Subskrybuj
Białowieża, uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej, 28 maja 2023 r. fot. Agnieszka Sadowska/Agencja Wyborcza.pl
Białowieża, uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej, 28 maja 2023 r. fot. Agnieszka Sadowska/Agencja Wyborcza.pl
Dziennikarz i publicysta, redaktor czasopisma „Kontakt. Magazyn Nieuziemiony” (www.magazynkontakt.pl), członek redakcji portalu ngo.pl oraz zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Zaangażowany w rozmaite akcje społeczne, przede wszystkim na rzecz osób w kryzysie bezdomności

Potrzebujemy humanitarnego minimum

Czy możemy znaleźć kompromis? My, którzy mówimy o prawach migrantów, i wy, którzy mówicie o wzmacnianiu granicy i bezpieczeństwie państwa? Czy sam jestem na taki kompromis gotowy?

Obrazek pierwszy. Campus Polska Przyszłości. Liberalny elektorat, głównie młodzież, słucha wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wygwizduje go za postawę w sprawie prawa dotyczącego aborcji i związków partnerskich. Gdy jednak mówi o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej i uzasadnia wprowadzenie prawa zezwalającego na strzelanie do cywilów, dostaje brawa. Część osób protestuje, część wychodzi, jednak większość z entuzjazmem wspiera. Gdyby te osoby zapytać o prawa człowieka, na pewno powiedziałyby, że je popierają. Jak widać – do ściśle określonej granicy. Tej biegnącej na Bugu i w prastarej puszczy.

Czy ten obrazek mnie przeraża? Owszem. Czy uważam, że to w istocie objaw faszyzacji polskiego społeczeństwa, o której pisze w książce Skąd ten faszyzm? Michał Herer? Tak. Czy uważam, że wyklucza to dalszą dyskusję? Wciąż mam nadzieję, że nie.

„Nie przejdą”

Pozycja, którą zajmuję, jest trudna. Z jednej strony wiem, że z moimi poglądami na sprawy migracji, uchodźstwa, granicy polsko-białoruskiej jestem w Polsce w zdecydowanej mniejszości.

Według badania Ipsos przeprowadzonego dla TOK FM i OKO.press tylko 19% Polek i Polaków uważa, że powinniśmy jako kraj rozpatrywać wnioski azylowe osób, które wejdą do Polski z Białorusi.

67% respondentów twierdzi, że nie tylko nie powinniśmy ich wpuszczać, ale także, jeśli przekroczą granicę, powinniśmy ich odpychać z powrotem na Białoruś. Czyli, powiedzmy to wprost, oddawać w ręce białoruskich siepaczy – bijących, szczujących psami, okradających, gwałcących i wypychających z powrotem na mróz i bagna. W demokracji większość – o ile zechce skorzystać z uprawnień – ma władzę, co nie znaczy bynajmniej, że ma rację.

Z drugiej więc strony moja pozycja to silnie odczuwana pewność, że moralną słuszność ma te 19% społeczeństwa, do których należę. Ponadto to za nami stoi prawo – międzynarodowe i polskie – łamane przez polskie państwo od początku kryzysu na granicy. Po zmianie władzy w 2023 r. się to nie zmieniło. W obliczu wspomnianych nastrojów społecznych trudno się dziwić.

Jestem jak ci uczestnicy Campusu Polska Przyszłości, którzy na słowa ministra zareagowali demonstracyjnym opuszczeniem sali. Powiedzieli: „Nie wolno”. A nawet: „¡No pasarán!”, jakkolwiek smutno brzmi antyfaszystowskie hasło „Nie przejdą” w kontekście tonących i zamarzających także w polskich lasach, rzekach i bagnach ludzi.

Minister się waha

Obrazek drugi. Jest rok 2021. Adam Bodnar występuje w TVN24. Pytany o push-backi, a więc siłowe wywózki uchodźców, odpowiada, że to „katastrofa moralna” oraz że „każda osoba przekraczająca granicę powinna mieć dostęp do lekarzy, pożywienia i wody. Nie możemy dopuszczać do tego, żeby ci ludzie byli w lasach. Rząd powinien skończyć z chocholim tańcem wokół grobów, które tam są”. W tym samym roku publikuje tekst, w którym przekonuje, że wprowadzanie zakazu przebywania na jakimś terenie za pomocą ustawy lub rozporządzenia jest niekonstytucyjne.

Jest luty 2023 r. Bodnar podpisuje, wraz z wieloma postaciami kultury, prawa i nauki, list ze słowami: „Nie zgadzamy się, by obszar wzdłuż granicy polsko-białoruskiej stał się ponownie skrwawioną ziemią. Miejscem, gdzie ludzie giną nie z powodu działań wojennych, lecz z powodu morderczej polityki państwa. Miejscem, gdzie państwo polskie zamiast polityki migracyjnej prowadzi politykę wywózek”.

Jest rok 2024. Już jako minister sprawiedliwości Adam Bodnar nie przeciwstawia się wspomnianej ustawie de facto pozwalającej polskim służbom bez odpowiedzialności otwierać ogień do cywilów przekramnianych czających granicę. W Senacie głosuje „za”. Nie przekonują go wątpliwości konstytucyjne zgłaszane przez Biuro Legislacyjne Senatu czy rzecznika praw obywatelskich. Pozostaje członkiem rządu, który kontynuuje push-backi i sam uzasadnia je na antenie tej samej stacji telewizyjnej, w której trzy lata wcześniej je piętnował. Nie protestuje przeciw wprowadzaniu rozporządzeniem zakazu przebywania na części terenu państwa polskiego.

Czy Adam Bodnar jako członek rządu poznał nowe informacje, które zmieniły jego stanowisko?

Czy jako urzędnik zawiesił na kołku dotychczasowe interpretacje prawa – konstytucji i konwencji międzynarodowych – w imię interesu politycznego? Zgodził się na rezygnację z decydowania o funkcjonowaniu państwa w zakresie polityki migracyjnej po to, by przeprowadzić kluczową dla siebie misję odbudowywania praworządności w Polsce?

Ale czy można odbudowywać praworządność, gdy minister sprawiedliwości nie próbuje zatrzymać albo przynajmniej wyraźnie poprawić ustaw co najmniej szalenie wątpliwych w zakresie zgodności z konstytucją?

Nie wiem, co się stało. Ale poczucie osamotnienia, beznadziei i bezsilności wzrasta, gdy ktoś, kto przez wiele lat zdawał się pewnym sojusznikiem w sprawach ochrony ludzkiego życia i godności, zawodzi.

Po co są paszporty

Obrazek trzeci. Phileas Fogg podróżujący w książce Juliusza Verne’a W 80 dni dookoła świata spotyka się z brytyjskim konsulem w Suezie. Mówi mu: „Paszporty istnieją po to, żeby zatruwać życie porządnym ludziom”. To było krótko przed I wojną światową, 100 lat temu. Granice były otwarte, a państwa wydające i kontrolujące paszporty były, jak zwraca uwagę Rutger Bregman w książce Utopia dla realistów, „uznawane za barbarzyńskie”.

To było 100 lat temu. Niedawno.

Po drodze były jednak dwie wojny światowe. Równie kluczowe znaczenie dla zmiany nastawienia do granic miała dekolonizacja. Mówiąc wprost: póki to Europejczycy jeździli, dokąd chcieli, nikogo nie pytając o zdanie, nie licząc się ze sprzeciwem ludzi żyjących na miejscu, dopóki mieliśmy zarówno swobodę, by jechać, jak i pewność, że „oni” nie przyjadą do „nas”. Póki to my kradliśmy i wyzyskiwaliśmy – trzeba mówić „my”, bo wciąż korzystamy ze zrabowanych wtedy dóbr, nawet jeśli pośrednio, nie jako spadkobiercy kolonialnego imperium, lecz jako członkowie symbolicznej, ekonomicznej i politycznej wspólnoty Europy czy Zachodu – dopóty chcieliśmy otwartych granic, swobody poruszania się i braku paszportów. Mieliśmy pełnię władzy.

Gdy jednak mocarstwa kolonialne kontrolujące zdecydowaną większość globu przestały sprawować bezpośrednią jurysdykcję nad wcześniej podbitymi społeczeństwami i terytoriami, postanowiły granice zamknąć. W tym samym celu: utrzymania władzy nad światem. Udało nam się. To kraje globalnej Północy wciąż tym światem rządzą, „twardy” kolonializm się skończył, ale do dziś czerpiemy z tego, co wyzyskane wówczas, oraz z tego, co rabowane teraz. Bo jeśli czytasz ten tekst na smartfonie lub komputerze, jest ogromna szansa, że po części robisz to dzięki niewolniczej pracy, także dzieci, choćby w kopalniach kobaltu w Kongo.

Korzystając z dobrodziejstw bycia częścią Europy, korzystamy także z faktu, że jej potęga została zbudowana m.in. na kolonialnej zbrodni: sterowanym przez Wielką Brytanię głodzie w Indiach, oparciu dobrobytu europejskich imperiów na kauczuku i wydobyciu diamentów, niewolniczej pracy fizycznej itd.

Zagarnięcie wszystkiego, co cenne i utrzymanie – w wielu sferach aż do dziś – całkowitej kontroli nad dalszym owego wszelkiego cennego wydobyciem i produkcją pozwala Północy utrwalać Południe w pozycji dłużników, pariasów i dostawców. Polska – ze swoją półperyferyjnością – nie korzysta na tych procesach najbardziej. Jako członek Unii Europejskiej z jej wspólnotą gospodarczą, przepływu towarów i usług, korzystamy jednak z tego wystarczająco istotnie, by rodziło to odpowiedzialność wspólnotową – podobnie jak zyski.

Jednocześnie w krajach Północy zaczęliśmy snuć narrację, jakoby to „oni” – obywatele i obywatelki państw globalnego Południa – „najeżdżali” Europę, „kolonizowali” ją, „grabili”. To wyjątkowa perfidia – nazywać „najeźdźcami” tych, którzy często uciekają przed długofalowymi efektami najazdu naszych przodków, a także konsekwencjami niedawnych najazdów naszych państw lub sojuszników (Afganistan i Irak oraz wszelkie konsekwencje tych inwazji to już bezpośrednio także nasza „spuścizna”). Oraz wyzysku, z którego wciąż czerpiemy korzyści i na którym budujemy nasz dobrobyt.

To jednak perspektywa trudna do przeforsowania w debacie publicznej. Trudna również do klarownego i prostego połączenia z rozmową o granicy polsko-białoruskiej, w której miesza się bałamutna narracja o „najeździe” z realnie wrogimi Polsce i Unii Europejskiej działaniami Białorusi i Rosji. Trudna m.in. dlatego, że gdyby chcieć realnie podyskutować o wielkich procesach migracyjnych – tych obecnych i tych, które nas czekają, choćby ze względu na postępującą katastrofę klimatyczną, gdy będziemy mówić o wędrówce setek milionów, a może nawet miliardów ludzi – trudno byłoby uwierzyć, że możemy jakoś na nie wpłynąć.

A na granicy polsko-białoruskiej? Możemy uratować konkretnego człowieka. Albo uwierzyć, że chronimy Polskę dzięki temu, że tego konkretnego człowieka wypchniemy za drut.

Próbuję

Próbuję zrozumieć perspektywę zwolenników wywózek albo tych, którzy je przynajmniej akceptują i usprawiedliwiają. Próbuję zrozumieć tych, którzy popierają zdjęcie z góry odpowiedzialności ze służb za strzelanie do ludzi.

To oczywiste, że nasilenie się ruchu migracyjnego na granicy z Polską, Litwą i Łotwą było inspirowane przez służby i władze Białorusi oraz Rosji. To akt wrogi wobec państw Unii Europejskiej, obliczony na destabilizację, polaryzację oraz na zebranie podbudowy pod narrację, że Unia to hipokryci, w której wiele się mówi o prawach człowieka, ale z której uchodźców wyrzuca się za płot. Białoruś i Rosja te cele osiągają – również dzięki polityce polskich, litewskich i łotewskich władz.

Próbuję zrozumieć, jak wielką potrzebą jest poczucie bezpieczeństwa. Że płoty, zasieki, służby mundurowe i kamery owo poczucie budują – nawet jeśli jestem przekonany o jego złudności.

Próbuję zrozumieć, że gdy dochodzą do Polski wieści o tym, że migranci i uchodźcy są szkoleni przez białoruskie służby w forsowaniu zapory i atakowaniu funkcjonariuszy polskiego państwa, gdy widzimy grupy ludzi próbujących siłowo przekroczyć granicę, to czujemy, że stanowią oni zagrożenie, niezależnie od tego, skąd ich próby się biorą.

Próbuję zrozumieć, jak rodzi się przekonanie, że jeśli będziemy naszej granicy bronić wystarczająco skutecznie, to powstrzymamy migrację kolejnych ludzi tym i innymi szlakami do Europy.

Próbuję. Ale ani na chwilę nie umiem zawiesić głębokiego przekonania, że ci, których próbuję zrozumieć, się mylą. Nie umiem nawet na moment oprzeć się pokusie dyskutowania.

Tylko po co? Czy kogokolwiek przekonam?

Przecież gdyby chodziło tylko o wiedzę o całym kontekście migracyjnym, o argumenty, świadectwa i informacje, byłoby łatwiej. Tak, powinniśmy trochę więcej wiedzieć. Czy to jednak wystarczy, żeby wypracować konsens? Jakieś rozwiązanie pośrodku, humanitarne minimum? I czy sam jestem na to gotowy?

Fakty na stół

Dla porządku jednak wyłóżmy owe argumenty i informacje na stół.

Na samym początku kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej były minister spraw wewnętrznych (podlegała mu Straż Graniczna) i były koordynator rządu ds. służb specjalnych Jacek Cichocki (dziś szef kancelarii Sejmu) powiedział mi w wywiadzie dla Magazynu „Kontakt”: „Gramy w grę Łukaszenki na jego zasadach”. Przez kolejne lata dolewaliśmy mu paliwa do baku antyunijnej narracji, do przekonywania, że nie będą go uczyć humanitaryzmu kraje, które pozwalają, by na ich terenie cywile umierali z zimna, choć można im pomóc.

Jakkolwiek byśmy napinali muskuły, wcale nie wygrywamy tej „hybrydowej” potyczki. Może więc czas zmienić taktykę i zacząć grać na własnych zasadach?

Bezpieczeństwo? Działania państwa polskiego – i za poprzedniej, i za obecnej władzy – prowadzą do tego, że osoby w drodze znajdujące się na terenie Białorusi, próbujące przekroczyć granicę i ponownie wypchnięte na Białoruś, mają przed sobą dwa scenariusze. Albo będą próbować do skutku i w końcu uda im się ominąć polskie służby, albo umrą. Nie mogą wrócić do krajów pochodzenia, bo Białoruś im na to nie pozwala, nie stać ich na to, a do tego często grozi im w nich niebezpieczeństwo większe niż na bagnach. W efekcie więc wielu z uchodźców ostatecznie udaje się wjechać na teren Unii Europejskiej, a choć nowy rząd granicę uszczelnił, to wciąż jest ona przekraczana. Czy to rzeczywiście sytuacja bezpieczniejsza – gdy państwo nie wie, kto realnie przebywa na jego terytorium – niż przyjmowanie wniosków o ochronę międzynarodową, szczegółowe ich rozpatrywanie, sprawdzanie osób przybyłych do kraju i na koniec podjęcie decyzji o ich dalszych losach? Za rządów Zjednoczonej Prawicy standardem było odmawianie przyjęcia wniosków o ochronę międzynarodową nawet na przejściu granicznym. Stosowany przez władzę argument o tym, że wnioski należy składać właśnie tam, był więc skrajnie bałamutny i okrutny. Podobne przypadki zdarzyły się już także za rządów koalicji zawiązanej po 15 października 2023 r. – jak choćby wobec afgańskiego policjanta i jego rodziny, który współpracując z zachodnimi wojskami, w tym polskimi, pracował przeciw talibom, a dziś grozi mu z ich ręki śmierć. Gdy próbował złożyć wniosek o ochronę międzynarodową na przejściu granicznym w Terespolu, został wraz z żoną i dziećmi cofnięty na Białoruś. Ostatecznie po interwencjach mediów i organizacji społecznych wpuszczono ich do Polski.

Eksponowana medialnie agresja osób migrujących to zaś w dużej części efekt albo desperacji w obliczu wielokrotnego bycia przerzucanym przez granicę w jedną i drugą stronę, albo przymuszenia przez białoruskie służby – przemocą, szantażem, torturami.

To ofiary, nie agresorzy, i jako takie powinny być traktowane. Nie znaczy to, że polskie służby mają się nie bronić, gdy są atakowane. Ale świadomość, czym ten atak jest powodowany, może zmieniać sposób myślenia o radzeniu sobie z nim i proporcjonalności środków użytych do zapanowania nad tłumem.

Czy zaś jeśli uszczelnimy zaporę, ruch migracyjny ustanie? Małgorzata Rycharska z Hope & Humanity Poland, organizacji wspierającej uchodźców wypychanych na Białoruś, w wywiadzie dla OKO.press mówiła o tym tak: „Gdy się wszystko zaczęło, to wymyśliłam akcję, która wydawała mi się wspaniale logiczna: przestrzeganie ludzi, zanim jeszcze wyruszą w drogę. Żeby tu nie szli, że jest niebezpiecznie, że mogą umrzeć. Skrzyknęliśmy się w 20 osób i przez trzy miesiące zajadle komentowaliśmy na migranckich grupach na Facebooku. Aż zrozumieliśmy, że to nie ma sensu. Że nam się tylko wydaje, że ten las jest taki straszny, a tak naprawdę nic nie wiemy o życiu. Nasze europejskie wrażenie, że śmierć to najgorsze, co może się wydarzyć, nijak się ma do życia tych ludzi z Syrii, Jemenu, Afganistanu. (…) Białoruski szlak migracyjny został otwarty i nikt go nigdy nie zamknie. Bo za dużo jest na świecie miejsc, w których nie da się żyć. A ten szlak nadal jest bezpieczniejszy niż dwa pozostałe: przez Morze Śródziemne i Bałkany. Ludzie wierzą, że tu im się uda”.

Czy da się ich zatrzymać? Być może za pomocą bezwzględnej brutalności, a i to nie jest oczywiste, czy zadziała na dłuższą metę, gdy kolejne obszary ziemi będą się stawać całkowicie niezdatne do życia w wyniku pustynnienia i wojen o wodę. Ludzi będzie przybywać.

Kwestia estetyczna?

Mogę przekonywać, choć wiem, że przegram.

Tu i teraz nie widzimy jeszcze milionów ludzi w drodze. Widzimy za to tysiące tych, którzy mieszkają obok nas, czyniąc Polskę krajem coraz bardziej zróżnicowanym narodowościowo i kulturowo, ale to wydaje nam się jeszcze „ogarnialne” – dowożą przesyłki i jedzenie, leczą nas, obsługują w sklepach, studiują, budują domy.

Nie umiem przekonać znaczącej grupy ludzi o naszej współodpowiedzialności za los setek milionów ludzi na świecie, którzy sfinansowali i wciąż finansują nasze dobrobyt, stabilność i bezpieczeństwo.

Nawet gdy sprawa jest jednoznaczna, jak wtedy gdy mówimy o uchodźcach z krajów, w zbrojnych inwazjach na które Polska uczestniczyła – jak w haniebnej wojnie w Iraku. Wiem, że polscy politycy w większości będą opłakiwać – słusznie, nawet jeśli cynicznie – polskiego żołnierza, który zginął na granicy polsko-białoruskiej, ale nie zająkną się o kilkudziesięciu udokumentowanych (faktycznych z pewnością jest więcej) śmierciach ludzi w drodze na polskiej ziemi.

Jak trzeźwo i dosadnie stwierdza w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” John Dalhuisen, były szef Amnesty International w Europie, „zdecydowana większość wyborców – w Europie, w USA, na całym świecie – w dylemacie: »granice humanitarne i nieszczelne vs. kontrolowane i okrutne«, zawsze wybierze to drugie”.

I nikt nie wie, gdzie jest granica owego okrucieństwa. Przemoc, brak pomocy, wyrzucanie za płot, odpychanie łodzi – to wszystko już się dzieje na wszystkich szlakach do Europy. Australia działa jeszcze brutalniej, zamykając i więżąc latami wszystkich przybywających do jej brzegów w absolutnie niezdatnych do życia obozach na Nauru, które ten sam Dalhuisen wprost nazywa „piekłem na ziemi” (od wydania w 2007 r. przez Svena Lindqvista znakomitej książki Terra nullius sytuacja bowiem tylko się pogorszyła). Czy zaczniemy zatapiać łodzie? Strzelać do nich? Nasza przewaga militarna jest tak duża, że byłby to skuteczny sposób ochrony granic. I jednocześnie przekroczenie granic, których naruszanie dotąd wydawało nam się niemożliwe.

A jesteśmy już właściwie tylko krok od tego.

Nie, nie znalazłem Świętego Graala europejskiej polityki migracyjnej, który pozwoliłby politykom i polityczkom zarazem respektować prawa człowieka i wygrywać wybory. Dalhuisen przekonuje, że „większość centrowych polityków wolałaby tego nie robić [łamać prawa, przyp. ID]. A w każdym razie nie tak spektakularnie. To jest kwestia estetyczna. Tuski, Scholze i Macrony tego świata lubią przestrzegać praw (…). Ale najbardziej wszyscy lubią wygrywać wybory. A do tego potrzebują dziś bardzo szczelnych granic i ograniczenia migracji”.

Rozumiem to wyzwanie, a mimo to z pozycji moralnej niezgody na śmierć możliwych do uratowania ludzi w polskich bagnach trudno mi iść na ustępstwa. Ostatecznie głęboko wierzę, że człowiek powinien móc wybrać swoje miejsce do życia. Wierzę, że jako globalna Północ jesteśmy winni wsparcie ludziom globalnego Południa, bo – powtórzmy – to na ich systemowym wyzysku oparte zostały nasze bezpieczeństwo i dobrobyt. Wierzę, że bardziej otwarte granice to docelowo lepszy świat i przekonuje mnie podparta badaniami argumentacja Rutgera Bregmana, że także świat zamożniejszy. Może Bregman ma rację, że to „utopia dla realistów”, że to nie bajdurzenie i bujanie w obłokach, ale tu i teraz trudno mi też nie przyznać racji Dalhuisenowi, gdy mówi: „Organizacje humanitarne muszą sobie powiedzieć: scenariusz A, w którym każdy dociera do wybranego miejsca i tam zostaje, jest nieosiągalny.

To już się stało, przegraliśmy. Jaki jest więc plan B? Co będzie akceptowalnym dla nas kompromisem?”.

Czy jest nim zgoda na umowy z państwami ościennymi, które deklarują, że będą ograniczać liczbę wyjeżdżających z nich migrantów? Albo z tzw. państwami bezpiecznymi, do których będą relokowani (jak w przypadku Wielkiej Brytanii do Rwandy) osoby, którym zostanie odmówione prawo pobytu, ale których nie można deportować – z różnych powodów – do krajów ich pochodzenia (choć przynajmniej na razie wspomniany program brytyjski to porażka: przy olbrzymich kontrowersjach prawnych i społecznych oraz wielomilionowych nakładach doszło póki co do przesiedlenia kilkorga migrantów). Jeśli nawet, to czy warunkiem takiego kompromisu nie powinno być stworzenie działającego, sprawnego mechanizmu korytarzy humanitarnych pozwalających mieszkać w Europie osobom najbardziej potrzebującym, a dziś realnie niemogącym nawet spróbować się do niej dostać ze względu na stan zdrowia, ubóstwo lub utknięcie w obozach dla uchodźców np. w Ugandzie? Czy możemy się zgodzić – kompromisowo – że nie jest tak, że każdy ma prawo żyć tam, gdzie chce, ale że każdy jednak ma prawo do życia w miejscu bezpiecznym, a dla ludzi w różnych sytuacjach musi to oznaczać różne możliwości, z których część będzie związana z zamieszkaniem w Europie?

I czy możemy się zgodzić, że jeśliby taki system wynegocjować na poziomie międzynarodowym – choć oczywiście nie ogólnoświatowym (jestem wszak utopijnym, ale realistą) – to ograniczanie do minimum liczby śmierci ludzi w drodze i przemocy, której doświadczają, to również sensowny element tego kompromisu?

Program niezgody na śmierć

Dalhuisen przekonuje, że: „Klasyczny idealista z NGO-su myśli w kategoriach deontologicznych: jakie działanie podejmuję w odniesieniu do tej osoby w tej konkretnej sytuacji? Jaki jest najlepszy rezultat dla tej osoby? To kategorie kantowskich imperatywów. Ale można też przyjąć utylitarystyczny punkt widzenia. Jak zmaksymalizować korzyść dla jak największej liczby osób?”. Ów idealista myślący Kantem to ja. Jest nim zresztą także choćby papież Franciszek. Ale jako że zawodowo zajmuję się i etyką, i byciem działaczem, to wiem, że kantowskie imperatywy są na ogół niemożliwe do realizacji. Jednocześnie niemożliwość urzeczywistnienia moralnego ideału nie musi oznaczać nihilizmu, cynizmu i uznania, że wszystko można. Nie można. Zgoda tu i teraz na polityczne i społeczne realia (bo ekonomicznie i logistycznie to możliwe, podobnie jak choćby wyeliminowanie głodu na świecie, o czym od lat przekonuje Jean Ziegler) nie pozwala adekwatnie pomóc wszystkim ludziom zmuszanym do opuszczenia swoich domów przez wojny, kataklizmy, klęski żywiołowe, zmiany klimatu, przemoc, korupcję, prześladowania, biedę i przestępczość. Nie znaczy to, że powinniśmy się godzić na umieranie na polskiej ziemi ludzi uciekających przed tym wszystkim lub stosowanie wobec nich przemocy.

Rozmawiając więc o dalekosiężnych strategiach, kompromisach, nawet zgniłych, porzucaniu ideałów, realizowaniu celów – być może realne byłoby zgodzenie się co do kilku prostych tez na temat sytuacji na granicy polsko-białoruskiej?

Pierwsza: państwo i organizacje pozarządowe powinny wspólnie namawiać wszystkie osoby w drodze do udawania się – jeśli to tylko możliwe – na przejścia graniczne. Tam ich wnioski powinny być zawsze przyjmowane i procedowane, a na czas tego procesu osoby te powinny być otoczone opieką, w tym medyczną i psychologiczną.

Druga: gdy osoby w drodze, niekiedy wbrew swej woli, a niekiedy świadomie, nie chcą przekraczać granicy na przejściu, ich motywacje powinny być sprawdzane. Gdy udanie się na przejście graniczne zostało im uniemożliwione przez białoruskie służby, powinny być traktowane jak osoby wnioskujące o ochronę na przejściu. W innym wypadku procedury weryfikacji również powinny ruszać, ale fakt nielegalnego przekroczenia granicy mógłby być brany pod uwagę w procedurze azylowej, która zawiera w sobie możliwość deportacji do kraju pochodzenia, o ile jest on uznawany za bezpieczny.

Trzecia: powinniśmy absolutnie walczyć z wszelką przemocą – z wyłączeniem prawa do samoobrony – ze strony polskich służb wobec cywilów. Sytuacje użycia przymusu, a już na pewno broni, powinny być więc – jak przed uchwaleniem ustawy przygotowanej przez Kosiniaka-Kamysza na polityczne zamówienie i w wyniku czysto politycznego zapotrzebowania – poddawane ścisłej kontroli.

Czwarta: powinniśmy otwierać korytarze humanitarne bezpośrednio z obozów dla uchodźców w różnych miejscach świata.

Piąta: powinniśmy prowadzić politykę „zero śmierci na granicy”. Oznacza to m.in., że pomoc humanitarna powinna być uznana za w oczywisty sposób legalną, co potwierdzają polskie sądy w kolejnych sprawach wytaczanych przeciw aktywistom i aktywistkom. Powinniśmy także stworzyć procedury poszukiwania osób zaginionych i potrzebujących ratunku, zapewnić uczestnictwo służb państwowych w akcjach ratowniczych, zorganizować punkty pierwszej pomocy w pobliżu granicy czy nadać priorytet procedurom medycznym przed formalnościami azylowymi (to tylko niektóre z pomysłów zawartych w raporcie Przejścia nie ma. Śmierć osób migranckich na granicy Unii Europejskiej z Białorusią opisującym przypadki z granic z Polską, Litwą i Łotwą).

 ***

Wydawać by się mogło, że to działania dość oczywiste, nieskomplikowane, możliwe do wdrożenia i nawet uzyskania dla nich poparcia istotnej części opinii publicznej. Czy tak jest? Nie wiem. Nie wiem, jak daleko zaszliśmy. Chcę wierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone.

Nie wiem też, czy powinienem kończyć ten tekst cytatami ze wspomnianego raportu na temat śmierci małych dzieci czy opowieściami o umierających przyjaciołach.

Nie wiem, bo mało co jeszcze wiem, poza tym, że tak jak jest teraz, być dalej nie może. Tego przekonania nie zmienię, stoję tu, gdzie stoję. Ale może jeszcze uda nam się o tym porozmawiać i coś zmienić choć trochę na lepsze? Jestem gotów się nieco posunąć.

Artykuł pojawił się w numerze: Historie, z których się składasz