przepastnym. Ciszą nazywamy stan skupienia podczas medytacji i stan przerażenia podczas oglądania horroru w szczególnym momencie tuż przed tym, jak wydarzy się coś złego. Cisza może być wytchnieniem i torturą. Mówimy sobie, że cicho należy się zachowywać w bibliotece i w muzeum, ale już w księgarni i muzealnej kawiarence niekoniecznie. W jaki zatem sposób dzielimy przestrzeń na dźwiękowe parcele i kwartały? Jak to możliwe, że jedno słowo używane jest na określenie tak skrajnie różnych zjawisk dźwiękowych? Jak poradzić sobie z tym, że te same dźwięki, np. koncert na festynie, jednym przeszkadzają, a innym się podobają (bo przecież jeszcze musimy poradzić sobie z tym, że mówiąc o ciszy, mówimy nierozerwalnie o „hałasie”, często w kontrze, jakby to był awers i rewers, strona jasna i ciemna)? Innymi słowy, jak pogodzić sprzeczne potrzeby dźwiękowe różnych ludzi, którzy żyją obok siebie?

Koncepcja ciszy nie jest oczywista również dlatego, że nie ma czegoś takiego jak cisza zupełna.

Czasem cisza oznacza dla nas w istocie wypełnienie swojego otoczenia dźwiękami innymi niż te, których doświadczamy na co dzień, np. dźwiękami natury. Po długim dniu pracy w zatłoczonym biurze typu open space wybieramy się na spacer do lasu albo miejskiego parku, w którym świergoczą ptaki, szeleszczą liście, suche patyczki łamią się pod naszymi butami, dochodzą do nas rozmowy innych spacerowiczek i spacerowiczów, a ortalionowa kurtka szeleści przy ruchach ciała, a mimo to mówimy sobie, że panuje tam cisza i spokój. Bywa, że cisza oznacza raczej udomowioną fonosferę miejsca zamieszkania – choć buczy w nim lodówka, woda przelewa się w kaloryferach, a przez zamknięte okno dochodzi stłumiony szum ruchu ulicznego, mówimy, że w domu panuje cisza. Czasem pytam osoby uczestniczące w warsztatach i spacerach o ich ulubiony dźwięk, mówią wtedy o braku dźwięku, o szemrzących strumykach albo o śpiewie ptaków, wszyscy jesteśmy mieszczuchami, którym ewidentnie przydałyby się dodatkowe dni wolnego i przechadzka bez smartfona w szczerym polu.

Są ludzie, którzy z różnych powodów nie lubią przebywać w ciszy. Na spotkaniu, gdy na chwilę rozmowa traci impet lub jej uczestnicy i uczestniczki zastanawiają się, co dalej powiedzieć, osoby te mówią: „Ale cisza, co nie?”. Wszystko, byleby tylko nie być w tej ciszy nawet parę chwil. Są też ludzie, którzy nie potrafią się zatrzymać, którym chorobowa gonitwa myśli sprawia cierpienie, bo wyciszyć się nie mogą. Dla nich powstają aplikacje z szumiącym deszczem i playlisty na Spotify z różnymi typami fal mózgowych. Mówimy, że cisza jest luksusem lub towarem – kto decyduje o jej cenie i dystrybucji? Są w końcu ludzie, którzy zabraniają innym mówić, tzn. uciszają ich wypowiedzi o politycznym samostanowieniu.

Wtedy mamy do czynienia z opresyjnym odbieraniem komuś głosu, a opresorem może być zarówno państwo, jak i osoba w relacji partnerskiej.

To niepełna lista wszystkich typów cisz, jakie możliwe są do pomyślenia. Wykonaj ćwiczenie – na kartce albo w notatkach w telefonie wypisz wszystkie rodzaje ciszy, jakie przychodzą ci do głowy, i postaw znak plus przy tych, które wydają ci się przyjemne, a znak minus przy tych, które wydają ci się nieprzyjemne. Czy wykonasz to ćwiczenie samodzielnie (w ciszy)? A może z kimś, we wspólnym wysiłku wywołacie burzę (mózgów) w poszukiwaniu ciszy?

Remedium na nadmiar

Zauważyłam, że gdy mówimy, iż poszukujemy ciszy, to tak naprawdę mówimy, że jesteśmy zmęczeni. Być może istnieje jakiś związek, który w pełni odsłoni się dopiero historyczkom badającym nas za jakieś 70 lat, pomiędzy pojawiającymi się książkami o ciszy / hałasie oraz o zmęczeniu; mam tu na myśli m.in. Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje Byung-Chul Hana (2022) i Cześć pracy. O kulturze zapierdolu Zofii Smełki-Leszczyńskiej (2024) czy powracającą dyskusję na temat zmęczenia i przepracowania osób zatrudnionych w sektorze kultury, w sytuacji prekaryjnej, a także literaturę samopomocową na temat radzenia sobie z szeroko rozumianym przebodźcowaniem. W trend ten wpisuje się również najnowsza książka Małgorzaty Halber Hałas.

Punktem wspólnym tych różnych podejść jest lokalizowanie źródła zmęczenia w pracy, a w wersji rozszerzonej – w pracy i we wspomnianym przebodźcowaniu, w pewnym sensie w tym, co nazywamy życiem w późnym kapitalizmie.

Obejmuje to także liczne odmiany tzw. pracy bez sensu, znakomicie opisanej przez Davida Graebera w książce pod takim tytułem, czyli dosłownie pracy, która istnieje, choć z punktu widzenia organizacji pracy, relacji kapitalistycznych, a także logiki i zdrowego rozsądku jest zupełnie bezcelowa, jak przekładanie papierów lub cegieł z jednego miejsca na drugie.

Nie jestem ekspertką od polityki społecznej, ale może nie tyle potrzebujemy ciszy, ile rewolucji? Zmniejszenia liczby godzin pracy w tygodniu przy jednoczesnej realizacji wszystkim podstawowych potrzeb życiowych, wywalczenia większej ilości czasu, który można przeznaczać na siebie i swoich bliskich oraz na budowanie wartościowych relacji i satysfakcjonującą pracę wolontariacką na rzecz swojej najbliższej społeczności? Być może to nie w dźwięku jest problem, lecz w kryzysie władzy, która nie dba o obywatelki i obywateli, nie troszczy o środowisko i opiekę zdrowotną w takim stopniu, jakiego faktycznie potrzebujemy? Być może to nie nieokreślony hałas nas męczy, tylko to, że życie mija bez sensu na zapierdolu i naginaniu się do realizowania cudzych oczekiwań?

„Cisza” i „hałas” stają się więc pewnymi metaforami i utopiami, gdzie „hałas” puchnie i rozszerza swoje znaczenia na zjawiska zupełnie niedźwiękowe, rozumiane jako chorobliwy nadmiar, wobec którego cisza, postrzegana jako jego zaprzeczenie, jawi się jako remedium.

Wydaje nam się wówczas, że weekend w domku znalezionym na Slowhopie naszą potrzebę ciszy, a tak naprawdę odpoczynku, zaspokoi.

Gdy mówimy, że poszukujemy ciszy, odsłaniamy pewien problem systemowy, fundamentalny problem zwłaszcza ludzi żyjących w dużych miastach gdzieś w Europie, któremu nie zaradzi aplikacja wyciszająca powiadomienia w smartfonie. Potrzebujemy radykalnego myślenia o naszym dobrostanie.

Wykonaj ćwiczenie: ustaw stoper na trzy minuty i w tym czasie wsłuchaj się w swoje otoczenie. Nie notuj, nie steruj swoją uwagą, po prostu słuchaj, pozwól dźwiękom docierać do siebie w sposób przypadkowy. Nie oceniaj ich, zwróć uwagę na ich istnienie i pozwól im przeminąć.

Ściszyć głośniki

Być może czasami, gdy mówimy, że poszukujemy ciszy, to w istocie mówimy, że nie podobają nam się dźwiękowe zachowania i przyzwyczajenia innych ludzi.

Mówimy sobie np., że mamy „prawo do ciszy”, albo określamy, że jakieś zachowanie jest niehałaśliwe, tzn. „kulturalne” albo „stosowne”. Czy potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak bardzo tego rodzaju określenia są sprzężone z naszym czasem historycznym – kulturą, w którą jesteśmy zanurzeni, naszym zapleczem socjoekonomicznym i tym, co nazywamy kapitałem kulturowym? Czy jesteśmy w stanie przyznać szczerze, że tak, owszem, uważam muzykę disco polo za hałas, barbarzyńskie dźwięki, które nie powinny mieć miejsca w przestrzeni publicznej (i co na to 68% osób badanych, przepytanych przez zespół socjolożek i socjologów z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w ramach projektu badawczego Dystynkcje muzyczne. Gust muzyczny i stratyfikacja społeczna a proces kształtowania się stylów życia Polaków, które wskazało, że dźwięki disco polo są dla nich wcale przyjemne, a nawet ulubione? [raport ukazał się w 2022 r.])?

Gdy badałam dźwięki Warszawy na przełomie XIX i XX w. – a właściwie reakcje ludzi na nie – na pierwszy plan wysunął się problem tego, jak przynależność do danej klasy społecznej zespolona była z negatywnym bądź pozytywnymi reakcjami na dany dźwięk. Kataryniarz, odwiedzający podwórze warszawskiej kamienicy i na katarynce wygrywający melodie z ostatnich oper, mógł być postrzegany jako sympatyczny gość w codziennej fonosferze miasta, który przynosił na podwórza przyjemne dźwięki muzyki, rozrywkę (nie mówiąc już o tym, że kataryniarz w ten sposób po prostu zarabiał na siebie).

W znakomitej większości jednak docierają do nas głosy niezadowolenia, głosy wrogie, pragnące wyrzucenia dźwięku katarynki poza dźwiękowy horyzont.

Czy ta statystyczna przewaga oznacza, że dźwięk katarynki nie był pożądany w dźwiękowej tkance miasta? Nie. Oznacza, że grupy społeczne, którym dźwięk katarynki się nie podobał, miały większy dostęp do mediów, głównie prasy, pozwalający im tę niechęć kanalizować w formie gniewnych felietonów czy protekcjonalnej satyry. To tylko jeden z przykładów. Właśnie te badania pokazały mi, że narracje wokół ciszy potrafią być bardzo ekskluzywne i nacechowane, przede wszystkim klasowo.

Żeby lepiej wyobrazić sobie zaplątanie rozumienia ciszy i hałasu, zróbmy wspólne ćwiczenie – przeanalizujmy tekst, który wydaje mi się dość symptomatyczny. To „przesłanie na Międzynarodowy Dzień Muzyki” (obchodzimy go 1 października), publikowane co roku przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca, w tym roku przygotowane przez skrzypka Krzysztofa Jakowicza. Przesłanie autor zatytułował Muzyka, którą tworzy Natura, ale, niestety, po raz pierwszy przeczytałam je ze strony Programu Drugiego Polskiego Radia, które dodało odredakcyjny tytuł Prośba o ciszę. Prośba! O ciszę! To tekst bardzo krótki, poniższy cytat to prawie połowa jego objętości:

„Muzyka »leje się« nieustannie w miejscach publicznych – restauracjach, sklepach, domach i centrach handlowych… Imprezy masowe z dominującym podkładem muzycznym są najczęściej organizowane na tzw. wolnym powietrzu – w parkach, lasach, centrach miast czy na wielkich stadionach – pełne silnego beatu, nagłaśnianego ponad miarę – słyszalnego i odczuwalnego w promieniu kilku kilometrów, zatruwając środowisko równie skutecznie jak spaliny, śmieci, plastiki etc. Ludzie, którzy generują ten hałas, nie mają w sobie dość pokory i refleksji, że może przeszkadzają innym mieszkańcom naszej planety – zwierzętom, ptakom, owadom, roślinom mającym inną wrażliwość, słyszącym często lepiej niż my”.

W drugiej połowie tekstu następuje apel, by „ściszyć głośniki” i słuchać ulubionej muzyki, „nie terroryzując innych”; w powstałej akustycznej niszy będzie mogła wreszcie wybrzmieć „Muzyka, którą tworzy Natura i genialni twórcy, którzy są jej integralną częścią (Bach, Mozart, Beethoven, Chopin i tylu innych…)”.

Wykonaj ćwiczenie: zostań na chwilę z tym tekstem i zastanów się, jakie wrażenia wywołuje. Potraktujmy go jak źródło historyczne i zadajmy mu pytania. Jak rozumiane są w nim pojęcia kluczowe, takie jak hałas i cisza? Czy muzyka i dźwięki to te same zjawiska czy inne? Czy możemy rozwikłać, dlaczego ktoś używa takich metafor, a nie innych? Co wiemy o kontekście powstania takiego tekstu – przez kogo i przede wszystkim dla kogo został napisany? Zgadzamy się z nim czy nie?

Cisza osobista

Sama również mam swoje przyzwyczajenia i preferencje, jako zwolenniczka autorefleksji powiedziałabym, że na co dzień warto się zastanawiać, co mi przeszkadza (i wówczas tego unikać, jeśli mogę, lub to ignorować, jeśli uniknąć nie mogę), a co sprawia mi przyjemność. Uważam się za osobę introwertyczną, co oznacza, że w moim świecie wewnętrznym dzieje się bardzo wiele, więc gdy dochodzą do mnie bodźce ze świata zewnętrznego, takie jak inni ludzie i ich sprawy, to moja chłonność w którymś momencie się kończy i wtedy mówię: „Hej, superspotkanie, ale zbieram się już do domu”, albo: „Dziękuję za zaproszenie, ale chciałabym tego dnia zostać w domu, położyć się spać wcześniej”, albo: „Dziękuję, ale mam już inne plany (położyć się spać wcześniej)”. Jak to mówią Wyspiarze, your home is where your bed is. W mniejszym stopniu chodzi tu o konkretne zdarzenie dźwiękowe, lecz bardziej o fakt, że zbyt wiele ludzi to już lekka przesada.

To wtedy zatem stawiam sobie granicę i poszukuję „ciszy”, tzn. poszukuję czasu dla siebie; to wtedy myślę o hałasie rozumianym nie jako dźwięk, lecz jako metafora zbyt wielkiej liczby bodźców, której mój mózg już nie może procesować.

Cisza osobista to dla mnie cisza poranna, cisza pierwszego łyku mocnej czarnej kawy, cisza bawełnianej pościeli, która stygnąc, dotyka miękkiej skóry, jakby chciała zamruczeć, że choć już wstałam, by tę kawę zaparzyć, to tak naprawdę jeszcze nigdzie nie muszę przecież iść. Specjalnie wstaję wcześnie (wcześniej), żeby zapewnić sobie odpowiednio dużo czasu na poranne rytuały, głupie a delikatne rozciąganie ciała i nałożenie kremu z filtrem na zaczerwienioną buzię, które w tym krótkim interwale, tuż zanim świat w pełni obudzi się do życia, stają się małą twierdzą broniącą przed wyzwaniami codzienności. W tym nierozbudzonym stanie przejściowym wsłuchuję się w odgniecenia na kołdrze, a gdy za oknem pada deszcz, to już w ogóle robi mi się bardzo przyjemnie.

Wykonaj ćwiczenie – zastanów się, czy istnieje jakaś cisza, której ci brakuje. Pomyśl, jakiego typu jest to cisza, z jakich dźwięków się składa i czego w gruncie rzeczy jest brakiem. Zdecyduj, w jaki sposób zadbasz o siebie i o tę ciszę.

*

Gdzieś w XIX w. w kulturze europejskiej nastąpiła zmiana, która zespoliła ze sobą zachowanie ciche z zachowaniem uprzejmym. Lektura poradników dobrego zachowania pokazuje, że owa uprzejmość sprzężona z dźwiękową dyskrecją dotyczy przede wszystkim odgłosów ciała – zachowanie ciche, przyzwoite, kulturalne, obyczajowo akceptowalne to zachowanie, w którym wszelkie kaszlnięcia, kichnięcia, odgłosy kroków, odgłosy fizjologiczne, głośne mówienie, wołanie, szeptanie znikają z dźwiękowej przestrzeni społecznej, a zepchnięte zostają w pieczołowicie skrywaną sferę prywatną oraz, dodatkowo, okryte zostają nimbem wstydu. Ciało poddane zostaje rygorowi i dyscyplinie zachowania, które ma być ciche. To pokazuje, że kiedyś ciche być nie musiało, a to z kolei uświadamia, że nasze wyobrażenia na temat ciszy i nieciszy nie są uniwersalne ani dane raz na zawsze.

Artykuł pojawił się w numerze: Stwórz szałas na hałas