W 2023 r. przepłynęłam kajakiem pneumatycznym (dmuchanym) naszą polską Amazonkę, czyli Wisłę. „Polska Amazonka” to określenie, które może się wydawać nieco przekoloryzowane, ale Wisła rzeczywiście jest jedną z ostatnich dzikich rzek w Europie. W dużej mierze uchroniła się przed ingerencją człowieka, a mianowicie przed regulacją brzegów i melioracją. Na całej swojej długości 1047 km zachwyca zmieniającym się krajobrazem.
Moja przygoda z Wisłą zaczęła się tak naprawdę w… Egipcie. Podczas podróży po ojczyźnie faraonów pożyczyliśmy ze znajomymi kajaki w Kairze. Wtedy w głowie pojawiła mi się luźna myśl – skoro starożytny Egipt powstał wzdłuż Nilu i do tej pory 95% populacji kraju żyje w odległości do kilku kilometrów od tej rzeki, to spłynięcie nią pozwoliłoby poznać Egipt od środka.
Wiedziałam, że spływ Nilu kajakiem będzie ogromnym wyzwaniem, więc pomyślałam, że Wisła mogłaby stanowić dla mnie trening i przygotowanie do tego przedsięwzięcia. Gdy wsiadałam do mojego dmuchanego kajaka w czerwcu 2023 r., nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Nie miałam za sobą żadnego większego doświadczenia w tej dyscyplinie – wcześniej nieraz pożyczałam kajak na godzinę lub dwie, by popływać po jeziorze lub kanale, lecz nigdy nie płynęłam po rzece. Chciałam spróbować swoich sił i na Wisłę wybrałam się sama.
Królowa polskich rzek postanowiła dobrze mnie sprawdzić – nie tylko fizycznie, ale też psychicznie.
Zupełnie nie spodziewałam się, że na pierwszych kilometrach będą momenty, gdzie zamiast płynąć do przodu, będę się cofać. Byłam laikiem, zatem wydawało mi się, że skoro rzeka płynie z nurtem, to nawet bez wiosłowania będzie mnie niosła do przodu. Niestety, w wielu miejscach od Oświęcimia do Krakowa wiał bardzo silny wiatr, co w konsekwencji sprawiało, że gdy nie wiosłowałam, spychał mnie do tyłu. Liczne śluzy na tym pierwszym odcinku skutkowały tym, że nie było swobodnego przepływu wody, co też stanowiło utrudnienie. Jakby tego było mało, w tym pierwszym tygodniu wiele razy dopadł mnie deszcz i nieraz musiałam uciekać przed burzą. W tych trudnych momentach ważna była psychika. Mentalnie zaprogramowałam się na to, że płynę do końca, czyli do morza. Nie brałam pod uwagę scenariusza, że może się nie udać.
Podczas spływu wytworzyła się między mną i Wisłą swego rodzaju więź. Choć początkowo rzeka wydawała się nielitościwa, teraz mam poczucie, że w pewien sposób mnie sprawdzała. Gdy zdałam egzamin, na późniejszych odcinkach nagradzała mnie szybszym nurtem. Trudy każdego dnia rekompensowane były widokiem wskakujących do rzeki bobrów, a także licznymi spotkaniami z ludźmi, którzy kibicowali mi, dowiedziawszy się o moim spływie z internetu.
Po 3 tygodniach, przepłynąwszy 950 km, wraz z Wisłą wpłynęłam do morza. Rzeka stała się częścią czegoś większego, a ja osiągnęłam swój cel.
Byłam już pewna, że skoro udało się w Polsce, teraz czas na Egipt.
To było ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Ze względu na lokalną kulturę samotny spływ nie byłby najlepszym pomysłem, więc tym razem towarzyszył mi mój partner. Nie wiedzieliśmy, ile kilometrów Nilu uda nam się spłynąć, gdyż Egipt nie wydaje turystom pozwoleń na tego typu wyprawy. Policja kontroluje turystów, którzy zbaczają z przyjętego szlaku i chcą zobaczyć coś więcej poza starożytnymi świątyniami. Tak też było w naszym przypadku. Spływ Nilu kajakami wzbudzał zainteresowanie funkcjonariuszy, którzy usilnie starali się przerwać nasze poczynania. Unikaliśmy większych miast i wracaliśmy na rzekę w miejscach oddalonych od posterunków policji. Ostatecznie udało się nam przepłynąć ok. 855 km.
To były dwie bardzo różne wyprawy. Wisła pozwalała na kontemplację i głębsze poznanie siebie, Nil niekoniecznie. Nil jest największą autostradą Egiptu, gdy chodzi o jego długość, jak również ze względu na spory ruch. Każdego dnia na rzece spotykaliśmy setki rybaków zarzucających sieci, a ich poranne stukanie w łódkę w celu wypłoszenia ryb często budziło nas ze snu. Dodatkowo na pierwszym odcinku między Asuanem a Luksorem mijało nas mnóstwo turystycznych promów. Na brzegu każdej wioski, przez którą przepływaliśmy, bardzo szybko gromadziły się dzieci. Wesoło do nas machały i często nawet biegły za nami przez jakiś czas, dorównując tempa. Na obu rzekach noce spędzałam w namiocie. Podczas spływu Wisły sama musiałam rozbić namiot i ugotować sobie coś na kolację, a na Nilu dzieliliśmy się obowiązkami: ja najczęściej rozbijałam namiot, przygotowywałam karimaty do spania, a w międzyczasie mój partner Rei odpalał kuchenkę i filtrował wodę. Na Nilu musieliśmy dużo bardziej skrupulatnie kalkulować porcje spożywanego jedzenia, gdyż trudniej było o zdobycie zapasów. Z reguły co kilka dni zatrzymywaliśmy się na zakupy, ale też na zwiedzanie okolicznych świątyń.
Ludzie byli niesłychanie serdeczni i nieraz częstowali nas „czajem”, czyli egipską czarną herbatą, oczywiście z dużą ilością cukru. By móc się komunikować z naszymi gospodarzami, używaliśmy translatora Vasco – dzięki niemu mogliśmy lepiej poznać egipską kulturę i zaprzyjaźnić się nieco z lokalsami.
Nie trzeba od razu spływać Wisły ani Nilu, by rozpocząć swoją przygodę z kajakowaniem. Istnieje wiele wypożyczalni i agencji, które organizują spływy kajakowe, sam kajak pneumatyczny można zaś kupić już za kilkaset złotych w wielu różnych sklepach sportowych. Oprócz kajaka wystarczy mieć wiosło i kamizelkę ratunkową i już można ruszać na eksplorowanie akwenów wodnych. Do kajakowania nie trzeba specjalnych umiejętności, a poprawnej techniki wiosłowania można nauczyć się z filmów instruktażowych w internecie.
Przebywanie w kajaku na łonie natury wycisza umysł i pozwala naładować baterie, no, chyba że jest to największa autostrada Egiptu…