Na scenie stoją naukowcy. W togach ze znakiem księżyca i spiczastych czapkach. Dołączają kolejni, a z rogu ekranu sunie kobiecy pochód. Ceremonialnym gestem wręcza badaczom teleskopy. Jeszcze minie sporo czasu, zanim zbudują kapsułę. Ale gdy już do niej wsiadają, na miejsce startu ciągnie ją grupa młodych dziewcząt. Au revoir, mądre głowy! Oto pierwszy w historii film z gatunku sci-fi – Podróż na Księżyc (1902). Punktem zwrotnym produkcji jest moment wystrzału. Kapsuła z podróżnikami leci w kosmos dzięki gigantycznej armacie. A widzowie śmieją się i głośno klaszczą – wspomina wnuczka twórcy Madeleine Malthête-Méliès. Szczególnie gdy rakieta uderza w oko reżysera, który poświęcił się i sam zagrał Srebrny Glob. Cóż za wspaniały spektakl!
Na początku XX w. Georges Méliès uwiecznił na taśmie marzenie ludzkości. Jego lot na Księżyc trwał mniej niż 15 min. W tym czasie podróżnicy pokonali granicę nieba z ziemią, porwali na pamiątkę lokalnego mieszkańca i wrócili do domu. Madeleine słusznie zauważa, że 67 lat później załoga Apollo 11 kończy jak oni – w oceanie. Méliès przewidział więc nie tylko podróż na Księżyc, ale w pewnym stopniu trajektorię rozwoju nauki. Choć w jego epoce nikt idei kosmicznych podróży nie traktował poważnie, dziś pokonanie granicy Ziemi z kosmosem nie stanowi większego kłopotu. Wystarczy 55 mln dolarów, by znaleźć się w kapsule Crew Dragon Elona Muska. A co z resztą świata? Jak długo będziemy jeszcze podróżować i gdzie? Jak w ciągu najbliższych dekad wpłyną na te wybory zmiany klimatyczne, masowe migracje oraz rozwój AI?
Szukanie ochłody
„Podróże kształcą”, „podróżować jest bosko”, „koniec języka za przewodnika” – liczne porzekadła w temacie podróży od zawsze ją afirmują. Przekonują, że podróżnik to osoba o szerokich horyzontach, niemal heroiczna. Warty uściśnięcia ręki Ryszard Kapuściński. Dzielna Wanda Rutkiewicz. Osobnik z założenia wyćwiczony w obcości. Niestraszne mu niebezpieczeństwa, mrozy ani wysokości. Wedle zasady veni, vidi, vici odkrywa podległy świat. I zdaje z tych poczynań relację. W wielu środowiskach podróżowanie to sposób wyrażania statusu. Albo społecznie uznane prawo do zmiany scenerii. Pandemia przypomniała wielu z nas, jak bardzo je cenimy. Pozwoliła też zauważyć, ile znaczą miejsca otwarte, dzikie, nie z katalogu.
Raport McKinsey & Company nazywa popandemiczne odbicie turystyczne dosyć przewrotnie – revenge travel (nadrabianie zaległych podróży). Jest ono obecne zwłaszcza wśród generacji Z. Jednocześnie ta grupa jest skłonna ograniczać inne wydatki, by nie rezygnować z podróży.
Aż 92% z nich wybiera destynacje na podstawie treści w social mediach.
Może nie od razu joga na Bali. Ale espresso w Rzymie, nocny ekspres w Turcji? Wycieczka szlakiem Bowiego w Berlinie? Pytam znajomych, czym jest dla nich podróżowanie. Mówią, że „poszukiwaniem małych przyjemności”. Tylko czemu nie szukać ich we własnym mieście albo w swoim pokoju?
W podróżowaniu nie chodzi o relację z miejscem. Tylko o zabawę. W niej świat jest planszą, a my mobilnymi pionkami. Zasady tej gry podlegają jednak wpływom. Choćby geopolityki i zmian klimatycznych. Co więc nas czeka? Na pierwszy ogień przeorientowanie map. Z dużym prawdopodobieństwem w kolejnej dekadzie nastąpi tzw. overshoot (czasowe przekroczenie progu średniej globalnej temperatury – ustalonej na 1,5°C powyżej tej sprzed rewolucji przemysłowej). Część konsekwencji już znamy: susze i niedobory wody, wielkie deszcze, powodzie i fale upałów. Miejskie wyspy ciepła. Spadek bioróżnorodności. Znikające rzeki. Gorsza jakość zbóż. Coraz mniejsze plony. Ale to nie wszystko. Obecnie mamy do czynienia z przekroczeniem temperatury na poziomie 1,2°C. Przy przekroczeniu 1,5–2°C niemal w całości umrą rafy, a wraz z nimi żyjące w ich regionie ryby, bezkręgowce, mięczaki, algi i plankton. O wszystkim skrupulatnie informują raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Żeby uniknąć fatalnego scenariusza, w 2015 r. ludzkość umówiła się, że wyhamuje wzrost globalnej temperatury. Znacznie poniżej 2°C, dążąc do 1,5°C. Ale poza Europą i kilkoma innymi państwami emisje wciąż rosną. Mimo że główni emitenci, czyli Chiny i Indie, pracują nad ich ograniczeniem.
Zmieniający się klimat to w przyszłości zakwaszony ocean, lokalsi na granicy ubóstwa. Cios w rybołówstwo. Cios w turystykę przybrzeżną. I cios w gospodarki mniejszych, gorzej sytuowanych kontynentów i państw. Podniesie się śmiertelność w Afryce, Indiach, Meksyku, Ameryce Południowej. Już teraz na granicy z Białorusią pojawiają się obywatele Indii. Szlak białorusko-polski przemierzają także osoby z Syrii, Afganistanu, Erytrei, Sudanu i Jemenu. Za 10 lat osób uciekających przed represjami i kryzysami humanitarnymi (wywołanymi także przez zmiany klimatyczne) z dużym prawdopodobieństwem będzie więcej. A podróżowanie w komfortowej kapsule może okazać się mitem i usługą dla najbogatszych. Dlatego w ciągu dekad zmienią się mapy turystyczne. Powstaną nowe gorące punkty. Turyści wybiorą mniej popularne i chłodniejsze regiony jak Wyspy Owcze.
Wylegiwanie się na meksykańskich plażach zastąpią górskim Bhutanem albo bliżej – czeskim Krumlowem z malowniczym średniowiecznym labiryntem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Być może odnowimy też więzi z krajami bałtyckimi. Szczególnie z Estonią, która jest aż o 70% bardziej zalesiona od Polski. Ten kraj otuli zielenią i chłodem. Plaże bez tłumów, darmowe campingi z altanami, grillem i drewnem. Bo właśnie taki wypoczynek można znaleźć w Estonii dzięki Riigimetsa Majandamise Keskus, przedsiębiorstwu odpowiadającemu naszym Lasom Państwowym.
Promowanie turystyki ekologicznej będzie kluczowe w przyszłości. Cenniejsze okażą się mikrotrasy, powrót do lokalności, a nie wielkie zamorskie wojaże. Tanie latanie też może się okazać krótkim epizodem w dziejach turystyki. Podatki węglowe, limity CO2 oraz kredyty emisyjne w branży lotniczej to kwestia najbliższych kilku lat. Francja już zakazała krótkodystansowych lotów, jeśli między dwoma miastami można dotrzeć koleją w czasie poniżej 2,5 godz. Poza tym ze względu na częstsze turbulencje komfort lotu znacząco się obniży. Zmiana klimatyczna wpływa na układy prądów strumieniowych, które utrzymują samolot w powietrzu. Silna turbulencja miała miejsce np. w 2024 r. Samolotem Singapore Airlines prądy zachwiały na tyle, że jeden pasażer zmarł, a 79 osób pozostało rannych. W ciągu niecałych pięciu sekund doszło do spadku wysokości maszyny o 54 m, co spowodowało, że podróżni najpierw wzbili się w powietrze, a następnie opadli, ponosząc poważne obrażenia – relacjonował Reuters.
Niektóre miejsca mogą zostać całkowicie wyjęte spod ruchu turystycznego. Jak Wenecja, Dubrownik, szczątki raf czy góra Fudżi. Już teraz wejścia na najsłynniejszy japoński szczyt zostały ograniczone do 4 tys. osób dziennie i obwarowane opłatą. W wielu popularnych miejscach coraz częściej pojawiają się restrykcje. A raporty i analizy wskazują, że w najbliższych latach turyści niekoniecznie pójdą drogą Indiany Jonesa.
Regeneracja, nie podróż
Zamiast przygód podróż będzie raczej sposobem na zatrzymanie się i przyjrzenie własnym emocjom. Na odnalezienie, nie gubienie siebie. Trendy się tu zazębiają: calmacations (spokojowakacje), noctourism (turystyka nocna) czy slow souvenirs (mądre pamiątki). Szybkie tempo życia zachęca do odpoczynku w górskiej chacie, a nie do stresującej wyprawy. Jednocześnie liczba alarmów zorzowych w ostatnich latach tworzy nową grupę turystów. Ci wakacjują pod osłoną nocy, łowiąc zorze i inne niezwykłe zjawiska atmosferyczne. Jedni pod własnym niebem za Wyszkowem. Inni odwiedzają Laponię i Lofoty. Rośnie zainteresowanie nocami spadających gwiazd, festiwalami pełni księżyca. Cieszą też targi żywności po zmroku czy Noce Muzeów.
Coraz częściej to właśnie cyfrowy ślad staje się dowodem uczestnictwa w wydarzeniach, retreatach i na odosobnieniach, a nie magnes na lodówce czy plastikowa torba z nazwą miasta.
Świadomość, że „pamiątki” to śmieci produkowane na masową skalę w Chinach, jest coraz większa. Nie zarabiają na nich lokalni rzemieślnicy, a w domu zbierają tylko kurz. Trend slow souvenirs lub memory objects to próba odejścia od przedmiotu ku znaczeniu. Oczywiście kryją się tu kolejne pułapki. Technologiczni gracze tworzą systemy, które zapiszą dla nas „emocjonalne momenty” z podróży, wzmacniając nasze uzależnienie od smartfonów. Na szczęście wiele muzeów oferuje możliwość wykonania pamiątek własnoręcznie. Jak w japońskim domu sztuki Manekineko nad Okayamą. Odwiedzający sami malują słynne koty z machającą łapką. Może mają krzywe nosy i niedopasowane kolory, ale w sumie: co z tego?
Według raportów firm konsultingowych dla branży turystycznej w przyszłym świecie będą się liczyć przede wszystkim nasze uczucia. Podróżniczy świat selfcare’u wejdzie w etap hiperpersonalizacji. Biura podróży zostaną zastąpione kuratorami doświadczeń. Trasy i wyjazdy będą emocjonalnie dopasowane. I być może niektórzy pojadą również na wakacje genetyczne. Da się na nich poznać nie tylko regiony dalekich przodków. Będzie to również okazja na podróż dostrojoną do naszego własnego rytmu dobowego, mikrobiomu, a nawet DNA. Organizm zostanie sprzężony z destynacją.
AI i biometria
Logika produktywności nie omija turystyki. Bleisure, czyli przedłużanie wyjazdów służbowych, to już norma. Pracownicy nowoczesnych firm i korporacji często łączą zawodowe obowiązki z elementami rekreacyjnymi. Granica między pracą a życiem bywa niewyraźna. A w przyszłości będzie przypominać gradient. Światowe Forum Ekonomiczne szacuje, że do 2030 r. liczba zdalnych stanowisk pracy na świecie wzrośnie o ok. 25%. Taką pracę będzie wykonywać ponad 90 mln osób. Cyfrowi nomadzi, którzy żyją na co dzień w Tajlandii czy w Singapurze, być może dobrze wyglądają w social mediach. Ale za estetycznym kadrami często kryje się wypalenie zawodowe, poczucie izolacji i ogromna presja. Nowy styl życia i podróżowania to także nowe potrzeby wobec samej infrastruktury transportowej.
Według raportu serwisu Booking rośnie oczekiwanie, że odpowiednio zaaranżowane będzie też samo lotnisko. Trend Gate Escape to marzenie o lotniczym hangarze pełnym kapsułowych hoteli, stref relaksu i restauracji na poziomie gwiazdek Michelin.
Być może ta tendencja zmieni bezosobową przestrzeń tranzytu w prawdziwe miejsce. Albo chociaż takie, w jakim można wziąć oddech. Pomoże w tym AI, zmniejszając m.in. kolejki. Sztuczna inteligencja ma odegrać ważną rolę w zarządzaniu ruchem turystycznym. Będzie on lepiej rozłożony, uda się odciążyć popularne ośrodki turystyczne. Do tego plany podróży generowane w czasie rzeczywistym. Biura podróży w roli interfejsów danych i emocji. Chatboty zamiast przewodników.
Z jednej strony w najbliższych latach podróżny będzie mógł przejść przez lotnisko bez kart pokładowych i paszportu, używając tylko biometrii. Coraz więcej krajów testuje odprawy z technologią rozpoznawania twarzy – Finlandia, Singapur, Indie. Jednak pasażerowie muszą wcześniej zarejestrować swoje dane w systemie. Wizy i przepisy migracyjne będą dla wybranych grup uprzywilejowanych upraszczane. Z drugiej strony pojawiają się jednak tendencje do zamykania: wewnątrz Unii Europejskiej wracają kontrole graniczne mające przeciwdziałać nielegalnej migracji. Rodzi się obawa o przetrwanie strefy Schengen. Dominuje niepewność. Jak pisze Bruno Latour, planeta przestaje być stabilnym gruntem. Stare mapy polityczne się dezaktualizują.
TLK z biointerfejsem
W ciągu kilku dekad będziemy świadkami skoku technologicznego. Wydarzy się on najpewniej w transporcie. Choć nie wiadomo, gdzie pójdzie główne uderzenie. Można mieć jednak kilka typów. Pierwszy to sterowce, jako wygodne i bezemisyjne latające alternatywy. W ich tworzenie inwestuje m.in. Sergey Brin, współzałożyciel Google, widząc w nich przyszłość transportu ludzi i towarów. Barierą pozostaje niska prędkość, którą osiągają (ok. 120 km/h, podczas gdy samoloty pasażerskie poruszają się z prędkością 800–1000 km/h). Ale może nadadzą się np. na luksusowy przelot nad piramidami bądź biegunem północnym? Drugi – pociągi, które zmienią się w ekspresy nocne, wyposażone w przedziało-kapsuły z dedykowanym biointerfejsem, który mierzy temperaturę i poziom stresu pasażera, a następnie reaguje, np. puszczając tzw. biały szum. Już teraz wygodnie pojedziemy z Gdańska do Pragi albo z Warszawy do Rijeki, a to przecież tysiące kilometrów. Trasy kolejowe będą lepiej zintegrowane międzynarodowo. Wróżyć to można po takich projektach jak m.in. Rail Baltica (Tallinn–Ryga–Kowno–Wilno–Warszawa).
Na rewolucję w żegludze powietrznej trzeba będzie pewnie poczekać dłużej. Samoloty w końcu polecą na paliwie wodorowym lub silnikach atomowych. Airbus już opracowuje koncepcje maszyn na wodór – ZEROe. Wprowadzenie pierwszego bezemisyjnego lotu pasażerskiego planuje ok. 2035 r.
Jednak do masowego użytku taka maszyna nie wejdzie szybko. Potrzebne są lata testów.
Na horyzoncie maluje się też przełom, który z trudem umiem sama sobie wyobrazić: wykorzystanie technologii kwantowych. Nad kwantowymi czujnikami nawigacyjnymi pracują m.in. DARPA, MIT, NASA i Uniwersytet Birmingham. Jednak to technologia w fazie eksperymentalnej. Jej wynalezienie i wprowadzenie może zająć długie lata. Pojazdy mają poruszać się precyzyjnie nawet w warunkach całkowitego braku sygnału. Żegnaj, systemie GPS! Żegnajcie, satelity!
Symulacja jako podróż
– Idę na ryby, cześć – mówi spotkany na przystanku znajomy i loguje się do Far Crya.
– Dziś moi kultyści zjedzą pełnowartościowy posiłek, a potem się pomodlą – zaplanuje swój wieczór fan Cult of the Lamb.
– Ostatnio ciężko z tą pszenicą – piszą gracze z Farming Simulator na czacie.
Drugie życie w grach to nie jest pieśń przyszłości. To się dzieje. Ludzie pracy odpoczywają po niej w fabule. Urlopują, budując całe miasta w Minecrafcie, czy symulują idealne życie w Valheim. W styczniu 2023 r. polskie media obiegła informacja, że gracze Roblox stworzyli wirtualną katedrę (wzorowaną na gnieźnieńskiej) i odprawiają w niej msze. Młodzi chłopcy wcielali się w kapłanów i wiernych, a transmisje na żywo śledziły tłumy internautów. Dokonania graczy, naturalnie, budziły mieszane uczucia. Jednak stopień ich zaangażowania zachwycał i imponował. Na wspólnym czacie pisali, kiedy „wstajemy”, a kiedy „klękamy”. Czytali fragmenty Biblii i wygłaszali kazania. Jeden z komentujących tak podsumował ich świat:
– Syyyynku, obiad!
– Mamooo, nie teraz, mszę odprawiam!
Odpoczywanie w fabule to przecież nie tylko książki i seriale. Gry pozwalają naprawdę puścić wodze fantazji, zanurzyć się w kontemplacji i wspólnej eksploracji. Można mieć bardziej udanego sylwestra w LOL-u (League of Legends) niż na domówce pełnej pijanych obcych osób. Dlaczego więc nie spędzać tak wakacji? Światy gier, wirtualne i AR (augmented reality, rzeczywistość rozszerzona) to przestrzenie równoległe wobec tradycyjnej geografii. Z tym że nie trzeba ruszać się z domu.
Zelda, Wiedźmin czy Elden Ring to już pełnowymiarowe światy eksploracyjne. Z rytmem dnia, pogodą, świetną muzyką i elementami narracyjnymi. W jednym wywiadzie tłumacz Williama Faulknera i amerykanista Piotr Tarczyński opowiadał mi o swoim uwielbieniu dla Red Dead Redemption 2. Produkcja toczy się w fikcyjnym hrabstwie Lemoyne, które w wierny sposób oddaje amerykańskie Południe: stare plantacje, upadłe rody, weterani wojny secesyjnej…
W grach najciekawiej po prostu być – polować, jeździć konno. „Rób »przystanki« między ważnymi miejscami (…). Spraw, by wybór miał długofalowe konsekwencje – na przykład: zatrzymaj się, by ugasić płonącą gospodę. To sprawi, że jej właściciele będą w przyszłości wdzięczni i pomocni. Zignorowanie pożaru i pośpiech spowodują, że gospoda zniknie na zawsze” – radzi podróżnik w Skyrimie. Czemu gry są interesujące w eksploracji? Bo można w nich odważyć się na więcej, być herosem albo – przeciwnie – puścić z dymem całą wioskę. Immersyjność świata przedstawionego wciąga. Czasem jest on ciekawszy od codzienności. Meta, Apple, HTC, Sony rozwijają gogle i interfejsy, które umożliwią jeszcze pełniejsze wejście w fikcję. Chcą umożliwić dotyk, ruch, a nawet zapach. Wkrótce być może uda się wyjechać na weekend do cyfrowego Tyrolu, Sahary lub postapokaliptycznego Seulu. Dlatego, że zwiedzanie ich fizycznie będzie zbyt drogie lub wątpliwe etycznie.
Nowy kompas to nostalgia
A może zamiast cyfrowych światów to właśnie nostalgia wyznaczy kierunek naszych podróży? Obrazy dzieciństwa: parawany we Władysławowie, biały Miś na Krupówkach, zapomniana rzeka na Kociewiu. Trójkątne podśmierdujące domy letniskowe z lat 90. Sala taneczna z kulą dyskotekową i bilardem. Budka z zapiekanką i zalewajką, bez flat white. Raport Travel Predictions 2025 serwisu Booking wskazuje, że podróżowanie zdominują rytuały pamięci. Powroty do wakacji z rodzicami. Boom na retro zakwaterowania – w stylu domu zdrojowego, schroniska i szkolnych kolonii. Oraz międzypokoleniowe rytuały. Odkurzanie wyliniałych bierek, domowy budyń z frużeliną, bunkry na Mazurach. W podróżowaniu widoczny jest zwrot ku estetyce vintage. Zjawisko nostalgicznych powrotów widać także poza Polską – od USA po Skandynawię. W serwisach rezerwacji hotelowych można znaleźć od groma starych moteli z wanną w kształcie serca. A portal Atlas Obscura agreguje na całym świecie dziwne lub nostalgiczne miejsca. Wizyta w zapomnianym cyrku, zachwyt watą cukrową i oldschoolowym parkiem rozrywki. I najważniejsze – turniej w cymbergaja.
Podróż nostalgiczna odpowiada na potrzebę ponownego poczucia dziecięcej beztroski. Jest szansa, że te warunki stworzą miejsce na bezczynność, błądzenie i przypadek.
Być może ruszymy o 5 rano po wiadro jagód. Cofniemy się w czasie. Od meblościanki po śniadanie ze szklanką mleka „prosto od krowy”. Dojazd starym fiatem bez wspomagania. Nastrojenie na dawne lata skutecznie otuli w dobie niepewności. Wywoła dyskusje, zdziwi, zachęci do wzruszeń. A polaroidowy styl sprawdzi się w sieci. Zanim się obejrzymy, wrócimy tam, gdzie byliśmy 30 albo nawet 50 lat temu. I może to będzie nowe odkrycie – ucieczka do wewnątrz samych siebie. Daleko od turystycznego kłamstwa, że trzeba zobaczyć Rzym, most w San Francisco i wieżę Eiffla. Większość turystów wybiera ten sam zestaw atrakcji must-see. 80% podróżujących koncentruje się w zaledwie 10% światowych atrakcji turystycznych (podaje McKinsey & Company). Czy te doświadczenia naprawdę są tego warte? W Down to Earth: Politics in the New Climatic Regime Bruno Latour pisał, że czas podróży się kończy. Zamiast podboju kosmosu i nieskrępowanej eksploracji stoimy wobec konieczności związania się z miejscem. Zwrotowi ku Ziemi.
Złudzenie podróżnika
„Jeśli jedziesz coś zwiedzać, czego nie cenisz ani do czego nie aspirujesz, właściwie tylko się przemieszczasz” – pisze Agnes Callard w artykule dla „New Yorkera” A Case Against Travel. Autorka nie szczędzi gorzkich słów. Jej zdaniem turystyka wydobywa z całkiem dobrych ludzi mechanizmy roszczeniowości, projekcji, a czasem i niechęci wobec inności. Podróżujący powiedzą inaczej, ale według Callard to typowe „złudzenie podróżnika”. Tłumaczy: „Najważniejszy fakt dotyczący turystyki – wiemy, jacy będziemy po powrocie. Wakacje to nie imigracja do obcego kraju, immatrykulacja na uniwersytecie, rozpoczęcie nowej pracy czy nowa miłość. Te działania podejmujemy z niepokojem, jak ktoś, kto wchodzi do tunelu i nie wie, kim będzie, gdy z niego wyjdzie”.
Turysta nigdy nie wywołuje zmiany w sobie. On ją wywołuje w lokalnych społecznościach.
Podświadomie oczekuje, że miejsca, które odwiedza, będą takie jak w domu, plus pocztówkowe. Góry Fuji nie mogą przesłonić chmury. Pod wieżą Eiffla nie może być 35°C. W Dubrowniku musi być ściana wolna od ludzi, by udokumentować pobyt w serialowej Królewskiej Przystani. A, co jeśli się to nie uda? Jeśli wrócimy jeszcze bardziej zmęczeni, niż wyjechaliśmy?
Pytania zostają bez odpowiedzi i w nich czai się napięcie. Paradoks – czy turysta potrafi dziś jeszcze doświadczać? Z jednej strony poszukuje autentyczności, z drugiej – jest niezadowolony z tego, co go rzeczywiście spotyka. Ta wewnętrzna sprzeczność sprawia, że na naszych oczach rozpada się idea podróży.
Sześć niezwykłych miejsc na biwakowanie w Polsce
Definicję dobrej podróży trzeba więc stworzyć na nowo. Prócz mądrych książek i inspirujących wakacji celebrytów może warto zdać się na własną kreatywność? Puścić w ruch wyobraźnię. Może najdalsza podróż to taka, jakiej nigdy nie odbyliśmy. Napisać sobie w myślach artykuł o tytule: 5 przygód, które możesz przeżyć w sklepie spożywczym. Albo ranking 10 kojących dźwiękowo lokacji, by ostatecznie zupełnie poważnie zebrać notatki do tekstu o tytule: „6 egzotycznych miejsc na biwakowanie w Polsce”. Mam kilka propozycji na start:
1. Nigdy nieodwiedzana wyspa przy stawie miejskim.
W końcu jest niemal w każdym mieście.
Wyzwania: zorganizowanie tratwy, kajaka, dostosowanie się do praw ptaków, bobrów i owadów.
Koszt: tyle co kajak.
2. Dawni znajomi z miasta na drugim krańcu Polski.
Wyzwanie: może spytanie po latach: „czy mogę pospać u ciebie kilka dni?” będzie dziwne, ale jeśli się uda, można przyjrzeć się innemu człowiekowi z całym jego inwentarzem.
Koszt: darmowo, ale wypadałoby postawić kolację
3. Pociąg TLK ze Szczecina do Zakopanego z przesiadką w Krakowie, czyli 16 godz. przygody i ciepłej, gryzącej tapicerki.
Wyzwanie: tylko dla hardkorów i osób szukających „opowieści”.
Koszt: bilet TLK.
4. Szczyt Ślęży w towarzystwie schroniska i kościoła.
Dawne miejsce mocy pogańskich Słowian i innych ludów, w którym panuje osobny mikroklimat. Wyrosła z głębi ziemi, z magmy, która zastygła miliony lat temu.
Wyzwanie: mała wspinaczka.
Koszt: kilkadziesiąt złotych w schronisku.
5. Ambona w lesie, czyli komunalny domek na drzewie.
Wiating na pełnej oraz „leśna kąpiel”.
Wyzwanie: komary, obcy ludzie, obce zwierzęta, konieczność negocjacji przestrzeni.
Koszt: darmowo.
6. Głęboki dół w piasku na plaży Gdańsk Stogi.
Ładne widoki i chłód.
Wyzwanie: trochę wilgotno.
Koszt: darmowo.