Niemal cztery lata temu, tuż obok wsi Usnarz Górny, pojawiła się grupa migrantów, która została zatrzymana przez polską Straż Graniczną. Wśród nich była młoda Afganka z kotem na rękach, której zdjęcie obiegło media krajowe i zagraniczne, stając się jednym z symboli kryzysu – humanitarnego, migracyjnego, bezpieczeństwa lub wartości (niepotrzebne skreślić).
To właśnie od Usnarza temat migracji – podnoszony już w 2014 i 2015 r. – na dobre zagościł w polskich środkach masowego przekazu. Oczywiście prawa cyklu medialnego rządziły tym tematem jak każdym innym. To znaczy bywały okresy, w których o tym, co działo się na granicy, donosili jedynie dziennikarze zaangażowani lub regionalni, jednak istotne i sensacyjne zdarzenia wynosiły migracje ponownie na czołówki portali i pierwsze strony gazet. Tak było, gdy rząd Prawa i Sprawiedliwości wprowadził stan wyjątkowy na Podlasiu, gdy przejście graniczne w Kuźnicy usiłowała przekroczyć duża grupa cudzoziemców albo gdy w tragicznych okolicznościach zginął polski żołnierz Mateusz Sitek.
Jaki obraz migranta czy uchodźczyni wyłania się z tych wiadomości? I jakie ma to znaczenie dla naszego społeczeństwa?
„Gdzie są dzieci”
– Temat migracji stał się w Polsce czymś na kształt dyskusji o piłce nożnej, tzn. każdy ma swoje zdanie i coś w tej kwestii do powiedzenia. To w dużej mierze efekt oddziaływania mediów – tłumaczy Olena Babakova, dziennikarka, badaczka migracji i wykładowczyni na Akademii Finansów i Biznesu Vistula.
Dyskusji wokół migracji towarzyszą skrajnie silne emocje – znów, podobnie jak w przypadku piłki nożnej. I tu, i tu niezwykle ciężko jest o zgodę czy choćby wysłuchanie swoich racji.
Tak jak wierni kibice, Polacy mają zazwyczaj zdecydowaną opinię na temat tego, czy Polska powinna się otworzyć na cudzoziemców czy nie (według sondażu pracowni Opinia24 z czerwca 2024 r. tylko 9% respondentów nie miało zdania w kwestii tego, czy powinniśmy przyjmować uchodźców) albo kim są ci, którzy docierają do naszych granic, w szczególności na granicę polsko-białoruską.
Można też zauważyć, że równie jednoznaczne stanowiska w tej sprawie zajmuje część dziennikarzy oraz redaktorów, i to nie tylko mediów tożsamościowych, ale także popularnych, centrowych portali informacyjnych. Wróćmy do Afganki z kotem pod czujnym okiem funkcjonariuszy SG. W pierwszych dniach i tygodniach kryzysu na granicy obecność kobiet i dzieci była wyraźnie podkreślana w mediach takich jak Onet, Wirtualna Polska i „Gazeta Wyborcza”.
Wywiezienie do lasu rodziny z dziećmi we wrześniu 2021 r. rezonowało w mediach przez co najmniej kilka tygodni. Grupę nazwano „Dziećmi z Michałowa”, od miejscowości na Podlasiu, gdzie znajdowała się placówka Straży Granicznej, w której znajdowały się dzieci i ich rodziny, zanim miały zostać wywiezione z powrotem do Białorusi. Incydent poruszył opinię publiczną, w obronie „Dzieci z Michałowa” odbyły się protesty w największych polskich miastach. Działania Straży Granicznej zostały potępione przez wielu dziennikarzy, którzy wzięli stronę organizacji pomocowych, niejako powielając ich narrację. „Dzieci z Michałowa głodują na granicy. To już pewne”; „»Push-back« małych dzieci. Uchodźcy wywożeni na granicę”; „Nie przestawajmy pytać »Gdzie są dzieci z Michałowa?«. To odtrutka na jad sączony przez władzę”; „Dzieci z Michałowa. Gdzie są? Straż Graniczna: Ich rodzice nie chcieli pomocy w Polsce” – to tylko kilka tytułów z tamtego okresu, które wyskakują w internetowej wyszukiwarce.
Emocjonalne teksty podkreślające niehumanitarne traktowanie osób na granicy przez kolejne tygodnie, miesiące i wreszcie lata stopniowo zaczęły ustępować miejsca treściom skupiającym się na bezpieczeństwie państwa, podążając za coraz ostrzejszą narracją polityków.
– Na początku częściej oddawano głos organizacjom humanitarnym, przedstawiając prawnoczłowieczą perspektywę na te wydarzenia. Teraz zdecydowanie rzadziej spotykam się z wypowiedziami działaczy w popularnych mediach – przekonuje Babakova.
To, że w kontekście kryzysu na granicy częściej słyszymy o tzw. młodych byczkach niż o kobietach i dzieciach, wcale nie znaczy, że zmienił się profil demograficzny osób, które docierają na granicę polsko-białoruską. Według danych stowarzyszenia We Are Monitoring liczba dorosłych mężczyzn była zdecydowanie większa niż liczba dorosłych kobiet i osób małoletnich, mniej więcej w stosunku setek do dziesiątek, i to od samego początku kryzysu.
Co bynajmniej nie znaczy, że nie było i nie ma tam rodzin z dziećmi – przeciwnie, docierają na Podlasie cały czas. To media zdecydowały się przenieść akcent na obecność mężczyzn – w ślad za doniesieniami SG i głosami polityków. I tak dziś dominuje obraz młodych, nierzadko agresywnych, migrantów w kontrze do kobiet i „Dzieci z Michałowa” z początku kryzysu.
Uchodźca czy migrant?
Polskie redakcje odpowiadają także za zamęt w kwestii nazewnictwa, stosując wymiennie i arbitralnie określenia „migrant” i „uchodźca”.
Tymczasem termin „uchodźca” został dokładnie zdefiniowany w konwencji genewskiej z 1951 r. i opisuje osobę, która „na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem w kraju pochodzenia z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań politycznych lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może lub nie chce korzystać z ochrony tego kraju”.
Można się oczywiście spierać, na ile ta definicja przystaje do dzisiejszej rzeczywistości – np. co z osobami, które muszą uciekać z powodu skutków zmian klimatu? Niemniej jest ona prawnie obowiązująca także w Polsce.
Pojęcie „migrant” jest znacznie szersze i opisuje osobę, która podjęła decyzję o przemieszczeniu się, niezależnie od przyczyn. Tu istnieją różne definicje. Przykładowo według ONZ za migranta uważa się osobę, która żyje w obcym kraju ponad rok. Nieistotne jest przy tym, czy osoba była w ojczyźnie zagrożona czy nie i czy przekroczyła granicę w sposób uregulowany.
„Nazywanie uchodźców migrantami czy też imigrantami pomija kwestię prześladowań i zagrożenia życia, co w konsekwencji może prowadzić do zmniejszenia społecznej wrażliwości na ludzką tragedię” – czytamy w poradniku dla dziennikarzy Jak pisać i mówić o uchodźcach, wydanym w 2002 r. przez medialny think tank Instytut Zamenhofa.
Ale co zrobić, jeśli nie wiemy, czy dana osoba uciekła przed niebezpieczeństwem czy z powodu kryzysu ekonomicznego w swoim kraju? Wydaje się, że warto w tym wypadku stosować pojęcie szersze. Ciekawą propozycją jest postulowane przez organizacje humanitarne określenie „osoby w drodze” (zaczerpnięte od angielskiego people on the move), które jest nie tylko pojemne, lecz też wolne od negatywnych skojarzeń z zagrożeniem czy wykorzystywaniem systemu pomocy społecznej, w przeciwieństwie do słowa „migrant” (swoją drogą, może warto spróbować odczarować to słowo?). Jak dotąd jednak „osoby w drodze” pojawiają się jedynie na obrzeżach medialnego spektrum.
Także autorzy poradnika Instytutu Zamenhofa zwracają uwagę, że określenie „nielegalny migrant / uchodźca” jest stygmatyzujące. Nielegalne mogą być działania, ale nie ludzie.
„Osoby, które przebywają na terytorium Polski bez odpowiednich dokumentów, nazywajmy migrantami / uchodźcami o nieuregulowanym (nieudokumentowanym) statusie” – rekomendują.
„Nielegalni imigranci” pojawiali i pojawiają się w artykułach prasowych wręcz nagminnie. Podobnie jak popularne, krzywdzące i budzące lęk określenia zbiorowe, takie jak „fala uchodźców” (zrównanie osób ze stanem w przyrodzie) czy „najazd imigrantów” (utożsamienie z agresją zbrojną), które również upodobali sobie polscy redaktorzy.
Z drugiej ręki
Dehumanizujący język i wojenne metafory („inwazja”, „szturmowanie granicy”, „presja migracyjna”) zaczęły pojawiać się w mediach po 2 września 2021 r. To właśnie wtedy ówczesny rząd wprowadził na granicy strefę stanu wyjątkowego.
Wyłączenie z dostępu obszaru przygranicznego do 3 km w głąb kraju miało tak naprawdę na celu ukrycie przed świadkami pushbacków, czyli wywożenia osób za granicę bez przyjęcia ich wniosków o ochronę, stosowanych wobec cudzoziemców przez Straż Graniczną i Wojsko Polskie. Źródła, którymi dysponujemy, nie wskazują bowiem, by w tym okresie znacząco więcej osób chciało dostać się do kraju ani by radykalnie wzrosło zagrożenie dla bezpieczeństwa regionu.
Wobec zakazu wjazdu na Podlasie redakcje były zmuszone w dużej mierze polegać na relacjach Straży Granicznej i organizacji humanitarnych oraz posiłkować się retorycznymi wybiegami samych polityków. Jedynie nieliczni dziennikarze zdecydowali się łamać obowiązujący zakaz, by wjechać w strefę, za co groziła – jedynie – grzywna.
Karolina Bloch z Centrum Analiz Kryminologicznych UW w swoich badaniach skupiła się na dyskursie medialnym na cztery tygodnie przed wprowadzeniem strefy stanu wyjątkowego i cztery tygodnie po jego wprowadzeniu. Przeanalizowała wiadomości pojawiające się w trzech największych portalach informacyjnych – Interii, Wirtualnej Polsce i Onecie.
„Narracja drugiego okresu objętego analizą jest prowadzona w sposób bardziej oficjalny, co wynika z ograniczenia dostępności. W tym czasie w cytowanych źródłach częściej niż wcześniej pojawiają się wypowiedzi przedstawicieli i przedstawicielek Straży Granicznej i rządu (…), [a] uchodźca stawiany jest w bardziej negatywnym świetle i przedstawiany jako zagrożenie” – pisze badaczka.
Zamknięcie strefy przygranicznej wpłynęło zatem na zwiększenie liczby treści medialnych o antyimigracyjnym wydźwięku, a do tego im ostrzejsza retoryka polityków, tym bardziej sensacyjne cytaty. Co więcej, brak wypowiedzi samych osób migrujących sprawił, że indywidualna, ludzka perspektywa tego kryzysu właściwie zniknęła z przekazywanych relacji. Podstawowym źródłem informacji, zamiast doniesień z terenu, stał się internet, a przede wszystkim social media.
– Nie da się mówić o medialnej reprezentacji migrantów i sytuacji na granicy, pomijając narrację pojawiającą się w mediach społecznościowych. Większość materiałów dziennikarskich, nie tylko tych dotyczących migracji, robionych jest „zza biurka”, a autorzy opierają się w głównej mierze na tym, co zostało opublikowane na serwisach typu X czy Facebook – komentuje Agnieszka Całek, medioznawczyni z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Całek wskazuje przy tym, że tempo pracy w newsroomie niespecjalnie daje możliwość weryfikowania doniesień Straży Granicznej (która też musi dbać o swój PR), wypowiedzi polityków i organizacji pozarządowych, brakuje też czasu na pogłębienie tematu.
Na to jest miejsce w tygodnikach opinii i portalach nastawionych na publicystykę lub reportaż – te jednak cieszą się w Polsce mniejszą popularnością niż portale informacyjne. A do tego oferowane przez nie treści są często płatne – aby do nich dotrzeć, czytelnicy muszą zatem wykazać się dodatkową determinacją.
Do jednej bramki
Z analizy Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego (OBM UW) realizowanej w ramach projektu „Poprawa warunków życia i pracy gospodarstw domowych migrantów o nieuregulowanym statusie w Europie” (ang. I-CLAIM), przeprowadzonej w latach 2019–2023 (a więc zainaugurowanej jeszcze przed Usnarzem Górnym), wynika, że organizacje społeczne, politycy oraz media używają nieco innych narracji dotyczących migracji. Co ciekawe, okazuje się też, że sposób opowiadania tych dwóch ostatnich jest bardziej zbieżny niż organizacji pozarządowych.
Analiza mediów objęła cztery dzienniki ogólnopolskie: „Gazetę Wyborczą”, „Rzeczpospolitą”, „Gazetę Polską Codziennie” oraz „Fakt”. Treści każdego z tych tytułów różniły się, jednak ich wspólnym mianownikiem było oddawanie większego pola głosom polityków kosztem głosów organizacji skupiających się na humanitarnym wymiarze sytuacji na granicy. Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej była przedstawiana w kategoriach zagrożenia, a cudzoziemcy opisywani jako narzędzie w rękach białoruskiego i rosyjskiego reżimu.
– W pewnym sensie dyskurs medialny pomagał, i nadal pomaga, wzmacniać dyskurs polityczny wokół migracji, a jednym z jego kluczowych wątków jest bezpieczeństwo społeczeństwa polskiego – mówią mi badaczki OBM.
Wskazują również, że wątek bezpieczeństwa przewijał się regularnie w przekazach wszystkich trzech grup – mediów, polityków i organizacji humanitarnych. Przy czym te ostatnie podkreślały konieczność zapewnienia bezpieczeństwa osobom w drodze, zaś politycy, a za nimi media skupiali się przede wszystkim na potrzebie zabezpieczenia granicy przed „napływem imigrantów”. Tytuły prawicowe podkreślały z kolei potrzebę ochrony „europejskich wartości i kultury”, którym zagrażać mieliby cudzoziemcy z krajów muzułmańskich.
Ofiary z Ukrainy, agresorzy z Syrii
Minęło niewiele ponad pół roku od pojawienia się młodej Afganki z kotem w okolicach Usnarza, a już rozpoczął się drugi kryzys na naszej wschodniej granicy. 24 lutego 2022 r. rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, a u naszych drzwi stanęły setki tysięcy uchodźczyń i uchodźców.
„Musimy im pomóc, musimy ich przyjąć” – mówiły jednym głosem organizacje pomocowe, politycy oraz dziennikarze. Efekt?
W marcu 2022 r. aż 94% Polaków deklarowało gotowość do przyjęcia uchodźców z Ukrainy, wynika z danych CBOS.
Gdy nagle setki tysięcy ludzi zaczęły docierać na przejście graniczne w Medyce i innych miejscowościach, Polacy ruszyli na pomoc, wspomagając swoje państwo, które nie miało szans poradzić sobie z tak nagłym wyzwaniem. Dużą część medialnej przestrzeni w tamtym czasie zajmowały artykuły właśnie na ten temat.
Eksperci wskazują, że Polacy są znacznie bardziej przychylni uchodźcom, a szczególnie uchodźczyniom, z tzw. krajów bliskich kulturowo. Medialny obraz osób uciekających do Polski przed rosyjskim atakiem wzmacniał te pozytywne emocje – sympatia wobec Ukraińców od lutego 2022 wzrosła o 10 punktów procentowych.
Jest to wyraźna zmiana względem lat przed wybuchem wojny. „W polskiej mediosferze wciąż były powtarzane stereotypy o Ukraińcach, niekiedy zaliczanych do ogólnej kategorii »ruskich«. Na pierwszy plan wybijał się zmaskulinizowany obraz Ukraińca alkoholika i nacjonalisty oraz uległej, pracowitej Ukrainki” – stwierdzają w opublikowanym w „Kulturze i Społeczeństwie” studium Matka-Ukrainka z 2023 r. badacze Polskiej Akademii Nauk. Babakova dodaje do tego, że o migrantach zza wschodniej granicy pisało się też bardzo często jako o homo economicus, którego główną cechą jest wpływ na krajową gospodarkę. Jednak, wraz ze wzrostem liczby migrantów z Ukrainy przyjeżdżających do pracy, nastawienie Polaków ulegało poprawie. Sąsiedzi stali się nam bliżsi i bardziej znajomi, co dało się zauważyć także w polskich mediach.
Portale i dzienniki w tamtym czasie często powielały figurę „idealnego uchodźcy”, czyli biednej i wdzięcznej kobiety Ukrainki z dzieckiem.
Z czasem redakcje zaczęły poświęcać więcej uwagi wyzwaniom gospodarczym i politycznym, związanym z milionami ukraińskich uchodźców i uchodźczyń. Jednocześnie media – z nielicznymi wyjątkami – wyraźnie rozdzielały „uchodźców” z Ukrainy od „migrantów” na granicy polsko-białoruskiej.
– Redakcje postawiły na prostą dychotomię: istnieją „właściwi” i „niewłaściwi” uchodźcy. Dziennikarze w swoich materiałach zręcznie pomijają kwestię koloru skóry, która jednak ma w tym podziale kluczowe znaczenie – przekonuje Babakova.
Kim jest Inny?
Zdecydowana większość artykułów prasowych na temat osób migrujących, opublikowanych w ciągu ostatnich lat, buduje obraz jednolitej masy Obcych, budzących litość (Ukraińcy, a zwłaszcza Ukrainki, ewentualnie Białorusini, Białorusinki) lub niosących zagrożenie (migranci, głównie mężczyźni z państw muzułmańskich).
Potwierdzają to badania Agnieszki Całek. Jej analiza popularnych portali ogólnoinformacyjnych wskazuje na trzy sposoby ukazywania Innego – po pierwsze, jako „abstrakcyjnego, kłopotliwego i masowego problemu o charakterze politycznym”. W tym przypadku człowiek staje się procentem, kwotą, pewnym zjawiskiem, które niesie określone skutki.
Po drugie, Inny jest ukazywany jako zły, zagrażający, również masowy. „W tym kontekście pojawiają się liczne niebezpieczeństwa, od terroryzmu i zagrożenia epidemiologicznego, do takich jak ekspansja religijno-kulturowa oraz brak szacunku dla Europejczyków i interesowność przejawiająca się głównie w zakusach na socjalne benefity. Ten typ narracji demonizuje uchodźców” – stwierdza badaczka.
Wreszcie trzeci sposób to Inny jako osoba krzywdzona, bezbronna, zagrożona, choć przecież „taka jak my”. W tym kontekście najczęściej mówiono o kobietach, dużo rzadziej o mężczyznach. Z analizy Agnieszki Całek wynika jednak, że to tylko margines badanych artykułów. „W tym typie narracji zdarzają się też nieliczne teksty oparte na klasycznych human stories, gdzie są prezentowane jednostkowe, konkretne historie osób i rodzin” – zaznacza Całek. I faktycznie, media najczęściej skupiają się na migracji i uchodźstwie jako na zjawisku, pomijając wymiar indywidualny, czyli po prostu ludzki.
Dobrze podsumowują to słowa Syryjczyka Ferasa Daboula z reportażu w OKO.press, cytowane w broszurze Instytutu Zamenhofa: „Jako uchodźca masz ograniczony wybór – możesz być albo ofiarą, albo zagrożeniem. A ja jestem sobą”.
„Humanitarne pushbacki”
15 października ubiegłego roku do władzy doszła nowa koalicja, która niosła pewną nadzieję na nową, bardziej humanitarną politykę wobec osób przekraczających granicę polsko-białoruską. Jeszcze przed objęciem urzędu premiera Donald Tusk zarzekał się bowiem, że polityka PiS wobec granicy polsko-białoruskiej jest karygodna.
Politycy tzw. Koalicji 15 października, stosując podobne metody jak ich poprzednicy (przywrócili choćby strefę zakazu przebywania), utrzymywali, że surowa polityka migracyjna nie pozostaje w sprzeczności z prawami człowieka.
Nowy wiceszef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Maciej Duszczyk w radiu TOK FM zapowiedział, że „zawrócenia będą dokonywane, gdy są robione w sposób etyczny, bezpieczny”. Praktyki rządowe pozostały jednak w dużej mierze takie same jak uprzednio. Prawnicy i organizacje pozarządowe kontrowały, że „zawrócenia”, czyli de facto pushbacki, są nielegalne oraz przemocowe i tym samym nie mogą być dokonywane w sposób etyczny ani humanitarny.
Jednocześnie media głównego nurtu, wcześniej nierzadko krytyczne wobec narracji rządowej, zaczęły „kupować” realpolitik premiera Donalda Tuska. Dyskurs wokół granicy polsko-białoruskiej uległ zaostrzeniu, a media skupiły się jeszcze mocniej na kwestii sekurytyzacji granicy. Z czasem całkowicie odeszły od cytowania strony reprezentowanej przez NGO-sy. Zaważyła na tym przede wszystkim śmierć polskiego żołnierza Mateusza Sitka, który zginął 6 czerwca 2024 r. w wyniku ugodzenia przez cudzoziemca na granicy polsko-białoruskiej.
Rządzący wykorzystali tę tragedię, by radykalnie zaostrzyć politykę migracyjną, ostatecznie zawieszając prawo do ubiegania się o ochronę międzynarodową na Podlasiu. Media zaś w sporej mierze skupiły swoją uwagę na trudnych warunkach pracy żołnierzy na Podlasiu.
Na pierwszy plan – z nielicznymi wyjątkami – ponownie wybiła się kwestia bezpieczeństwa, którego pozbawiać nas mają cudzoziemcy, poddani odpowiedzialności zbiorowej za fatalny atak. Migranci znów stali się synonimem zagrożenia i mało kto dociekał, kim dziś są osoby na granicy oraz dlaczego zaatakowano polskie służby.
To wszystko przełożyło się na nastroje społeczne. W przeprowadzonym w październiku 2024 r. sondażu na zlecenie radia ZET 45% Polaków odpowiedziało, że wschodnią granicę należy bronić nawet za cenę łamania praw człowieka.
– Terminy „uchodźca” i „migrant” zostały polskiemu odbiorcy zohydzone – przekonuje Olena Babakova.
– To, czy my uznajemy Innego za równego sobie, przyjaznego, zagrażającego czy neutralnego, w dużym stopniu zależy od tego, jakie mieliśmy doświadczenia. A że w Polsce mamy niewielką ekspozycję na inne kultury, równie ważne jest to, jakimi medialnymi treściami został nakarmiony nasz mózg – komentuje z kolei Agnieszka Całek.
Jak o osobach migrujących mówić i pisać inaczej? Na to pytanie odpowiedź próbują znaleźć badaczki Aleksandra Grzymała-Kozłowska i Kseniya Homel.
– Rekomendowaną alternatywą byłoby oddanie głosu samym migrantom i uchodźcom oraz skupienie się na ich różnorodności. W kontrze do tego, co aktualnie zdominowało medialny przekaz, można zacząć regularnie przedstawiać życie migrantów w naszym społeczeństwie, w tym pozytywne skutki ich obecności – stwierdzają. Nie mają przy tym wątpliwości, że brak tej alternatywy powoduje niechęć i radykalizację postaw względem migrantów i uchodźców w Polsce.
– Wzrasta poczucie braku zaufania, niebezpieczeństwa, co w skrajnych przypadkach skutkuje zjawiskami takimi jak tzw. patrole obywatelskie, które zajmowały się „zatrzymywaniem” cudzoziemców – mówią badaczki.
Kluczowa więc jawi się odpowiedzialność za słowo. W końcu to język kreuje naszą rzeczywistość i nie jest to wcale stwierdzenie przesadne.