Subskrybuj
(Jacek Baczak fot. Irek Dorożański)
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Od podszewki

Po pracy Jacek Baczak wychodzi na ulicę i ma ochotę powiedzieć ludziom: „Słuchajcie, macie policzony czas”. Jest to tak oczywiste i nie na miejscu, że tego nie robi. Ale myśli dalej: za chwilę będziemy starzy, może schorowani albo niepełnosprawni, nawet guzika sobie nie zapniemy. I co wtedy?

Secesyjna willa Hermanna Schneidera w Bielsku-Białej, ozdobiona neobarokową wieżą z hełmem, czeka na nowego właściciela. Wybudowano ją na lekkim wzniesieniu w latach 1903–1905 dla właściciela tkalni lnu na Dolnym Przedmieściu. Dzisiaj do pustego ogrodu willi zaglądają z balkonów mieszkańcy bloku z prefabrykatów, postawionego dokładnie naprzeciwko kilka dekad temu, kiedy kolejne fabryki, nie tylko włókiennicze, potrzebowały rzesz pracowników.

Jacek Baczak, przewodniczący Miejskiego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności w Bielsku-Białej, opierając się o rower, nie zwraca uwagi na historyczne kontrasty rodzinnego miasta. Kilkadziesiąt metrów stąd, w kamienicy za skrzyżowaniem, mieszka pani Helena. Z trzeciego piętra wysokiej kamienicy zeszła ostatni raz grubo ponad pół roku przed ostatnią wizytą Baczaka. Mieszka sama unieruchomiona obrzękiem nóg. Nie narzeka na brak przestrzeni, nie tęskni za wycieczką w Beskidy, których najbliższe pasma widać z każdego wzniesienia miasta. Życie ułożyła tak, by niewychodzenie nie stanowiło dla niej problemu: sprawy na zewnątrz załatwia, korzystając z pomocy asystentki społecznej, w prowadzeniu domu pomaga jej opiekunka. Wieloletni lockdown zarządzony bez odgórnego nakazu i daty końcowej.

Co można zrobić w godzinę?

– Po ulicach mojego miasta w ostatnich tygodniach poruszam się na piechotę albo rowerem. Niespiesznie mijam więc kamienice czy bloki kolejnych osiedli, przypominając sobie, kiedy i w jakiej sprawie tam byłem, kto za którym oknem leży, bo nie ma komu znieść go albo jej na dół, a w domu brak windy. Tych ludzi – czasem obłożnie chorych, często samotnych, bywa, że z chorobami psychicznymi – którzy korzystają, jak precyzyjnie ujmują to ich dokumenty, z usług opiekuńczych albo specjalistycznych, od lat nie widzi nikt poza mało liczną grupą opiekunek czy opiekunów. Spotykani na ulicach ludzie starsi czy z niepełnosprawnościami są więc jedynie forpocztą dużo liczniejszej, niż nam się wydaje, społeczności osób niesamodzielnych.

Do nich przychodzą „dziewczyny z opieki” (mężczyźni to znikoma mniejszość). Na godzinę dziennie, czasem dwie. Do osób obłożnie chorych i leżących na cztery godziny. Dłużej nie mogą, bo jest ich zbyt mało jak na liczbę podopiecznych. Co można zrobić w godzinę?

Posprzątać jako tako. Wrzucić bieliznę do pralki, wybierając program „szybkie pranie”, zrobić zakupy, zrealizować receptę, ugotować coś prostego. Na oko widać, że 60 min nie wystarczy, więc dziewczyny starają się elastycznie podchodzić do wyznaczonego im czasu. Bo jeżeli pani, której myją podłogę, chce jeszcze, by zafarbować jej włosy albo ją uczesać, bo to jest dla niej nawet ważniejsze od czystego mieszkania, jak można jej tego odmówić?

No i jak powiedzieć osobie, która całymi dniami siedzi sama, że na rozmowę przy kawie to już naprawdę nie ma się czasu?

###banner###

Usługi opiekuńcze są w pierwszej kolejności kierowane do tych, którzy nie mają nikogo i niczego. Ośrodek pomocy społecznej, gdzie pracuję, nie może więc wysłać do kogoś, kto ma męża czy żonę, choć też starszych, emeryturę i pomocnych sąsiadów, nawet asystenta osoby niepełnosprawnej. Bo mamy ok. 10 asystentów w ramach projektu pomocowego, a co najmniej 50 rodzin by ich potrzebowało. I dlaczego przyjęło się uważać, że w pomocy tak świadczonej chodzi jedynie o to, żeby jej odbiorca miał sucho, ciepło i nie był głodny? Czas spędzony razem albo wyjście do teatru czy kościoła także się tym ludziom należy. Staramy się im to zapewnić m.in. dzięki inicjatywom finansowanym z projektów zewnętrznych lub przez ośrodki wsparcia dziennego, ale to za mało w stosunku do potrzeb.

Państwo, przez swoje służby, ma zapewnić opiekę. I tak się dzieje – tysiące pracowników pomocy społecznej w całym kraju przychodzi do ludzi odciętych od świata, by zapewnić im minimum, tzn. porozmawiać o sytuacji rodzinnej, o leczeniu, lekarstwach i środkach na ich zakup, o wniosku na zasiłek. Poza tym umyć, nakarmić, posprzątać. Można byłoby zrobić więcej, gdyby nie brakowało ludzi do tej roboty. Tymczasem większość pracowników od usług opiekuńczych to panie w średnim wieku, które za parę lat nie będą miały siły przewrócić chorego na drugi bok albo samodzielnie go przewinąć. Wchodzą w trudne obszary życia, o których wielu nie chce się nawet myśleć. One robią to za wynagrodzenie niższe od średniej krajowej. Spośród pracowników pomocy społecznej najczęściej zmieniają pracę właśnie opiekunowie i pracownicy socjalni. Nie znam dokładnych danych statystycznych tego dotyczących. To jedynie moja obserwacja z ostatnich lat – powiatowego pracownika socjalnego ze średnio dużego miasta.

Na swoim miejscu

„Młody, chodź – nauczysz się przewijać” – pielęgniarka stanęła przy załadowanym czystą pościelą wózku i nie czekając na salowego, pchnęła białą górę przed siebie. Był początek lat 90. Jacek Baczak miał niewiele ponad 20 lat, przerwał studia artystyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, bo czuł, że nie jest tam na swoim miejscu. Zajęcia zabierały mu czas, którego potrzebował na piesze włóczęgi, nie tylko po górach. Pracował tyle, ile potrzebował, żeby przeżyć i malować. Sprzątał ulice, pomagał przy kopaniu studni, na jakiś czas zatrudnił się w bielskich zakładach tłuszczowych. Do pracy w domu przeznaczonym dla osób chorych przewlekle lub terminalnie w Komorowicach (dzielnicy Bielska-Białej) namówił go kolega z harcerstwa, gdy o obu upomniała się armia. Dwuletnią służbę wojskową można było zamienić m.in. na pracę w koksowni albo w domu pomocy na stanowisku salowego. Baczak zostaje więc „posługaczem i golibrodą”, jak nazwie siebie w książce Zapiski z nocnych dyżurów – wydanej własnym sumptem w 1994 r. Cienki zeszyt odbitych na ksero komputerowych wydruków.

Wynosi baseniki spod łóżek i szoruje je pod strumieniem ciepłej wody w łazience. Znosi do piwnicy, do pralni pani Zosi, brudy w wielkich worach, żeby wynieść na piętra pachnące i wyprasowane na sztywno stosy pościeli czy ręczników. Karmi, goli zarosty na pobrużdżonych twarzach, zmywa naczynia w kuchni i wyciera kałuże moczu z podłogi.
Denerwuje się, czasami krzyczy, np. na panią Marię czy pana Stefana, poirytowany jakimś w sumie drobiazgiem. Później, z piekącym wstydem w środku, przeprasza. Kupuje cukierki, kawałek dobrej kiełbasy albo pudełko zakazanych papierosów, które pacjenci popalali w ubikacji, chowając się przed oddziałową. Rozmawia, tłumacząc po kilka razy, że dzieci nie czekają pod szkołą, więc nie ma co się spieszyć. Czasami trzyma za rękę, kiedy agonię pacjenta od reszty zbiorowej sali oddziela się litościwym parawanem. Myje ciała w prosektorium.

Przewijania chorych nauczyły go pielęgniarki, cierpliwie tłumacząc każdy krok. Na oddziale znajdowało się w porywach nawet 40 osób, ich było zawsze najwyżej pięcioro – w nocy dwoje. Sprawny w obsłudze chorych salowy był więc na wagę złota. Pięć razy na dobę myto i zaopatrywano chorych, wykorzystując bawełniane pieluchy wielorazowego użytku, gumowe podkłady pod biodra i prześcieradła. Pieluchy jednorazowe były niedostępne. Udogodnienia, jak pianka do podmywania przeciwdziałająca odleżynom i neutralizująca zapach, nie były nawet znane. Siłą własnych mięśni podnosili chorych, przewracali na bok, oklepywali przed założeniem pieluchy. Higieniczny rytuał, odprawiany po kolacji kończył dzień i zaczynał go o 4.00 rano.

Jacek Baczak uważał, że jest na swoim miejscu.

Prawdy dawno opisane

– Goliłem byłego aptekarza, podmywałem pracownika kamieniołomów, karmiłem dawną urzędniczkę – duchem nieobecnych, czasami nie do końca świadomych tego, co się z nimi dzieje. Każdy z nich posiadał kiedyś świat: tworzyli rodziny, mieli przyjaciół, przemyślenia, aspiracje. Zastanawiałem się, gdzie się to wszystko podziało. Miałem wrażenie, że ze stopniową utratą ich świadomości wszystko wpada do czarnej dziury. Starałem się ocalić cokolwiek z tego wszystkiego, choćby jedno zdjęcie. W kotłowni z rzeczy pozostałych po zmarłym wybierałem przed spaleniem taki drobiazg. Może nie było już nikogo, kto rozpoznałby ludzi utrwalonych na fotografii, a dom, przed którym stoją, dawno rozebrano na cegłę, dopóki jednak trzymałem ten kartonik w palcach, a moje oczy błądziły po przedstawionych na nim twarzach, wciąż jakoś istnieli.

Anna Mateja: Zrób cokolwiek

Moim jedynym kapitałem, kiedy pojawiłem się w Komorowicach, były przeczytane książki, m.in. Lema, Mertona, Stachury, Dostojewskiego, publikacje „Zeszytów Literackich”. Robiłem to, co należało robić, na własny użytek przyswajając prawdy dawno opisane, ale trudne do przyjęcia na słowo, bez doświadczenia. Prawdę o kruchości ludzkiego ciała. O sile złudzeń na własny temat, którym wielu jest wiernych do końca. O rozpadzie, który razem z rodzeniem się i stawaniem dopełnia strukturę widzialnej rzeczywistości. Poczułem, że jestem pod fundamentem wszelkich myślowych konstrukcji, więc czegokolwiek dowiem się w Komorowicach o sobie i ludziach, ta wiedza ze mną zostanie. I tak się stało.

Na co dzień nie myślałem jednak o sprawach fundamentalnych, ale o tym, że nie potrafię ze wszystkim zdążyć, bo obsługi jest za mało w stosunku do liczby podopiecznych. Nie lubię pracować pod presją czasu (choć od lat tak się dzieje), ale tam nie sposób było inaczej funkcjonować. Tyle że kiedy się biega, robi się z reguły tylko to, co trzeba, czasami nie dość uważnie. Po pracy zostawałem z pretensjami, że przecież mogłem coś tam zrobić lepiej… Zdarzało się, że wracałem do moich podopiecznych z chaty w Zawoi naprzeciwko Babiej Góry, którą nazywaliśmy z przyjaciółmi „Szparą”, z nocnych wycieczek w Beskidy, biwaków, ognisk na polanie i stawałem obok ich łóżek z wyrzutem sumienia, że oni nie opuścili murów budynku przez ostatnie dwa lata. Naturalną formą mojego istnienia były góry i przestrzeń, moich podopiecznych nie mogłem znieść nawet do mikroskopijnego parku z dwiema alejkami, który widzieli z okna. Struktura codzienności – rytm podawania posiłków i leków, mycia, sprzątania – nie przewidywała przestrzeni na nic dodatkowego, np. na spacer.

Ciało i czas

„Książka Baczaka jest kroniką nieustannych bolesnych zmagań (…) miłości z uczuciem pełnej gniewu bezsilności” – napisał Witold Bobiński na łamach „Tygodnika Powszechnego” o książce „posługacza i golibrody” na początku 1995 r. Jego już wtedy w Komorowicach nie było, choć przedłużył pracę o kilkanaście miesięcy poza obowiązkowe dwa lata. Zrezygnował po urodzeniu się Maćka, swojego syna. Mieszkał z żoną Dorotą i dzieckiem w jednym pokoju w mieszkaniu jej mamy, zdając sobie sprawę, że za dotychczasowe pensje nigdy nie wynajmą mieszkania ani nie kupią własnego.

Zapiski z nocnych dyżurów w poszerzonej wersji, opatrzone rysunkami autora i posłowiem prof. Jana Błońskiego, wydał Znak. Baczak z salowego, skrupulatnie uzupełniając wykształcenie, został referentem w wojewódzkim ośrodku ds. zatrudnienia i rehabilitacji osób niepełnosprawnych. Znane od podszewki realia funkcjonowania osób z niepełnosprawnością wykorzystywał, pomagając im albo zajmującym się nimi instytucjom w pozyskaniu odpowiedniego sprzętu. W 1996 r. książkę nagrodziła Fundacja im. Kościelskich (współlaureatem obok Baczaka został wówczas poeta Marcin Świetlicki), a Czesław Miłosz, autor motta otwierającego Zapiski…, przysłał z Berkeley list z podziękowaniem. Rok później Baczak został pracownikiem zespołu ds. orzekania o niepełnosprawności. Najpierw w strukturach centrum pomocy rodzinie, potem w miejskim ośrodku pomocy społecznej. W zespole był protokolantem, potem przez wiele lat pracownikiem socjalnym. Uczył się od podstaw: że każda decyzja musi mieć uzasadnienie prawne, że procedury ułatwiają życie, że przepisy i dokumenty to nie wszystko, bo liczy się całość, której nie mniej ważną częścią jest założenie dobrej woli. Przekonuje się, że formy pomocy zawsze mogłyby być bardziej skuteczne, ale trzeba działać w granicach tego, co jest dostępne.

Od ćwierć wieku czyta akta osób po skomplikowanych wypadkach, udarach, zawałach, chorobach nowotworowych. Przy lekturze opisów szczególnie trudnych sytuacji albo słuchając opowieści lekarza orzecznika o możliwościach ludzkiego ciała – jak potrafi się regenerować, ile potrafi znieść – myśli o tym, że jedyne, co posiadamy naprawdę, to ciało i czas. Pierwszego nie szanujemy, drugi przecieka nam przez palce.

Pytania retoryczne

– 70% spraw, którymi zajmuje się zespół ds. orzekania o niepełnosprawności, dotyczy osób w podeszłym wieku. Nasi klienci starają się więc o dopłatę do aparatu słuchowego czy pieluch jednorazowych, o uprawnienie do wypłaty świadczenia. Jesteśmy od tego, żeby wydać im orzeczenie bez zbędnej zwłoki, wyjaśnić niejasności, zwłaszcza gdy decyzja nie jest zbieżna z tym, co ich zdaniem powinni otrzymać.

Po pracy wychodzę na ulicę i mam ochotę powiedzieć ludziom: „Słuchajcie, macie policzony czas”. Jest to tak oczywiste i nie na miejscu, że tego nie robię. Ale myślę dalej: za chwilę będziemy starzy, może staniejmy się schorowani albo niepełnosprawni, guzika nie będziemy potrafili zapiąć. I co? Jak przygotowujemy się na własną starość? Rozmawiamy o tym z innymi? Takie retoryczne znaki zapytania. Sam także tego nie robię, bo nie wiem – nikt z nas nie wie – na co się przygotować. Możemy się uspokajać postępem medycyny, udogodnieniami technologicznymi, ale z każdym bólem, słabością, ograniczeniem będziemy się przecież musieli zmierzyć osobiście.

Na własny użytek myślę o panu Stanisławie. Ma prawie 80 lat. Do niedawna, choć na emeryturze, był jeszcze aktywny zawodowo. Chodzi powoli, od lat zmaga się z nawrotami choroby nowotworowej – dlatego pojawił się przed naszym zespołem i tak się poznaliśmy. Zawsze ogolony, skromny, zachowuje spokój ducha. Rozmawiając o książkach, politykach i życiu, słucham jego nadzwyczaj pięknej polszczyzny, którą zachowuje, nawet gdy złorzeczy. A to mu się zaczęło ostatnio zdarzać, bo kilkanaście lat temu zaciągnął kredyt frankowy. Dlaczego w banku pracują ludzie, którzy zapewnili go przy podpisywaniu umowy, że nie będzie miał problemu z jego spłatą? Ostatecznie obniżono mu miesięczną ratę w zamian za wydłużenie czasu oddania zobowiązania, więc życie na powrót wróciło do jako takiego spokoju. Na starość chciałbym być taki jak on: skromny, życzliwy światu, niezależnie od tego, z czym przyjdzie mi się zmierzyć.

Historie z teczek

Mąż pomagał żonie zdjąć buty i ściągnąć spodnie. Była częściowo sparaliżowana, a lekarka obecna podczas posiedzenia zespołu oceniającego stopień niepełnosprawności chciała sprawdzić sprawność stawów kolanowych. Mężczyzna klęczał więc u stóp kobiety, mocując się z nogawkami owiniętymi wokół szczupłych kostek, gdy nagle odwrócił twarz w stronę siedzących w półkolu obserwatorów: „Gdybyście państwo wiedzieli, jakie to kiedyś były nogi…”. Kącik ust kobiety w sprawnej części twarzy lekko podniósł się do góry, półkole ludzi uśmiechnęło się szeroko. Jacek Baczak pomyślał, że dla tej sekundy warto było tam przyjść.

Takie historie przewodniczący zespołu kolekcjonuje w pamięci, bo z reguły jego posiedzenia toczą się przewidywalnym trybem ustalonym procedurami. Na wejściu wciąż zdarza mu się wyjaśniać, że zespół nie ocenia stanu zdrowia, ale sposób, w jaki człowiek funkcjonuje społecznie z brakami, które ma. Kwestią fundamentalną stają się rozstrzygnięcia spraw praktycznych. Czy niedosłuch ograniczający słyszalność dźwięków do 60 dB zawsze można zakwalifikować jako umiarkowany? Osoba z jednej „teczki” zakłada w takiej sytuacji aparat słuchowy albo uczy się czytania z ust i organizuje przestrzeń w sposób, który rekompensuje niesłyszalność. Bohater badań i zaświadczeń z sąsiedniej „teczki” wobec identycznego problemu jest bezradny do tego stopnia, że od jakiegoś czasu korzysta z pomocy psychiatry, bo jego życiem zaczął rządzić lęk.

Anna Mateja: Parę zadań z listy

Cukrzyca też traci czystą postać, gdy przyjrzeć się jej z bliska w historiach kolejnych pacjentów. Jeśli chory lubi wysiłek fizyczny, a zmiany w diecie to dla niego okazja poznania innej kuchni, źle działająca trzustka pozostaje mankamentem fizjologii, nie odbierając sensu życia. Co jednak, jeśli dla kogoś zwieńczeniem dnia jest stos kanapek zjadanych przed telewizorem… Utrata nóg na wysokości ud tylko pozornie jest jednoznaczna. Intensywna rehabilitacja i tytanowe protezy mogą przeistoczyć okaleczoną ofiarę wypadku czy choroby w uczestnika maratonów. Czy w takim razie jest to wciąż osoba niepełnosprawna, której orzeczenie jest potrzebne, by ułatwić jej życie? Ona tylko nie ma nóg, ale wypracowała szereg kompensujących inwalidztwo umiejętności, przez co jest zdrowsza od wielu osób bez niepełnosprawności.

Historie ludzkie nie układają się w żaden system. Ten jedynie organizuje fakty na ich temat. Dokumenty czytają lekarz, psycholog, doradca zawodowy, pracownik socjalny. Decyzję podejmują wspólnie, niemały wpływ na jej ostateczny kształt ma rozmowa z człowiekiem, którego orzeczenie dotyczy. Nikt nie ma złudzeń, że jest ono obiektywne, lecz rozmowa daje szansę uniknięcia rygoryzmu litery prawa i ckliwości łatwych emocji.

Człowiek wobec systemu

– Przez osiem godzin dziennie rozmawiamy z klientami. Tylko niektórzy przychodzą z precyzyjnie sformułowanymi pytaniami. Z reguły mają ich cały szereg, bo systemem pomocy społecznej nikt się nie interesuje do momentu, kiedy się w nim znajdzie. W wielu miastach powołano np. pełnomocników ds. osób z niepełnosprawnościami albo centra wiedzy na temat tego dość skomplikowanego systemu. Wtedy łatwiej nawigować w informacjach o rehabilitacji, opiece domowej czy instytucjonalnej, źródłach finansowania. Możliwe jest nawet opracowanie ścieżek postępowania. Jeśli tego nie ma, pozostaje samodzielne wypytywanie się o wszystko u pracowników powiatowego centrum pomocy rodzinie lub miejskiego ośrodka pomocy społecznej.

W moim zespole wiele lat temu postawiliśmy sobie warunki brzegowe pracy z ludźmi. Będziemy cierpliwi, nawet odpowiadając na to samo pytanie po raz tysięczny, bo przychodzą do nas ludzie, którzy mają prawo nie wiedzieć. Decyzja ma być przystępnie uzasadniona i możliwie szybko wydana. Niezależnie od emocji klienta zachowujemy spokój, bo w naszej pracy chodzi przecież o to, żeby mu pomóc. Jeśli pozyskamy jego zaufanie, zmniejszy się przestrzeń na podejrzliwość czy pretensje, bo te z reguły rodzą się ze strachu. Ludzie wiedzą, że nie wiedzą, a ignorantów łatwo wykorzystać, więc jak tu się nie bać systemu… Po tylu latach muszę powiedzieć, że ciągle się tego uczę. Słysząc kaskadę słów od kolejnego klienta, który krzyczy, bo nie rozumie, powtarzam sobie: „Oddychaj. Oddychaj. On powie jeszcze parę zdań i się wyczerpie. Potem kolejny raz spróbujesz mu to wytłumaczyć”. Czasami to pomaga, a czasami…

„Nie przekonuje mnie pana argumentacja, ale ratuje pana uśmiech” – zbaraniałem, gdy usłyszałem te słowa od starszego mężczyzny, mocno schorowanego, dla którego w tamtym momencie nie mogliśmy zrobić nic ponad to, co przewidywała nasza decyzja, bo – jakkolwiek zabrzmi to bezdusznie – na więcej nie pozwalały procedury. Był tak podminowany, że koleżanka poprosiła mnie o pomoc. Ze mnie powietrze zaczęło uchodzić w momencie, kiedy zauważyłem jego podobieństwo do mojego taty: bruzdy na twarzy w zbliżonych miejscach, siwe włosy z tyłu głowy były nieco dłuższe niż po bokach, nawet jego zapach był podobny – trochę wody po goleniu i lekko znoszonych ubrań. Spoglądał na mnie uważnie, jak na przesłuchaniu, gdy rozczulony tą zbieżnością, zacząłem się uśmiechać. Dziś witamy się jowialnie, niczym para dobrych znajomych. Może to jest klucz? Nie rozmawiam z panią Krystyną ani z panem Henrykiem, o których wiem tyle, ile przeczytam w dokumentacji, ale przywołuję obraz np. mojej mamy – Zosi, którą opiekowałem się w ostatnich latach jej życia. Wyobrażam sobie, że siedzi przede mną, niewiele rozumiejąc z tego, co się wokół niej dzieje, bo jest już mocno starszą osobą.

Niekompletne rachunki

Przy dokumentach dzieci z głębokimi niepełnosprawnościami i po rozmowach z ich rodzicami Baczak mówi sam do siebie: „Wszystkiego jest za mało”. Bo gdyby państwo myślało o tych ludziach w kategoriach faktycznego załatwienia sprawy, to np. rehabilitacja dzieci z niepełnosprawnościami sprzężonymi, z porażeniem mózgowym czy autyzmem rozpoczynałaby się w momencie postawienia diagnozy (pod warunkiem że rodzice czy opiekunowie dzieci chcieliby współpracować, co nie jest oczywiste). Byłaby prowadzona tyle godzin i z taką częstotliwością u najlepiej przygotowanych specjalistów – fizjoterapeuty, logopedy, terapeuty sensorycznego, trenera umiejętności społecznych – ile zaleci lekarz czy terapeuta, a nie na ile pozwalają ograniczone budżety rodziny czy pomocy społecznej. Po 10–20 latach takiej pracy niepełnosprawność by nie zniknęła, ale związane z nią deficyty nie zagarnęłyby całego życia dotkniętej nimi osoby. Ludzie z niepełnosprawnościami być może potrafiliby nawet pracować i zarabiać, a na pewno nawiązywaliby relacje z ludźmi, więc nie potrzebowaliby asystenta.

„Być może mieliby rodziny albo przyjaciół i naturalne wsparcie z ich strony. Nie potrzebowaliby opieki państwa i jego służb” – Baczak kończy tok myślenia niczym „stary urzędas”, którego przy rozwiązywaniu spraw interesuje przede wszystkim efektywność. Ale jak przeliczyć straty pani Heleny z Bielska-Białej, która od ponad pół roku nie wychodzi z domu, więc na wiosnę nie kupi sobie nowej sukienki i nie spotka się z przyjaciółmi przy kawie? Jakie to ma znaczenie dla miasta, że 500 osób spośród 170 tys. jego mieszkańców żyje z wciąż tym samym widokiem za oknem albo na suficie, oglądanym z pozycji od lat nieopuszczanego łóżka? Czy tego rodzaju „zasoby ludzkie” mogą stać się pozycją uwzględnianą w jakimkolwiek rachunku, niekoniecznie wyłącznie finansowym?

Ponieważ najpewniej nikt tego nie liczy, pracownik socjalny ze średniej wielkości miasta powiatowego może tylko starać się być użytecznym. Przygotuje dokumenty potrzebne zespołowi orzekającemu o stopniu niepełnosprawności, pomoże wypełnić wniosek o dofinansowanie przebudowy łazienki, znajdzie miejsce w jednym ze środowiskowych domów samopomocy dla upośledzonego podopiecznego, by jego opiekun mógł pójść do pracy albo odpocząć. Systemu nie zmieni, ale skoro to, co robi, jest komuś potrzebne, to znaczy, że ma sens.

Imiona bohaterów i bohaterek historii opisanych w tekście zostały zmienione.

Książka Zapiski z nocnych dyżurów, z posłowiem Dariusza Czai, doczekała się III wydania w Wydawnictwie Wolno (Lusowo 2021).

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności