Subskrybuj
fot. Prószyński i S-ka
Teolog, autor podręcznika Traktat o Trójcy Świętej, współautor (z T. Węcławskim) antologii teologii niemieckiej Praeceptores, badacz i tłumacz teologii H.U. von Balthasara, były wiceprezydent Europejskiego Stowarzyszenia Teologów Katolickich

Oprychy Jezusa

Po ponad 2000 lat od narodzin Jezusa, po dziesiątkach zmian społecznych, ustrojowych, politycznych wciąż mamy okrutne wojny i niewolnictwo, karę śmierci i brak powszechnej równości, głód i porażające niesprawiedliwości. I za to wszystko odpowiadają chrześcijanie, Ewangelia, Jezus i biblijny Bóg? 

Książka Chrześcijaństwo. Amoralna religia, będąca zapisem rozmów Artura Nowaka z Ireneuszem Ziemińskim (N&Z), wzbudziła spore zainteresowanie jeszcze przed oficjalną premierą. To przełożyło się na powodzenie publikacji na rynku czytelniczym. W środowiskach, które w książce zostały wywołane do tablicy, nie doczekała się ona jednak otwartej debaty, która pozwoliłaby na rzeczową konfrontację z radykalnymi tezami autorów. Mam na myśli reakcje szeroko rozumianej teologii, zwłaszcza katolickiej.

Fundamentalna teza książki, wyrażona w tytule, a jeszcze dosadniej w ilustracji na okładce, nie pozostawia złudzeń co do treści zamieszczonych wewnątrz. Zakładając nawet publicystyczny czy popularnonaukowy charakter książki, można by oczekiwać od niej rzetelności, uczciwości i niepreferowania szkodliwych domysłów. Tym bardziej że obaj autorzy występują w roli dociekliwych badaczy „amoralnego chrześcijaństwa”. Ponieważ okładkowy Przestępca (czyli Jezus) jest główną przyczyną owej amoralności, dlatego ich teza jest jednoznaczna: „Nie ma podstaw, aby przeciwstawiać zły Kościół dobremu Jezusowi”.

Jak czytać Biblię

Nikt nie powinien mieć dzisiaj wątpliwości, że w Biblii pomieszczone zostały mity, które w sposób obrazowy, przenośny, metaforyczny czy nawet zmyślony mają przekazywać prawdy religijne. Mity są obecne nie tylko w Starym, ale także w Nowym Testamencie. Każdy, kto ma w tym względzie podstawową wiedzę, nie powinien czy wręcz nie może traktować mitów jako wydarzeń historycznych.

Już w tej materii Nowak i Ziemiński popełniają moim zdaniem przewrotny i świadomy błąd dosłownego traktowania biblijnego przekazu. Szczegółowo rozpatrują mitologiczne i legendarne narracje w aspektach, które nie legły u podstaw konstrukcji konkretnego opowiadania i w związku z tym mają charakter dalece przypadkowy. To nie przeszkadza im w traktowaniu biblijnych opisów jako reportaży, odnoszących się nawet do wydarzeń w raju.

Sięgając do Księgi Rodzaju, nasi autorzy stwierdzają więc, że co prawda Bóg stworzył świat, jednak „na początku nie zamierzał w ogóle stwarzać kobiety, tchnął bowiem życie w mężczyznę, a potem w kolejne istoty żywe”. Z czasem jednak „Bóg skorygował pierwotny plan”. Uczynił to jednak w sposób, który ufundował nierówność pomiędzy płciami. „Kobieta (issa) jest zatem dosłownie wzięta z mężczyzny (is) jako ktoś od niego mniej ważny, drugorzędny i podporządkowany jego woli, znajdujący się u niego na służbie”. W konsekwencji mamy oczywistą nierówność, a „źródłem tej nierówności, utrzymującej się nadal także w społeczeństwach demokratycznych, jest biblijny mit stworzenia człowieka”. Do tego dochodzi jeszcze historia z grzechem pierworodnym, gdzie mamy do czynienia „z Bogiem, który przypomina politycznego satrapę, narzucającego poddanym surowe prawo, żąda jego przestrzegania i grozi represjami nieposłusznym”. W zaistniałej sytuacji biedny „mężczyzna uległ kobiecie, przez co stał się jej ofiarą”.

Nie bardzo wiadomo, czy N&Z patrzą na biblijną prehistorię z perspektywy badaczy Biblii, czy też mówią czytelnikowi o swojej własnej konstrukcji obrazu Boga, zbudowanej – według ich pomysłu – na podstawie starożytnego tekstu.

Wydaje się, że chcą pokazać współczesnym chrześcijanom, w jakiego Boga wierzą, Boga, który już na samym początku się pogubił. Panowie N&Z, według z góry powziętego planu, zdają się interpretować rajską historię, a nie rajski mit, z którym mamy do czynienia. Pokazuje ona – w ich odbiorze – że to właśnie Ewa nie przestraszyła się boskiego zakazu, ale wbrew Bogu otworzyła przed ludzkością skarbnicę wiedzy. Dlatego wszyscy powinniśmy „być wdzięczni Ewie” i pozytywnie myśleć o grzechu pierworodnym, „który w rzeczywistości oznaczał nasze prawdziwe narodzenie, przebudzenie się do wolności”. O tym właśnie mówi „historia Adama i Ewy. Zamiast więc widzieć w niej przebudzenie ludzkich indywidualności, Kościół odczytuje ją jako upadek”. Z tego powodu Ziemiński ma „bardzo wiele sympatii dla Adama i Ewy”, co więcej, stwierdza, że jego zdaniem „prawdziwe stworzenie człowieka jako istoty wolnej i ponoszącej odpowiedzialność za swój los nastąpiło dopiero wtedy, gdy zbuntowali się przeciwko arbitralnemu zakazowi Boga”.

Nasi autorzy sięgają z pełną świadomością po powszechne – niestety, wciąż – odczytywanie mitu o stworzeniu jako wydarzeń mniej lub bardziej historycznych, co sprzyja tego rodzaju krytyce tekstu i snuciu najbardziej fantazyjnych domysłów. Wszak doskonale wiadomo, że nie było raju z Adamem i Ewą, nie było boskiego zakazu, nie było takiego pierwszego grzechu człowieka; po prostu nie było. Dla Kościoła oznacza to ni mniej, ni więcej, że trzeba wciąż na nowo analizować antropogenezę w świetle wiary w stworzenie czy też przemyśleć rzeczywistość grzechu pierworodnego, którą katechizm określa mianem „istotnej prawdy wiary”.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że N&Z zajmują się krytyką samego mitu, wytykając najdrobniejsze błędy jego starożytnemu autorowi, odkrywając nawet, że Bóg nie mógł grozić śmiercią Adamowi i Ewie, skoro „pierwsi ludzie nie mogli przecież wiedzieć, czym jest śmierć”. Gdyby nasz tandem zajął się pisaniem mitu o stworzeniu, z pewnością uniknąłby takich wpadek. Poza tym wymyśliłby lepszego Boga. Takich propozycji korekt jest w książce oczywiście więcej.

Abraham

Ojciec narodu Abraham jest kluczową postacią Starego Testamentu. W omawianej publikacji poświęcono mu wiele miejsca w kontekście próby, na jaką miał go wystawić sam Bóg. Mając świadomość legend otulających ojca narodu, wbrew fundamentalnym zasadom egzegetycznym, N&Z traktują (zgodnie z przyjętą metodologiczną ideologią) zapisy na jego temat jako relacje historyczne. Ochoczo przyjmują przekonania wielu egzegetów kaznodziejów, że historia ofiary Abrahama – ofiary z jego syna Izaaka – wyglądała tak, jak została opisana w Księdze Rodzaju. I wykorzystują to do oceny zarówno Boga, jak i Abrahama. Ten ostatni, jak podkreślają, był gotów „zabić swego syna, by spełnić Boży nakaz”, przez co okazał się „istotą bezmyślną, pozbawioną serca, jakimś ślepym narzędziem w ręku kapryśnego Boga”. „Zaparł się ojcowskiej miłości” i był gotów „złożyć syna w rytualnej ofierze”, a to „z punktu widzenia naszego rozumienia ojcostwa (…) rzecz zatrważająca”. I tu właściwie rzeczona rozmowa mogłaby się zakończyć, gdyż nie ma wątpliwości, że „przykład ten niszczy wszelką etykę, a wiarę w Boga czyni amoralną”. Jeszcze wielokrotnie nasi interlokutorzy nawiążą do „historii” Abrahama, „który w imię posłuszeństwa absurdalnemu żądaniu Boga gotów był zabić syna”.

Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że opowiadanie (mit, legenda) o Abrahamie i Izaaku jest nie tylko opowieścią o (wzorcowej) wierze Abrahama, ale także (a może przede wszystkim) protestem rodzącego się judaizmu przeciwko składaniu dzieci bóstwom w ofierze, co było powszechną praktyką w religiach narodów sąsiednich, w czasach współczesnych protoplaście.

To bez wątpienia była potężna rewolucja, wyprzedzająca o stulecia konstytucje wielu religii, sama w sobie wcale nie tak oczywista nawet dla Żydów. W 11. rozdziale Księgi Sędziów czytamy, że Jefte złożył ślub Jahwe, obiecując Mu ofiarę całopalną z pierwszego człowieka napotkanego po odniesionym zwycięstwie. Słowa dotrzymał, mimo że owym człowiekiem okazała się jego własna córka.

Mają rację nasi autorzy, że w interpretacjach kościelnych (np. w katechizmie) motyw krwawej (choć niedokonanej) ofiary z Izaaka jest wyraźnie obecny. Są to przede wszystkim zapowiedzi „odkupieńczej ofiary, złożonej przez Boga ze swego Syna na krzyżu, by wybawić ludzkość z grzechu”. Przemyślenie na nowo wykładanej w powszechnym nauczaniu idei odkupienia polegającego na tym, że Bóg „wydał na śmierć swego jedynego Syna, aby nas wykupić z niewoli grzechu (…) dlatego, że żadna inna ofiara nie była go godna, tylko męka i śmierć Syna mogły go zadowolić, sprawiając, że przebaczy nam zdradę i grzech”, wydaje się dla Kościoła palącym zadaniem. Nowak i Ziemiński swoją prostolinijnością (która, niestety, czasem przybiera formę karykaturalną) dostrzegają w chrześcijańskiej idei zbawienia daleko idące i szokujące konsekwencje. Mówią wprost o okrucieństwie, o poważnym problemie psychicznym samego Boga. Trudno nie dostrzec, że tego rodzaju sformułowania nie są dobrą drogą do prowadzenia dialogu czy choćby rozmowy ze światem, dla którego biblijne mity są czymś „więcej niż mit”. Nie można badań naukowych czy nawet publicystycznych analiz świata judaistyczno-chrześcijańskiego traktować na równi z popularnonaukową analizą starożytnych mitów greckich czy rzymskich. Nie można, jeśli oczywiście chce się zachować elementarny szacunek dla ludzi, którzy według Biblii ukształtowali swój los. Chyba że jest się ateistycznym dogmatykiem, który nie ma wątpliwości, że miliardy ludzi wierzących, przeżywających dobrze i pięknie swoje życie, tkwiło i tkwi w poznawczym i moralnym błędzie, sprzeniewierzając się przy tym swojemu najgłębszemu ludzkiemu powołaniu. I nie chodzi tu w żadnym razie o ochronę uczuć religijnych, ale o szczególną rzetelność i uczciwość w prowadzonych dociekaniach.

Jezus

Jezus to bohater z okładki kontrowersyjnej publikacji, która nie pozostawia wątpliwości co do jego negatywnej czy wręcz przestępczej roli w dziejach znacznej części ludzkości. Zdumiewa niezachwiane przekonanie Ziemińskiego – marginalne we współczesnej biblistyce – że Jezus na arenie społeczno-religijnych idei Izraela pojawił się jako działacz polityczny, jako rewolucjonista, który nie zrobił rewolucji, ponieważ nie widział możliwości jej powodzenia: „Uważam Jezusa bardziej za przywódcę politycznego niż religijnego”. Potęga Rzymu była zbyt wielka, by narodowa rebelia się powiodła. Stąd też Ziemiński wyznaje: „W tym sensie broniłbym Jezusa jako trzeźwego przywódcę narodu, który chce obronić jego biologiczny byt”. Sytuacja geopolityczna nie stwarzała nadziei na przeprowadzenie jakichkolwiek działań militarnych, które nie groziłyby totalną porażką, a w konsekwencji możliwą eksterminacją narodu. Dominujący w ewangeliach staje się „obraz Jezusa jako trzeźwego politycznego buntownika”. Mimo to, a może właśnie dlatego Jezus pozostał rewolucjonistą niespełnionym, który nie przestał myśleć o powodzeniu swojego przewrotu, choć w zaistniałej „sytuacji musiał poszukiwać rozwiązań alternatywnych”. N&Z wiedzą nawet, że „Jezus marzy o wspólnocie ludzi podporządkowanych Bogu, której będzie przewodził jego ziemski wikariusz – Piotr”. Mimo politycznych intuicji nie miał żadnego genialnego pomysłu. „Nie głosił wcale bardziej wzniosłej etyki niż przedstawiciele innych religii”. Rozczarowuje, kiedy kobietę kananejską przyrównuje do psa, w istocie swej niższą od Izraelity, a wysłuchuje jej prośby tylko dlatego, że uwierzyła w jego mesjańskie posłannictwo. Nakaz, że „człowiek ma obowiązek czcić Boga czy wprost go miłować, jest niewolniczy”. Mimo politycznych ambicji „Jezus był radykalnym fundamentalistą religijnym”, gotowym oddać „celowo swoich wiernych w szpony szatana, aby wypróbować ich wiarę”. Nie ma on też „żadnego zrozumienia dla ludzkich słabości”, „nie potrafi wczuć się w dramaty przeżywane przez cierpiących i bezbronnych ludzi”. Można powiedzieć, że „w gruncie rzeczy nie szczędził inwektyw nikomu” , choć – twierdzą też – wobec faryzeuszy nie był już tak surowy.

W świetle powyższych interpretacji trzeba uznać, że autorzy ewangelii nie sprostali zadaniu, którego się podjęli. Wszak należeli do organizacji, która była u początku swej przestępczej działalności, i nie zadbali o to, by obraz Założyciela był idealny. Zrobili to celowo czy po prostu tak im wyszło? Pewnie się pogubili i ujawnili to, czego ujawniać nie powinni. Ale jak wiadomo, jednoznaczne stwierdzenie, co z nauki ewangelii można uznać za pochodzące bezpośrednio z ziemskiego nauczania Jezusa, a co zostało przez pierwotny Kościół jemu przypisane czy wręcz włożone w jego usta, przy nawet najlepszych intencjach i zaangażowaniu naukowych osiągnięć jest praktycznie niemożliwe. Nasi autorzy zdają sobie z tego sprawę, jednak zgodnie z przyjętą przez nich metodą, opierając się na kulturowo-kaznodziejskich obrazach i opiniach, najpierw definiują nauczanie Ewangelii jako niemoralne, by następnie uznać, że jej autorem jest Jezus. I od niego wywodzą całe zło Kościoła, nie tylko w jego początkach, lecz także, a może przede wszystkim dzisiaj.

Przestępstwo pierwsze – przykazanie miłości Boga i bliźniego

Całe zło Ewangelii ma swoje źródło w przykazaniu miłości, z którym N&Z ochoczo się rozprawiają. Argumentują: Jezus połączył dwa starotestamentowe przykazania miłowania Boga i miłowania bliźniego w jedno podwójne przykazanie. Dał „w ten sposób do zrozumienia, że obowiązki wobec człowieka są wtórne względem obowiązków wobec Boga, a nawet, że nie da się kochać ludzi, jeśli wcześniej nie ukochaliśmy Boga”. Stąd też „rozprawę z przykazaniem miłości bliźniego powinniśmy rozpocząć od zwrócenia uwagi na samo słowo »przykazanie «, które może się okazać pomocnym kluczem do rozumienia nie tylko chrześcijaństwa czy judaizmu, ale także innych religii, traktujących ludzi w dużej mierze jako istoty niedojrzałe, naiwne, dziecinne, które trzeba prowadzić za rączkę”. Przykazanie miłości swoją moc czerpie nie z fundamentalnej relacji szacunku do ludzi, „lecz stąd, że Bóg nakazał nam ich miłować”. A to – jak podkreślają N&Z – jest bez wątpienia powodem dehumanizacji i odebraniem człowiekowi podmiotowej autonomii. Miłość bliźniego wypływająca z miłości ku Bogu jest instrumentalizacją ludzi, jest nade wszystko uczczeniem Boga i sposobem na osiągniecie zbawienia. Stąd prosta droga do odkrycia, że miłość bliźniego ze względu na Boga jest niemoralna, a przykazanie miłości bliźniego jest pełne ciemnych stron. Na dodatek gdy chodzi o „przykazanie miłości bliźniego, trudno w nim dostrzec zasadę szczególnie oryginalną”, a jeśli „w miłości bliźniego widzimy przykazanie Boże, to staje się ono elementem pobożności raczej i odniesienia do Boga niż zasadą moralną”. Dramatyzm takiej sytuacji potęguje fakt, że „przynaglenie człowieka do bycia przyzwoitym jest zbudowane na lęku”. Wierzący postępują dobrze, „zachowując posłuszeństwo przykazaniom czy może nawet tylko dlatego, żeby uniknąć ognia piekielnego”. W takiej perspektywie N&Z stwierdzają, że przypowieści biblijne na temat (miłości) bliźniego ich rozczarowują.

Z owego rozczarowania wywodzą karykaturalne nauczanie, że „człowieka należy afirmować tylko wtedy, jeśli mieszka w nim Chrystus”. „Z perspektywy etyki bardziej humanistycznej niż religijnej jest to trudne do zrozumienia, gdyż dajemy głodnemu kawałek chleba po prostu dlatego, że jest głodny, bez żadnych dodatkowych racji. Nie musimy w nim widzieć ukrytego Boga, żeby mu pomóc”. Oczywiście. Ale ponieważ w Ewangelii Chrystus utożsamia się z każdym najmniejszym, to tym samym zachęca czy wręcz zobowiązuje, by każdemu (bez wyjątku) przyjść z pomocą, jeśli nawet pojawi się tysiąc argumentów, by tego nie robić. N&Z nie ustępują i powtarzają (wcielając się w wierzących), że „moja motywacja do czynienia dobra musi być wsparta religijnie”. Zawężają krąg beneficjentów. „W przykazaniu miłości bliźniego nie chodzi zatem o wszystkich ludzi, lecz jedynie o osoby należące do ściśle określonej grupy, którą z jakiegoś powodu uważamy za bliską nam samym. Bliźnimi nie są zatem obcy czy wyznawcy innych religii”. Tych niebliźnich trzeba przede wszystkim wyzwolić z błędnych wierzeń i doprowadzić do prawdziwego Boga. A tak w ogóle „w nauczaniu Jezusa: nie ma relacji poziomych człowieka do człowieka, lecz jedynie relacja pionowa – człowieka do Boga”. Chrześcijanin czyni więc dobro, by wkraść się w łaski Boga, i nie czyni zła, by nie narazić się na Jego gniew i karę.

W tym miejscu trzeba zapytać panów N&Z, czy dobro czynione z motywacji religijnej przestaje tym samym być dobrem.

Czy bezinteresowna miłość przestaje być miłością, nawet wówczas kiedy na horyzoncie pojawia się możliwa (wszak mówimy o przekonaniu wiary) nagroda? Skąd w nich głębokie przekonanie, że chrześcijanin pomaga wówczas, kiedy w drugim zobaczy Boga, a w przeciwnym razie nawet palcem nie kiwnie? Z mojego doświadczenia wynika, że chrześcijanin, który dzieli się z potrzebującym, nie zastanawia się, dlaczego to robi, czy działa bardziej jako chrześcijanin czy jako człowiek. Po prostu stwierdza, że powinien i może pomóc, pomaga. I tyle. Bez żadnej teologii czy ideologii. Jeśli damy głodnemu chleb, dlatego że jest głodny (bo to jest powodem naszego działania), a jednocześnie zobaczymy w nim Chrystusa, czy z tego powodu takie wsparcie staje się niegodziwe? Czy można zarzucać chrześcijanom, że ich troska o bliźnich, współczucie, pomoc są wyrachowane?

Co w takim razie powiedzieć o ludziach, którzy za działania na rzecz obywateli otrzymują (mniejsze lub większe) wynagrodzenie? A często jest to jedyna „racja” ich działania. Jakże nieludzkie – w takim kontekście – musi być czynienie dobra wymuszone prawem, które pod groźbą surowej kary nakazuje udzielenie pomocy drugiemu obywatelowi, gdy ten znajdzie się w potrzebie (np. ulegnie wypadkowi samochodowemu). A czy ci, którzy nie lękają się Boga i nie czynią dobra ze względu na Niego, nie lękają się osądu własnego sumienia, które może (i dobrze, jeśli to czyni) solidnie ich sponiewierać, i dlatego postępują szlachetnie? Także w sytuacji ludzi głęboko wierzących sumienie jest ostatnią instancją w podejmowaniu decyzji. Wszak religijny czy niereligijny sposób jego formowania pozostaje sprawą wtórną.

Przestępstwo drugie – miłość nieprzyjaciół

N&Z, jak śledczy ścigający przestępcę, tropią dalej i stawiają kolejną tezę obnażającą obłudę Ewangelii, twierdząc, że w niej „miłość bliźniego zaś jest ważna tylko o tyle, o ile nie stoi w konflikcie z miłością Boga czy obowiązkami religijnymi”. Wykorzystują po temu przypowieść o dobrym człowieku z Samarii. Czynią to ewidentnie wbrew intencjom tego barwnego i dramatycznego pouczenia, przewrotnie (odwrotnie!) odczytując jej sens. Zgodnie ze swoim założeniem widzą w niej usprawiedliwienie postępowania kapłana i lewity. Ci, zdaniem naszych autorów, postąpili całkowicie słusznie, nie zbliżając się do na wpół umarłego człowieka, ponieważ kontakt z umarłym (który był co najwyżej na wpół umarły), uniemożliwiłby im sprawowanie kultu. A to – jak imputują Jezusowi i Ewangelii – jest ważniejsze od powinności moralnej i automatycznie usprawiedliwia odmówienie pomocy potrzebującemu. Wydaje się jednak, że nawet dla nieobytego czytelnika, który nie ma świadomości pośledniego w oczach Żydów społeczno-religijnego statusu Samarytanina, jest nad wyraz oczywiste, że cała przypowieść ilustruje zupełnie nowy porządek ludzkich działań, rewolucyjny porządek miłości. W nim człowiek znajduje się na pierwszym miejscu, przed kultem i zasadami rytualnej czystości. Tego nie dostrzegają (raczej nie chcą dostrzec) nasi interpretatorzy, upierając się przy swojej idei, że „nawet przykazanie miłości stawia człowieka na drugim miejscu i w sytuacji konfliktu z obowiązkami religijnymi pozwala go skrzywdzić, zniewolić czy nawet zabić”.

W Kazaniu na Górze pojawia się wezwanie Jezusa do miłowania nieprzyjaciół. Żadna inna religia nie akcentuje równie mocno tej zasady.

Jednak według naszych autorów mamy tu do czynienia „z dramatyczną niesprawiedliwością”, powodującą, „że tak radykalne rozszerzenie przykazania miłości bliźniego na krzywdzicieli niewinnych istot byłoby jawną niesprawiedliwością”. Konsekwencje takiej szkodliwej nauki są daleko idące. „Czego uczę swoich krzywdzicieli, odpuszczając im winy, których się wobec mnie dopuścili? Otóż zachęcam ich do eskalacji, do kolejnej agresji wobec mnie, ponieważ nie reaguję. A przecież mam moralne prawo do zakreślenia swoich granic, których innym przekraczać nie wolno”.

Chrześcijaństwo (i, jak sądzę, znaczna część cywilizowanego świata) nie zgodzi się na uznanie za obowiązującą deklaracji, że – jak głoszą autorzy – „istnieją takie postacie zła, które są po prostu z natury niewybaczalne”, co nie przeszkadza temu, by tandem Nowak–Ziemiński autorytatywnie orzekł, „że jest coś moralnie przerażającego w nakazie miłowania nieprzyjaciół”. Poza tym Bóg ich wyobrażeń być może „daruje winy komendantowi Auschwitz, a nie daruje ich jego ofiarom”. Na potwierdzenie swoich przekonań przywołują prowokacyjną publikację Jacka Leociaka Zapraszamy do nieba (która zasługuje na sensowną odpowiedź), wyciągając z niej karkołomne wnioski, że „wyspowiadani” zbrodniarze wojenni znajdują się w niebie i że chrześcijanie, godząc się na taką procedurę (zbrodnia – spowiedź – niebo), stają po stronie katów, nie zaś ofiar.

A przecież w cywilizowanym, choć pochrześcijańskim, świecie to właśnie miłość nieprzyjaciół (wyrażana w kategoriach godnościowych) chroni nawet zbrodniarzy przed (naturalnie i poniekąd słusznie oczekiwanym) odwetem, przed logiką oko za oko, a jeszcze może drugie oko, życie za życie, albo i życie całej wioski.

Sądzę, że to właśnie z takiej miłości wyrasta prawo do sprawiedliwego sądu, kary, pokuty i szansa na powrót do społeczeństwa.

Starożytnemu chrześcijaństwu nasi autorzy stawiają wymagania miłości na miarę XXI wieku i poddają je ocenie w świetle „słusznych” zasad. Z tych wynika, że „chrześcijaństwo nie przyniosło żadnego moralnego przełomu”. Dlaczego? Otóż Jezus „nie powołał do grona apostołów żadnej kobiety”, „akceptował ich służebną rolę w społeczeństwie”, „nie walczył o prawa obywatelskie dla kobiet”, chrześcijanie nie znieśli „niewolnictwa czy kary śmierci”. A Jezus miał „pospolite ludzkie wady”, jako dwunastolatek „porzucił rodziców w czasie pielgrzymki do Jerozolimy”, później „ostentacyjnie odmówił spotkania [z matką]”. Matka Jezusa „bywa wprost przez syna lekceważona czy poniewierana tak samo jak wiele innych kobiet jej epoki”. N&Z konkludują, że „Bóg nie powinien wspierać ludzi w ich niecnych działaniach”, pozwalać „mordować inne ludy, składać córki w ofierze czy sprzedawać je jako niewolnice”. I wyciągają absurdalny wniosek, iż do wielkich dziejowych zbrodni skutecznie „skłaniała Ewangelia”.

Wczesne chrześcijaństwo – kontynuacja przestępczej działalności

Po klęsce Jezusa jego uczniowie jako uzbrojona formacja przyszłych (choć ciągle niedoszłych) powstańców, jak przekonują N&Z, postanowili kontynuować swoje imperialne plany i zdobyć zwolenników. Skoro raz pojawiła się „informacja” o mieczu (u Łukasza i Mateusza był to miecz jednego z uczniów, u Jana był to już miecz Piotra), to N&Z nie mają żadnych wątpliwości, że wszyscy uczniowie w takowe miecze byli wyposażeni i tylko czekali na sposobność ich powszechniejszego użycia. Sposobność po temu pojawiła się niespodziewanie szybko.

Apostołowie wykorzystali metodę kija i marchewki albo odwrotnie, marchewki i kija. Najpierw bombardowali (boską) miłością swoich rodaków, którzy nieświadomi grożących im niebezpieczeństw zadali się z Jezusowymi oprychami, by usłyszeć, że jeśli nie pójdą za nimi, to nie tylko marnie skończą w tym życiu, ale przez wieczność całą będą znosić piekielne męczarnie. Przestraszywszy się doczesnego i wiecznego potępienia, część nie bardzo świadomych (najpierw) Żydów zdecydowała się przyłączyć do Jezusowej sekty. Ta wyprała im mózgi do tego stopnia, że w trosce o zbawienie bliźniego i ustrzeżenie go przed wiecznym potępieniem gotowi byli „zrobić wszystko, aby go przed tym koszmarnym losem uchronić”. Oczywiście w owym „wszystko” Nowak i Ziemiński widzą przede wszystkim przemoc, przypominając, że nawet inkwizytorzy w swoich nadużyciach „skorzystali tylko ze słów zawartych w Ewangelii”. Ale najpierw uczniowie Jezusa, a następnie ich uczniowie, a potem uczniowie tych uczniów zajęli się zdyscyplinowaniem rozrastającej się armii wyznawców Jezusa, wykorzystując ich do tego, by „zaczęli niszczyć wszelkie symbole innych kultów, a także mordować ich wyznawców”, w czym „naśladowali Jezusa, będącego równie nieprzejednanym wrogiem bałwochwalstwa”. Sugestia, że mordowanie bałwochwalców jest naśladowaniem Jezusa, przenosi czytelnika w opary absurdu.

N&Z idą dalej, wskazując na przestępczo-mafijny charakter pierwotnej wspólnoty, która już na samym początku zadbała o finansowanie inkryminowanego projektu, zagarniając majątki nowych wyznawców.

Widzą w tym oczywisty wymóg, by wstępujący do gminy chrześcijańskiej oddał cały majątek na rzecz wspólnoty. Tych, którzy w jakikolwiek sposób przeszkadzali w owym procederze, po prostu mordowano, tak jak uczyniono to z Ananiaszem i Safirą (według Dziejów Apostolskich mieli paść trupem, gdy przyłapano ich na kłamstwie w sprawie przekazanego wspólnocie majątku). „Nie ma wątpliwości, że zginęli w wyniku egzekucji. (…) Historia ta potwierdza, że w gminach chrześcijańskich stosowano karę śmierci za stosunkowo błahe wykroczenie – zatrzymanie części własnego majątku i okłamanie przywódców”. Co więcej, nie można wykluczyć, „że – mordując Ananiasza i Safirę – apostołowie wierzyli, że dbają o zbawienie małżonków, którzy ich oszukali”. A skoro nie można wykluczyć, to – jak przekonują N&Z – na pewno tak myśleli. Żadne źródła nie potwierdzają czy nawet nie sugerują stosowania kary śmierci w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich – naszym autorom to jednak nijak nie przeszkadza w formułowaniu oskarżających tez.

Działania apostołów zabezpieczyły płynność finansową młodej gminy, a jednocześnie unaoczniły całej wspólnocie (ziemską) potęgę grupy trzymającej władzę, czyli duszpasterzy. Stwierdzenie: „to nie jest z nami, jest przeciwko nam”, nie było tylko opisem sytuacji, lecz jasnym wskazaniem do podejmowania konkretnych działań. Choć pełnia polityczno-biznesowych możliwości pojawiła się dopiero po prawie trzech stuleciach, to opłaciło się czekać na cesarza Konstantyna, który otworzył organizacji skrywającej (do tej pory) swe imperialistyczne zapędy, drogę do podboju świata. Już wieki wcześniej Piotr udał się do Rzymu, gdyż „on marzył o zajęciu cesarskiego tronu”, oczywiście dla Chrystusa. Rekonstrukcja N&Z nie przypomina bezstronnej historycznej analizy, w której uwzględnia się rolę różnych (zbiegów) okoliczności i ludzkich motywacji, lecz prezentuje dzieje chrześcijaństwa sprowadzone do przedsięwzięcia polityczno-biznesowego.

Dobra nowina Oświecenia?

Trudno zrozumieć wyobrażenia na temat ludzkości, jakie przyświecają naszym autorom. Na pewno chcą widzieć człowieka jako wyzwolonego od wszelkich nakazów. Te wszak można kierować ku dzieciom, lecz człowiek dorosły musi być od nich wolny. Zadziwia mnie naiwność takiego poglądu.

Czy rzeczywiście można wyobrazić sobie jakąkolwiek społeczność wolną od regulacji nakazami właśnie?

I nie ma znaczenia, czy będą to prawa czy nakazy, wskazania czy zakazy, konstytucje czy normy, przykazania czy reguły. Ale jak twierdzą Nowak i Ziemiński, dojrzały człowiek takowych ograniczeń nie potrzebuje. Wyzwolenie w tej materii przyniosło Oświecenie, kiedy to „rozpowszechniła się wśród filozofów idea naturalnej życzliwości dla innych ludzi jako pozytywnej postawy moralnej, obecnej w każdym z nas”. W rozmarzeniu idźmy za N&Z dalej: „Ta wspólnota natury i losu powoduje, że im bardziej szczęśliwi są inni ludzie, tym bardziej również ja jestem szczęśliwy. Zachodzi także zależność odwrotna – im bardziej ja jestem szczęśliwy, tym bardziej staję się zdolny do tego, aby innych wspierać w trudach życia, przyczyniając się w ten sposób do ich szczęścia”. Cóż, w rzeczywistości idea ta rozpowszechniła się wśród filozofów (raczej jakiejś niewielkiej części), natomiast nie stała się wewnętrzną normą ludzkich działań (wszak o zewnętrznym przykazaniu nie wolno mówić), a ciągle zdaje się zwyciężać w nas skłonność do egoizmu. „Inni” są bardzo często instrumentem do osiągnięcia własnego zadowolenia. Jednak nasi autorzy zakładają różowe okulary. Jest pięknie, gdyż „wspólne nam wszystkim człowieczeństwo wystarcza, aby okazywać sobie wzajemną życzliwość, nie trzeba do tego mieszać bogów”. Chyba mieszkamy na różnych planetach, a pooświeceniowe dziedzictwo ofiar (od terroru rewolucji francuskiej do zbrodni komunizmu) przebija (niewątpliwe!) zbrodnie popełnione przez chrześcijan. I nie przypominam o tym, by usprawiedliwiać niegodziwości tych ostatnich.

Rażący w rozumowaniu Nowaka i Ziemińskiego jest brak konsekwencji w traktowaniu nierówności pomiędzy ludźmi. Jak to przedstawiono powyżej, nie zgadzają się na przebaczenie złoczyńcom, którzy dopuścili się ciężkich zbrodni. Uważają miłość nieprzyjaciół za ze wszech miar szkodliwą. Z tego wynika jednoznacznie, że miejsce przestępców jest w więzieniu, by pobłażliwość ich nie rozzuchwaliła. Kiedy jednak pojawia się problem wiecznej sprawiedliwości („piekła” i „nieba”), to owa sprawiedliwość staje się zarzutem. A przecież to tylko logiczna konsekwencja dobrego lub złego życia.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że teologia nie poradziła sobie albo źle poradziła (i nie radzi do dzisiaj) z totalnym i potępiającym ekskluzywizmem, ulegając pokusie całkowitego wyeliminowania niewiernych. Widzimy, kiedy Kościół w Polsce zblatowany z tzw. prawicą był gotów radykalnie zmarginalizować w życiu społecznym wszystkich, którzy mają inny pogląd na Boga i człowieka, płciowość i związki międzyludzkie, stosunek do aborcji i do posiadania potomstwa, roszczenia do jedynej słusznej wykładni prawa naturalnego. Straszenie piekłem na każdym poziomie religijnego nauczania, od przedszkolnej katechezy po naukowe debaty, pozostaje wciąż istotnym elementem kościelnego przepowiadania.

Po ponad 2000 lat od narodzin Jezusa, po dziesiątkach zmian społecznych, ustrojowych i politycznych wciąż mamy okrutne wojny i niewolnictwo, karę śmierci (nawet w cywilizowanej Japonii) i brak powszechnej równości, głód i porażające niesprawiedliwości. I za to wszystko odpowiadają chrześcijanie, Ewangelia, Jezus i biblijny Bóg? Sytuowanie Jezusa i jego nauki jako początku długiej drogi cierpień ludzkości należy potraktować jako niesprawiedliwość i bardzo daleko idące nadużycie.

Przestępstwa Jezusa to oczywisty owoc przewrotnej argumentacji N&Z. Mają oni świadomość tego, że Biblia – jako całość – odzwierciedla moralną wrażliwość czasów, o których traktuje, a mimo to domagają się od biblijnego Boga, w którego zresztą nie wierzą, by ten już w zaraniu dziejów wprowadził i oczywiście egzekwował idealne normy moralne. Gdyby autorzy tak Starego, jak i Nowego Testamentu znali dzisiejsze kryteria oceny słów, które włożą w usta Boga, Jezusa i proroków, z pewnością przyłożyliby się solidniej do pracy i nie dali się zaskoczyć wrażliwości naszych badaczy. Wygląda jednak na to, że piszący Ewangelię nieświadomie napisali o wydarzeniach, naukach i słowach Jezusa, stając się świadkami oskarżenia. A bez wątpienia chcieli przedstawić postać, która będzie Panem i Mesjaszem, Zbawicielem i odniesieniem dla przyszłych pokoleń. Chcąc wykreować Bohatera, niechcący zdradzili kompromitujące szczegóły z jego życia i działalności. Zamiast stworzyć Ewangelię, która zadowoli wszystkie ludy i narody, czasy i języki, nie zrobili tego. Gdyby po swojej stronie mieli Artura Nowaka i Ireneusza Ziemińskiego, mogliby osiągnąć zamierzony cel. A wtedy historia świata i Kościoła potoczyłaby się z pewnością w dobrym kierunku. Czy aby na pewno?


Artur Nowak, Ireneusz Ziemiński Chrześcijaństwo. Amoralna religia Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2023, s. 424

Artykuł pojawił się w numerze: Pokolenie sztucznej inteligencji