Subskrybuj
Dwie żołnierki podziwiają tatuaż u Jessie Knight miejscowej tatuatorki, 1951 r., Aldershot, Wielka Brytania fot. Haywood Magee/Picture Post/Hulton/Getty
Autorka książki Bestiariusz nowohucki, za którą otrzymała Nagrodę Conrada, nominację do Nagrody Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Laureatka Nagrody im. Adama Włodka i Międzynarodowego Konkursu na Dramat Współczesny o Tematyce Żydowskiej. Związana z Nową Hutą...

Opowieść o wytatuowanym „ja”

„Co oznacza ten tatuaż?” – tak brzmi jedno z moich najmniej lubianych pytań. Najczęściej mój tatuaż nie oznacza nic albo wyraża coś głupiego, błahego, nieważnego. Czy wniosek z tego, że mam pstro w głowie, a tatuaże to tylko próżniacza zachcianka?

Tatuaż nie jest wynalazkiem naszych czasów, nawet nie naszego wieku, ale ten, który jest mi szczególnie bliski, czyli artystyczny, jest najmłodszym typem z całego zjawiska. Jego starsi bracia, którzy jednak ciągle są w formie, to tatuaż więzienny, militarny, a także plemienny. Wszystkie w mniej lub bardziej pokrętny sposób wywodzą się z tradycji tatuowania niemającej prawdopodobnie jednego źródła: ani kulturowego, ani geograficznego. Tatuowali się ludzie paleolitu i neolitu. Być może była to pierwsza praktyka, która odróżniała homo sapiens od zwierząt. Tatuaż zdobił skórę dawnych społeczeństw Oceanii, Półwyspu Malajskiego, Afryki, Ameryki Północnej i Południowej oraz Japonii. Owszem, zdobił, bo poza funkcjami magiczno-religijnymi i leczniczymi pełnił też tę estetyczną. Zarówno więc chronił przed złymi mocami, chorobą i śmiercią, jak i dodawał punktów na rynku matrymonialnym albo po prostu: cieszył oko – mówi się czasem, że w dawnych epokach człowiek był bardziej przyozdobiony niż ubrany. Zazwyczaj tatuaże odgrywały także ważną rolę społeczną – mówiły: „Jesteś swój”. Umożliwiały rozpoznanie pobratymców, określenie ich pozycji w grupie, nadanie sobie wyższego statusu, np. na Markizach najbardziej bogate i wyszukane wzory o ogromnej powierzchni mogli nosić tylko wodzowie i ich synowie. Tatuaż bywał także opowieścią: przedstawiał dzieje ozdobionej osoby. Wydaje się, że te dawne funkcje tatuażu są bardzo aktualne i nie tyle przetrwały, ile po prostu od zawsze mają związek ze zjawiskiem trwałego ozdabiania skóry. Nie licząc stygmatyzującej funkcji (to prawdopodobnie europejska specjalność), tatuaż dawał więc poczucie bezpieczeństwa, miał afirmacyjny charakter, budował prestiż. Osoba z dawnych czasów mogła czuć się dumna ze swoich ozdób, a ich odbiór społeczny był pozytywny. Zapewne samoocena takiej osoby rosła wraz z liczbą lub wielkością tatuaży w tych praspołecznościach.

Słowo tatau przywędrowało do Europy z Wysp Polinezyjskich statkami kapitana Cooka, co nie znaczy, że odpowiadająca mu praktyka na „Starym Lądzie” nie istniała przed wyprawami kolonizatorów.

Wbijanie pigmentu w skórę za pomocą ostrego narzędzia do tego czasu określano mianem signum lub stigma, a w czasach bliższych Cookowi – hieroglif, piętno, wyryty rysunek. Tatuowanie w Europie jest równie dawne co w innych częściach globu (mamy dowody z dzisiejszych terenów Węgier czy Rumunii), było także praktykowane w starożytności i wśród chrześcijan, jednak od 787 r., kiedy potępiono tatuowanie jako zabieg zagrażający czystości duszy, tradycja znacząco się wyciszyła, by znów wzbudzić zainteresowanie po pojawieniu się schwytanych Maorysów w portach Europy. Pod koniec XIX w. tatuowanie zaczynało wnikać w kulturową tkankę świata Zachodu. Z jednej strony można mówić o przywłaszczaniu własności kulturowej, z drugiej – o odświeżeniu rodzimej tradycji. Owi „starsi bracia” dzisiejszego tatuażu artystycznego zaczynają być rozochoconymi młokosami: tatuaże więzienne czy wojskowe mieszają się z marynarskimi. A ozdabianie się malunkiem staje się sposobem na życie: obficie wytatuowane osoby pokazują się publicznie za pieniądze lub dołączają do trup cyrkowych, pojawiają się pierwsi profesjonalni tatuatorzy. Zapewne myśląc o klientach, czytelniczka lub czytelnik wyobraża sobie marynarzy i rzezimieszków – otóż nie (tylko), tatuowała się także arystokracja, m.in. car Mikołaj II czy arcyksiążę Franciszek Ferdynand.

Stąd już krok do rozpowszechnienia się tatuażu artystycznego, który znamy dzisiaj: wykonywanego w salonach w każdym polskim mieście, wystającego spod rękawów instagramerów / rolniczek / kasjerów / przedsiębiorczyń / wykładowców / programistek / barmanów / artystek. Równie wydziarani są Justin Bieber co Nergal, załogantki hardcorowej sceny co gwiazdy Wyspy miłości. Grupa społeczna dziś nie ma znaczenia, wystarczy popatrzeć na plażowiczów w Mielnie, by dostrzec, jak egalitarna obecnie jest to praktyka. W 2017 r. tatuaże posiadało aż 8% osób w Polsce. W 2022 r. – 10%. Tatuator Roman Harsche-Zarzeczny, którego poprosiłam o podzielenie się spostrzeżeniami profesjonalisty, kwituje popularność tatuażu jednym zdaniem: „Jest to produkt”.

Jeszcze na początku lat dwutysięcznych, czyli w czasach gdy sama zaczęłam interesować się tatuażem, nie było to zjawisko tak neutralne tożsamościowo jak dziś.

Była to sprawa głównie subkulturowa, a subkultury zazwyczaj rozwijały się jako formy mówienia „nie” (komu i dlaczego – to inna historia). W ten czy w inny sposób miały kontestować, stawiać granicę między „naszymi” a normikami. Życie poza systemem (troszkę się uśmiecham) lub przeciw niemu zawsze zbliżało do folkloru świata przestępczego, więc i punki, i metale robiły sobie dziary. Tatuaż miał zatem nie tylko odróżniać (nie jestem taka jak wszyscy), ale również – jak w plemiennej tradycji – budować poczucie tożsamości i przynależności do grupy. We mnie też drgały te dwie struny: z jednej strony jako nieśmiała nastolatka czułam, że kilka dziarek w widocznych miejscach pomoże mi być nieco bardziej pewną siebie wśród ludzi na punkowych koncertach. Z drugiej strony ta nieśmiała osoba miała i nadal ma silną potrzebę zaznaczania odrębności, nierobienia tego, co robi się w głównym nurcie.

„Ja” z dziarą czy bez dziary

Jak wspomniałam, funkcje współczesnego tatuażu pokrywają się mniej więcej z dawnymi. Jednak dziś dość ważnym aspektem staje się aspekt psychologiczny: tatuujemy symbole uczuć, postaw, poglądów, deklaracje zainteresowań, znaki upamiętniające miejsca zdarzeń i ważne przeżycia. Wysuwam śmiałą hipotezę, że wraz z rozmyciem subkultur tatuaż przestał być zarówno znakiem grupowej tożsamości, jak i sposobem kontestacji. Jest za to formą opowieści o posiadaczce lub posiadaczu tatuażu. Ta opowieść snuta jest poprzez konkretne obrazki, które mają znaczenia lub ich nie mają (oba podejścia są okej, oba coś mówią o osobie je posiadającej). Jest to także inna opowieść, ta, która interesuje mnie bardziej, czyli opowieść o relacji z wytatuowanym ciałem. Można wyczytać ją nie tylko ze wzorów, lecz i z liczby pustych plam, coverów, śladów po laserze, blizn ukrytych pod tuszem. Jeszcze ciekawsza zaś wydaje mi się opowieść o wytatuowanym „ja”, tym pojęciu wytrychu, które przyjmuję, by przyjrzeć się nie tylko tatuażom, ale i ich roli w wykuwaniu autodefinicji, obrazu siebie. Wiem, że wprowadzenie takiej instancji niesie konsekwencje: ta perspektywa każe pytać o powody tatuowania się, które mogą być nie do końca jasne dla samych dziaranych; o samoocenę, o to, co być może tatuaże nam kompensują, co rzeczywiście manifestują.

A może warto sprowadzić problem do pytania: czy tatuaże sprawiają, że dobrze się ze sobą czujemy? Dobrze o sobie myślimy? Nie tylko o naszych wytatuowanych członkach (choć z pewnością również), ale i o sobie jako sobie.

Na użytek tego tekstu sporządziłam ankietę z nurtującymi mnie pytaniami, których nie zadano w żadnym dostępnym mi badaniu. Nie miała charakteru naukowego, lecz wywiadowczy, o czym świadczy choćby sam tytuł formularza – „Ja i moje dziary”. Może była też sposobnością do poznania dalszych znajomych, odkrycia, czy „mam tak samo jak ty”. Pierwszym problemem, na jaki się natknęłam, okazali się adresaci i adresatki – fotograficzna pamięć nie pomagała mi w podpowiedzi, do kogo zwrócić się z ankietą. Czy wniosek z tego, że tatuaże stały się sprawą przezroczystą, niezauważalną dla percypującej? Ustaliliśmy, że już nie są znakiem przynależności subkulturowej. Nie świadczą nawet o pociągu do alternatywności (pisząc to, sama gryzę się w język, co za nieadekwatna, wręcz krindżowa kategoria). Ani posiadanie tatuażu, ani jego brak nie wprowadza dystynkcji na „swoich” i „obcych”. Być może nie oznacza już dzisiaj nic.

Mimo wszystko większość osób z mojej listy na komunikatorze nie ma tatuaży. Co chwilę zadawałam sobie jednak pytanie: a może nie zauważyłam, nie rzuciło mi się w oczy, że przedramię, nadgarstek, szyja, łydka danej osoby ozdobiona jest tatuażem? Jeśli tak, co to zmienia w tej osobie? Czym różni się mój stosunek do niej od stosunku do tej grupy znajomych, którzy z całą pewnością tatuaże mają? O czym tak naprawdę myślę, gdy myślę: ta osoba wygląda mi na taką, co ma dziary. Ma zdecydowany charakter i jest trochę krejzolką. Fajnie się nosi. Lubi zadzierać. Ma swój świat. A o czym, gdy myślę: chyba na pewno nie ma tatuaży? Jest na to zbyt ułożona. Wygląd zewnętrzny jej nie obchodzi. Nie jest zbyt odważna. Pewnie dla niej to próżne i puste. Intuicja podpowiada takie uproszczenia.

Problem z wytypowaniem wydziaranych koresponduje z intuicjami, że być może ludzi tatuujących się łączy jakaś cecha, predyspozycja.

Być może należy badać to narzędziami psychologii, ja jednak najpierw podejdę do tego zgodnie z wyuczonym zawodem filozofki i zadam pytanie: czy tatuaż zmienia nas substancjalnie? Czy ja z tatuażami jestem kimś innym niż wyobrażone „ja” bez tatuaży? Pytanie tego rodzaju pamiętam ze studiów filozoficznych, Adam Workowski dodawał warianty: czy pozostaję sobą bez ręki, bez twarzy? A zmieniając kolor oczu? Rozum podpowiada mi, że tatuaże są czymś mniej substancjalnym niż twarz, ale bardziej niż kolor oczu. A więc odpowiedź brzmi: bez tatuaży byłabym dalej tą samą osobą. Choć nie do końca. Nie. Zdecydowanie nie. Chociaż? Oczywiście inaczej sprawy się mają, gdy malunek pokrywa spory procent ciała lub wytatuowaliśmy sobie znaczące jego części, np. twarz, dłonie, szyję… Rozważanie sprawy w samotności sprawiło, że utonęłam w dywagacjach. Zapytałam więc o to samo znajomych i znajome za pomocą wspomnianej ankiety. Dla nich sprawa okazała się niemal jasna: bez tatuaży nie byliby i nie byłyby sobą.

Wydaje mi się, że wiem, co stoi za tą odpowiedzią, albo raczej czuję to w kościach i nie jest to łatwo wyrazić. Być może chodzi o to, że tatuaże nie są tylko sprawą estetyczną, a raczej tożsamościową – noszę je przez wiele lat i nosić będę. Każdy tatuaż był zrobiony w określonym momencie życia i nawet jeśli jest flashem z katalogu i nie ma żadnego głębokiego znaczenia, to staje się puzzlem biograficznej układanki.

Eksperyment z ciągłością „ja” poczynił raper Quebonafide – wyrazista postać, którą można rozpoznać m.in. po szyi gęsto ozdobionej znakami zapytania. Quebo oparł promocję swojej płyty na koncepcji metamorfozy w Kubę, chłopaka bez tatuaży, bez stylówy. Ten performance budzi pytanie: kogo słyszymy w głośnikach? Quebo czy Kubę? Czy to inna osoba czy tylko inny image? Choć nikt nie wierzył w trwałą transformację, to jednak trudno nie mieć lekkiego zawrotu głowy w odniesieniu do tego artysty, gdy jego charakterystyczne pytajniki na szyi są tak skutecznie zatuszowane. Tyle o nas, odbiorcach i odbiorczyniach, pytanie, co sam raper czuł, patrząc na swoje odbicie w lustrze.

Integracjometr

Miałam nadzieję, że ankieta pozwoli mi usłyszeć nieco wyraźniej głosy wytatuowanych niż te przetworzone w słupki i dane liczbowe badań psychologicznych. Prac naukowych podejmujących temat tatuażu jest dużo, co bynajmniej nie znaczy, że ich wyniki dają nam wyraźny obraz tego zagadnienia (nie twierdzę, że moja wywiadowcza ankieta daje, no ale…). Badania – wykonywane od lat 50. ubiegłego wieku aż do wczesnych dwutysięcznych – wykazywały związek między posiadaniem tatuaży a np. uzależnieniami, zaburzeniami osobowości, agresją. Wiemy jednak, że w znacznej mierze były to badania na populacji związanej z kulturą więzienną. Dariusz Tarczyński, badacz z wcale nieodległej przeszłości, nazwał tatuaż symboliczną formą krzyku oraz niszczenia swojego ciała.

Z nowszych prac dowiemy się, że tatuowanie może wiązać się z pozytywnymi zmianami osobowymi, takimi jak wzrost samooceny, uważanie się za osobę kompetentną czy zdolną do przewodzenia grupie (ale i o skłonnościach do zachowań ryzykownych).

Nie sprawdziły się hipotezy, jakoby modyfikacje ciała miały być oznaką niezadowolenia z własnego życia, lecz nie dowiedziono też, że to zadowolenie jest wyższe u wytatuowanych. Jedne badania mówią o tym, że osoby z tatuażami wykazują niższe ryzyko rozwinięcia zaburzeń depresyjnych, inne, że osoby z tatuażem gorzej oceniają swoje zdrowie psychiczne.

Choć można dostrzec jakiś związek tatuaży z lepszą samooceną, nie jest też jasne, czy decydują się na nie osoby, które „na starcie” mają wyższą samoocenę, czy też dopiero skóra z malunkiem pozytywnie wpływa na postrzeganie siebie. Naukowcy omawiający ten temat przytaczają badania Virena Swamiego z Cambridge mówiące o wzroście dobrego funkcjonowania psychicznego przez ok. trzy tygodnie po zabiegu. Skłania to do przyjęcia tego drugiego wyjaśnienia.

Słowem kluczem w kontekście wytatuowanego „ja” wydaje się „integracja”. Mowa tu o doświadczeniu ciała – jego schematu, poczucia, obrazu.

Klaudia Jabłońska i Beata Mirucka z Instytutu Psychologii KUL-u badały, czy kobiety z tatuażami doświadczają swojego ciała w sposób zintegrowany – to znaczy czy mają z nim głęboki związek i nie odrzucają go, a „ja” cielesne i „ja” fizyczne pozostają spójne. Wyobrażam sobie coś, co nazwałabym integracjometrem, gdzie na początku osi znajdują się osoby z niestabilnym „ja” cielesnym, nieakceptujące swego ciała. Pośrodku znajdują się osoby mające trudności z jego akceptacją, a na końcu mistrzynie świata w integracji „ja” psychicznego i fizycznego. Wspomniane badania ukazały, że tatuują się osoby z całego spektrum integracjometru. Tatuaże pełnią po prostu inną funkcję w ich życiu psychicznym: mogą pomagać w wyrażaniu siebie (im bliżej na osi do zintegrowanego „ja”), ukrywać „mankamenty” wyglądu (gdzieś pośrodku osi) lub być próbą przezwyciężenia napięcia psychicznego (u tych z najmniejszym stopniem integracji). Aż 45% tatuujących się kobiet należy do grona osób zintegrowanych. Można spotkać się także z łączeniem tatuowania z autoagresją – igły maszynki zastępują wówczas żyletkę czy wymioty. Przyjmuję dane liczbowe potwierdzające, że istnieje taki typ, choć osobiście jest mi to obce – ból jest czymś, co skutecznie trzyma mnie z daleka od salonów. Jeden z moich rozmówców napisał w ankiecie, że ten, kto uznaje, że lubi uczucie tatuowania, kłamie. Tymczasem ponad 70% moich ankietowanych odpowiedziało, że je lubi.

Dość powszechnym powiedzeniem jest, że tatuaż uzależnia – prawdopodobnie osoby je głoszące mają na myśli, że jeśli zrobisz jeden, na pewno zrobisz kolejne i nie zauważysz, kiedy zacznie brakować ci wolnych miejsc na ciele. Aby móc mówić o uzależnieniu, zachowanie musi spełniać sześć kryteriów, takich jak istotność, zmiana nastroju, tolerancja, objawy abstynencji, konflikt, nawrót. Psycholog specjalizujący się w badaniu uzależnień oraz pasjonat tatuażu Mark D. Griffiths ocenia, że tatuowanie nie spełnia warunków uzależnienia. Może absolutnie zaprzątać uwagę – wyobrażanie sobie siebie z nową dziarą i szukanie inspiracji to ulubiony etap całego przedsięwzięcia moich ankietowanych. Nie daje jednak natychmiastowej gratyfikacji, jak np. hazard, bo jest rozciągnięte w czasie. Badacz widzi je w kategoriach pasji, a nie problemu – jego efekt jest bowiem zazwyczaj pozytywny: wyrażanie siebie jest czymś, co ostatecznie może wzmacniać jednostkę.

Inwestycja

„Parę stów znowu wpada, będzie nowa dziaba, będzie kawał plegarów, będzie kawał rękawa” – rapuje Kaz Bałagane w kawałku Sos, ciuchy i borciuchy. Kto jak kto, ale raperzy kochają luksus. Skoro noszą Balenciagę, nie szczędzą i na dziary. Trzeba powiedzieć to głośno: tatuowanie się jest drogie. Albo nie jest drogie, po prostu nie każdego na nie stać – jak mawiają dealerzy bmw w odniesieniu do sprzedawanych przez siebie aut. Na „kawał plegarów” w stylu realistycznym u rosłego mężczyzny trzeba przeznaczyć od czterech do dziesięciu całodziennych sesji – jak szacuje tatuator Roman Harsche-Zarzeczny. Czyli nawet 8 tys. zł.

Nie kwestionuję cen – niech artyści i artystki zarabiają godnie, godnie plus albo jeszcze więcej. Zastanawia mnie jednak, skąd w nas łatwość w wydawaniu pieniędzy na tatuaże. Gdyby ktoś zapytał mnie, czy kupię sobie coś z garderoby w tej cenie, nawet coś, co służyłoby mi na lata, zaśmiałabym się głośno. Na tatuaże wydaję pieniądze niewspółmiernie chętniej niż np. na zbliżoną kategorię zabiegów medycyny estetycznej. Czy chodzi o inwestycję w siebie (cokolwiek to hiperkapitalistyczne określenie oznacza)? O to, że to, co trwałe i na zawsze, warte jest swojej ceny? Sprawdziłam: nie dla wszystkich ankietowanych to takie oczywiste. Połowa znajomych zaznaczyła w ankiecie, że wydaje więcej na fryzjera i na inne zabiegi upiększania, zatem być może tatuaż nie jest szczególnym rodzajem ozdoby, za którą odda się każde pieniądze. Roman Harsche-Zarzeczny zauważa, że klienci często decydują się na cenowe kompromisy. „Jeżeli ktoś znajdzie tatuatora, który twierdzi, że zrobi szybciej i taniej, to potem zwykle będzie musiał dużo zapłacić za laser albo jeszcze więcej za poprawki u kogoś innego” – dodaje.

Tatuaż też jest formą medycyny estetycznej – zakrywa blizny, rozstępy. Można wkomponować w niego pieprzyki.

Niemal natychmiast po poparzeniu sobie uda gorącą herbatą, gdy tylko dorwałam coś, co schłodzi oparzenie, obmyślałam, co w tym miejscu wytatuować, żeby zakryć bliznę (np. nieszczęsny termos). Rok po oparzeniu o przedsięwzięciu zapomniałam, blizna stała się sprawą zupełnie naturalną i całkowicie na swoim miejscu.

Czasami jednak to same tatuaże są obiektem zabiegów. Istnieją takie wzory, których chcemy się pozbyć. Bardzo niewiele ankietowanych osób odpowiedziało, że ma tatuaż, którego nie lubi. Zakładałam, że odpowiedzi twierdzących będzie więcej, bo sama mam takie, z jakich nie byłam zadowolona – ale ich obecność stała się dla mnie bardzo skuteczną formą uczenia się znoszenia dyskomfortu. Jednym z ćwiczeń terapeutycznych dla osób z natrętnymi myślami jest wyobrażenie sobie, że ich dłoń pokryta jest dżemem (level hard: dłoń można naprawdę posmarować). Pomaga to oswajać natrętne uczucie (tu: lepkości). Nieudane tatuaże są dżemem, którego nie da się zetrzeć. Miewałam myśli, że nigdy nie odkryję ramienia, że patrząc na mnie, inne osoby widzą tylko ciemną plamę na mojej ręce. To uczucie przeszło. Różne osoby mają różne progi ignorowania takich niechcianych elementów swojego wyglądu. Proces ich akceptacji, inkorporowania w swoją tożsamość jest kwestią wspomnianych predyspozycji i stanów. Sama miałam w tym lepsze i gorsze momenty, ale wydaje mi się, że ich zmienność wiążę ze wzrostem ogólnej samooceny.

Oczywiście istnieją też inne powody, dla których jakiś tatuaż po prostu nie może być nadal na skórze. Są to np. traumatyczne doświadczenia z nim związane. Przypomina o złych czasach, o złych poglądach, o starych związkach. Szczególnie te ostatnie stanowią problem. Nie, nie chodzi tylko o imiona naszych ex (tatuowanie imion jest nienowym zwyczajem – nawet angielski król Harold II, rządzący w XI w., miał tatuaż na piersi z imieniem swojej żony Edith). Problemem bywają obecne związki. Tatuator Roman wspomina, że zdarzają mu się sytuacje, kiedy ktoś przychodzi zrobić sobie tatuaż pod wpływem przemocowej osoby partnerskiej. „Staramy się chronić przed tym klientów, sugerować, żeby partnerzy nie przychodzili na sesje, żeby przychodziła tylko osoba, która chce tatuaż i która podejmuje decyzje stanowiące o niej samej”. Roman dodaje, że niestety w ten sposób ściąga na siebie czasem pretensje, gdy tatuaż owej kontrolującej osobie się nie spodoba. Często zdarza się, że to właśnie druga połówka naciska na usunięcie tatuażu, który nie odpowiada jej gustowi lub jest sprzed czasów ich aktualnego związku.

Lasery są dziś superbronią w walce z niechcianymi tatuażami.

Są coraz nowocześniejsze, coraz bardziej dostępne, choć jest to najtrudniejsza droga do usunięcia tatuażu. Trzeba uzbroić się w cierpliwość (lepiej rozciągnąć proces w czasie) i znów – w gotówkę. Szybciej i prościej jest zrobić cover, czyli zakryć starty tatuaż nowym, choć nie zawsze jest to możliwe. Roman opowiadał mi o meandrach tych procesów, stanie tkanki po laserze, możliwościach dalszej pracy na takiej skórze. Wniosek, jaki z tego wyciągam, jest taki (być może wbrew intencji profesjonalisty), że lepiej polubić się ze swoimi gniotkami.

Babcia z tatuażami

Tatuaże się starzeją. Nie tylko pod względem mody na dane wzory, lecz przede wszystkim pod względem trwałości. Tracą kontury, kolory. Nie mówiąc już o tym, że również skóra, która przyjęła barwnik, podlega starzeniu. Kto z wytatuowanych nigdy nie spotkał się z pytaniem zarzutem: „Jak ty będziesz wyglądać na starość?”. To pytanie ma wywoływać zgrzyt, bo trudno wyobrazić sobie nasze babcie z dziarami. Powaga babcinej instytucji nie licuje z taką ekstrawagancją. Dziś ludzie tatuujący się w latach 90. są w wieku okołodziadkowym. Mało tego, starsze osoby również odwiedzają salony. Staruszki przyszłości będą mieć tatuaże, czy się to komuś podoba czy nie, jednak pytanie: „Jak ty będziesz wyglądać na starość?”, nie straci aktualności. Tatuator Roman zauważa, że obecni staruszkowie wyglądają nieźle, bo ich tatuaże były wykonywane według sprawdzonej „starej szkoły”, z odpowiednią grubością linii, tuszami o niezmiennym składzie. Jak będą wyglądać osoby, które dziś robią sobie ignoranty lub mikrorealizm (cienkie linie, małe kształty) – tego jeszcze nie sprawdzono.

Osobiście mam nadzieję, że wytatuowana staruszka, jaką się stanę – z wyblakłymi tatuażami o rozlanych konturach – będzie całkiem zadowolona z tego, że jest wytatuowaną staruszką.

Nie tylko dzięki akceptacji coraz bardziej wytatuowanego społeczeństwa (trend, choć rosnący, może się przecież załamać), lecz dzięki sympatii do wytatuowanego „ja”, której przez lata nabieram. Odnajduję się w portrecie sporządzonym przez badaczy, osoby czującej jedność ze swoim ciałem, ze spójnym poczuciem tożsamości. Badania nie obejmują procesu, mogę więc dodać od siebie, że wskaźnik wspomnianego wcześniej integracjometru w moim życiu migrował od punktu zero do obecnego, nie najgorszego wyniku, a przez cały ten czas robiłam i robię sobie tatuaże.

Ciekawym komentarzem do tego tekstu jest sytuacja, jaka przydarzyła mi się podczas jego pisania: pod postem w mediach społecznościowych dotyczącym spraw okołozawodowych parę osób postanowiło odnieść się do jego treści niekoniecznie merytorycznie: „obrzydliwe tatuaże” „wygląda jak patologia” „chujowe dziary”. Tu badania przechodzą w praxis – może to spójne poczucie tożsamości sprawia, że nie dotykają mnie takie komentarze. Może o tym jest ta moja opowieść o wytatuowanym „ja”.

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie