Subskrybuj
Andrzej Guła fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Andrzej Guła fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Nie wystarczy bić na alarm

„Nauczymy się innego życia, bo nie ma powrotu do tego, co było” – zapewnia pomysłodawca i współtwórca Polskiego Alarmu Smogowego Andrzej Guła, którego walka o czyste powietrze w jednym mieście doprowadziła do pytań o niezależność energetyczną państwa.

Lekki i pracujący cicho sampler skonstruował John Daniel Spengler, fachowiec od zdrowia publicznego, pracujący na Uniwersytecie Harvarda. Instrument, umieszczony w plecaku, pobierał powietrze w rytmie oddychania osoby, na której plecach się znajdował. Cząsteczki pyłu zatrzymywał filtr, zanieczyszczenia mające postać gazową pochłaniała specjalna głowica. Konstrukcję samplera, który należało mieć cały czas przy sobie, a podczas snu umieszczać na wysokości głowy, zlecił harwardzkiemu uczonemu Wiesław Jędrychowski – szef Katedry Epidemiologii i Medycyny Zapobiegawczej Collegium Medicum UJ. Był rok 2000, kiedy profesor – świadomy, że w Krakowie rocznie zdarza się nawet 200 dni z przekroczonymi normami zanieczyszczeń powietrza – poprosił pierwsze kobiety w ciąży, by zgodziły się nosić samplery. Badane miały między 18 a 35 lat, nie paliły ani nie oddychały zanieczyszczonym powietrzem w pracy, mieszkały w różnych dzielnicach Krakowa i były na początku ciąży. Każda zgadzała się też na monitorowanie zdrowia nienarodzonego jeszcze dziecka przez 11 lat od jego przyjścia na świat. Do 2004 r. w próbie badawczej uczonego znalazło się ponad 500 pacjentek.

Wczesną wiosną 2012 r. Jędrychowski zaprezentował dane, z których wynikało, że ze wszystkich krakowskich dzielnic najbardziej narażone na oddychanie powietrzem zanieczyszczonym pyłami PM2,5 i PM10 są mieszkanki gęsto zabudowanego centrum, gdzie w bezwietrzny zimowy czas smog potrafi zalegać przez wiele dni gęstą czapą. Uczestniczki badania, których samplery rejestrowały najwięcej wdychanych zanieczyszczeń, rodziły dzieci z niższą masą ciała niż standardowa. Noworodki miały mniejszy obwód czaszki i mniejszą długość ciała. W kolejnych latach u części z tych dzieci występował świszczący oddech, który z reguły był zapowiedzią zbliżającej się astmy. U kolejnych diagnozowano mniejszą pojemność płuc i większą podatność na zapalenie oskrzeli lub płuc. Badacze zauważali też słabszy rozwój psychomotoryczny u dzieci, które w pierwszych latach życia oddychały mocno zapylonym powietrzem.

Rzecznik szefa urzędu marszałkowskiego, gdzie przedstawiono wyniki, wyliczył, co należy zrobić dla poprawy jakości powietrza w krakowskiej niecce: odłączyć stare kotły węglowe, ocieplić budynki, zrezygnować z paliw najgorszej jakości. Nie zdradził, jak urzędnicy zamierzają osiągnąć te cele, przypomniał jedynie, że wykonują swoje obowiązki: każdego dnia na stronie internetowej urzędu są podawane wyniki badań jakości powietrza.

W grudniu 2012 r. grupa przyjaciół i znajomych, których łączyło jedynie to, że mieszkają pod Wawelem, utworzyła profil na Facebooku pod nazwą Krakowski Alarm Smogowy. Inicjatorem nieformalnego zrzeszenia był Andrzej Guła – 36-letni ekonomista i właściciel firmy konsultingowej, który specjalizował się w ocenie inwestycji związanych z ochroną środowiska. W takim charakterze doradzał m.in. Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu, Bankowi Światowemu, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju.

Ani chwili do stracenia

– To był efekt złości i irytacji. Mojej, znajomych, potem zupełnie nieznanych ludzi, którzy się do nas przyłączyli. Także wielu lekarzy i naukowców, którzy wiedzieli, jakim koktajlem zanieczyszczeń oddychamy w Krakowie i jak to wpływa na nasze zdrowie. Nie mówiliśmy o odpowiedzialności za środowisko, o wrażliwości ekologicznej, o bezpieczeństwie energetycznym państwa, to wszystko pojawiło się dużo później. Ponad 10 lat temu, kiedy rozpoczynaliśmy działalność, kładliśmy jedynie nacisk – dość egoistycznie – na nasze prawo do oddychania czystym powietrzem.

Nie zamierzałem zostawiać konsultingu, by przeistoczyć się w aktywistę miejskiego. Mając dwoje małych dzieci, zdawałem sobie sprawę, że wybór jest prosty: albo – dla ich i naszego zdrowia – wyprowadzamy się z Krakowa, albo zostajemy, ale musimy coś zrobić z problemem zanieczyszczonego powietrza w mieście. Krakowianie znali mgłę z charakterystycznym zapachem, która na wiele jesiennych czy zimowych dni pojawiała się w mieście. Jakie związki chemiczne ją tworzą, wiedzieli nieliczni dociekliwi, którzy zaglądali np. na strony internetowe paru państwowych instytucji odpowiedzialnych za ochronę środowiska. Bo monitoring powietrza prowadzono, jednak wyników nie eksponowano, np. na przystankach czy wyświetlaczach w uczęszczanych punktach miasta. Niewielu zdawało sobie sprawę, jakie pyły unoszą się w powietrzu, czym różni się PM2,5 od PM10 i co oznacza ich obecność, np. w naszych płucach.

Działalność rozpoczęliśmy od codziennego umieszczania danych o jakości powietrza w mieście na Facebooku Krakowskiego Alarmu Smogowego. Dla porównania przypominaliśmy normy dopuszczalnych zanieczyszczeń, ustalone przez Światową Organizację Zdrowia (World Health Organization – WHO). Liczyliśmy na to, że jasno podane dane przemówią same. Nie od razu, tylko po latach działalności, i ostatecznie tak się stało.

Demokracja pyłów

Dwa i pół mikrometra to jedna milionowa część metra pomnożona przez dwa i pół. Cząstka pyłu tej wielkości – właśnie dlatego, że to drobiazg do obejrzenia wyłącznie pod mikroskopem – łatwo dostaje się do krwi i wraz z nią dopływa do serca i płuc. W 2016 r. autorzy raportu przedstawionego przez WHO ogłosili, że z 50 miast UE, których mieszkańcy oddychają powietrzem z najwyższym stężeniem pyłu nazywanego potocznie – zgodnie z jego rozmiarem – PM2,5, ponad 30 znajduje się w Polsce. Czołówkę – tak w Polsce, jak w Unii – otwierał Żywiec z wynikiem 44 µg/m³. Dla porównania: według norm WHO dobowe stężenie pyłu zawieszonego nie powinno przekraczać 25 µg, a roczne 10 µg. Koktajlem zanieczyszczeń oddychała też Pszczyna, zajmując drugie miejsce w zestawieniu, i Rybnik, plasując się jedynie dwa oczka dalej. Wysokie notowania, wynikające z „produkcji” pyłu PM2,5 między 30 a 40 µg/m³ powietrza, zapewniły sobie zarówno duże miasta, np. Kraków, Katowice, Bielsko-Biała, jak zupełnie niemetropolitalne: Tomaszów Mazowiecki, Zduńska Wola i Nakło nad Notecią. „Dobre miejsca” w smogowym rankingu znalazły się też dla miejscowości z gór i pogórza: Suchej Beskidzkiej, Zakopanego, Nowego Sącza.

Smog w Polsce, jak wynikało z raportu, jest zjawiskiem demokratycznym. Cząsteczki PM2,5, które są wytwarzane przez domowe piece centralnego ogrzewania i ruch samochodowy, wdychane w dużych stężeniach przez wiele lat, przyczyniają się do powstawania chorób układu krwionośnego i oddechowego oraz nowotworów, osadzając się w płucach i naczyniach krwionośnych nie tylko u mieszkańców największych miast, jak przez lata uważano.

Raport WHO pokazywał wyraźnie, że smog w wielu regionach Polski ma twarz nie tyle wielkomiejskiej arterii czy międzymiastowej autostrady, ile osiedla wiejskich domów ogrzewanych najtańszym surowcem.

W domowych kotłowniach powstawała kolejna groźna cząsteczka, której nadobecność w polskiej atmosferze na początku drugiej dekady nowego wieku przerażała przede wszystkim naukowców i aktywistów miejskich. Nazwana PM10 – od maksymalnej wielkości 10 μm, jaką mogła osiągnąć – zawierała m.in. benzo(a)pireny i inne wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, z wbudowanymi w nie atomami metali ciężkich. Pył zbudowany z takich cząsteczek, sprzyjający pojawianiu się w organizmie zmian nowotworowych, produkowały w masowych ilościach domowe kotłownie. Zwłaszcza spalające muł – uboczny produkt obróbki węgla, który powinien był trafiać wyłącznie do elektrociepłowni, gdzie odpowiednio wysoka temperatura neutralizowała wiele z jego szkodliwych składników. Lekarze wymieniali świszczący oddech, ostre zapalenia oskrzeli, podwyższone ryzyko chorób serca i udaru mózgu jako skutki oddychania powietrzem zagęszczonym obecnością „grubego pyłu”. Wedle wskazań WHO obecność cząsteczek PM10 w ciągu doby nie powinna przekraczać 50 µg/m³. Tymczasem między październikiem a kwietniem w niektórych regionach Polski zdarzały się tygodnie ze stężeniem PM10 przekroczonym kilkukrotnie.

Dawnego świata już nie ma

– „Dlaczego macie cały czas zapaloną kuchenkę gazową, skoro w mieszkaniu jest tak gorąco, że można się poparzyć, dotykając kaloryferów?” – pytał mój ojciec znajomych, gdy jako fachowiec ds. energetyki pracował w jednej z republik byłego Związku Radzieckiego. Ojciec ganił mnie w domu za wszystkie niepotrzebnie zapalone żarówki, więc przypuszczam, że cierpiał niemal fizycznie, gdy widział kaloryfery obudowane drewnianymi sztachetami, zabezpieczającymi przed przypadkowym dotknięciem rozgrzanych żeberek, które przegrzewały źle ocieplone mieszkania z wielkiej płyty.

„Za gaz uiszczamy stałą opłatę ryczałtową, niezależnie od wysokości zużycia, a za zapałki musimy płacić, ile każe sprzedawca. Jak zapalimy gaz, to już nie gasimy, żeby zaoszczędzić na zapałkach” – odpowiadali żartem miejscowi.

Anegdota świetnie pokazuje realia świata, w którym paliwo jest tanie i dostępne, jak w Polsce dekadę temu. Można było palić w każdym piecu, właściwie wszystkim, nagrzewać powietrze w domu do 25°C przy nieszczelnych oknach i nie myśleć ani o oszczędzaniu, ani o czystym powietrzu. Z historii wiemy, że najtrafniejsze pomysły na oszczędzanie energii – tak w gospodarce, jak w życiu w ogóle – podsuwał zawsze kryzys energetyczny, ale dekadę temu nadejście tak poważnych problemów jak obecne przewidywali nieliczni fachowcy od energetyki, których politycy raczej nie chcieli słuchać. To ci fachowcy mówili, że paliwa kopalne nie są odnawialne, zanieczyszczone powietrze szkodzi zdrowiu, a poleganie na węglowodorach pochodzących z niedemokratycznej Rosji jest ryzykowne.

Nie wystarczyło więc bić na alarm. Trzeba jeszcze było pokazać plan działania, bo kiedy ludzie nie wiedzą, dokąd zmierzają ci, którzy ich mobilizują do aktywności, rozczarowują się i odchodzą. Naszą listę zadań do wykonania otwierało doprowadzenie do uchwalenia przez władze miasta Krakowa i samorządu wojewódzkiego uchwały antysmogowej, która zakazywałaby palenia w mieście węglem i drewnem. Dokumentu pionierskiego, za którym, jak się później okazało, poszły inne miasta i województwa. Dokument był prawdziwym wyzwaniem, gdyż w momencie rozpoczynania działalności przez Alarm ponad 70% domów jednorodzinnych w Polsce ogrzewanych była kopciuchami, czyli starymi, mocno zanieczyszczającymi powietrze piecami i kotłami na węgiel.

Naszą siłą byli ludzie. Przychodzili tysiącami na manifestacje, zakładali lokalne Alarmy w całej Polsce, składali pytania do posłów, więc gołym okiem było widać, że czyste powietrze nie jest fanaberią garstki mieszkańców Krakowa. Istotni byli także eksperci, tacy jak Michał Krzyżanowski, związany m.in. z Akademią Zdrowia Publicznego w Imperial College London, albo krakowscy lekarze, którzy – pokazując sceptykom, także politykom, na twardych danych, że nie ma czegoś takiego jak bezpieczny poziom zanieczyszczenia powietrza pyłem zawieszonym – dawali szansę na odblokowanie przez nich energii do działania. Zdawaliśmy sobie sprawę, że transformacja energetyczna będzie sporo kosztować właścicieli domów, dlatego mocno naciskaliśmy polityków, żeby nie ograniczyli się do uchwalania kolejnych zakazów, lecz wyciągnęli do ludzi rękę z konkretną ofertą pomocową. Chyba jako pierwsi w Polsce rozmawialiśmy z nimi o stworzeniu ogólnopolskich programów dofinansowujących wymianę starych pieców czy montaż dociepleń. Wierzyliśmy, że ludzi można przekonać, a potem wystarczy dać im czas i narzędzia do działania.

Polska przy piecyku

50 tys. zł – na tyle wycenił roszczenia Oliwer Palarz, aktywista Rybnickiego Alarmu Smogowego, pozywając w 2015 r. Skarb Państwa w osobach ministrów środowiska i energii za naruszenie dóbr osobistych z powodu zanieczyszczonego w mieście powietrza. W sezonie grzewczym nie uprawiał sportu, nie wychodził na spacery z dziećmi, powietrze w mieszkaniu odświeżał pracujący non stop oczyszczacz. Tymczasem rząd zjednoczonej prawicy, która wygrała wybory jesienią 2015 r. i zmieniła obsadę urzędów państwowych, w tym zarząd Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, zlikwidował Kawkę – pierwszy w Polsce program dotowania wymiany starych pieców węglowych, uruchomiony w 2013 r. w wyniku nacisków działaczy Alarmu Smogowego. Organizacja w tym samym czasie zmieniła już nazwę z Krakowskiego na Polski, ponieważ lokalni aktywiści z kolejnych miejsc – pochodzący z różnych środowisk: nauczyciele, lekarze, artyści, przedsiębiorcy – tworzyli własne Alarmy wzorowane na tym, który istniał pod Wawelem (późną zimą 2023 r. ich liczba zbliży się do 50). Tymczasem smog, ponieważ zajmował się nim przeciwny obóz polityczny, stawał się nieistotny, a program dotacji niepotrzebny.

„Co nas obchodzą jakieś piecyki?” – pytali retorycznie aktywistów Alarmu ludzie z nowego zarządu Funduszu Ochrony Środowiska, którzy uważali, że agencja rządowa musi zajmować się poważnymi projektami strukturalnymi, np. budową oczyszczalni ścieków, albo problemami składowisk śmieci, a nie domowymi paleniskami.

Walka o czyste powietrze zaczynała przypominać walkę z wiatrakami, zwłaszcza że każdego roku sprzedawano nawet 140 tys. domowych pieców do spalania węgla i drewna, nazywanych bezklasowymi, bo nie spełniały żadnych standardów emisji zanieczyszczeń, a mogły być użytkowane przez kolejnych 20 lat. W większości z nich spalano najtańszy, więc najgorszej jakości, węgiel oraz odpady węglowe. Świadczyły o tym obliczenia Krystyny Kubicy z Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Śląskiej w Gliwicach: w 2012 r. do kotłowni małych firm, warsztatów, a przede wszystkim domów trafiło 800 tys. ton mułów.

Kiedy w pierwszych miesiącach 2017 r. smogowa czapa zawisła nad niemal całą Polską, nie wyłączając położonej na mazowieckiej równinie stolicy, upadł kolejny mit o smogu, który miał być problemem przede wszystkim miejscowości położonych w kotlinach albo na terenach słabo przewiewnych, gdzie mało zamożni mieszkańcy ogrzewają się najtańszym opałem. Jesienią 2018 r. prawicowy rząd uruchomił program Czyste Powietrze, który przez 11 lat ma wspierać finansowo właścicieli domów w wymianie źródeł ciepła i energii oraz termomodernizacji budynków. Smog stał się zjawiskiem ponadpartyjnym i niepolitycznym. W tym samym roku sąd rejonowy uznał pozew Palarza z Rybnickiego Alarmu Smogowego za bezzasadny, jednak skargę obywatela wsparł dodatkowymi argumentami rzecznik praw obywatelskich.

Jak wydaje się miliardy?

– Z polityków sprawie czystego powietrza w Polsce pomogły szczególnie dwie osoby. Różni je chyba wszystko: wiek, wykształcenie, doświadczenie zawodowe, kariera polityczna, nawet płeć.

Tadeusz Arkit – do 2011 r. poseł PO, absolwent AGH i były sztygar w kopalni węgla kamiennego – zaangażował się w nowelizację prawa ochrony środowiska, by możliwe stało się przyjmowanie uchwał antysmogowych. Dzisiaj z 16 województw ma je 14.

Jadwiga Emilewicz – kilkanaście lat od niego młodsza posłanka Porozumienia, współtworzącego wówczas rząd, politolożka – doprowadziła do uchwalenia dwóch ważnych regulacji. Pierwsza usuwała ze sprzedaży kotły grzewcze produkowane bez standardów emisyjnych. Druga określała minimalne wymagania jakościowe dla węgla i uniemożliwiała sprzedaż odpadów węglowych, które najmocniej zanieczyszczały powietrze, gospodarstwom domowym.

A potem przyszła pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę i kryzys na rynku paliw, który parlament usiłował opanować, uchwalając latem 2022 r. głosami przedstawicieli wszystkich partii wsparcie jednorazowym dodatkiem węglowym właścicieli domów, niezależnie od wysokości ich dochodów. Liczyło się tylko to, że ogrzewali dom piecem na węgiel. Przez zaledwie dwa pierwsze miesiące jego wypłaty budżet państwa kosztowało to 10 mld zł, a wszystkie dopłaty rządowe związane z ogrzewaniem – kolejne dziesiątki miliardów. Na program Czyste Powietrze do początku 2023 r., czyli przez ponad cztery lata, wydano niespełna 4 mld zł. W przypadku dodatku węglowego procedura była maksymalnie uproszczona. Wnioski o dofinansowanie wymiany pieca albo docieplenia domu są dla wielu osób niełatwe do przejścia, a na otrzymanie funduszy czy zwrot części kosztów trzeba czasem czekać miesiącami.

Przypatrywałem się tej nierównowadze i myślałem o cynikach spotykanych w ostatnich latach w biurach poselskich, którzy niemal wprost potrafili powiedzieć: „Co mnie obchodzi termomodernizacja domów? Mam się zajmować stolarką okienną?”.

Ich zdaniem temat dotyczył zbyt małej liczby wyborców, by mógł stać się częścią programu. Wyobraźnia nielicznych łączyła politykę energetyczną państwa, która kojarzyła się z przemysłem i motoryzacją, z jakością izolacji polskich domów. Dopiero wojna na Ukrainie ostatecznie zmieniła myślenie. Przypominałem też sobie posłów kolejnych partii, od których przez lata słyszałem retoryczne pytanie: „To kosztuje miliardy, skąd je wziąć?”. Lecz wypłatę dodatku węglowego uchwalono z pominięciem kryteriów dochodowych, przez co otrzymały go także osoby zamożne, które potrafiłyby ogrzać domy bez państwowego wsparcia. PAS, wspólnie z Instytutem Badań Strukturalnych i prawnikami fundacji Frank Bold, przedstawił alternatywne rozwiązanie w sposobie wypłaty dodatku węglowego, które pozwoliłoby zaoszczędzić kilka miliardów złotych. Kwoty można byłoby przeznaczyć na inwestycje poprawiające jakość powietrza i efektywność energetyczną budynków. Polityków to jednak nie zainteresowało.

A wracając do głównego wątku: gdyby takie sumy w ostatnich latach zainwestowano w wymianę pieców na niskoemisyjne i ocieplenie domów, obniżylibyśmy koszty ogrzewania i zmniejszyli zapotrzebowanie na paliwa kopalne. Oddychalibyśmy czystszym powietrzem, zachowując większą niezależność od sprowadzanego z Rosji węgla czy gazu. Po wypłacie dodatku węglowego nie pozostanie nic. Tymczasem kryzys nie ograniczy się do jednego sezonu grzewczego, nawet gdyby wojna w Ukrainie skończyła się jutro.

Zimne mury

W kostce – czyli jednopiętrowym sześcianie wybudowanym w latach 70. z pustaków i pokrytym płaskim dachem – zamieszkiwanej przez czteroosobową rodzinę na jednym z osiedli w Zielonej Górze termomodernizację rozpoczęto od piwnic. Płaty wełny mineralnej pokryły jej ściany pod powierzchnią ziemi i nad nią. Ociepliły ściany zewnętrzne i stropy dachu. Znalazły się nawet na płycie balkonowej nad garażem. Wymieniono okna. Po pierwszym sezonie grzewczym porównano rachunki: inwestycja wartości 80 tys. zł zmniejszyła zapotrzebowanie na ciepło prawie dwukrotnie, o tyle ograniczając zapotrzebowanie na gaz.

Był początek drugiej dekady nowego wieku i podobnych do zielonogórskiej kostki domów pochłaniających energię niczym czarna dziura było w Polsce co najmniej 3,5 mln. Szacunki ekspertów związanych z Instytutem Ekonomii Środowiska, współtworzonym przez Andrzeja Gułę, wskazywały, że jeśli szukać oszczędności energetycznych, to właśnie tam. W Polsce istniało wówczas prawie 5,5 mln domów jednorodzinnych, w których żyła połowa jej mieszkańców. Gdyby poddać termomodernizacji najbardziej energochłonne z nich, każdego roku możliwe byłoby zaoszczędzenie blisko 1 mld m³ gazu i 5 mln t węgla. Gigantyczne oszczędności w skali kraju staną się możliwe, jeżeli pojedynczy obywatele będą mieli po kilkadziesiąt tysięcy złotych na ocieplenie swoich domów. Biorąc pod uwagę, że większość mieszkańców betonowych kostek to osoby mniej niż bardziej zamożne, transformacja energetyczna nie obejdzie się bez wsparcia państwa dla najuboższych.

Palarz doczekał się uznania roszczeń w grudniu 2021 r., sześć lat po złożeniu pozwu. Sąd rejonowy nie podzielił jego racji, sąd okręgowy skierował pytanie do Sądu Najwyższego, bezcenne okazało się wsparcie RPO. Ostatecznie sąd przyznał w apelacji, że dramatycznie zła jakość powietrza w Rybniku to wynik zaniedbań państwa. „Zdrowie, wolność, nietykalność mieszkania” – wymieniono w uzasadnieniu orzeczenia naruszone dobra osobiste rybnickiego działacza Alarmu, ale wyrok ma znaczenie dla każdego obywatela, bo potwierdza prawo wszystkich do oddychania czystym powietrzem.

Sztafeta pokoleń

W 1981 r. Andrzej miał pięć lat, kiedy jego ojciec Adam Guła, z gronem innych ekologicznych aktywistów zrzeszonych w dopiero co powstałym Polskim Klubie Ekologicznym (pierwszej organizacji tego rodzaju zawiązanej w PRL z inicjatywy społecznej), doprowadził do zamknięcia wydziału elektrolizy Huty Aluminium w Skawinie. Zakład siał zniszczenie fluorem i odpadami poprodukcyjnymi tak skutecznie, że jego okolice – z usychającymi drzewami, zatrutą wodą i chorobami wywołanymi zanieczyszczeniami – stały się terenem klęski ekologicznej.

Czyste powietrze, zatruwane przed 1989 r. przede wszystkim przez zakłady przemysłowe, było postulatem opozycji demokratycznej. Atmosferę oczyściła transformacja, podczas której wiele zakładów zamknięto, ponieważ uznano je za nierentowne. O zmianie przesądziły więc względy ekonomiczne, nie troska o jakość wdychanego powietrza. Tego rodzaju argument stał się przesądzający dopiero 30 lat później – użyło go następne pokolenie, kiedy zanieczyszczenia przemysłowe uwalniane do atmosfery od dawna utraciły pierwsze miejsce na rzecz emitowanych przez domowe paleniska i samochody. Potrzeba było czasu, by przekonać się, że wolny rynek, oparty na maksymalizacji zysków, nie rozwiąże wielu społecznych problemów, np. nie zapewni dostępu do czystego powietrza. W tej materii, ponieważ zmiany dotyczą grup tak różnych, jak właściciele domów, użytkownicy samochodów, ekolodzy, fachowcy od energetyki, politycy, trzeba się ze sobą porozumieć. Musiała też pojawić się przestrzeń na myślenie, że pomoc państwa w transformacji energetycznej nie jest fanaberią, na którą nie można sobie pozwolić, ale sine qua non powodzenia całego przedsięwzięcia. Takie były warunki rozpoczęcia walki o czyste powietrze, a jej konsekwencją jest m.in. postawienie kilku istotnych pytań: jakie domy warto ogrzewać? Czy w miastach samochody są ważniejsze od przestrzeni? Jaka energia gwarantuje bezpieczeństwo? W jakim świecie chcemy żyć?


Wykorzystane dane pochodzą m.in. z publikacji Domy jednorodzinne. Efektywność energetyczna a jakość powietrza (Efektywność energetyczna w Polsce. Przegląd 2013, Wydawnictwo Instytutu Ekonomii Środowiska 2014)

Artykuł pojawił się w numerze: Psychodeliki. Nadzieja dla duszy i umysłu?