Drewniana kładka wiaduktu nad torami kolejowymi w Ostrowcu Świętokrzyskim zapewnia daleki widok, aż po lekkie chmury zapełniające skraj horyzontu w sierpniowy wietrzny dzień. Łączy jednak jedynie zamknięty na głucho od lat budynek dworca PKP z niemal wymarłym dworcem PKS, gdzie od dawna nie sprzedają biletów. Niespełna 20 km na południe, w Opatowie, dokąd dociera z Ostrowca jedynie parę razy w ciągu dnia bus prywatnego przewoźnika, stypendyści Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci dyskutują podczas obozu letniego o Edwardzie Abramowskim i Piotrze Kropotkinie. Jak żyje się bez państwa, które kontroluje gospodarkę? Czy spółdzielnie i kooperatywy mogą zastąpić wolny rynek? Większość nastolatków słyszy o anarchistach pierwszy raz w życiu, ale nie brakuje im odwagi w stawianiu hipotez.
Na alejkach przyszkolnego parku rozłożyli się funduszowi akwareliści i rysownicy, pracujący w popołudniowym świetle i obojętni na ideowe zmagania. Wymijając ich rozłożone pod drzewami koce, można dotrzeć do innych uczestników obozu w Opatowie, którzy z kolei wyżej od zawiłości filozofii społecznej cenią przejrzystość komputerowego zapisu analizy chemicznej. W rodzinnym mieście współtwórcy nowoczesnego ruchu chasydzkiego Abrahama Joshui Heschela będą toczyć się dyskusje m.in. o Kohelecie, Matce Joannie od Aniołów, bioelektronice i pochodzeniu życia. W romańskiej kolegiacie św. Marcina o murach barwy „bukietu zwiędłych fiołków”, jak pisał o niej Iwaszkiewicz, którą mieli budować templariusze, dzieci z Funduszu dadzą koncert kameralny. Konrad Żygadło, dawny stypendysta, a obecnie aktor Teatru Ochoty, poprowadzi warsztaty teatralne.
Dzieci czytają Homera
Tekstu najlepiej nauczyć się na pamięć. Pchłę Szachrajkę Brzechwy albo Zemstę Fredry można wtedy rozebrać w głowie na wersy i słowa. Następnie poukładać tak, żeby można je było wypowiadać bez wysiłku, jakby nabierało się powietrza w płuca. Maria Mach – od 2009 r. szefowa Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci – wsiada więc do tramwaju, którym jedzie do jego siedziby na Kampusie Uniwersytetu Warszawskiego na Ochocie, i nim jeszcze motorniczy ruszy, pojawiają się w jej głowie: „Gniew, bogini, opiewaj Achilla, syna Peleusa…”.
„A dlaczego ma »opiewać« gniew jakaś bogini?” – zapytała „swoje dzieci”, czyli uczestników Warsztatów Muzyki Kameralnej, które Fundusz organizuje od 2015 r. w Europejskim Centrum Muzyki Kameralnej Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Wpatrywało się w nią niemal 20 par oczu młodocianych słuchaczy, którzy przyszli znęceni możliwością przeczytania na głos nieznanej im Iliady i rozmowy na ten temat.
„Może chodzi o to, że czasami potrzebujemy kogoś lub czegoś, kto lepiej od nas opowie to, co czujemy?” – zasugerowała po chwili ciszy skrzypaczka z liceum muzycznego. „Właśnie” – Maria przeszukiwała w głowie dane, by wyłuskać te, które dotyczą jej rozmówczyni. Zauważyła, że kiedy liczba absolwentów Funduszu przekroczyła 8 tys. (latem 2023 było ich już 3 tys. więcej), ma problem z zapamiętaniem informacji na ich temat. Ewidentnie pokonywała ją duża liczba. Lecz nie tym razem, bo twarze z nazwiskami połączyła pierwszego czy drugiego dnia warsztatów.
„Basia powiedziała, że Iliada to dzieło z okresu archaicznego literatury starogreckiej. Z czym wam się kojarzy przymiotnik »archaiczny«?” – zapytała, nawiązując do wygłoszonego wcześniej wykładu Barbary Bibik z filologii klasycznej na UMK w Toruniu. Padły słowa: „niedzisiejszy”, „może trochę nudny”. A potem już poleciało: że skoro „ten Homer” pisze o czymś, co sami znamy, jak może być przestarzały? Jak jest możliwe przeżywanie tego samego, może i tak samo, mimo że wszystko inne ludzi dzieli? Dlaczego tak trudno powiedzieć dokładnie to, co się czuje i myśli, i zostać zrozumianym?
„Szkoła mnie krzywdzi, bo tam nigdy mi nie pokazano, że tak można się uczyć” – to już Maria przeczytała w sprawozdaniu uzdolnionej matematycznie uczennicy, napisanym po kolejnej odsłonie czytania Iliady ze stypendystami.
Niekoniecznie wybitni
– Blisko 40% dzieci w Funduszu pochodzi ze wsi i miasteczek do 20 tys. mieszkańców, takich jak Biłgoraj, Drobin, Łubin Kościelny, Stoczek Łukowski itp. Są i tacy, którzy wysyłają zgłoszenia z miejscowości, gdzie nie ma nic, nawet paczkomatu. Od 1997 r., kiedy rozpoczęłam pracę w Funduszu, czytam rocznie blisko 600 zgłoszeń uczniów (w 2023 przyszło ich jednak blisko 200 więcej). Dowiaduję się więc o nauczycielu, który tak fantastycznie prowadził zajęcia z chemii, że dziecko zarzuciło inne zainteresowania, byle tylko mieć czas na studiowanie kolejnych książek z analizy chemicznej i spędzać czas w pracowni. Albo o szkole, w której jedyne, co nauczyciele mają do zaproponowania dociekliwym uczniom, to pomaganie słabszym. Dodatkowe pytania są traktowane jak zamach na sprawny przebieg lekcji i realizację programu. Bywają szkoły, gdzie nie ma czasu na zajęcia w ramach kółek zainteresowań. I takie, w których kończą się one dawno po odjeździe ostatniego autobusu do wioski, gdzie uczeń mieszka.
Te dzieci na pewno są zdolne, choć niekoniecznie można byłoby o nich powiedzieć, że mają talent w wybitnym nadmiarze. Natomiast każde z nich ma problem. Kogoś interesuje fizyka i lubi rysować, a zadań z algebry rozwiązał już tyle, że nie potrafi znaleźć dostatecznie trudnego ich zbioru. Chętnie by zresztą pogadał o tym, dlaczego z pewnymi dowodami wciąż sobie nie radzi, ale z kim. Dla jego kolegów to jest za trudne. Inne dziecko uczy się gry na instrumencie i godzinami przegląda atlasy ornitologiczne, zastanawiając się, co je bardziej interesuje: skrzypce czy ptaki? A może jeszcze coś innego? Kolejny uczeń powinien koniecznie sprawdzić się w laboratorium, bo mimo że dopiero kończy podstawówkę, ma już odpowiednią po temu wiedzę, ale jak tego dokonać, jeśli mieszka się kilkaset kilometrów od ośrodka akademickiego i nikogo tam się nie zna?
I od tego właśnie jest Fundusz. Od znalezienia laboratorium, zorganizowania warsztatów, zaproszenia na obozy letnie. Dzięki nam dziecko ma zrobić kolejny krok – żeby mogło być lepiej, niż jest. Nie jesteśmy natomiast stajnią talentów, nastawioną na wyłapywanie najlepszych, by pokierować ich rozwojem, a później karierą zawodową. Naszym celem nie jest sukces, nawet jeśli nasi stypendyści – m.in. pianista Piotr Anderszewski, pisarz Jacek Dehnel, skrzypaczka Agata Szymczewska – go odnoszą. By nie wspomnieć o długim szeregu naukowców, którzy pracują w czołowych laboratoriach na świecie i publikują np. w „Nature”. Nam zależy na podtrzymaniu ciekawości naszych dzieci – żeby nie zaprzestały stawiania kolejnych pytań tylko dlatego, że zabraknie im narzędzi do szukania na nie odpowiedzi.
Co mówią brzuchy Szapocznikow?
Maria nie miała z kim porozmawiać, np. o Senece. Była za młoda, by się zorientować, że czytanie dzieła O życiu szczęśliwym rówieśnicy odbiorą jak wyższościową prowokację. Po przeczytaniu pierwszego tomu Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza urządzała mamie debaty na temat problemów bytu, prawdy i czasu podczas sprzątania domu albo lepienia pierogów. W wyobraźni dziewczyny filozofia była wielką szachownicą, na której kolejni myśliciele prowadzą między sobą rozgrywkę, udzielając odpowiedzi na te same pytania. Jeden próbuje uporządkować świat stwierdzeniem, że wszystko jest z ognia. Inny uważa, że wszystko, co istnieje, wyłoniło się z wody. Kolejni widzieli to jeszcze inaczej. Licealnym kolegom z Rzeszowa opowieści Marii wydawały się dziwne, bo co to za myśliciele, którzy nie dostrzegali, że świat jest zróżnicowany?
„Wszystko zależy od tego, jakie stawiali sobie pytanie” – ripostowała, przypominając, że pozornie niemądre odpowiedzi nie unieważniają pytania o podstawową zasadę wspólną wszystkim obserwowanym zjawiskom.
Wiele lat później, proponując naukowcom poprowadzenie wykładu dla dzieci podczas organizowanych przez Fundusz od 2001 r. obozów letnich (nazwała je Wakacyjnym Spotkaniem Wielodyscyplinarnym), będzie ich prosić, żeby opowiedzieli młodocianym słuchaczom o tym, nad czym pracują albo o czym myślą. Na przykład o tym, co mówią brzuchy w rzeźbach Aliny Szapocznikow? Co automatyzacja ma wspólnego z rynkiem pracy, a żeglowanie z fizyką? Dlaczego powinniśmy kupować drogą kawę? Jak komórki nowotworowe oszukują układ odpornościowy? Co skłania ludzi do zła? Czym jest cząsteczka mRNA? Młodzi mają zobaczyć naukę w człowieku, który zadaje pytania, nie kryjąc, że wiele z nich jeszcze długo pozostanie bez odpowiedzi, a z udzielonych żadna nie ma statusu ostatecznej. Zupełnie inaczej niż w szkole, gdzie podręczniki pełne są konkluzji, a odpytywaniem zastąpiono podyktowane poznawczą ciekawością zadawanie pytań.
Maria w drugiej klasie liceum została laureatką ogólnopolskiej olimpiady filozoficznej, po której dyrektor liceum zgłosił ją do Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci – stowarzyszenia założonego w 1981 r. przez Ryszarda Rakowskiego, ekonomistę i nauczyciela, oraz Jana Szczepańskiego, socjologa. Organizacja powstała w celu zbierania pieniędzy na zakup aparatury dla szpitali pediatrycznych w kraju ustawicznych braków i kryzysu gospodarczego. Dwa lata później Rakowski przeformułował jej działalność, uruchamiając program wspierania wybitnie zdolnych dzieci. W kwietniu 1989 r. Maria znalazła się w dawnym pałacu Radziwiłłów w Jadwisinie pod Warszawą na obozie wiosennym organizowanym przez Fundusz. Miała wrażenie, że w znakomicie zachowanych wnętrzach i parku – w porównaniu z tym, jak wyglądał świat poza ośrodkiem – jest wszystko. Nawet coca-cola. A poza tym prawie 50 podobnych do niej ludzi, tzn. takich, którzy tak jak ona nie dostrzegali swojej odmienności. Humanistów było dwoje: Jan Klata i ona. Prowadzący omawiał z nimi na zajęciach powieść Wilhelma Macha Góry nad czarnym morzem – awangardową i raczej nieudaną. Nie miało to większego znaczenia, bo istotne były inne dzieci, które tam przyjechały. Inaczej niż w szkole każde chciało rozmawiać i było ciekawe tego, co mają do powiedzenia pozostałe.
Z pokolenia na pokolenie
– Na pierwszym wspólnym spotkaniu wstał pan w garniturze o wyglądzie ekonomisty, bo był lekko łysawy i w okularach. Wyjął z kieszeni marynarki karteczkę złożoną w pół. Kiedy padły pierwsze słowa: „Mam sukienkę w biedronki…”, popatrzyliśmy na siebie niepewnie. Podobnie jak wiele pokoleń funduszowych dzieci później. Ktoś mi opowiadał, że dwóch polskich naukowców w labie na Harvardzie rozpoznało się jako dzieci funduszowe właśnie po znajomości tej frazy. Pochodziła z wiersza pewnej absolwentki naszej organizacji, którą dyrektor Rakowski bardzo cenił. Dziewczyna ostatecznie zarzuciła pisanie wierszy, skończyła socjologię i zajęła się marketingiem, ale jej wiersze były odczytywane przez wiele lat podczas organizowanych przez nas zajęć.
Uważam takie zachowania za „znamiona kultury oralnej”. Zapisane mamy tylko to, co naprawdę konieczne ze względu na obowiązujące przepisy. Jak najwięcej chcemy utrwalić w pamięci naszych dzieci, w tym umiejętność prowadzenia rozmowy czy przedstawiania swoich racji. Podczas obozów i warsztatów przygotowują więc krótkie prezentacje i wykłady o tym, co ich aktualnie interesuje. Tutorzy – często to nasi wychowankowie – nie pojawiają się na obozach, żeby uczyć. Pracujemy wspólnie, a przepływ wiedzy i kompetencji odbywa się w obie strony. Sposób myślenia i działania przechodzi na kolejne pokolenia, które uczą się, że nie jest ważne, „jak” dobrze coś zrobiłeś, lecz „że” to zrobiłeś. W sprawozdaniach pisanych przez dzieci zdarzało mi się później przeczytać: „Poczułem ulgę, bo okazało się, że nie muszę być zawsze najlepszy”. Przyjeżdżają przecież z miejsc, gdzie jako superzdolni są zagłaskiwani na śmierć, ale też oczekuje się od nich, że wygrają każdy konkurs czy olimpiadę. U nas mogą być wciąż dziećmi, które pcha do przodu ciekawość, nie konkurencja. To, że nasi stypendyści rozmawiają o syntezie melatoniny albo o owcach, które wedle Fernanda Braudela ważyły w XVII w. jedynie sześć kilo, nie zmienia tego, że są dziećmi. Co powiedziawszy, od razu zaznaczę, że te dzieci traktujemy jak dorosłych: negocjujemy decyzje i liczymy się z ich zdaniem.
Epopeja na rowerach
Na przykład ze zdaniem na temat spektaklu Soplicowo – owocilpoS. Suplement, który Maria obejrzała z uczestnikami specjalistycznych warsztatów badawczych, organizowanych przez Fundusz we współpracy z instytucjami PAN i wydziałami uczelni. Do Warszawy przyjeżdżają wtedy młodzi ludzie z całego kraju, żeby obserwować prace chemików organicznych, fizyków albo matematyków – a bywa, że także w nich uczestniczyć. Tym razem zjawili się informatycy, zdziwieni, że mailem przesłano im zamiast zadań przygotowujących do warsztatów tekst Pana Tadeusza. Zadania też otrzymali, ale przypomnienie epopei było przygotowaniem do odbioru spektaklu w reżyserii Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym. To część programu warsztatów: jeden wieczór uczestnicy spędzają w teatrze, kolejny na omawianiu tego, co widzieli.
Informatycy wrócili z teatru poirytowani. Co to za spektakl, podczas którego dwie grupy ludzi albo jeżdżą po scenie na rowerach, albo tańczą poloneza, a w pewnym momencie zaczynają nawet szczekać? Po co czytali tekst, skoro przez półtorej godziny nie pada ani jedno słowo? Czy niedźwiedź, który cały czas był na scenie, miał symbolizować Rosję? Nie? On tylko podtrzymywał słup w scenografii? A rower? Co symbolizował rower?
„Oczywiście Holandię” – odpowiedziała Maria na tyle poważnie, że wszyscy się zorientowali, że szkolne wyobrażenia na temat epopei narodowej po obejrzeniu warszawskiego spektaklu można jedynie obśmiać. Dwie grupy rowerzystów, pokazane w spektaklu, niczym przecież nie różnią się od siebie. Pozostają jednak w permanentnym konflikcie, jakby nie znały wspólnego języka…. Dalej rozmowa jakoś już poszła, choć z trudem przebijało się myślenie, że spektakl nie potrzebuje słownika ani interpretacji zgodnej z reżyserskim zamysłem. W takich sytuacjach Maria obserwuje, jak z funduszowych dzieci wychodzi szkoła, gdzie własne myślenie uczniowie uważają za mniej wartościowe od prezentowanego na lekcjach. Nie mówią więc tego, co myślą. Albo nie mówią wcale, albo dokładają starań, by trafić w nauczycielskie oczekiwania.
Balet w butach narciarskich
– W szkole otrzymałam niezliczoną ilość pał z dyktand. Nauczyciele nie mogli się nadziwić: tyle czyta, a wciąż robi podstawowe błędy. Byłam dysortografikiem, ale w latach 80. nikt tego nie diagnozował, więc pozostawały żmudne ćwiczenia, by nauczyć się na pamięć poprawnej pisowni. Uratowała mnie genialna rada mojej mamy, bibliotekarki: „Nie wiesz, jak się pisze »środa«, napisz »czwartek«”. Przydało mi się to, kiedy po napisaniu pracy magisterskiej z epistemologii skończyłam filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim i po bezskutecznym szukaniu zatrudnienia przez biuro pośrednictwa pracy ostatecznie znalazłam się w Zakładzie Nauk Humanistycznych Politechniki Rzeszowskiej. Moi studenci, z Wydziału Technologii Budowy Maszyn i Inżynierii Sanitarnej, wybrali ćwiczenia z filozofii, bo odpowiadała im pora. Jak im opowiadać o św. Augustynie albo Heglu? Gdy przyszła kolej na empirystów brytyjskich, ustawiłam krzesło na biurku. Uzyskawszy spodziewaną odpowiedź na pytanie, co widzą, odpowiedziałam: „Panowie się mylą”. W tym momencie odpływały myśli, co planują robić po zajęciach albo z czego zrobić kolację w akademiku. Miałam ich uwagę! Musiałam ją jednak utrzymać przystępnym wyjaśnianiem skomplikowanych kwestii. Umiejętność zastępowania trudnych słów znanymi opłaciła mi się wielokrotnie, bo nie potrafię mówić do ludzi, którzy mnie nie słuchają.
Czy ktoś mnie słucha, gdy mówię o edukacji? Raczej nie, bo uczestnicząc w kolejnych dyskusjach na ten temat, wciąż mam wrażenie, że zasiadam wśród ludzi obserwujących baletnice, którym kazano tańczyć Jezioro łabędzie w butach narciarskich. Oni widzą, że coś jest nie tak, lecz proponują: „Zmieńmy kolor ich strojów”, „A może złote klamerki zamiast różowych?”. W Funduszu przekonujemy: „Zdejmijcie im te buty!”. Bo przecież chyba wszystkim nam zależy na swobodnym, pełnym wdzięku tańcu, czyli na pobudzaniu w młodych ludziach naturalnej ciekawości, wytrwałości intelektualnej i otwartości na współpracę w grupie. Na kształtowaniu w nich samodzielności i odwagi.
Trudno zreformować edukację, bo, po pierwsze, szkoły – ponieważ są prowadzone przez organy samorządu terytorialnego – tak naprawdę zależą od wyborców, czyli od rodziców. Każdy z nich chodził do szkoły, więc nie jest im łatwo wyobrazić sobie inne uczenie i wychowywanie niż znane z ich doświadczenia. Tymczasem edukacja publiczna powinna wykraczać poza to, co oferuje dzieciom dom rodzinny i lokalne środowisko, poszerzać ich obraz świata, a przede wszystkim przygotowywać młodych ludzi do roli obywateli. Choćbyśmy tego bardzo chcieli – a chcieli tego autorzy reform edukacyjnych z lat 90. – nie istnieje szkoła pozbawiona przekazu edukacyjnego ani ideowego. I on mógłby być taki, jakiego dzisiaj byśmy sobie życzyli: obywatelski, propaństwowy, świecki, europejski, równościowy, ekologiczny. Ubezwłasnowolnieniu szkoły, zależnej i od administracji publicznej, i od samorządowej, nie pomaga, że polskie szkoły nie mają osobowości prawnej. Utrudnia im to nawet kupno biletów do teatru, o poważniejszych przedsięwzięciach nie wspominając. Zarządzaniem pieniędzmi zajmują się stowarzyszenia rodzicielskie – kolejne ciało, od którego zależy polska szkoła. To także za sprawą rodziców tak silny jest w niej duch konkurencji, a tak słaby duch wspólnoty. Ranking – zapowiedź przyszłej kariery – jest ważniejszy dla wielu z nich od wiedzy na temat słabych i mocnych stron dzieci.
Po drugie…
Kto rozumie wszystko?
Żeby opowiedzieć, co było „po drugie”, trzeba przywołać historię chłopaka z Ustjanowej niedaleko Ustrzyk Dolnych, który napisał do Funduszu, że składa motocykle i interesuje się fizyką.
„Może umieć za mało, nie poradzi sobie u nas” – Maria słuchała przestróg konsultantów, z którymi analizuje wszystkie zgłoszenia, ale wiedziała swoje: chłopak walczy o siebie, rosnąc na jałowej glebie, jeżeli oni mu nie pomogą, nie zrobi tego nikt. Zaproszono go na warsztaty, po czym z każdym dniem obserwowano, jak konstruktor motocykli coraz bardziej zamyka się w sobie. Nie korzystał z zajęć – na oko widać było, że pewne kwestie są dla niego za trudne. I jak działania Funduszu mają być dla młodego człowieka kołem zamachowym, tym razem zatapiały go niczym koło młyńskie.
Takim uczniom mogliby pomóc nauczyciele z małych szkół, dalekich od ośrodków akademickich, gdyby wiedzieli jak. Fundusz uruchomił więc za pieniądze prywatnego banku Inspiratorium szkolenie dla nauczycieli, po którym nie wydaje się zaświadczeń przydatnych w awansie zawodowym. Tak jak dzieci nauczyciele zapraszani są na dwa obozy letnie i dwa spotkania w ciągu roku w Warszawie. Wybierają zajęcia, podpatrują pracę tutorów. Jedna z uczestniczek, z kilkunastoletnim stażem pracy w zawodzie, dowiedziała się wówczas, że uczniowie nie muszą wszystkiego po lekcji rozumieć. Stanem pożądanym nie jest włożenie pakietu informacji do głowy – tego samego do każdej – tylko zainspirowanie do dalszych, także samodzielnych, poszukiwań. Inni nauczyciele chcieli nauczyć się skutecznego sposobu zaciekawiania wiedzą, jednak nie umieli powiedzieć, jak pracują ich uczniowie. Wielu bezradnie przyznawało, że nie potrafią śledzić ich pracy, kiedy prowadzą lekcje i realizują program.
A więc po drugie…
Szkoła urzędników i policjantów
– Uczestnicy kolejnych dyskusji o dziewczętach, które tańczą w butach narciarskich, prawie nigdy nie mówią o kształceniu nauczycieli. Niezależnie od kolejnych reform i zmian oni mają się dostosować. A jeśli tego nie potrafią albo nie chcą? Co wtedy się stanie? Ano to, co przerabiamy od lat, kiedy niezależnie od szczytnych zamiarów wychodzi nam mniej więcej to samo: szkoła, która uczy przyszłych urzędników i policjantów. Gdzie ceni się posłuszeństwo, a nie akceptuje pytań – tych wynikających zarówno z dociekliwości, jak i z niezrozumienia. Szkoła, która wychowuje hipokrytów, przekonanych, że nie można powiedzieć „nie wiem”, więc nawet wykształceni ludzie uważają, że trzeba udawać znajomość odpowiedzi na każde pytanie. Gdzie od maleńkości wtłacza się myślenie, że zdolni muszą konkurować, a przegrywają tylko nieudolni.
W ten sposób tracimy ludzi. Nie tylko wybitnie zdolnych. Wszystkich, wychowując ich na osoby, które boją się nawet własnej niewiedzy. A co może być bardziej budującego w życiu od ciekawości? No co?
***
Kiedy tramwaj dojeżdża na Ochotę do siedziby Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, Maria Mach dociera do 340. wersu eposu Homera – ostatniego, który zdołała opanować na pamięć. Za dwa–trzy dni, kiedy nauczy się kolejnych linijek, znowu powtórzy całość. To najlepsza terapia: otworzyć czekający w pamięci tekst i odświeżać go wers po wersie, automatycznie wyłączając się z zapętlonego myślenia o problemach albo zmartwieniach. Iliada potrafi na dodatek zadziałać jak modlitwa – za każdym razem znany tekst uruchamia w duszy coś innego.
Wers z Iliady Homera w przekładzie Kazimiery Jeżewskiej (Wrocław 1982). Cytat na temat kolegiaty opatowskiej pochodzi z książki Jarosława Iwaszkiewicza Podróże do Polski (Poznań 2009)