Z danych m.in. nieistniejącej już PARPA (Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych) wynika, że na początku lat 90. na jedną osobę mieszkającą w Polsce przypadało średnio rocznie 6,5 l czystego alkoholu, a u progu pandemii, w 2020 r., ponad 9,5 l.
Po wzroście spożycia alkoholu przez trzy dekady w ostatnich latach na szczęście ono wyhamowało, osiągnęliśmy, jak to się mówi w statystyce, plateau, czyli okres wyrównania, spłaszczenia trendu. Przede wszystkim dlatego, że mieliśmy inflację i pandemię. Alkohol musiał trochę podrożeć, bo tak samo było ze szkłem, paliwem, dystrybucją. A wzrost cen alkoholu natychmiast powoduje stabilizację nawyków. Im droższy jest ten produkt, tym rzadziej ludzie po niego sięgną. Tymczasem kiedy się słucha polityków, to wielu – od prawa do lewa – mówi, że podwyższanie akcyzy to złodziejstwo, które nie ma wcale wpływu na ilość wypijanego alkoholu. A jest wręcz przeciwnie – to jedno z głównych narzędzi kontrolowania spożycia, wyższa akcyza równa się niższa dostępność cenowa alkoholu. Mamy więc pewną stabilizację, ale za to np. w godzinach porannych wciąż wysokie jest spożycie alkoholu w formie małych butelek, tzw. małpek.
Z danych GUS wynika, że między 5. rano a południem schodzi ponad 30% dziennej sprzedaży małpek, z piwem jest zresztą podobnie.
A Pan ma mocną głowę?
Nie wydaje mi się, żebym miał specjalnie mocną głowę, jeśli chodzi o picie alkoholu, lecz dość mocną, jeśli chodzi o różne ataki słowne, które na mnie spadają, również w związku z moimi poglądami na temat alkoholu właśnie.
Pytam, bo myślałam o tych wszystkich sformułowaniach, którymi się na co dzień posługujemy. „Ktoś ma mocną albo słabą głowę”, „na drugą nóżkę”, „świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”, „ze mną się nie napijesz?”. Są też piosenki, seriale, filmy, w których leje się alkohol. Zastanawiam się, gdzie szukać źródeł jego wszędobylskości.
Europejska kultura jest bardzo silnie powiązana z alkoholem. Gdy zajrzymy do danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), zobaczymy, że Europejczycy i Amerykanie piją znacznie więcej niż np. mieszkańcy Azji czy Afryki.
A Polska ma swoją specyficzną ścieżkę, dużo się działo przez ostatnie 35 lat od upadku komunizmu.
Sukces Solidarności sprawił, że wydawało się, iż pójdziemy drogą skandynawską, z silną rolą państwa i związkami zawodowymi. Wybraliśmy jednak ścieżkę deregulacji, neoliberalną, która w polskich warunkach zamieniła się w „dziki wschód”. Zapanował on też w kwestii podejścia do branży alkoholowej. A przecież bardzo chcieliśmy ciążyć ku zachodnim modelom, odciąć się od tego, co było w PRL-u.
W Polsce Ludowej się piło. Zwłaszcza od rządów Gomułki, które przyniosły pewne rozluźnienie w stosunku do okresu stalinizmu, kiedy życie codzienne podlegało ścisłej kontroli, a obywatel, który wracał z pracy pijany, mógł zostać wymieniony w prasie z imienia, nazwiska i adresu. Pod koniec lat 70. spożywano 8,5 l czystego alkoholu rocznie, a 5 mln osób nadużywało alkoholu.
Nie od dziś wiadomo, że władzy opartej na centralnym planowaniu było wygodnie mieć pijanych obywateli. Ale to oznaczało też spory przychód, monopol alkoholowy stanowił źródło ogromnych dochodów państwa.
A wcześniej?
Rozpijanie Polaków przez władzę ma znacznie głębsze korzenie – w szlacheckim przywileju propinacji i obowiązku chłopów, by kupić w karczmie, należącej zresztą do ich pana, odpowiednią ilość alkoholu. Miało to na celu zapewnienie ciągłej konsumpcji alkoholu w pańskich karczmach, było dodatkowym elementem feudalnych relacji.
Obecnie trwa choćby dyskusja o zakazie sprzedaży alkoholu nocą na stacjach benzynowych. Czemu tylko nocą? Nad ranem już nie ma tego problemu? I dlaczego na stacjach benzynowych?
To jedna z propozycji Ministerstwa Zdrowia mająca zmniejszyć liczbę pijanych kierowców. Według mnie te propozycje są niewystarczające, za słabe, jednak można je wesprzeć zgodnie z zasadą „trzeba wsadzić stopę między drzwi”.
Całą dyskusję o miejscu alkoholu w polskim życiu zaczęliśmy jako fundacja Bezpieczna Polska dwa lata temu. Potem złożyłem do Rady Warszawy projekt uchwały obywatelskiej w sprawie nocnej prohibicji (zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach w całym mieście od 22. do 6.).
Podobne zakazy obowiązują już choćby w Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu i Zakopanem. Byłem wyzywany w mediach społecznościowych, atakowany, ale mimo to wydaje się, że klimat dyskusji wokół tych kwestii zaczyna się zmieniać. Na przykład ostatnio wśród posłów na zebraniu połączonych komisji gospodarki i zdrowia zapanował niemal konsensus, jeśli chodzi o wprowadzenie regulacji. A były to rozporządzenia idące znacznie dalej niż to, co proponuje obecnie Ministerstwo Zdrowia.
Gdzie potrzebne są zmiany w prawie?
To szereg spraw. Można zakazać sprzedaży mocnych alkoholi w małych pojemnościach (tzw. małpek), które pozwalają ludziom upijać się w pracy czy nawet w drodze do niej. Należy też koniecznie ograniczyć liczbę punktów sprzedaży, w których jest dostępny alkohol.
W Warszawie jest 6 tys. punktów sprzedaży alkoholu, co oznacza niemal jeden punkt na 300 mieszkańców.
W całej Szwecji jest ich siedem razy mniej niż w samej tylko Warszawie. Do tego dochodzi dostępność cenowa – alkohol jest w Polsce po prostu tani. Zbyt tani. I wreszcie kwestia promocji i reklamy, gdzie masowo nie przestrzega się obowiązujących przepisów nakładających ograniczenia na sposób reklamy alkoholu (np. w mediach społecznościowych).
Popieram regulacje, tyle że obecnie nie ma żadnej propozycji całościowej legislacji, sensownego projektu ustaw, za to jest potężny lobbing karteli alkoholowych, które chcą utrzymania status quo.
Karteli? To jakiś zwrot retoryczny?
To sformułowanie pożyczone od Roberta Rutkowskiego, terapeuty uzależnień, którego można by nazwać współczesnym apostołem trzeźwości.
Tak, kartele, bo koncerny alkoholowe, po pierwsze, sprzedają substancje psychoaktywne, a po drugie, łamią prawo, i to w gigantycznym zakresie. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości mówi, że reklama napojów alkoholowych nie może kojarzyć się z wypoczynkiem, relaksem, sukcesem, przyjemnym spędzaniem czasu.
A jeśli spojrzymy na reklamy piwa, to właściwie wszystkie wpisują się w ten zakazany model.
Regularnie w takich reklamach biorą udział aktorzy, dziennikarze sportowi, celebryci. Niektórzy musieli zresztą płacić grzywny z tego powodu. Do tego dochodzi ogromna skala łamania prawa w punktach handlowych, bo alkohol sprzedaje się osobom nieletnim bądź pijanym. Gdy weźmiemy to wszystko pod uwagę, wydaje się, że mamy do czynienia z branżą zupełnie wyjętą spod prawa. Nie jest to oczywiście jedyna branża w Polsce, która w ten sposób działa.
Wydawać by się mogło, że to dość oczywiste obserwacje. Tymczasem chyba nawet w samym rządzie nie ma zgody co do legislacji. Ministerstwo Finansów ma swoje argumenty, Ministerstwo Zdrowia swoje.
Ministerstwo Zdrowia wskazuje na związane ze sprzedażą alkoholu zagrożenia i koszty, które jako społeczeństwo płacimy co roku. Ministerstwo Finansów twierdzi, że zakaz sprzedaży tej substancji to ograniczanie wolności gospodarczej i swobody prowadzenia biznesu. No i ta wolność wygrywa. Ale to jest wolność rozumiana bardzo wąsko, w ramach libertariańskiego sposobu myślenia. To, co moje, jest moje i niezależne od tego, co się dzieje dookoła, ja mam mieć prawo robić to, co chcę. Mogę sprzedawać alkohol, kiedy chcę, i mogę go sobie zawsze kupić, nawet w środku nocy na stacji benzynowej. Jest to w mojej opinii bardzo dziecinne i niedojrzałe pojmowanie wolności.
Natomiast ta deregulacja rynku alkoholowego przyszła z góry, to nie było tak, że ludzie jej żądali, organizowali marsze pod hasłem: „Chcemy reklam piwa w telewizji i obniżenia akcyzy na wódkę”.
Rząd Leszka Millera, który mimo formalnej lewicowości był de facto skrajnie neoliberalny, doprowadził do deregulacji tego rynku, wtedy obniżono akcyzę na mocne alkohole o 30% i umożliwiono reklamę piwa. Już wcześniej, w latach 90., rynek podlegał decentralizacji, część kompetencji oddano samorządom. W wielu obszarach to się sprawdza, jednak w równie wielu zawodzi – samorządy często nie są mądrzejsze niż władza centralna. W latach 90. wydawanie koncesji zostało scedowane na władze lokalne, które natychmiast uczyniły z tego źródło dochodu. Postawiły krótkoterminowo na swój budżet, a nie na zdrowie publicznie.
Byłbym w stanie zrozumieć, że była to reakcja na czasy komuny, lecz już niedługo III RP będzie trwała dłużej niż komuna, co oznacza, że problem jest znacznie głębszy.
Jest jeszcze jedna odsłona tego zamiłowania do wolności. Koszty społeczne wypadków i kolizji drogowych w Polsce to ponad 56 mld zł, to dane Najwyższej Izby Kontroli. Wiele z nich jest spowodowanych przez osoby pod wpływem alkoholu. Na przykład 20 stycznia 2025, w poniedziałek, policja zatrzymała 215 nietrzeźwych kierowców.
Tak, i tutaj widać, jak prawo do ochrony prywatności, prawo do wolności, do decydowania o własnym życiu zderza się z prawem wspólnoty, która chce być chroniona przed niebezpiecznymi ludźmi. W ubiegłym roku uchwalono prawo o konfiskacie aut pijanym kierowcom, ale politycy różnych opcji cały czas kombinują, jak to prawo rozmyć, jak je osłabić, żeby nie było ono tak bolesne. A ono jest bolesne, bo jest sprawiedliwe, bo może dotknąć i bogatego, i biednego.
Wprowadzenie takiego prawa natychmiast prowokuje bogatych do kontrataku. No bo jak to, będę jechał po pijaku i zabiorą mi moją beemkę?
W Skandynawii mandaty są powiązane z dochodami, wtedy to jest mandat sprawiedliwy, a u nas jest wobec takiego rozwiązania straszliwy opór. Ile ja się nasłuchałem od prawników, jak bardzo jest to niekonstytucyjne, jak bardzo nieproporcjonalna byłaby taka kara. A tymczasem to jest w całkiem dosłownym znaczeniu tego słowa proporcjonalna kara.
Problem, tak w przypadku mandatów, jak i branży alkoholowej, jest taki, że cały aparat państwa jest w rękach elit, które wykorzystują prawo, żeby im ono na pewno nie zaszkodziło. Jesteśmy krajem postfeudalnym, w którym elita postanowiła, że tak powiem, odzyskać władzę kosztem reszty społeczeństwa, narzucając swoje wartości i modele rządzenia. Hasła np. wolności gospodarczej są według mnie parawanem realizacji interesów, a przy okazji wpisują się w schematy kulturowo-społeczne, które mamy mocno wpojone – egoizmu, indywidualizmu, sobiepaństwa. A one już nieraz rozsadzały polską wspólnotę i prowadziły do jej upadku.
Skoro mówimy o elitach, to myślę sobie jeszcze o kulturze sarmackiej, szlacheckiej. Nadużywanie trunków było w szlacheckim DNA.
Szlachta piła do nieprzytomności, padało się, potem się wstawało i dalej się piło. Chyba trzeba było tak robić, żeby w ten sposób budować swoją tożsamość, a także społeczną przynależność. To oczywiście rodziło ogromne problemy, mówią o tym kroniki sądowe czy prace Władysława Łozińskiego o Polsce na przełomie XVI i XVII w. Opowiadają one historię przemocy i alkoholu, do tego słabego państwa, które nie było w stanie wyegzekwować żadnych praw i zasad. Jej pokłosiem są dziś właśnie wszystkie te zwroty typu „ze mną się nie napijesz?”. One pochodzą prosto z tamtych czasów, z tych dworów szlacheckich, gdzie do picia wszyscy się nawzajem zmuszali. Mam wrażenie, że to służyło budowaniu grupowej lojalności.
Pana książka, która się właśnie ukazała, nosi tytuł Patopaństwo. Jak elity pustoszą kraj. Wśród rozdziałów jest też ten o patoalkoholu. Ale może istnieje niepatologiczny sposób picia? Mam na myśli np. rosnący trend nolo (no alcohol, low alcohol), picie napojów 0%, są bezalkoholowe giny, wódka, wino.
Z jednej strony oczywiście dostrzegam plusy popularności takich napojów, jednak z drugiej, kiedy widzę piwa zero rozdawane na maratonach, to myślę, że coś jest grubo nie tak. Dlaczego branża alkoholowa musi się wcisnąć na każde wydarzenie sportowe?
Przez to mam ambiwalentne uczucia. Owszem, ludzie, którzy są w „reżimie alkoholowym”, mogą sobie kupić alkohol zero jako „lepszą” alternatywę. Na pewno jednak pojawiają się różne ryzyka, choćby to, że przez konotację alkoholu dla bezalkoholowych zamienników będzie się budować ten niezdrowy nawyk.
Jeden z naszych fundacyjnych postulatów wydaje mi się zupełnie zdroworozsądkowy – chodzi o to, żeby piwo 0% było sprzedawane pod innymi nazwami, jako napój o smaku piwa czy cokolwiek podobnego.
Żeby po prostu nie tworzyć skojarzenia z alkoholem, bo branża i jej marketing działają właśnie na tej zasadzie. Na promocję alkoholu przeznacza się bardzo duże pieniądze, gigantyczne środki są ładowane w koncerty, stadiony, rozgrywki sportowe, bo ważne jest właśnie to powiązanie. Zaczyna się mecz, otwieram piwo i chipsy, gramy.
Tak jakby alkohol był synonimem czasu wolnego. Widuję w mediach społecznościowych rolki, w których np. rodzice nastolatków po kłótni z nimi od razu sięgają po wino, to ma być taki żarcik. W serialach podobnie, ktoś wraca z pracy, wzdycha i od razu idzie do lodówki, wyciąga butelkę. Wydaje mi się, że to są określone grupy wiekowe, ludzie dojrzali, w moim wieku. Młodsi niekoniecznie.
Tak, ta zmiana pokoleniowa jest widoczna. Z badań Instytutu Gallupa wynika, że w Stanach Zjednoczonych spożycie alkoholu wśród młodych dorosłych, czyli poniżej 34. roku życia, spadło w ciągu ostatnich 20 lat o 10 punktów procentowych. Dane z Wielkiej Brytanii są podobne. To ma też moim zdaniem związek z trendem terapeutycznym.
Ludzie rozumieją, że alkohol jest depresantem i jeśli masz jakieś problemy w życiu, chwiejne nastroje, to on naprawdę nie pomaga.
Kiedy ja miałem dwadzieścia kilka lat, byłem na studiach, to oczywiście alkohol był wszechobecny i osoby niepijące miały ciężko. W starszych rocznikach było jeszcze gorzej. W większym stopniu emocje regulowało się używkami, bo to są całe pokolenia, które nie miały obecnej świadomości dotyczącej zdrowia psychicznego. Ale wydaje mi się, że powoli się to zmienia, i z tym też wiąże się moja mocna retoryka. Bo żeby na trwałe zmienić trendy i sposoby zachowania, nie można rozdzielać włosa na czworo, tylko trzeba powiedzieć wprost: wszechobecność alkoholu nie jest dla nas dobra.
Jeśli chodzi o te wszystkie patologiczne obszary, o których Pan pisze w książce, a jest ich kilkanaście, m.in.: patomedia, patobanki, patopraca, którymi z nich należałoby się zająć najszybciej?
Myślę, że podstawowym problemem jest bardzo szybko rosnące rozwarstwienie społeczne i prywatyzacja usług publicznych. To powoduje, że zaczynamy stawać się społeczeństwem dwóch prędkości. Jest to widoczne na przykładzie służby zdrowia, ale też w bardzo wielu innych sferach: mieszkalnictwa, edukacji itd. Żeby zachować spójność społeczną, po prostu trzeba zareagować. Według mnie kluczowa jest reforma systemu opodatkowania, oskładkowania i usług publicznych w Polsce. Potrzebujemy progresywnych podatków, które obejmą wszystkie grupy społeczne, bez np. uprzywilejowywania jednoosobowych działalności gospodarczych zamożnych lekarzy czy programistów. Potrzebujemy sprawnej publicznej edukacji i ochrony zdrowia. To olbrzymie wyzwania. A czym najłatwiej byłoby się zająć? Ograniczeniem spożycia alkoholu właśnie. To by nie wywołało wielkiego społecznego niezadowolenia. Z sondażu IBRiS dla Radia Zet wynika, że za wprowadzeniem zakazu nocnej sprzedaży alkoholu we wszystkich sklepach, nie tylko na stacjach benzynowych, opowiada się 45,9% badanych, a przeciw jest 45,7%. To jest moim zdaniem stosunkowo łatwe do zrobienia, pomogłoby nam też w innych obszarach, choćby w służbie zdrowia. Zaczyna się dziać coś pozytywnego, tylko że, mam wrażenie, społeczeństwo jest bardziej demokratyczne, bardziej progresywne, bardziej odpowiedzialne niż klasa polityczna.