Niektórzy twierdzą, że jeśli zadajesz sobie pytanie, czy potrzebujesz konsultacji z terapeutą, to znaczy, że już powinieneś zwrócić się po pomoc do specjalisty.
Takie myślenie to efekt medykalizacji i psychoterapeutyzacji naszej kultury. To zjawisko ma oczywiście pozytywne aspekty, gdyż sprawia, że przeciętny człowiek jest obecnie znacznie bardziej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu zaciekawiony swoją psychiką. Gdy pod koniec lat 80. przebywałem w Stanach Zjednoczonych i oglądałem w telewizji popularne seriale, zdumiewało mnie, jak sprawnie ich bohaterowie używali języka, jakim na co dzień posługują się w swojej pracy psychologowie. Dzisiaj ten trend dotarł także do nas i w polskich filmach często przemycane są wątki psychologiczne. To zachęca odbiorców do większej refleksyjności i namysłu nad własnymi konfliktami emocjonalnymi.
Ta wiedza jest jednak często pełna uproszczeń.
Tak często bywa. Pułapką psychologizującego stylu może być swoisty redukcjonizm nie zawsze sprzyjający pogłębieniu świadomości, promujący postawy hedonistyczne i narcystyczne. To, co ludzie dawniej zyskiwali dzięki czytaniu poezji lub chociażby poprzez niebanalne rozmowy z przyjaciółmi, dzisiaj otrzymują dzięki podcastom i poradnikom. One stanowią współczesne narzędzia wyjaśniające świat wewnętrzny człowieka. Problem polega na tym, że często oczekuje się, iż dadzą ostateczne, pewne i jednoznaczne odpowiedzi. A na popularności zyskuje hasło: „Nic nie musisz, wszystko możesz”. Sam często mam kłopot, gdy w jakiejś rozmowie ktoś zwraca się do mnie z pytaniem typu: „Jak to jest z…?”. Najczęściej trafna odpowiedź brzmi: „Bywa różnie”. I nie chodzi o unieważnienie tego pytania, lecz o podkreślenie, że rzeczywistość jest skomplikowana, zróżnicowana i często niejednoznaczna.
Wspomniał Pan o tym, że nasza kultura się psychoterapeutyzuje. To zjawisko polegające na przenikaniu wpływów z psychologii do popkultury jako jedna z pierwszych opisała Eva Illouz. Dzisiaj psychoterapeutyzacja jest już powszechna, a jej przykład stanowi chociażby to, że słowa takie jak „trauma”, „przepracowanie” czy „narcyz” przeniknęły do języka potocznego. Czy przypadkiem ich nie nadużywamy?
Niebezpieczeństwo widziałbym w tym, że medykalizacja i psychoterapeutyzacja mogą doprowadzić do rezygnacji z własnych poszukiwań i refleksyjności. Tak jak złamaną nogę leczy chirurg, a bóle zamostkowe kardiolog, tak depresję – rozumujemy – leczy psychiatra. Wadą takiego sposobu myślenia bywa jego szybkość – zamiast spróbować głębiej zrozumieć siebie, akceptujemy diagnozę i przyjmujemy lek. Dawniej gdy ktoś miał lęk przed wystąpieniem publicznym, mówiło się, że jest nieśmiały. Ta niepewność mogła być stopniowo przepracowywana mocą kolejnych konkretnych doświadczeń. Dzisiaj możliwy jest skrót: diagnoza „zespół lęku społecznego”, zatem farmakoterapia. Co nie zmienia faktu, że czasem rzeczywiście lek może być jedynym sensownym rozwiązaniem.
Gdzie zatem przebiega np. granica między depresją jako stanem chorobowym a innymi nieprzyjemnymi stanami jak samotność czy żałoba?
To kwestia uzgodnień kulturowych. Był taki czas, że żałoba po bliskiej osobie miała trwać rok. Czarna opaska na rękawie była niegdyś sygnałem: „Jestem w żałobie”. Dzisiaj prawo do leków przeciwdepresyjnych przysługuje już dwa tygodnie po nieustępowaniu objawów smutku.
Czyli już po dwóch tygodniach trwania obniżonego nastroju powinno się zgłosić do specjalisty?
Po pomoc warto udać się, gdy zauważamy, że jesteśmy bezradni wobec swojego stanu psychicznego, gdy pogłębia się złe samopoczucie, gdy mamy do czynienia nie tylko z ciągłym smutkiem, ale też z bezsennością lub nadmierną sennością, a rady typu: „Weź się w garść”, „Wszystko będzie dobrze”, są nic niewarte. Kiedy powstaje pewien rodzaj błędnego koła między tym, że jest się smutnym, i tym, że jest się bezradnym. I bezradność nasila nasz smutek. Nie ma natomiast najmniejszych wątpliwości, że natychmiast należy się zgłosić do psychiatry, gdy pojawiają się myśli o odebraniu sobie życia. Warto pamiętać, że lekarze dysponują coraz lepszymi środkami pomocy. Leki przeciwdepresyjne są dziś bezpieczne i nieuzależniające.
Ciekawym przykładem bardzo popularnej w mediach społecznościowych etykietki jest tzw. wysoka wrażliwość. Gdy pracy Elaine Aron, która zapoczątkowała ten trend, przyjrzano się bliżej, okazało się, że ma ona wątpliwe zaplecze naukowe. Jeśli bowiem rozłożymy pojęcie wysokiej wrażliwości na czynniki pierwsze, wyjdzie na to, że tak naprawdę prawie wszyscy jesteśmy wysoko wrażliwi.
Jeżeli wyniknie z tego większa wrażliwość na siebie i drugiego, to należy się tylko cieszyć. Jednak, niestety, przeważnie używanie takich pojęć ma służyć głównie uzyskaniu większych praw. „Jestem wysoko wrażliwy, więc proszę nie zadawać mi trudnych pytań. Mogę teraz przerwać rozmowę i pójść sobie na spacer”. Głównym problemem z powoływaniem się na tę kategorię jest zatem to, że na ogół traktowana jest jako własna wrażliwość na punkcie samego siebie. Może więc to być elegancka nazwa na egotyzm czy narcyzm, na to, że tak uwielbiam sam siebie, iż nie widzę innych. Wtedy taka kategoria staje się pułapką w relacjach międzyludzkich.
Mam wrażenie, że niestety często tego typu określenia prowadzą jedynie do stawiania granic zamiast budowania porozumienia między ludźmi.
Samo stawianie granic ma oczywiście czasem sens. Tylko nie potrzebuję nazwy „wysoka wrażliwość”, żeby w sytuacji, kiedy zada mi Pani pytanie, na które nie chcę odpowiadać, odmówić stwierdzeniem: „To moja sprawa, o której nie chcę rozmawiać”. Taka postawa jest jak najbardziej w porządku. Dbanie o to, żeby ludzie się wzajemnie nie ranili i nie naruszali swoich granic jest uniwersalnie potrzebne, niezależnie od tego, czy ktoś jest wysoko wrażliwy, czy nie.
Często mówi się, że przy wyborze terapeuty należy zwrócić uwagę na ukończoną szkołę oraz sprawdzić, czy korzysta z superwizji, czyli regularnych konsultacji dotyczących prowadzonych przez siebie pacjentów z innym specjalistą. Czy jednak to, że ktoś się superwizuje, zawsze jest gwarantem rzetelności? Przecież bywa i tak, że terapeuta superwizuje się u swojego dobrego kolegi lub koleżanki. Czy nie ma wtedy ryzyka, że superwizja zamieni się w spotkania towarzyskie?
Po pierwsze, niezależnie od tego, jak terapeuta jest doświadczony, zawsze potrzebuje superwizji. Nie ma ani takiego wieku, ani stopnia doświadczenia, żeby superwizja nie była potrzebna. Po drugie, superwizowania się u kolegów czy koleżanek nie uważam za błąd. Sam należę do grupy doświadczonych i bliskich mi psychoterapeutów i psychoterapeutek, gdzie wzajemnie się superwizujemy. Ważne jest, żeby odbywało się to w poczuciu bezpieczeństwa i było wnikliwe. Oczywiście psychoterapia jest dziedziną, w której nie może być mowy o 100-procentowej gwarancji skuteczności naszego działania.
To zawód, w którym niezwykle ważne są predyspozycje osobowościowe.
Tak, w grę wchodzą i umiejętności praktyczne, i etyczna wrażliwość, i przygotowanie teoretyczne. Psychoterapia jest zarówno rzemiosłem, jak i sztuką. Gdy artysta maluje obraz, nie mamy gwarancji, czy to będzie wybitne dzieło sztuki. Podobnie jest ze specjalistą, który prowadzi proces psychoterapeutyczny – nie możemy być pewni, że nie popełni błędu, choćby był perfekcyjnie przygotowany. Ale ważne są te przed chwilą wymienione przeze mnie zabezpieczenia, które minimalizują ryzyko błędu.
Zdarza się, że popularność psychoterapii sprawia, że terapeuta lub terapeutka stają się najwyższym autorytetem i powołanie się na ich zdanie ma kończyć wszelkie dyskusje. Mówi się, że powodzenie procesu psychoterapeutycznego zależy od zaufania terapeucie. Czy jednak nie może być tak, że terapeuta się myli i w niektórych przypadkach nie chroni go przed tym nawet rzetelna superwizja?
Powszechnie uważa się, że podstawą powodzenia w terapii jest relacja terapeutyczna. Ta relacja poniekąd chroni terapeutę przed błędami, bo jest w niej miejsce na otwartość pacjenta, na uważną rozmowę i dialog terapeutyczny. Są szkoły, gdzie terapeuta jest bardziej dyrektywny i opiniotwórczy, a są też takie, gdzie jedynie katalizuje podróż pacjenta w głąb samego siebie.
Natomiast nie ufam terapii, w której psychoterapeuta miałby być niekwestionowanym autorytetem. Przecież on nie jest nauczycielem życia. Ma jedynie pomóc dotrzeć pacjentowi do jego wewnętrznego konfliktu, być katalizatorem jego rozstrzygnięć. Zatem gdy pacjent powołuje się na to, że tak powiedział jego terapeuta i to miałaby być ostateczna i niekwestionowana prawda, sądzę, że jest to znakiem jego emocjonalnej i poznawczej zależności od swojego terapeuty. Dobrze prowadzona terapia ma prowadzić do sytuacji, w której pacjent ma wolność myślenia, np. potrafi powiedzieć swojemu terapeucie, co mu się nie podoba w tym procesie. Oczywiście w terapii występuje etap zależności od psychoterapeuty, to w pewnym sensie, naturalna faza tego procesu, ale nie ma być utrwalana, lecz przepracowana.
W psychologicznym żargonie często mówi się o tym, że dla niektórych relacja terapeutyczna jest pierwszą zdrową relacją, która pozwoli budować inne dobre więzi. Czy możemy jednak traktować ją jako modelową relację, skoro z góry jest skazana na nierównoległość? O naszym terapeucie nie wiemy przecież prawie nic albo wiemy bardzo niewiele.
Jestem świadom, że w dzisiejszych czasach mamy do czynienia z tzw. kryzysem instytucji rodziny. Jednak to nie znaczy, że z własnymi rodzicami nie można mieć zdrowych więzi. Natomiast relację terapeutyczną rozpatrywałbym z innej perspektywy. W procesie terapii indywidualnej spotykają się dwie osoby: z jednej strony jest ktoś, kto z powodu objawów, problemów, konfliktów przychodzi po pomoc, a z drugiej ktoś, kto ma udzielić pomocy w pokonaniu tego cierpienia. I ten ktoś robi to w swoim czasie pracy, opłacanym przez NFZ lub samego pacjenta. To nie jest więc symetryczna relacja dwojga przyjaciół. Skośność jest tutaj naturalna, nawet jeśli – i mam nadzieję, że tak jest w większości przypadków – terapeuta nie jest w tę relację zaangażowany tylko dla pieniędzy. Relacja terapeutyczna jest więc szczególna, oparta na wzajemnej korzyści, a jednocześnie nasycona emocjonalną więzią.
Pacjenci często przecież przywiązują się emocjonalnie do swoich terapeutów.
To zaangażowanie jest istotne, gdyż stanowi czynnik leczący. Kontakt z kimś, kto jest otwarty, słuchający, uważny, wrażliwy, pacjent może przeżywać jako wydarzenie uzdrawiające. I to może być dla niego doświadczenie nowe w stosunku do tego, czego doznał wcześniej w rodzinie. Gdyby terapeuta był cyniczny, chłodny, bezduszny, bezemocjonalny, nie potrafiłby zbudować przymierza terapeutycznego, będącego fundamentem udanej terapii. Jednocześnie istotnym elementem procesu terapeutycznego jest zjawisko przeniesienia, polegające na tym, że pacjent przemieszcza wzorce myśli i uczuć z osób ważnych w dzieciństwie na terapeutę. To może w pewnym sensie objaśniać tę więź emocjonalną.
Na co zwrócić uwagę, gdy po raz pierwszy trafimy do gabinetu psychoterapeuty? Co powinno zapalić w naszej głowie czerwoną lampkę?
Na pierwszych spotkaniach konsultacyjnych, które przygotowują do terapii, powinno dojść do zbudowania tzw. kontraktu terapeutycznego, ustalenia, na jakich zasadach pracujemy (np. jak często, jak długo, jakie będą koszty) i co jest celem terapii. Celem jest rzetelna i profesjonalna pomoc pacjentowi, a więc na pewno czerwona lampka powinna się zapalić, gdyby terapeuta zaczął zwierzać się ze swoich problemów. Poza tym dobry specjalista powinien umieć wytrzymywać i rozumieć ewentualne burzliwe emocje, które są do niego kierowane. Kiedy jest adresatem np. gniewu, żalu albo pretensji, musi umieć spojrzeć na to z perspektywy problemów osoby, która przychodzi po pomoc, a nie traktować tego jako źródła własnych zranień.
A co, jeśli terapeuta zaczyna nam dawać rady? Czy są takie momenty w terapii, kiedy powinien to zrobić?
Istnieją momenty, kiedy dawanie rady nie jest grzechem, np. wówczas gdy terapeuta ma do czynienia z pacjentem, u którego pojawiają się objawy psychotyczne. Wtedy naturalna będzie sugestia konsultacji u psychiatry. Inną kwestią jest to, jak o tym powiedzieć, żeby pacjent nie przeżył rady czy zalecenia jako odrzucenia. Terapeuta może mieć też do czynienia z sytuacją, gdy pacjent opowiada o swoich zachowaniach przemocowych. Wówczas również jest konieczna interwencja i wyraźne powiedzenie: „stop”.
Niektórych w gabinecie terapeuty przeraża milczenie, wrażenie nieobecności terapeuty. Jaka jest rola ciszy w terapii?
Ważne jest, aby terapeuta, zanim dojdzie do ustalenia kontraktu między nim a pacjentem, wytłumaczył, jaką metodę pracy stosuje. Zdarza się, że terapeuta psychodynamiczny lub psychoanalityczny – bo to w tych nurtach milczenie odgrywa największą rolę – posadzi swojego pacjenta w fotelu, nie czyniąc wcześniej odpowiednich wyjaśnień. Pacjent będzie opowiadał przez 50 min, a na koniec terapeuta powie: „Dziękuję, do zobaczenia za tydzień”. Wtedy ten pacjent może się poczuć nieszanowany lub wręcz oszukany. Milczenie terapeuty ma sens, polega też na tym, że nie narzuca on własnych myśli, tylko katalizuje podróż pacjenta we własne wnętrze, pozwala mu iść przodem, a sam czuwa nad tym, co się wydarza. To prawdziwa wartość procesu terapeutycznego.
To zapewne zależy od wybranego nurtu, lecz w ogólnym założeniu terapia mocno akcentuje kontekst indywidualnej, rodzinnej historii, a zdarza się, że pomija kwestie wspólnoty, w której żyjemy, uwarunkowania zmieniającego się świata, np. problem katastrofy klimatycznej, toczących się wojen. Czy nie ma takiego ryzyka, że za bardzo zajmiemy się sobą, a za mało zmianą świata, w którym żyjemy?
Warto postawić sobie pytanie, czy psychoterapeuta ma pozostać tylko w swoim gabinecie, czy też ma prawo wypowiadać się na tematy społeczne. Niewątpliwie jest to sprawa kontrowersyjna. Przykładem zaangażowanej odpowiedzi na wyzwania świata była sytuacja z 2016 r., kiedy amerykański psychoterapeuta William Doherty, który wcześniej był zwolennikiem nieobecności psychoterapeutów w mediach, radykalnie zmienił zdanie i napisał manifest przeciwko trumpizmowi. Pod tym listem podpisało się kilka tysięcy specjalistów od zdrowia psychicznego. Doherty uznał, że jego moralnym obowiązkiem jest zwrócić uwagę, jaki może być wpływ trumpizmu na ludzi. Wskazał, że trumpizm poniża, unieważnia, głosi hasła ksenofobiczne, upokarza kobiety, zachęca do nieszanowania innych. Bliska jest mi taka zaangażowana postawa, uważam, że terapeuta ma prawo, a może nawet moralny obowiązek przestrzegać przed tym, co w przestrzeni społeczno-politycznej nie powinno mieć miejsca, np. powinniśmy sprzeciwiać się sianiu nienawiści. Jednak czym innym jest obecność pacjenta w przestrzeni publicznej, a czym innym praca w gabinecie. W gabinecie terapeuta nie ma agitować za pewną opcją polityczną czy światopoglądową, lecz ma pomóc pacjentowi zrozumieć jego świat wewnętrzny i źródła cierpienia.
Tak wygląda perspektywa terapeuty. A czy pacjenci są skłonni do tego, żeby dzielić się w gabinecie spostrzeżeniami na temat sytuacji społeczno-politycznej?
Dzisiaj ściany gabinetu terapeutycznego nie są już tak szczelne jak niegdyś na to, co się dzieje wokół. Uderzające było dla mnie to, jak po 15 października 2023 r. wiele osób przychodziło do gabinetu i nie kryło entuzjazmu. Gdy pacjenci mówią o tym, jak przeżywają sytuację społeczno-polityczną, terapeuta nie może powiedzieć, że nie będzie się tym zajmować. To wyraźna zmiana między terapią dzisiaj a np. 20 lat temu. Ostatnie lata pokazały to dobitnie. Nie można było abstrahować od tego, że mamy pandemię czy że pojawia się lęk przed wojną.
Co zrobić, gdy w gabinecie zjawia się pacjent prezentujący np. postawy ksenofobiczne? Czy terapeuta może odmówić współpracy?
Terapeuta może odmówić pracy terapeutycznej, kiedy uzna, że nie jest w stanie pomóc. Ma jednak wtedy obowiązek wskazać kogoś, kto byłby gotów podjąć się z nim terapii. Mnie w takich sytuacjach zawsze fascynuje, że niektórzy traktują ksenofobię jako pogląd polityczny danej osoby bez uwzględnienia aspektu emocjonalnego. Sądzę, że ktoś, kto przyjmuje postawę ksenofobiczną, nosi w sobie dużo lęku, przemienionego w agresję wobec innego. Nie mam jednak wówczas prawa jako terapeuta robić tej osobie wykładu na temat tego, że jej poglądy wobec muzułmanów czy homoseksualistów są w gruncie rzeczy przejawem jej agresji lub lęku. Mogę jedynie zapytać, czy jest gotowa rozważyć ten temat i sprawdzić, jakie są u niej źródła przeżywania obcego, innego.
Już trochę mówiliśmy o tym, że diagnozy psychiatryczne pojawiają się dziś znacznie szybciej niż kiedyś. Media społecznościowe kształtują swego rodzaju modę na posiadanie rozpoznania psychiatrycznego. W opisach na portalach społecznościowych często czytamy: ADHD, zmaga się z zaburzeniami lękowymi, wysoko funkcjonująca depresja. Do czego potrzebujemy diagnozy? Czy rzeczywiście zawsze jest ona ważna?
Najczęściej diagnoza jest używana po to, żeby diagnosta, czy to lekarz czy psycholog, mógł powiedzieć w skrócie innemu diagnoście, z czym dany pacjent się zmaga, jaka jest istota jego cierpienia. Z tego może wynikać pewien algorytm terapeutyczny dotyczący np. dawkowania leków czy metody terapeutycznej. Diagnoza może być też potrzebna np. ZUS-owi, żeby wiedzieć, czy dana osoba może dostać rentę. I to są okoliczności merytoryczne.
Natomiast istnieją również skutki społeczne i psychologiczne diagnozy. Diagnoza może powodować wykluczenie – i to nadal bywa częste, jeśli o kimś powiemy, że choruje na schizofrenię. Niekiedy jednak, paradoksalnie, może mieć też pozytywne skutki. Wyobraźmy sobie, że do domu wraca pacjent i mówi, że dostał diagnozę depresji, w związku z czym nie będzie sprzątał pokoju, bo musi odpoczywać. Wtedy diagnoza może być czymś w rodzaju psychologicznego L4. Wówczas pojawia się pytanie, czy była trafna i czy skutek psychologiczny, jaki przynosi, jest dobry dla konkretnego pacjenta.
Bywa chyba tak, że dla pacjentów diagnoza jest swego rodzaju urealnieniem cierpienia, wyznacznikiem, że to, co przeżywają, jest rzeczywiste. Choć może pojawić się taki rodzaj pułapki, że utkną w tej diagnozie i trudno będzie im poza nią wyjść.
Dlatego właśnie zadaniem psychiatry nie może być jedynie postawienie diagnozy, wystawienie recepty i pożegnanie pacjenta słowami: „Do zobaczenia za miesiąc”. Z rozpoznania lekarskiego powinien wynikać projekt pokazujący, co zrobić, żeby cierpienie, które jest definiowane poprzez diagnozę, mogło zostać pokonane. Lekarz może użyć symbolu choroby zgodnie z zaleceniami WHO i napisać w dokumentacji „F ileś tam”, lecz powinien zaznaczyć, że to jedynie oznaczenie lekarskie, natomiast przed nim i pacjentem jest praca, która ma zminimalizować lub usunąć objawy, a narzędziami do tego mogą być zarówno farmakoterapia, jak i psychoterapia.
Problemy psychiczne w dużej mierze dotykają nastolatków i nie ukrywam, że przerażają mnie historie o młodych osobach, które licytują się nazwami zażywanych leków i czynią diagnozę elementem swojej tożsamości. Co, jeśli to zjawisko sprawi, że problemy psychiczne młodych zaczniemy traktować jako modę i przegapimy sytuację, gdy rzeczywiście należało interweniować?
Oczywiście istnieje zjawisko nazwane przez Panią modą. Trudno temu zaprzeczać. Mamy też jednak do czynienia z poważnymi kulturowymi okolicznościami, które sprzyjają temu, że młody człowiek jest samotny, bezradny, cierpi, dokonuje czynów autoagresywnych. Do tego dochodzi niebezpieczeństwo, że rodzice – np. zbyt zajęci własną pracą zawodową – nie dadzą dzieciom wystarczająco mądrego bycia razem. Smartfon coraz częściej zastępuje przyjaciół, a gra komputerowa wspólną zabawę na podwórku czy na boisku. Szereg czynników powoduje zatem, że niełatwo jest wskazać, kiedy zachowanie nastolatków to tylko moda, a kiedy realne cierpienie. Do tego jest potrzebna konsultacja fachowca, który będzie w stanie określić, że nastolatek naprawdę cierpi i potrzebuje profesjonalnej pomocy.
Zwracamy tutaj uwagę na pewne zagrożenia, ale kultura terapii to przecież także pozytywne zjawisko. Sama bardzo wiele zawdzięczam kilkuletniej terapii psychodynamicznej, która pomogła mi wyjść z zaburzeń depresyjnych i znacznie poprawiła jakość mojego funkcjonowania. By oddać zatem sprawiedliwość, przyjrzyjmy się też korzyściom, które płyną z popularyzacji psychologii. Wydaje mi się, że jedną z największych korzyści jest to, że zdrowie psychiczne przestało być tematem tabu. Czy tak jest rzeczywiście, czy to raczej spostrzeżenie środowiskowe?
Myślę, że tak rzeczywiście jest. Stygmatyzacja, która groziła pacjentom tylko dlatego, że zdecydowali się sięgnąć po pomoc psychoterapeutyczną czy psychiatryczną, słabnie. I to jest bardzo cenne. Wiele lat temu jeden z pacjentów zwierzył mi się, że przez to, że przy bramie domu, w którym był mój gabinet, wisiał szyld „psychiatra i psychoterapeuta”, zanim nacisnął dzwonek, kilka razy sprawdzał, czy przypadkiem ktoś znajomy nie przechodzi ulicą. Bardzo nie chciał, żeby ktokolwiek wiedział, że korzysta z pomocy. Myślę, że dziś już by się tego nie obawiał. W takich drobnych zmianach upatruję pożytki z popularyzacji psychologii.
Jakie są jeszcze inne korzyści, które wynikają z tego procesu?
Wierzę, że dobrze jest głębiej rozumieć siebie i swoje relacje z ludźmi. W czasach, kiedy bardzo ważna jest umiejętność współpracy z innymi, a wrażliwość na siebie samego nie powinna zasłaniać wrażliwości na innego, popularyzacja psychologii może być bezcenna. Psychologia i psychoterapia pomagają zadbać o głębsze rozumienie tego, co się dzieje na świecie i w nas samych, oraz mogą wzmacniać własną dobrą sprawczość.
Treści psychologicznych na rynku jest bardzo wiele, to nie tylko książki, ale też specjalna prasa i rosnące w siłę podcasty. Jak w tym gąszczu poppsychologicznych propozycji odnaleźć rzetelne propozycje?
Te wszystkie materiały mają sens pod warunkiem, że czytelnik nie połyka bezrefleksyjnie ich treści, tylko je swoim umysłem przetrawia. Za każdym razem warto stawiać znaki zapytania, konfrontować przyswajane materiały z własnym doświadczeniem. Od tego jest nasz zmysł krytyczny, żeby być otwartym na nowe informacje, a jednocześnie żeby umieć je analizować, by nie stały się naszymi dogmatami. Myślę, że jeśli poppsychologia nie stanie się dla nas prawdą objawioną i ostateczną, to nie ma powodów do obaw, że nam zaszkodzi.
Bogdan de Barbaro
Psychiatra, psychoterapeuta, prof. nauk medycznych, wieloletni pracownik Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Superwizor psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Obecnie współpracuje z Fundacją Rozwoju Terapii Rodzin „Na Szlaku” w Krakowie