Życie Leo Macias, bohaterki Kwiatu mego sekretu, FIlmu Pedra Almodovara z 1995 r., stało się pasmem topionych w alkoholu klęsk. Ukochany mąż odsuwa się od niej, najlepsza przyjaciółka zawodzi, a wymagająca opieki stara, kłótliwa matka nie odnajduje się w Madrycie i zmienia życie najbliższych w piekło. Mało tego, zamiast kolejnego tandetnego i poczytnego romansu, jakich pod pseudonimem Amandy Gris Macias wydała już wiele, wychodzi jej nagle powieść mroczna i pełna przemocy. Wtedy to redaktor gazety, w której Leo chciałaby publikować ambitne teksty o literaturze, zupełnie nieświadomy tego, z kim rozmawia, nieoczekiwanie prosi ją o napisanie recenzji jej własnej książki. Autorka dokona w niej bezlitosnej krytyki swojej twórczości, a poniekąd również i życia, a zatytułuje ją Czy Amanda Gris pisze na maszynie? Jak zobaczymy, pytanie to wcale nie jest bezzasadne.
Zawsze sądziłem, że stukot maszyny do pisania towarzyszył mi od chwili przyjścia na świat. Pamięć jednak kłamała – szaro-granatową enerdowską erikę Mama kupiła dopiero w 1983 r., gdy dostała honorarium za napisany (ręcznie) skrypt dla studentów. Ofertę znalazła w gazecie – trafienie na takie urządzenie w sklepie graniczyło wówczas z cudem, a w handlu sporadycznie pojawiały się tylko maszyny produkowane przez radomski Łucznik, zacinające się i toporne. Cena okazała się za wysoka, ale na szczęście sprzedawca po kilku dniach oddzwonił i zgodził się na obniżkę. Potem zaniesiono erikę do warsztatu na ul. Krzyża (pozbawioną wtedy niepoprawnego ideologicznie przymiotnika „święty”), gdzie wymieniono jej niemieckie umlauty, ß oraz parę innych mniej potrzebnych znaków na grafemy polskie (ł, ó, ź…) i chorwackie (š, ž, đ…).
Maszyna zafascynowała mnie od pierwszej chwili. Lubiłem patrzeć na Mamę pochyloną nad nią przy biurku, czekałem, kiedy dźwięk dzwoneczka oznajmi zbliżający się koniec wersu, a za chwilę odbędzie się rytuał wkręcania pod wałek świeżych kartek i kopiującej kalki. Niemal magiczny wydawał się moment zmieniania taśmy. Miałem jednak stanowczy i słuszny zakaz dotykania klawiatury – od takiego skarbu dzieci musiały się trzymać z daleka. Mogłem jedynie liczyć na przepisanie swoich pierwszych „powieści”, kilkunastostronicowych sequeli Muminków, na których stronach tytułowych widnieje wymowna adnotacja: „Ortografię i interpunkcję poprawiała mama Autora”. Pisanie na maszynie oraz picie kawy, na co pozwalała mi tylko babka, na długie lata stały się dla mnie symbolem dorosłości i niezależności. Właśnie one, a nie prawo jazdy (którego zresztą nigdy nie zrobiłem), palenie czy alkohol – przez te rites de passage przeszedłem dopiero na studiach.
By przekonać Mamę do zmiany zdania, próbowałem się nawet uczyć pisać dziesięcioma palcami i bezwzrokowo, korzystając z planszy dołączonej do podręcznika Bańskiego i Jegiera – na próżno. Znalazłem niedawno ten podręcznik w internecie, kosztował niecałe trzy złote i wzbudził nostalgiczną czułość zwrotami takimi jak „uderzenia netto”, „mechanizacja czynności biurowych” czy „niepożądane skutki wynikające z długotrwałego siedzenia”. W tekstach do ćwiczeń, zaświadczających np., że obywatel Tadeusz Kamiński jest zatrudniony w Hucie im. Lenina na stanowisku montera-elektryka, lub głoszących, że „Święto Lipcowe stało się tradycyjnym dniem bilansowania osiągniętego dorobku”, wróciła nagle nowomowa mojego peerelowskiego dzieciństwa.
Własną maszynę do pisania kupiłem sobie na studiach, gdy zacząłem dawać korepetycje z angielskiego. Był to wysoki czarny przedwojenny continental, tak ciężki, że z trudem doniosłem go do domu. Wystukałem na nim kilkanaście prac rocznych, podań i trochę listów, w tym pierwsze miłosne, ale pracy magisterskiej nie zdążyłem – upowszechniły się już komputery. Na biurku pojawił się laptop, a maszyna trafiła na 26 lat do szafy w przedpokoju. Dopiero w zeszłym roku dojrzałem do pożegnania i podarowałem ją przyjacielowi jako dekorację do jego minimalistycznego salonu – budzi tam teraz żywe zainteresowanie na imprezach. Dodam przy tym, że inny krakowski bon vivant (o którym będzie mowa w kolejnym odcinku) pokazuje wybranym gościom swoją maszynę z klocków lego – stoi w gabinecie, ale niestety nie da się na niej pisać.
Erika Mamy miała długą historię, należała bowiem do późnej generacji urządzeń wytwarzanych w Dreźnie przez firmę Seidel & Naumann założoną w 1868 r. przez Karla Roberta Naumanna. Początkowo produkowała ona maszyny do szycia i rowery, lecz na początku XX w. w ofercie pojawiły się również maszyny do pisania marki ideal – zgodnie z nazwą niezawodne i wykonane z iście niemiecką precyzją. W 1910 r. wprowadzono na rynek najsłynniejszy wyrób, malutką, lekką i przenośną, bajecznie prostą w obsłudze erikę, która dostała imię po ukochanej i jedynej wnuczce Naumanna. Eksportowano ją jednak pod mniej germańską nazwą jako glorię lub bijou (klejnot, skarb, cacko), co w pełni uzasadniała elegancka forma. Ponieważ górną część mechanizmu z wałkiem i taśmą fachowo zwaną wózkiem można było podnieść i położyć na klawiaturze, maszynkę zwano potocznie Klapp-Eriką, czyli Eryką Zginaną. W publikowanych w prasie reklamach firma cytowała pochlebną opinię pierwszej rumuńskiej królowej, Elżbiety zu Wied, również literatki tworzącej pod pseudonimem Carmen Sylva. Monarchini zalecała ją osobom krótkowzrocznym, które oto po raz pierwszy będą mogły zobaczyć to, co napisały. Odbudowana po wojennych zniszczeniach fabryka została upaństwowiona i przemianowana na VEB Schreibmaschinenwerke Dresden. Kolejne liczne modele erik (ostatnie były już elektroniczne) powstawały w niej aż do 1991 r., kiedy zjednoczenie Niemiec przyniosło kres przedsiębiorstwa z ponadstuletnią tradycją.
Mechanizm…
Od czasów Gutenberga (który bynajmniej nie wynalazł, jak się powszechnie uważa, druku, tylko ruchomą czcionkę drukarską, znaną zresztą wcześniej w Chinach) zastanawiano się, co zrobić, by pisać szybciej i czytelniej. Pierwszy cel spełniały poniekąd powstałe już w starożytności rozmaite techniki stenograficzne, w których zamiast liter używa się specjalnych znaków zastępujących sylaby i najczęściej występujące wyrazy. Można w ten sposób zarejestrować aż 150 słów na minutę – pisząc ręcznie tylko około 30. Problem jednak w tym, że mało kto potrafił taki stenogram odczytać i trzeba go było później mozolnie przepisywać. Do stenografii uciekano się więc najczęściej podczas protokołowania posiedzeń, choć przynajmniej w jednym wypadku wpłynęła ona na historię literatury. W 1866 r. Fiodor Dostojewski, związany niekorzystną umową z wydawcą, miał tylko miesiąc na oddanie nowej powieści i ani jednego gotowego zdania. Wynajął więc stenografkę Annę Grigoriewnę Snitkinę, której przez 21 dni dyktował Gracza. Niebawem pojął ją też za żonę i znalazł w niej anioła stróża nieustannie ratującego go od upadku. Prowadzony podczas podróży poślubnej dziennik Anny Dostojewskiej (wydany po polsku pt. Mój biedny Fiedia) wręcz uwielbiam – twórczość jej męża przemawia do mnie tak sobie.
Początków maszyn do pisania można upatrywać w różnych mechanicznych zabawkach wykonywanych przez zręcznych rzemieślników zwłaszcza od czasów renesansu. Celowali w nich zegarmistrzowie tacy jak np. Friedrich von Knauss, który w 1753 r. pokazał przedziwny automaton. Był to glob, z którego wystawały dwie ręce, jedna trzymała kałamarz, zaś druga maczała w nim pióro i kreśliła zaprogramowane wcześniej słowa na wstędze papieru. Początkowo było ich tylko pięć, jednak w ciągu siedmiu lat udało się zwiększyć ich liczbę do 107. Zwiększyła się też znacznie wielkość urządzenia – do ponad dwóch metrów wysokości. Odtwarzało ono jednak tylko jeden, z góry zaplanowany tekst, prototypem maszyny do pisania zatem nie było. Kto w takim razie był jej wynalazcą? Do tego miana pretenduje ponad 50 osób żyjących w różnych krajach od XVI do XIX w. Niestety, nie zachowały się prototypy stworzonych przez nich urządzeń, a niejasne wzmianki w źródłach nie pozwalają na wyobrażenie sobie ani ich wyglądu, ani działania. W 1575 r. włoski drukarz Francesco Rampazetto stworzył choćby tajemniczy przyrząd zwany scrittura tattile pozwalający drukować na papierze litery. Z kolei w 1714 r. Henry Mill opatentował w Anglii „Sztuczną maszynę albo sposób odbijania bądź kopiowania liter, pojedynczo lub ciągiem, jedna po drugiej niczym w piśmie, z których wszystkie będą na papierze lub pergaminie tak schludne i wyraźne, iż nie da się ich odróżnić od druku”. Z dalszej części dokumentu wynika też, że litery były wklęsłe. W 1829 r. pojawił się w Stanach Zjednoczonych „Typographer” projektu Williama Austina Burta, zaś w 1855 r. Giuseppe Ravizza po 40 latach prób stworzył w Piemoncie cembalo scrivano, piszącą harfę, która pozwalała zobaczyć powstający tekst. To tylko kilka przykładów.


Pewien przełom stanowiła pisząca kula (skrivekugle) duńskiego pastora Rasmusa Mallinga-Hansena, maszyna przypominająca poduszkę do igieł najeżoną 52 klawiszami (il. 2), pod którymi umieszczano papier. W latach 1870–1909 była ona (jako pierwszy taki wynalazek) wytwarzana masowo, a jeden z egzemplarzy zamówił sobie tracący wzrok Friedrich Nietzsche. Filozof porzucił jednak kulę po niespełna dwóch tygodniach: była skomplikowana w obsłudze i, jak sądził, za bardzo wpływała na sposób formułowania myśli i świadomość. Wreszcie w 1874 r. amerykański producent broni i maszyn do szycia wypuścił na rynek wynalazek Christophera Sholesa, Samuela Soule’a i Carlosa Gliddena. Powstał on zresztą przez przypadek – jego twórcy pracowali początkowo nad urządzeniem do numerowania stron. Ich dzieło kształtem przypominało już dzisiejsze maszyny (miało wałek, klawisze i nasączoną tuszem taśmę), z tą różnicą, że przejście do kolejnego wiersza następowało po przyciśnięciu stopą pedału. W pierwszym modelu dostępne były tylko duże litery, a piszący nie widział drukowanego wewnątrz maszyny tekstu. We wcześniejszych urządzeniach stosowano nieodmiennie alfabetyczny układ liter, tu jednak, by zapobiec zacinaniu się dźwigni z czcionkami, odseparowano od siebie te występujące najczęściej w angielszczyźnie, tworząc w ten sposób klawiaturę typu QWERTY. Z niewielkimi „narodowymi” odmianami funkcjonuje ona do dziś, choć mało kto wie, skąd się wzięła. Podobnie niewielu z nas zdaje sobie sprawę z faktu, że kroje liter, z którymi obcujemy na co dzień, oparte są na antykwie humanistycznej, pochodzącej od majuskuły karolińskiej, wyraźnego średniowiecznego pisma wypracowanego przez kancelarię cesarza Karola Wielkiego w Akwizgranie.


Maszyna Sholesa, Soule’a i Gliddena była ciężka, nieporęczna i wolna, często się psuła i kosztowała zawrotne 125 dolarów (czyli tyle, ile średnie roczne zarobki w kraju), dlatego też przyjmowała się opornie. Model ten był jednak nieustannie udoskonalany zarówno przez inżynierów Remingtona, jak i setki producentów z całego świata. Pedał zastąpiła poręczna wajcha, wprowadzano dodatkowe funkcje i usprawnienia, ceny spadały, aż wreszcie w latach 30. XX w. powstał w miarę jednorodny standard. Ale to nie wszystko – na maszynowym drzewie genealogicznym były też niezliczone odnogi boczne, efemeryczne typy, które nie zyskały uznania odbiorców. Michael H. Adler w książce The Writing Machine. A History of the Typewriter (Pisząca maszyna. Historia maszyn do pisania, 1973) omawia kilkaset takich „niekonwencjonalnych” obiektów, nieproporcjonalnie długich (il. 8) lub krótkich, wysokich i niskich, okrągłych, wachlarzowatych, z daszkami, tarczami, piszących od spodu, od tyłu lub naokoło. Niektóre z nich przypominają wagi kuchenne, żółwie, a nawet gotyckie zamki. Stosunkowo liczna była gałąź tzw. maszyn indeksowych – by wydrukować na nich literę, ustawiało się rysik nad tabliczką z alfabetem, a następnie wciskało przycisk (il. 3 i 6). System ten utrzymał się jedynie w językach z ogromną liczbą znaków, takich jak np. japoński lub chiński.


Spośród tych technicznych fantazji pod względem estetycznym najbardziej przemawiają do mnie pierwsze modele firmowane przez Jamesa Hammonda, amerykańskiego dziennikarza i wynalazcę. Mają one elegancką mahoniową obudowę, dwa rzędy klawiszy i wyglądają jak instrument muzyczny (il. 4). Znalazłem nawet taką w internecie i gdybym tylko mógł przepuścić lekką ręką trzy i pół tysiąca dolarów, już dawno stałaby u mnie w domu, choć nie mam pojęcia, gdzie bym ją upchnął. Mój przyjaciel Jørgen, kolekcjoner z Oslo, zwykł jednak mawiać, że „miejsce się zawsze znajdzie”, i jeszcze nigdy się nie okazało, że nie ma racji. Nieco później inny, już dwurejestrowy hammond uwiódł bazgrzącego jak kura pazurem Bolesława Prusa, wielbiciela wszelkich nowinek. Autor Lalki kupił go 12 grudnia 1897 r. i od tej pory nie mógł się go nachwalić. Pisał, że „Maszyna Hammonda jako mechanizm zdaje się być wykonana cuddo”, w listach do przyjaciół i zapiskach relacjonował postępy w nauce i korzyści płynące z maszynopisania („Nieoceniony to wynalazek. Odkąd go używam, robota idzie mi szybciej, a nie tak męczy”).


Trzeba przy tym pamiętać o specjalnych maszynach dla stenografów, księgowych, telegrafistów, osób niewidomych, takich piszących niemal bezgłośnie (kupowanych kiedyś często przez reporterów) lub mających lokalne odmiany, np. te przeznaczone do pisania w jidysz i hebrajsku, czyli od prawa do lewa. Już w latach 20. XX w. weszły na rynek urządzenia z napędem elektrycznym, a pół wieku później maszyny elektroniczne, zapamiętujące nawet 500 znaków i umożliwiające prostą edycję tekstu. Gdy w 1995 r. zbierałem w Canterbury materiały do pracy magisterskiej, bez problemu wypożyczono mi taką w biurze obsługi studentów. Stała w kącie zakurzona i bezużyteczna – świat należał już do komputerów. A jak było w Polsce? Pierwszą rodzimą maszynę do pisania skonstruował w 1903 r. Władysław Paciorkiewicz. Założył on później w Bydgoszczy wytwórnię, z której wyszły serie Pacior, Iskra i Idea. Warszawska Fabryka Karabinów produkowała w międzywojniu złowieszczo wyglądające urządzenia marki FK (il. 9) – spodobałyby się one zapewne Lordowi Vaderowi. Ponadto w Poznaniu firma Stanisława Skóry i Spółki wypuszczała na rynek wzorowane na niemieckich adlerach orły – w ofercie był nawet model, na którym można było pisać cyrylicą i łacinką – ot, znak zaborów (il. 7).
…i jego dusza
Wróćmy jednak do pierwszych remingtonów. Wyglądały one zaskakująco, gdyż zdobiły je kolorowe kwiaty i medaliony z pejzażami, takie jak na ówczesnych maszynach do szycia (il. 5). Być może nie był to przypadek. Współtwórca marki Samuel Soule w 1875 r. pisał bowiem: „Czuję, że zrobiłem coś dla kobiet, które zawsze musiały ciężko pracować. Teraz będą mogły o wiele łatwiej zarabiać na życie”. Faktycznie, upowszechnianie się maszyn w biurach i urzędach stworzyło tysiące nowych miejsc pracy dla maszynistek, a można było zacząć zarabiać zaraz po ukończeniu kilkutygodniowego kursu. Tyle że niewymagająca większych kwalifikacji posada (podobnie jak praca szwaczek) była niskopłatna i nie cieszyła się szacunkiem. Wyższe stanowiska piastowali niemal wyłącznie mężczyźni, emancypacja okazała się więc pozorna. Mimo to obrońcy tradycji i moralności traktowali maszynę jako kolejny szatański wynalazek, który zawróci kobietom w głowach i sprawi, że przestaną myśleć o zamążpójściu, domu i dzieciach. Szybko też pojawiły się niewybredne seksistowskie dowcipy o łatwych biuralistkach gotowych spełniać każde życzenie szefa. Gdy zaś nastąpiła komputerowa rewolucja, to właśnie maszynistki pierwsze traciły pracę. Umiejętność pisania 80 słów na minutę przestała się liczyć.
„Maszyna do pisania ma równie dużo indywidualnych cech, co pismo odręczne, jeżeli nie jest fabrycznie nowa. Gdy porównasz dwie z nich, ich sposób drukowania nie będzie do siebie podobny” – mówi Sherlock Holmes w opowiadaniu Arthura Conan Doyle’a pt. Sprawa tożsamości (tłum. E. Łozińska‑Małkiewicz). Mistrz dedukcji oczywiście rozwiązuje zagadkę, podobnie jak robi to Miss Marple w powieści Agathy Christie Zatrute pióro. Niepowtarzalność maszyn wykorzystywali jednak nie tylko detektywi i kryminolodzy, ale również reżimy totalitarne polujące na nieprawomyślnych obywateli. W Związku Radzieckim i Rumunii w pewnych okresach na kupno urządzenia trzeba było uzyskać pozwolenie władz, a użytkowników rejestrowano. Nie zmienia to jednak faktu, że kopiowane na powielaczach i nielegalnie rozprowadzane w drugim obiegu maszynopisy tworzyły przestrzeń intelektualnej wolności.
Po maszyny szybko sięgnęli ludzie słowa. Pierwszy miał być rzekomo Mark Twain, który w autobiografii chełpił się, że za pomocą nowego wynalazku stworzył w 1876 r. Przygody Tomka Sawyera. Jak jednak wykazano, maszynopis przedstawił on wydawcy dopiero w 1883 r. – było to Życie na Missisipi, które na dodatek przedyktował z manuskryptu swojej sekretarce Isabel Lyon. Niektórzy autorzy maszyn nie tolerowali – Jarosław Iwaszkiewicz skarżył się, że psują one styl i kompozycję, wprowadzając oschłość i suchość. Inni nie mogli się bez nich obyć – Jack Kerouac stukał z oszałamiającą prędkością 100 słów na minutę. Wielu nie przywiązywało się do konkretnych modeli, inni zaś przez całe życie byli wierni jednej marce. Doris Lessing, Ernest Hemingway i Ian Fleming stworzyli większość swoich dzieł na Royal Quiet de Luxe, Bertolt Brecht i Iris Murdoch używali wyłącznie eriki, Lucy Maud Montgomery trzymała się marki Empire, a Stanisław Lem zawsze pisał na przenośnym, cichym remingtonie, którego dostał od ojca na dwunaste urodziny. Danielle Steel wciąż kocha swą olympię, którą pieszczotliwie nazywa Ollie.
Pora teraz wrócić do Leo Macias i tytułu jej recenzji. Czy maszynowy znaczy gorszy? Bo to zapewne ma na myśli bohaterka Almodovara, sama wystukująca na klawiaturze jedno romansidło po drugim. Czy wybór narzędzia pisarskiego rzeczywiście wpływa na tekst? Tym pytaniem od lat z miernym skutkiem zajmują się psycholodzy, literaturoznawcy i wreszcie sami autorzy. Nawet nie próbuję streszczać tu odpowiedzi, na które poświęcono już setki stron – zamiast tego opowiem, jak to wygląda u mnie. Każdy przypadek jest przecież indywidualny, zależy od sprawności manualnej, wrażliwości sensorycznej, temperamentu, doświadczenia i skojarzeń, od tego, co się pisze i dla kogo, oraz od dziesiątków innych czynników. Nie miałem nigdy w ręku gęsiego pióra, kilka razy jednak zdarzyło mi się posłużyć stalówką maczaną w atramencie. Tempo było znacznie wolniejsze, pismo staranniejsze, a skupienie większe – każde sięgnięcie do kałamarza mogło się skończyć przecież kleksem. Od prawie trzech dekad nie piszę już odręcznie, sporadycznie tylko robię notatki; bazgrzę zresztą tak, że często nie jestem potem w stanie ich odczytać. O ile jednak pamiętam, wieczne pióro, długopis czy ołówek wcale nie powodowały (jak się często zakłada), że czułem większą więź pomiędzy podmiotem i przedmiotem, czyli sobą i tekstem, ani tym bardziej pomiędzy mną a tradycją.
To pojawiło się dopiero, gdy sięgnąłem po maszynę. Wyraźniej odczuwałem fizyczny wymiar czynności – do głosu doszły bowiem w pełni zmysły. Dotyk gładkich klawiszy sprawiał mi dużą przyjemność, a ich lekki opór dawał wrażenie interakcji pomiędzy mną a przedmiotem. Nie bez znaczenia był też dźwięk – stukot klawiszy i brzdęk dzwonka nadawały ciału i pracy pewien mobilizujący rytm. Co więcej, Oscar Wilde trafnie zauważył, że maszyna do pisania, na której „gra się” z ekspresją, przypomina fortepian. Czuł to niewątpliwie Leroy Anderson, który w 1950 r. skomponował utwór na orkiestrę symfoniczną i maszynę do pisania. Jego Typewriter to oczywiście muzyczny żarcik, jednak słucha się go całkiem przyjemnie. Tego samego „instrumentu” w 1996 r. użył również Yann Tiersen w albumie Rue des cascades. Pisząc na maszynie, jestem też na pewno bardziej uważny, bo literówki trzeba przebijać albo wyskrobywać żyletką, maskować korektorem lub papierem z kredą, a potem nadpisywać właściwy znak. Nie ma też mowy o nagłych zmianach pomysłów i pisarskiej dezynwolturze – zanim palce pójdą w ruch, gotowe zdania muszą być już w głowie.
Maszyna narzuca więc swoistą myślową dyscyplinę – inaczej musiałbym raz po raz wkręcać czyste kartki i zaczynać od nowa. Komputer z kolei rozkojarza mnie i rozleniwia – raz po raz robię sobie przerwy na internet, papierosa czy kawę. Daje on jednak wolność i swobodę; pracując na nim, nieustannie improwizuję, a tekst komponuję dopiero na ekranie, piszę i myślę jednocześnie, zmieniam szyki i wyrazy, całe akapity zaś bez wahania wysyłam w niebyt jednym muśnięciem klawisza delete. Mam też znacznie większą odwagę i brawurę – sądzę, że wiele szczerych i osobistych wyznań, które kiedyś poszły do druku, nie miałoby szans powstać, gdybym siedział przy maszynie. „Ja” komputerowe i „ja” maszynowe – sam nie wiem, które z nich jest prawdziwsze.
***
Komputerów tak naprawdę nigdy nie polubiłem, podobnie jak telefonów komórkowych i zegarków, których nie trzeba nakręcać. Z żadnym z bodajże sześciu laptopów nie połączyła mnie emocjonalna więź i bez skrupułów wymieniałem je na nowsze modele. Tak naprawdę obchodził mnie tylko ich kolor: miały się wtopić w mahoniowy blat biurka i pasować do stojących na nim przedmiotów. Były czysto utylitarne, nie miały duszy i charakteru. Gdy jednak sprezentowałem swojego continentala przyjacielowi, pojawił się dziwny niepokój, tak jakby dom bez maszyny do pisania przestał być prawdziwy. Zacząłem szukać następcy, staroświeckiego i niedużego, który nie zajmie wiele miejsca. Przeglądałem strony internetowe, porównywałem kandydatów i ich zalety. Ostatecznie zamieszkała ze mną maleńka, lśniąca czarnym lakierem Klapp-Erika 4 z 1926 r. mierząca zaledwie 17 × 20 × 22 cm (il. 1). Gdy ją złożyć, spłaszcza się do zaledwie 12 cm wysokości i spokojnie mogłaby się zmieścić w damskiej torebce. Ma przyjemne krągłości, układające się w srebrzysty uśmiech czcionki, drewniany przycisk do robienia spacji i rozmieszczone w trzech rzędach 33 okrągłe białe klawisze ze szklanymi szybkami, w tym te o wdzięcznych nazwach „zmieniacz” i „cofacz”.
W ten sposób domknęła się pewna historia – dziecięce marzenie spełniło się do końca. W wybraniu eriki, praprababki Maminego skarbu, pomógł mi pan Tomasz Żak, filozof z wykształcenia, który razem z żoną Katarzyną prowadzi w Bielsku-Białej firmę Retro-Technika zajmującą się przywracaniem do życia takich właśnie zabytkowych urządzeń. Wbrew pozorom filozofia i maszyny mogą mieć ze sobą wiele wspólnego, by przywołać dodający i odejmujący liczby mechanizm skonstruowany w 1642 r. przez Pascala – pascalinę. Wkręciłem w wałek kartkę, rozluźniłem palce, poczułem, że wraca w nie pamięć, a potem, nie patrząc na klawiaturę, wystukałem swoje życiowe motto, słowa Klausa Manna: „Ruhe gibt es nicht, bis zum Schluss”. A spokoju nie ma, aż do końca. K
Korzystałem m. in. z:
G.T. Richards, The History and Development of Typewriters, London 1964;
M.H. Adler, The Writing Machine. A History of the Typewriter, London 1973;
M. Lyons, The Typewriter Century. A Cultural History of Writing Practices, Toronto 2021;
A. Grabowska-Kuniczuk, M. Parnowska, Bolesława Prusa „zabawa” w pisanie na maszynie – narzędzie, autor, tekst, „Napis” 2015, t. XXI, s. 235–249;
W. Brzoskwinia, Dzieje maszyny do pisania (katalog wystawy w Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie), Kraków 2008;
M. Wańkowicz, Karafka La Fontaine’a, t. II, Kraków 1981.