Totalizm kocha się w historii ojczystej, najbardziej jednak rozmiłowany jest w tych kartach historii, które sam fałszuje, aby swoje wyobcowanie z narodu ukryć pod maskami kłamliwie mitologizowanych dziejów.
Jerzy Andrzejewski, Miazga
Pani badania na temat pogromu Żydów w Krakowie z 11 sierpnia 1945 r. przeczą powtarzanej w stolicy Małopolski opinii, że „pogrom to za duże słowo”. W książce pt. Kocia muzyka, która ukaże się w czerwcu br., naświetla Pani obraz przemocy wiele mówiący o kondycji polskiego społeczeństwa w kluczowym momencie przechodzenia od wojny do nowego ładu społecznego. Czy coś Panią zaskoczyło w tej historii?
Zaskoczyła mnie zastosowana przez Juliana Kwieka – którego bardzo szanuję – definicja uzależniająca pogrom od liczby ofiar śmiertelnych. Zdaniem profesora jedna ofiara pogromu krakowskiego nie wystarczy, by można go było uznać za pogrom. To niezrozumienie mechanizmu kontroli społecznej, z którym mamy tu do czynienia. Wcale nie chodzi w nim o zabijanie, lecz o zastraszanie. Najlepiej, by w ogóle działał bez ofiar, bo krew przyciąga uwagę, a mechanizm kontroli funkcjonuje najskuteczniej, gdy pozostaje w cieniu. W 1821 r. w Europie doszło do ok. 30 pogromów, które nie pociągnęły za sobą żadnych ofiar. W pogromie warszawskim w 1923 r. też nikt nie zginął.
W moim ujęciu, inspirowanym pracami Roberty Senechal de la Roche, pogrom jest formą komunikacji pomiędzy społeczną „górą” i „dołem”, wymierzoną w mniejszość, którą reszta społeczeństwa usiłuje sobie podporządkować, utemperować, uciszyć. Elity stwarzają atmosferę przyzwolenia na przemoc wobec tej grupy. Sygnał odczytują społeczne „doły”, najbardziej skore do agresji. Za ks. Piotrem Skargą określam je łacińskim mianem pueri, co w staropolszczyźnie tłumaczono jako „chłopięta”, bo od średniowiecza to właśnie żaków wysyłano przeciwko Żydom.
Jak pisał William Hagen, piętnowanie pueri lub „chłopiąt” jako społecznych wyrzutków i szumowin stanowiło wymówkę dla nacjonalizmu, który najpierw szczuł na mniejszości, a gdy padły ofiary, półgębkiem potępiał sprowokowaną przez siebie przemoc, wołając: „Ciszej nad tą trumną”, by rozmyć odpowiedzialność.
Pisze Pani, że historia pogromu jest historią Polaków.
Zgadza się. Bo choć pogrom krakowski jest nieusuwalną częścią historii Żydów, ze względu na obywatelstwo sprawców i ofiar jest to w równej mierze historia polska. Nawet jeśli nie jesteśmy tego wystarczająco świadomi, narracja ta opowiada o nas samych, o naszych przyjaciołach i krewnych albo o ludziach, którzy nie stali się nam bliscy, bo ich z Polski wygnano. W książce zrekonstruowałam okoliczności śmierci Samuela Abrahamera i jego sekretarki Zofii Scheinborn, zamordowanych przez uczestników pogromu krakowskiego parę miesięcy później, na wiosnę roku 1946. To krewny Jana Grabowskiego, wybitnego badacza Zagłady i mojego kolegi.
Za Katrin Steffen posługuję się w książce określeniem „żydowscy Polacy”, co stanowi synonim polskich Żydów. Rozumiem to określenie czysto legalistycznie, bo objęci nim ludzie – czujący się Żydami lub tylko za takich uważani – niezaprzeczalnie byli polskimi obywatelami. Tak mieli w papierach, a jednak państwo polskie się od nich odwróciło. Dychotomii Polacy-Żydzi unikam, bo sprzyja zepchnięciu ich opowieści na margines, uznaniu za historię cudzą, której uwzględniać nie trzeba. Historia pogromów nie może być historią zamieszek w getcie, bo sprawcy niczego się z niej nie nauczą.
Określenie „żydowscy i nieżydowscy Polacy” jest dla mnie ważne, bo prowadzi do rekonstrukcji społeczeństwa, do zniesienia opozycji pomiędzy grupami etnicznymi. To właśnie z powodu myślenia w dychotomicznych kategoriach „Polacy-Żydzi” w monografii pamięci o Warszawie świetny badacz Marcin Napiórkowski pominął historię warszawskich Żydów. Zauważyła to Irena Grudzińska-Gross i wyraziła zdziwienie, że „jest możliwe napisanie w roku 2016 ponad 430-stronicowej książki na temat pamięci o wojennej Warszawie bez obecności Żydów”. Napiórkowski odpowiedział, pytając: „Czy wolno napisać książkę, która nie jest o Żydach?”. Światły badacz daje tu do zrozumienia, że książek o Żydach jest stanowczo za dużo i nie chciał pisać kolejnej. To sytuacja z gatunku tych, które Grzegorz Niziołek nazywa „źle zobaczonymi”.
Pani książka bardzo dokładnie śledzi losy żydowskich i nieżydowskich Polaków, które wydawały się trudne do zrekonstruowania.
Najbardziej przy pisaniu zaskoczyło mnie to, z jak bliska można zobaczyć przeszłość, jak dużą rozdzielczość obrazu można przy tym osiągnąć.
Gdy zabieram się do pisania pogromowej monografii, ten pierwszy moment, kiedy nie mam jeszcze nic w ręku, to czas zwątpienia, czy cokolwiek znajdę, czy się do tej przeszłości w ogóle dostanę. Tymczasem w Krakowie udało się odtworzyć ją bardziej szczegółowo niż w Kielcach. Znaczną rolę odegrały fundusze z NCN – po raz pierwszy na badanie pogromu przyznano mi krajowy grant. I stało się to za czasów ministra Gowina, czyli pod rządami prawicy, która później rozpętała przecież straszną nagonkę na Barbarę Engelking!
Moja metoda wypracowana w książce Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego polega na tym, że przede wszystkim ustalam, kto był na miejscu. Sprawdzam dosłownie wszystkich, rekonstruuję biografię KAŻDEJ osoby, której danych dostarczy dokumentacja zdarzeń. Tych danych jest pełno w protokołach przesłuchań po pogromie krakowskim. Reszta to kwerenda w IPN i we wszystkich możliwych zasobach. Łatwo powiedzieć: kwerenda. To setki i tysiące godzin spędzanych nad dokumentami zazwyczaj luźno związanymi z pogromem (w badaniach wspierały mnie Karolina Panz i Dagmara Swałtek-Niewińska). Gdy na jaw wychodzą nieoczekiwane konteksty, konstelacje i powiązania między bohaterami, ilość kwerendy w pewien sposób przechodzi w jakość. Bo jeśli np. ktoś był przed wojną w Stronnictwie Narodowym, a w czasie wojny podejrzewano go o zabójstwa Żydów, trochę podejrzanie wygląda jako gorliwy komunistyczny milicjant po wojnie, nawet jeśli przysięga, że przykładnie pilnował porządku, prawda?
W ramach rekonstrukcji kontekstu zdarzają się prawdziwe cuda – „dowody na istnienie”, jak je nazywa Hanna Krall, niesamowite zbiegi okoliczności. Jakby ta historia sama chciała zostać opowiedziana. Nigdy nie myślałam, że w narracji o pogromie znajdą się elementy romansu. A tak jest w tej książce. Nagle ze źródeł wyłoniła się główna bohaterka, Irena Mycińska, której zawdzięczamy przesłuchania po pogromie, oraz jej mąż por. Tadeusz Gleich-Grabowski, który tropienie pogromszczyków przypłacił życiem. Zginął rok po pogromie w Makowie Podhalańskim, najprawdopodobniej „wystawiony” ludziom Józefa Kurasia „Ognia”.
Są to postaci kluczowe, jeśli chodzi o dochodzenie do prawdy o pogromie w Krakowie.
Tak, ta książka jest osnuta wokół historii ich miłości. Irena Mycińska jest cywilną prawniczką w powojennej bezpiece i po pogromie prowadzi śledztwo. Stworzyła cały materiał empiryczny dokumentujący zdarzenia. Gdy ją od śledztwa odsunięto – władze nie chciały narażać się na gniew ludu, więc sprawy pogromowe „ukręcano” – wiele przesłuchań nie udało się dokończyć, a w latach 1967–1968 część materiałów poszła na przemiał.
Równie ciekawą postacią jest mąż Mycińskiej, por. Gleich-Grabowski, zwany Teddym. Razem ze swoją pierwszą żoną Miriam Kohany ukrywał się w getcie lwowskim. Gdy z niego uciekli, zostali rozdzieleni. Miriam przeżyła dzięki pomocy Karola Kuryluka, późniejszego redaktora „Odrodzenia”, wkrótce też zostali parą. Po wojnie spotkali się we trójkę z Gleichem i przez pewien czas nie wiedzieli, co dalej. Wiele rodzin było wtedy w podobnej sytuacji. Czekali, aż sprawa się wyjaśni. Kiedy Maria zaszła w ciążę, została już z Kurylukiem. Natomiast Tadeusz Gleich ożenił się z Ireną Mycińską.
Dla mnie spotkanie potomków tych osób było niesamowitym, trochę bajkowym doświadczeniem. Nagle coś, co układałam z okruchów, zmartwychwstaje, ktoś koryguje szczegóły, ktoś inny znajduje zdjęcia i papiery poplamione krwią, powstaje drzewo genealogiczne.
Te nitki pamięci rozsiane po Polsce pokazują, że badanie przeszłości to nie jest żadna abstrakcyjna sprawa. To są ludzkie losy, przez dekady objęte zapisem naszej wewnętrznej cenzury.
Fałszywe rozdzielenie (na Polaków i Żydów, czyli nie-Polaków), które wprowadził w mózgach Polaków nacjonalizm, nie tylko zakłamało historię, lecz także pozbawiło nas świadomości poniesionej straty. Straty poniesionej w chwili, gdy ludzie tacy jak moi bohaterowie zostali z Polski wypędzeni. „I oni potem wyjechali, i mieszkają dziś w Hajfie” – tak się mówiło o emigrantach z 1968 r. Dla mnie jednak to nie był happy end. Rozumiem, że można sobie mieszkać w Hajfie, lecz ten spokój i lakoniczność komunikatu „wyjechali”, niezatrzymywanie się nad przyczynami, coś nam komunikuje. Ta sprawa się nie skończy, dopóki nie rozpoznamy, dlaczego ten komunikat jest fałszywy, dopóki nie zmącimy tej narracji.
Mówi Pani o przechodzeniu do porządku nad emigracją żydowskich Polaków z Polski?
Tak, ale mówię zarazem o czymś szerszym: o wypartych wizjach przeszłości. Przepracowanie ich wymaga społecznej dialektyki. Ktoś mówi, jak było, inni odpowiadają: „Słyszymy cię”, i świat się zmienia. Tego nie zrobi się w pojedynkę.
Z książki Michela Foucaulta pt. Zło czynić, mówić prawdę pochodzi ważna kategoria anagnorisis, rozpoznania prawdy. Choć zaczyna się od pojedynczego rozpoznania, nie jest to doświadczenie indywidualne. Edyp z trudem pojmuje i wyznaje prawdę o swoim życiu, ale żeby ona miała moc sprawczą, moc oczyszczenia, musi potwierdzić ją chór, czyli opinia publiczna. Badania historyczne muszą mieć społeczny oddźwięk. Bez przyjęcia ich do świadomości pozostaniemy jako wspólnota ślepi. Tymczasem wciąż próbujemy przemilczeć niewygodne fakty.
Strategię przemilczenia zastosowała władza komunistyczna, która nigdy nie informowała o pogromie w Krakowie.
Nie było moim zamiarem od razu napadać na komunistów, ale zgadza się: to są również techniki stosowane przez władze komunistyczne w okresie, gdy poszukiwały nacjonalistycznej legitymizacji (czyli zawsze). Po pogromie rzeszowskim i krakowskim władze nie chciały „zadzierać z narodem”. Usiłowano sprawę wytłumić, dopiero po pogromie kieleckim okazało się to już niemożliwe – z powodu zbyt wielu ofiar i zainteresowania zagranicy. Żydom mówiono: pomożemy wam wyjechać, nie będziemy wam robić przeszkód, lecz prawdy o wojennym antysemityzmie i pogromach nie powiemy. Co więcej, zastraszymy świadków, aby i oni tej prawdy nie wyjawili.
W książce analizuję proces składania fałszywych poręczeń za antysemitów, poręczeń dokonywanych również przez Żydów, którzy po wojnie chcieli mieć spokój, czas, żeby się spakować, co na prowincji, gdzie na nich polowano, było szczególnie trudne. Świadectwa wojennej pomocy Żydom, na które dzisiejsza polityka historyczna chętnie się powołuje, to była w dużej mierze zinstytucjonalizowana logika fałszywego świadectwa, oparta na zastraszaniu ofiar. Logika, która dziś nas wszystkich – zwłaszcza badaczy antysemityzmu – terroryzuje geometrycznym przyrostem Sprawiedliwych. Jest to strategia totalitarna, nie ma co do tego wątpliwości. Wyrasta z kłamstwa. O Irenie Sendlerowej mówiono, że była świętą katolicką, podczas gdy naprawdę była lewicową streetworkerką. Z książki Anny Bikont, która to skorygowała, dowiadujemy się, jak bardzo prześladowali ją rodacy, którzy dziś się nią szczycą.
Wracając do żydowskich Polaków po wojnie. Ocalali chcieli wrócić tam, gdzie mieszkali, na nowo ułożyć sobie życie.
Wszyscy chcieli po prostu wrócić do domu. W świadectwie o pogromie krakowskim jeden z nich, Martin Schiller, mówi: „Wracałem z piekła. Mówiłem sobie: jak wrócimy do Polski, z pewnością będą nam współczuć. Przyjmą nas z otwartymi ramionami. Przyjechaliśmy do Krakowa i rozglądaliśmy się za tymi ramionami Wszystko, co mieli nam do zaoferowania, to był pogrom”.
Gdy człowiek ocaleje z piekła, próbuje zacząć od nowa. Tego w Polsce Żydzi zrobić nie mogli, bo polski nacjonalizm stał się, na wzór niemieckiego, eliminacyjny. Nie chodzi tylko o narodowców, tak myśleli też „niepodległościowcy” z WiN-u (Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość). Po wojnie wciąż śmiertelnie niebezpiecznie było być Żydem i tylko nieliczni – jak dowodzą książki Juliana Kwieka – to niebezpieczeństwo przetrwali. Nie było już domu. Ocalali mówią, że trauma nie może się domknąć, gdy otoczenie jej nie widzi, a tym bardziej gdy otwarcie z niej drwi.
Polska polityka historyczna bazuje na wyparciu i wypędzeniu?
Tak. Ktoś powiedział, że jest to rodzaj infantylizmu połączonego z wyparciem, przy czym tego ostatniego, jak twierdził Freud w eseju pt. Wyparcie, nie należy rozumieć jako zjawiska jednorazowego: „Wyparcie wymaga zastosowania stałego nakładu siły, w chwili zaś, gdy się tego zaniecha, jego rezultat zostaje zakwestionowany i konieczny jest następny akt wyparcia” (tłum. R. Reszke). Wniosek sformułuję w języku religii wciąż w Polsce dominującej: skoro tyle wysiłku wkładamy w odwracanie wzroku, jak można nadal wierzyć w otaczające nas błogosławieństwo Boże, w łaskę? Używam tych słów, mając nadzieję, że w „Znaku” są wciąż traktowane na serio.
Komu właściwie służy patriotyzm wyparcia i polityka historyczna na nim oparta?
Odpowiem tym, co napisał Czesław Miłosz w Flecie szczurołapa:
„(…) Nagle ukazał się nieduży kraj, zamieszkany przez małych ludzi, w sam raz na prowincję zdalnie kierowaną przez imperium.
Może więc nie mylił się Jan Jakub Rousseau, kiedy doradzał, zanim oswobodzi się niewolników, najpierw ich wykształcić i oświecić?
Żeby nie zmienili się w stado pyszczków węszących za żerem, do których zbliża się szczurołap ze swoim fletem i prowadzi ich w jaką zechce stronę.
Flet szczurołapa wygrywa piękne melodie, głównie z repertuaru »Naszej małej stabilizacji«.
Obiecują one globalne kino i błogie wieczory z puszką piwa przed telewizyjnym ekranem.
Minie jedno, może dwa pokolenia, i młodzi odkryją nieznane ich ojcom uczucie wstydu.
Wtedy dla swego buntu będą szukać wzorów w dawno zapomnianej antyimperialnej rebelii”.
Ostatnie wersy są dla mnie źródłem nadziei.
Będzie miało to konsekwencje dla wszystkich, cały szkielet, na którym polska tożsamość jest osadzona, runie. Musielibyśmy zbudować ją od nowa.
Ile wart jest szkielet oparty na kłamstwie? Ta kwestia powraca też w kontekście rozmów o kryzysie Kościoła. Ile warte są pobożne formuły, za którymi stoją cynizm i rzeczy jeszcze gorsze?
Argumentacja jest podobna: dla większego dobra zostawmy to. Przejdźmy do tematu legend o krwi. Są jednym z kluczowych wątków w pogromie krakowskim. Zaczął się od tego, że 11 sierpnia 1945 r. 12-letni Antoś Nijaki wołał pod synagogą Kupa przy ul. Miodowej, że Żydzi chcieli go zamordować. Czy znalazła Pani coś nowego, jeśli chodzi o funkcjonalność legend o krwi w porównaniu z pogromem w Kielcach, który miał miejsce niecały rok później?
Prawie wszystkie powojenne pogromy w Europie Środkowo-Wschodniej miały w tle legendy o krwi. Powojennych pogromów było 40–50 – w zależności od tego, jak je definiujemy. Rozpoczęły się jeszcze w czasie wojny w radzieckiej Kirgizji w głębi Azji, pojawiając się w miejscach, gdzie Niemcy nigdy nie dotarli. Mówi nam to coś o długim trwaniu antysemityzmu, którego nie przerwała nawet rosyjska rewolucja.
Fala pogromowa wzbierała, gdy Armia Czerwona opuszczała kolejne miasta w drodze na Berlin, i ta fala zawsze miała podobne tło: sprawy własnościowe. Bo Żydzi mieli już nie wrócić, a jednak znów się pojawiali. Gdy próbowali odzyskiwać własność, zawsze można było przywołać legendę o macy i zrobić pogrom. Legendę często modernizowano, oskarżając Żydów, że łapią dzieci „na transfuzję”, maca z krwią trąciła już myszką.
Tym, co najbardziej zaskoczyło mnie w Krakowie, nie był jednak wątek krwi, tylko motyw „strzelania do polskich żołnierzy”, który powtarza się zarówno w majowym pogromie z 1919 r. z udziałem żołnierzy gen. Józefa Hallera, jak i sierpniowym w 1945 r. – obu w Krakowie. W okresie I wojny światowej przybiera on postać tzw. żydowskiego prazdnika („święto żydowskie”). Józef Białynia-Chołodecki, opisujący rabunki w Stryju, dokonane pod okiem rosyjskiej administracji okupacyjnej w czasie I wojny światowej, pisał o nim tak: „W Stryju pogrom Żydów zaaranżował komendant konwoju jeńców austriackich. Oto do zgromadzonych na przedmieściu i przypatrujących się skierował zapytanie, czy wiedzą, co to jest »żydowski prazdnik«. Otrzymawszy przeczącą odpowiedź, dał dyspozycję żołnierzowi, a ten zniknął w bocznej ulicy. Wtem padł nagle strzał… »A wy sukinsyny«, zawołał komendant do Żydów, »to wy strzelacie do nas!… ręce do góry!«. I oto zabrali się żołdacy pod pozorem rewizji za bronią do wypróżniania kieszeni z pieniędzy i zegarków i do przetrząsania pobliskich mieszkań żydowskich. Niebawem powrócili obładowani szabasowymi łakociami, a zasiadając do uczty razem z jeńcami, zakonkludowali: »Oto jest żydowski prazdnik«”.
„Strzelanie do polskich żołnierzy” było stałą wymówką bandytów i usprawiedliwieniem rabunku w żydowskich domach.
Zastanawiając się nad drogami rozpowszechniania tego motywu, posługuję się pojęciem „kłącza antysemityzmu”, ponieważ tłumaczy ono utajone trwanie niektórych uzasadnień przemocy. I wcale nie wyłącznie mitycznych. Bo po II wojnie światowej w Wojsku Polskim mamy generałów-hallerczyków – współpracownikami gen. Hallera był gen. Julian Skokowski, powojenny dowódca V Okręgu Wojskowego w Krakowie, a także – uwaga – generałowie Zygmunt Berling i Michał Rola-Żymierski. Możemy sobie wyobrazić, jakie mieli oczekiwania i światopogląd. Jeśli ktoś uwierzył, iż w określonych okolicznościach historycznych (w roku 1919 był to niemiecki mit o ciosie w plecy dostosowany do polskich warunków) żydowscy Polacy stali się zagrożeniem dla kraju, będzie w stanie w to uwierzyć również w innych warunkach.
Zatem pogrom ułatwiał rabunek, który miał miejsce od okresu wojny.
Rabunek własności żydowskiej stanowił podłoże wszystkiego, o czym rozmawiamy. Szanse powodzenia były duże, bo żydowscy Polacy zostali przez hitlerowców ogołoceni, a powojenne prawodawstwo nie sprzyjało odzyskiwaniu przez nich własności. Pogromy występują tam, gdzie pojawia się jednocześnie kilka elementów antysemickiego kłącza: sprawy własnościowe, propaganda przeciwko „dominacji” Żydów w UB, praktyka wojennego zabijania Żydów plus legenda o krwi. Pogrom staje się rodzajem samouzasadniającej się maszyny, która wszystko makabrycznie upraszcza, bo w jego rezultacie Żydzi w panice uciekają. Jest to zachodzący na wielu poziomach proces socjologiczny, który zaciera własne ślady. Udział w tym biorą wszyscy, sprawcy, ofiary, świadkowie i sędziowie.
Bardzo ciekawie pokazuje Pani przestrzeń, w której pogrom się wydarza – krakowski Kazimierz.
Zasadnicza przy pisaniu tej książki była dla mnie współpraca z graficzką Anną Niklewicz, która przekładając moje ustalenia na język wizualny, stworzyła przejrzyste infografiki, ukazujące wydarzenia i ich aktorów. Umożliwiała to dokumentacja, której dotąd nikt systematycznie nie wykorzystał. Zachowane rozkazy, milicyjne książki kontroli dochodzeń, ewidencja komisariatów – wszystko to pozwoliło zrekonstruować wydarzenia na krakowskim Kazimierzu. Łącznie z bardzo zawiłym śledztwem po zabójstwie Róży Berger, która zginęła w pogromie.
Jeśli Pani pozwoli, przedstawię w paru słowach tę rodzinę. Bergerowie, Róża i Józef oraz ich dwoje dzieci z rodzinami, opuścili mieszkanie przy pl. Wolnica 4 na przełomie lat 1941 i 1942. Aby zostać tak długo po wysiedleniu Żydów, musieli – zapewne niemałym trudem i nakładem – wystarać się o status auslanderów (cudzoziemców), obywateli Słowacji. Za pomocą tej terminologii przemawia tu do nas sama rzeczywistość: jako „lokalsi” byli skazani na śmierć, jako „cudzoziemcy” mogli zostać o ten jeden rok dłużej.
Gdy ziemia zaczęła palić się im pod nogami, Bergerowie uciekli przez góry do Budapesztu, gdzie przez chwilę byli bezpieczni, ale i tam wkroczyli Niemcy. Wywieźli ich do Auschwitz. Bergerowie mieli znów niesamowite szczęście, bo Józef z zięciem uciekli z transportu. Przetrwali na Słowacji. Natomiast kobiety, czyli Róża z córką Teofilą i wnuczką, czteromiesięczną Chają, trafiły do Auschwitz. Ocaleją, bo nie zostaną poddane selekcji. To zakrawa na cud: gdyby to było miesiąc wcześniej, zginęłyby natychmiast – Róża jako osoba zbyt wiekowa, bo 56-letnia, a Chaja jako zbyt mała, by pracować. Jak dotąd ich życie układa się w pasmo szczęśliwych wydarzeń. Przerwie je śmierć Róży z rąk rodaków, gdy wróci do własnego mieszkania przy pl. Wolnica.
Róża Berger była jedyną potwierdzoną ofiarą pogromu.
Tak, chociaż analiza dokumentacji w Szpitalu św. Łazarza dowodzi, że mogły też być inne. Trudno to rozstrzygnąć, bo zdarzało się, że rannych przywiezionych z pogromu zapisywano jako chrześcijan, pod innymi nazwiskami. To znów analogia do pogromu kieleckiego, w którym Żydów bito nie tylko na plantach, ale także w Szpitalu św. Aleksandra. Aha, w nękaniu rannych uczestniczyły też zakonnice.
Są to wszystko rzeczy, które można ujmować w tropy ewangeliczne, czyli parafrazując: rozdzielili ich szaty, rzucając o nie losy (por. Mt 27,35) – bo nieraz to właśnie tym językiem najlepiej opowiadać, co spotkało ocalałych ze strony sąsiadów.
Powszechnie uważano ich za zmarłych. Wracają na swoje, ale swojego już nie zastają. Jako sublokatorzy mieszkają kątem we własnym domu. Pogrom krakowski był rodzajem domknięcia mającego oczyścić pole krwi, które za sobą zostawili. Pole krwi, Herbertowska Hakeldama, to znów metafora ewangeliczna.
Wydaje mi się, że jest pewna szansa, by Kocia muzyka stała się dla Krakowa ważną książką, choć może nie od razu. Mam nadzieję, że stopniowo miasto rozpozna się w tej historii. Tym bardziej że praca ukaże się pod honorowym patronatem prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Chyba po raz pierwszy jakieś polskie miasto, będące – licząc od średniowiecza – miejscem z górą dwudziestu tumultów i pogromów, ma szansę, by pojawił się chór, który powie: „Słyszymy, co do nas mówicie”.
Może opowiedzmy coś więcej o Kazimierzu, gdzie wydarzenia głównie się rozgrywają, bo Pani też śledzi, jak atmosfera pogromowa rozlewa się po innych obszarach miasta i wychodzi poza nie, do Wieliczki czy Rabki. Pokazuje Pani strukturę społeczną, która ukształtowała się w wyniku wojny. Widać brak rozliczenia z konfidentami, z osobami działającymi przeciwko Żydom i Polakom. Ludzie, którzy wracają, trafiają w takie zmienione środowisko, wrogie im z definicji.
Tam się wojna jeszcze nie skończyła. Historia ataków ludzi podporządkowanych „Ogniowi” na żydowskie sierocińce w Rabce to temat na osobną rozmowę. Ale tak, wszystkie sieci własnościowe powstały w czasie wojny, wskutek niemieckich wywłaszczeń i mordów. Kamienica przy pl. Wolnica 4, gdzie mieszkali państwo Bergerowie, piękne mieszczańskie wnętrza, to miejsce, w które już w roku 1941 wpuszczano szczególnie zasłużonych konfidentów, np. rodzinę Lachów, czwórkę rodzeństwa biorącego udział w pogromie. Lachowie, mieszkający przez ścianę z Bergerami, fizycznie ich atakują. Znajdujemy ich na liście krakowskich konfidentów, przekazanej przez Władysława Boczonia, agenta Abwehry i polskiego wywiadu, człowieka, który był pierwowzorem Hansa Klossa ze Stawki większej niż życie.
Kamienica żydowska przy pl. Wolnica 4 opustoszała w roku 1941 i natychmiast zapełniła się faworytami nowego systemu. Pojawia się tam rodzina Schwellingów, która pełni ważne funkcje w Radzie Głównej Opiekuńczej, oraz rodzina propinatora gorzelni o nazwisku Legutko. Jak pod szkłem powiększającym odkrywamy tam też wielu innych zasłużonych. Jednym z nich jest powojenny milicjant z komisariatu przy pl. Wolnica, Zygmunt Michalski, wcześniej w Baudienście w Krzeszowicach, gdzie miał siedzibę gubernator Hans Frank. Jak w książce pt. Dom z dwiema wieżami zauważył Maciej Zaremba Bielawski, Krzeszowice to miasteczko wyjątkowe, bo zgładzono w nim więcej Żydów, niż ich tam przed wojną mieszkało.
W kamienicy przy pl. Wolnica 4 mieszkają również ludzie z „Żelbetu” AK, Kedywu – dywersyjnej jednostki, która jest legendą okupacyjnego Krakowa. To było dla mnie szczególnie wstrząsające odkrycie, bo okazuje się, że po wojnie ów „Żelbet”, z milicjantem Michalskim na czele, a także innymi, których imiona naszą dziś krakowskie skie ulice, opanował całą Komendę Miejską MO.
Pisze Pani też, że to była walka o kapitał. Można to przełożyć na każde inne miejsce w Polsce, zarówno jeśli chodzi o duże miasta, jak i mniejsze miejscowości.
Zgadza się. Wpadła mi ostatnio w ręce Between Fear and Hope, książka z roku 1946 pióra S.L. Schneidermana, dziennikarza amerykańskiego, który pochodził z Kazimierza Dolnego. Już po wyzwoleniu tamtejsza synagoga została dosłownie rozdrapana przez miejscową ludność, wynoszono drewniane ławki, nawet obluzowane belki stropowe. Sytuacja rabunku, z którą po wojnie mamy do czynienia na krakowskim Kazimierzu, jest więc raczej typowa.
Jeszcze jeden element był dla mnie bardzo ważny rekonstrukcyjnie: ludzie, którzy napłynęli na Kazimierz po wysiedleniu z niego Żydów. Początkowo to w części niemieccy współpracownicy, w tym Ukraińcy, oraz grupa polskich artystów i grafików zatrudnionych przy antyżydowskich wystawach prezentowanych w Sukiennicach, a także ludzie wysiedleni z dzielnicy niemieckiej, w końcu i biedacy spod Krakowa, ludzie z dołów społecznych. W czasie wojny i po niej tworzą oni gangi handlarzy i złodziei, polską wersję Peaky Blinders. Szczegółowo analizuję ich genealogie i systemy pokrewieństwa, bo choć nie chcieli zadzierać z proletariatem, komuniści stale mieli ich na oku. Porzucając ośmieszone przez IPN kategorie „podziemia niepodległościowego”, które słabo pasuje do recydywistów, nazywam ich rozbójnikami – to stare galicyjskie określenie tych, którzy za nic mają prawo. To grupa najaktywniejsza w pogromie krakowskim.
Ale nie tylko złe rzeczy można o nich powiedzieć. W przekazach przedwojennych pojawiają się idylliczne obrazki – nie wiadomo, na ile wiarygodne – że gdy po skoku złodzieje balowali na ul. Św. Wawrzyńca, to rozdawali cukierki dzieciom bez różnicy pochodzenia.
Niezwykle ciekawie pokazuje Pani rolę więzów rodzinnych wśród pogromszczyków, ale też w różnych strukturach władzy.
Podstawą fizycznego przetrwania pierwszych lat komunizmu stało się oparcie w rodzinie. W czasach wywózek, kotłów i strzelanin dobrze było mieć ludzi po obu stronach barykady. Czasem więc jeden brat pracował w UB, a drugi był w WiN-ie. Tak samo było w Kielcach, gdzie cała góra MO składała się z narodowców i endeków. Sytuacja w Krakowie była niekiedy nawet gorsza, bo choć szefem milicji był żydowski Polak Konrad Gruda, stopień infiltracji władz przez podziemie był olbrzymi.
Pierwszą rzeczą, którą po wojnie robili ludzie mający coś na sumieniu, było wstąpienie do MO. To nie tylko bandycka strategia „dołów społecznych”, jak sobie wygodnie o tym myślimy. W krakowskiej milicji znajdujemy różne świetne krakowskie nazwiska – wszystkie są w książce.
Sprawa przynależności rodzinnych jest kluczowa dla zrozumienia krytycznych okresów polskiej historii, jednak nie można tego robić w stylu „resortowych dzieci”. To prymitywne.
W Kociej muzyce próbuję zarysować rodzinę jako ukrytą, niesproblematyzowaną, ale podstawową kategorię myślową kultury polskiej. W ramach książki tak szczegółowej możliwe było zaledwie prowizoryczne wskazanie przykładów, coś na kształt archeologicznych badań odkrywkowych. Starałam się odsłonić warstwę powiązań, które przytłumione, przetrwały lata komunizmu i jeśli się nad nimi zastanowić, do dziś mają pierwszorzędne znaczenie.
Kategoria rodziny jest wykluczająca, bo liczba relacji w jej obrębie jest skończona, ograniczony jest też poziom wstępu do tej wspólnoty.
W Polsce kategoria rodziny występuje w pewnej relacji do kategorii narodu i obie są wykluczające. Podział narodowy i klasowy to takie dwa imadła, w które zostaliśmy włożeni. Mam na myśli znaczenie krewnych w obrębie rodu szlacheckiego, wciąż funkcjonujące w systemach, nazwijmy to, uprzywilejowanych. Ale rodzina i naród mają też funkcję adaptacyjną: rodzina różne rzeczy ułatwia, daje wsparcie. Można iść do wuja, który pracuje w MO czy UB, i ustalić, że jednak kogoś wypuści, nawet jeśli ten ktoś jest w najgłębszym narodowym podziemiu.
Komunizm, który wkroczył do Polski, chciał zastąpić te zasadnicze, mocne więzi klasowo-narodowe czymś, co określa się mianem więzi słabych (weak ties), które odpowiadają za modernizację społeczeństwa, za przenikanie do niego nowych idei. Więzi słabe bazują na tym, że kogoś przelotnie poznajemy i coś zaczynamy z nim mieć wspólnego. Chodzi np. o grono znajomych, ktoś jest w Paryżu, ktoś jest w Londynie, ktoś w Warszawie i wszyscy mogą sobie różne rzeczy ułatwić. Internacjonalizm był przykładem takich słabych więzi, które propagował komunizm. Wiadomo, jak to się w Polsce skończyło. Wygrały więzi silne, rodzinne. Komunizm okazał się u nas bardzo konserwatywny, a po nim, w okresie rządów PiS, te więzi zostały wzmocnione bardziej niż kiedykolwiek.
Rozdział o przedwojennym krakowskim mieszczaństwie był dla mnie wstrząsający, odkrywa zapomnianą kartę historii Uniwersytetu Jagiellońskiego i takich wielkich figur jak Stanisław Pigoń, przed wojną zaangażowanego w ideologię narodową i przemoc antyżydowską.
Dla mnie to też było zaskoczenie, choć od Marii Janion wiedziałam, że Pigoń był antysemitą. To był rozdział, który powstawał na samym końcu, po tym jak Marcin Kula, jeden z recenzentów książki, upomniał się o typowe krakowskie mieszczaństwo. I to, co zostało odsłonięte w czasie kwerendy, którą moja współpracowniczka Karolina Panz przeprowadziła w archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, pozwoliło zrekonstruować „kłącze antysemityzmu” w okresie przedwojennym.
Książka składa się z kilku skrętów tego kłącza. Bo historia to teoretycznie linia ciągła, lecz antysemickie mity zakrzywiają ją w spiralę. Podążając po spirali, wraca się do tej samej pozycji na jej obwodzie, choć nie do punktu, z którego się wyruszyło. W ten sposób rzeczy z odległej przeszłości stają się własną przyszłością. W zależności od zapotrzebowania w tej antysemickiej szafce zawsze coś przydatnego znajdziemy.
W rozdziale o przedwojennym Krakowie rozpoznajemy tych bohaterów książki, którzy w pełnej krasie zaprezentują swoje możliwości dopiero w czasie wojny i po niej. Nagle widzimy ich jako ludzi młodych. Dość wstrząsająco wypada w tym kontekście Mieczysław Pszon, przed wojną członek Młodzieży Wszechpolskiej, po niej filar „Tygodnika Powszechnego”. W 1995 r. w „Tygodniku Powszechnym” został opublikowany trudny do uwierzenia artykuł Jasne wybory i ciemne racje. Fragmenty wspomnień. Z artykułem tym polemizował Henryk Grynberg. Każdy powinien sam wyrobić sobie zdanie, zaglądając do tych tekstów. Po wojnie Pszon uchodził za człowieka wyleczonego z antysemityzmu. Nawet krytyczny wobec środowiska „Tygodnika” Roman Graczyk, autor książki Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego, pisze o Pszonie w superlatywach. Stwierdza, że antysemityzm przedwojennych narodowców w ogóle nie był rasistowski. Moim zdaniem to nieprawda i kolejny przykład czegoś, co zostało „źle zobaczone”.
Specjalizują się w tym, niestety, ludzie wykształceni, niemający sobie nic do zarzucenia, chociaż dawno zatracili zdolność do introspekcji. Niektóre opinie powtarza się z szacunku dla narodu, rodziny i autorytetu. Oddziaływanie tej ostatniej kategorii miało swoją odsłonę podczas dyskusji na temat Jana Pawła II czy kard. Adama Sapiehy po emisji reportażu Marcina Gutowskiego w TVN. Świadczy o głębokim upadku części elit.
Książka Kocia muzyka. Chóralna historia pogromu krakowskiego Joanny Tokarskiej-Bakir ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca. Premiera w Warszawie w Muzeum Polin zaplanowana jest na 26 czerwca 2024 r., a w Krakowie 28 czerwca podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej.