Subskrybuj
Krzysztof Smolnicki fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl
Krzysztof Smolnicki fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Wyborcza.pl
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Twarzą do rzeki

Śnięte ryby, małże i ślimaki, wyławiane latem 2022 r. z Odry, to nie masy gospodarcze, żeby je przeliczać na tony, ale konkretne, pojedyncze istnienia, których brak odczuje cała miejscowa przyroda. Ile zostanie wyłowionych tego lata?

Wysadzaną kocimi łbami ulicę św. Wincentego na Nadodrzu zamyka perspektywa kominów pobliskiej Elektrociepłowni Wrocław. W odległości kwadransa niespiesznego spaceru od kominów znajduje się most Uniwersytecki przerzucony przez jedną z odnóg przepływającej przez miasto Odry, ale w szerokim tunelu ulicy obudowanej ponadstuletnimi kamienicami kominy wydają się wyrastać z ziemi niczym w otwartej przestrzeni. Do siedziby Fundacji EkoRozwoju na Nadodrzu nie prowadzi jednak most, tylko długie wejście, gdzie czekają na przybyszy zwierzęta i drzewa. Kolorowy mural z ich podobiznami przeprowadza do rozświetlonej przestrzeni podwórka między kamienicami. Otwarte od zachodu, ma hektar powierzchni, bo niemieccy planiści, projektując nowe kamienice w dzielnicy Elbing na północ od Ostrowa Tumskiego, chcieli uniknąć pułapek życia w gęstej zabudowie starszej części Śródmieścia. Mieszkańcom nowych domów zapewnili więc dostęp do słońca i otwartą przestrzeń za oknem.

Droga spod muralu prowadzi wprost do kępy traw i krzewów, oddzielającej dwa parterowe budynki. W jednym produkowano kiedyś kit, w drugim najpewniej była stajnia. Mniej więcej 10 lat temu miasto oddało ekologom z fundacji obie ruiny, wraz z rozjeżdżonym placem parkingowym wokół, w dzierżawę i do generalnego remontu.

Krzysztof Smolnicki, hydrogeolog i szef fundacji, w silnym świetle marcowego słońca obserwuje pierwsze szpaki, które pojawiły się przy budkach zawieszonych na fasadzie jednego z budynków. Siedziba Fundacja EkoRozwoju jest modelowym ośrodkiem edukacji ekologicznej. W dawnej wytwórni kitu ogrzewanie zapewnia więc pompa ciepła, prąd produkują panele fotowoltaiczne, ceglane mury ociepla ponad 20-centymetrowa warstwa styropianu, przykryta elewacją w postaci tynku barwionego w masie. Na dachu znalazły się ule pszczół miodnych. Do tego zbiorniki na deszczówkę, skrzynki z pędami ziół, własnym sumptem zbudowane domy dla owadów. W niebo pnie się grusza konferencja.

Apka dla rzeki

– W lipcu 2022 r., gdy wędkarze, społecznicy i ludzie mieszkający nad Odrą wyławiali miliony śniętych ryb, zobaczyłem skutki działania państwa, które systemowo i od lat toleruje nadmierne zanieczyszczanie wód. Dwa miesiące wcześniej, w maju, niedaleko stąd – na Wyspie Słodowej, z widokiem na Stare Miasto – podczas konferencji, jaką współorganizowałem jako przedstawiciel Międzynarodowej Koalicji „Czas na Odrę!”, słuchałem wystąpienia ważnego przedstawiciela Wód Polskich, który wyliczał, czego polskie instytucje rządowe nie realizują, choć powinny, jeśli chciałyby się dowiedzieć, jakiej jakości są nasze rzeki. Temat nie wywołał dyskusji. Jakby zabrakło sił na powtórzenie tych samych pytań w sytuacji, kiedy według raportu z 2020 r. Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska 98,9% polskich rzek jest w złym stanie. To znaczy, że prawie wszędzie jest źle. Dlaczego więc nie ma stacji pomiarowych co kilkadziesiąt km na dużych polskich rzekach, a więc nie tylko na Wiśle i Odrze? Dlaczego nie ma stałego monitoringu choćby kilku podstawowych parametrów, które pozwolą odpowiednio wcześnie dowiedzieć się, czy nie pojawia się zatrucie zagrażające środowisku? Informacje dotyczące np. współczynnika pH wody czy jej przewodnictwa elektrycznego pokazują skalę ewentualnego zasolenia rzeki, bo zasolona woda lepiej przewodzi prąd. Ważne jest badanie mętności wody i jej temperatury. Zebranie danych jest tak proste, że można byłoby je na bieżąco umieszczać w internecie – dostępne dla każdego.

Latem 2022 r. nie posiadał ich nikt, bo pierwszy punkt pomiarowy na Odrze, monitorujący stan rzeki całą dobę, znajduje się na wysokości Frankfurtu, czyli w Niemczech. Tymczasem pomór rozpoczął się w górnym biegu rzeki. Zresztą nie pierwszy w tamtym roku, ale najpewniej trzeci, tyle że śnięcia ryb, do jakich doszło w marcu i czerwcu w Kanale Gliwickim, uznano za nieistotne. Nikt więc nie ustalał, co się stało.

Traktujemy rzeki niczym kanały ściekowe, a na wodę – potrzebną nam do życia jak czyste powietrze – patrzy się przede wszystkim pod kątem jej wykorzystania w przemyśle.

Zanieczyszczone rzeki, płynące w zmienionym przez człowieka korycie, to widok tak powszechny, że przyjęło się uważać go za naturalny. Czy może nas więc dziwić, że winą za pomór żywych istot z Odry obarczono tylko złotą algę? Tymczasem ten mikroskopijnej wielkości glon jest tylko kulą wystrzeloną z pistoletu. Ktoś go naładował, ktoś pociągnął za cyngiel.

Zrzuty i składy

Prymnezyny – jeden z kilku rodzajów toksyn wydzielanych przez złotą algę – są zbudowane m.in. z atomów chloru i potrafią uszkodzić skrzela, doprowadzając do ich krwawienia. Zdezorientowane substancją ryby, małże i kijanki wytwarzają więcej śluzu, opadają na dno, szukając wody, którą oddychanie nie przynosi bólu. Bywa, że ryby próbują zaczerpnąć powietrza nad powierzchnią wody albo wydostać się na jej brzeg.

Gdyby Odra nie była rzeką regulowaną, z utwardzanymi brzegami i pogłębianym dnem, jej kręgowi i bezkręgowi mieszkańcy mogliby szukać schronienia w zakolach i odpływach. Ponieważ Odra jest „porządkowana” od co najmniej 1819 r., kiedy państwo pruskie zdecydowało o kompleksowej jej regulacji – oddalone od głównego nurtu zatoczki nie powstają.

Złota alga to nieuniknione następstwo obecności ścieków w rzekach w ilościach za dużych, by ta w naturalny sposób mogła sobie poradzić z ich przetworzeniem. Kumulacja to z kolei skutek braku kontroli nad liczbą wydawanych pozwoleń na zrzut zanieczyszczeń, wykonywany w dużej mierze przez spółki Skarbu Państwa, np. śląskie kopalnie czy kombinat miedziowy w Lubinie. Zgodę otrzymuje każde przedsiębiorstwo, które potrzebuje się ich pozbyć i wystąpi o nią do odpowiedniej instytucji. Jak przekonują autorzy Białej księgi polskich rzek (czyli eksperci pracujący dla pięciu organizacji pozarządowych, które ją opracowały: ClientEarth. Prawnicy dla Ziemi, Frank Bold, Greenmind, OTOP. BirdLife Polska, WWF Polska), wydanej w marcu 2023 r., nie istnieją mechanizmy – przewidywane prawem czy stosowane przez odpowiednie instytucje – które na bieżąco oceniałyby wpływ skumulowanego zrzutu ścieków o różnej zawartości chemicznej do tej samej rzeki. To oznacza, że trudno powiedzieć, co dokładnie składa się na zanieczyszczenia oraz skąd i w jakiej ilości wpływają one do Odry, Wisły, Warty czy innej polskiej rzeki. Wydając pozwolenie, nie bierze się pod uwagę stanu rzeki, ile jest w niej wody i jaka jest temperatura otoczenia.

Przedsiębiorstwo, jak stanowi prawo wodne, za wyrzucenie ścieków do rzeki musi zapłacić. Jeśli jednak zrzut strumienia substancji chemicznych nie zostanie za ściek uznany, nawet jeśli zanieczyszcza rzekę, opłata pobierana nie jest. Ten sam kodeks obliguje kopalnie do oczyszczania zasolonej wody – produktu ubocznego ich działalności, z którego powinny być usuwane sól oraz chlorki i siarczany. Tyle że zarządcy kopalń, jak znowu sprawdzili autorzy Białej księgi…, nie mają motywacji do podejmowania takich działań, bo pozbawione opłat limity dla usuwania tych związków są na tyle wysokie, że w „praktyce wręcz nieskończone”. Same opłaty z kolei na tyle niskie, że nie dopingują do oczyszczania zasolonych wodnych odpadów.

Wracając do złotej algi, która miała być kulą włożoną do pistoletu. Bronią był niekontrolowany zrzut kopalnianej solanki, wzbogacony przeciekami nawozów sztucznych z pól i ściekami komunalnymi. Prawdopodobnie ani większy, ani mniejszy niż o innych porach roku, ale poziom wody w Odrze, obniżony bezśnieżną zimą i upałami trwającymi od czerwca, zrobił z rzeki mieszankę chemicznych substancji o stężeniu sprzyjającym pojawieniu się mikroglonów, które do życia potrzebują zasolenia porównywalnego z występującym w Bałtyku. Biorąc pod uwagę, kto produkuje zanieczyszczenia i nie kontroluje wielkości ich zrzutów do rzek, tym, który pociągnął za cyngiel, był twórca antropocenu – człowiek.

A może ogród deszczowy?

– W lipcu 1997 r., kiedy wielka woda zalewała Wrocław, budowałem wał w poprzek ul. Kołłątaja. Sypaliśmy piasek do worków zabranych z naszej fundacji, układając jeden na drugim, niemal bez szczelin, aż powstał mur. Woda opłynęła nasz wał po bokach. Przy jednym z lokalnych przedsiębiorstw woda wybiła szambo, bo pracownicy zablokowali jej wejście, obkładając workami z piaskiem potężną bramę wejściową. Nikt nie był przygotowany do takiego starcia, więc reagowaliśmy standardowo: płynie wielka woda, więc trzeba stawiać jej zaporę, żeby zalała jak najmniej. To błąd – nie sposób zbudować w kilka godzin czy nawet dni tak wysokich czy grubych wałów, które zdołałyby powstrzymać wodę powodziową. Kiedy się pojawia, należy się spakować, a potem, zabierając najbliższych i zwierzęta, przenieść się w bezpieczne miejsce. Woda musi się rozlać. Nawet Rynek we Wrocławiu i Ostrów Tumski udało się ocalić dlatego przede wszystkim, że są położone kilka metrów wyżej od reszty Śródmieścia.

W czasie tamtej powodzi i ćwierć wieku później nie zawiedli jednak ludzie. W 1997 r. pracowali przy pomocy zagrożonym i ewakuacji. W 2022 r. o ławicach śniętych ryb zaalarmowali świat wędkarze, a wyciągali je z trzcin żyjący przy rzece ludzie. Dlatego wierzę w ludzi i ich pytałbym o zdanie, co chcą zrobić ze swoją rzeką.

Dziesięć lat temu, gdy zakładałem ze znajomymi Alarm Smogowy we Wrocławiu – zainspirowany do tego aktywistami z Krakowa – znajomy rowerzysta od lat walczący o ścieżki rowerowe w mieście, który na pewno zdawał sobie sprawę, jak szkodliwe są zanieczyszczenia, powiedział bez ogródek: „Powietrze? Kto się przejmie tym, czego nie widać?”. Dzisiaj, kiedy w każdym smartfonie może być aplikacja do pobierania danych o jakości powietrza, nikt nie zadałby takiego pytania. Kto jednak interesuje się jakością wody w najbliższej rzece? Policzmy: mieszkańcy przybrzeżnych miejscowości, wędkarze, osoby, które biegają wzdłuż rzeki, korzystają z nadrzecznych tras rowerowych, biwakują i kajakują, przychodzą popływać. To jeszcze nie wszyscy, ale jest komu zadać kilka pytań: jaki macie pomysł na swoją rzekę? Chcecie mieć rzekę z wyregulowanym nabrzeżem i pogłębionym korytem, wyłożonym kamieniem, po której od czasu do czasu przepłynie barka? A może myślicie o nasadzeniach, które pozwoliłyby urządzić w rzecznej dolinie ogród deszczowy, zdolny zatrzymywać wodę, zabezpieczając jej zasoby na czas suszy?

Rozwiązań jest zawsze więcej niż jedno. Wystarczy zapytać ludzi.

Stopnie zniszczenia

Kryzys na rzece to nie tylko strach wywołany bliskim sąsiedztwem żywiołu, który może w kilkanaście minut zalać dorobek życia albo zmienić się w trującą strugę. To także okazja do zmiany. Jeśli założyć, że obwałowania przeciwpowodziowe są potrzebne przede wszystkim w miastach i na terenach uprzemysłowionych, a pozostałe można ochronić, pozwalając rozlewać się wodzie niemieszczącej się w korycie, można odsunąć wały od rzeki. Można też, żłobiąc ciężkim sprzętem pionowy uskok w dnie rzeki i obudowując jej koryto faszynami lub betonem, wybudować stopień wodny, by z rzeki stworzyć kanał do żeglugi. Inwestycję niebezpieczną dla nadrzecznych ludzkich siedlisk, kiedy przychodzi powódź.

Pierwsze rozwiązanie zrealizowano w Tarchalicach w gminie Wołów, gdzie dwie miejscowości spustoszyła powódź z 1997 r. Odsunięte od Odry na 6 km obwałowania przeciwpowodziowe utworzyły w 2015 r. 600-hektarową przestrzeń terenów zalewowych, na których wyrosły lasy łęgowe, a dawno niewidziane w tym regionie ptaki nadrzeczne odtworzyły siedliska. Zatoczki i ustronne rozlewiska mogą też stać się schronieniem dla ryb, jeśli w głównym nurcie pojawiłyby się substancje szkodliwe albo obniżyłyby się poziom wody i jej natlenienie. Ludzie, dla których z kolei przewidziano ścieżki rowerowe i spacerowe na 10% powierzchni, przekonali się w 2020 r., dlaczego drzewa i podmokłe łąki skuteczniej zabezpieczają przed powodzią niż najwyższe obwałowania. Powodziowa woda rozlała się na pozostawionym jej obszarze wchłaniana przez łęgi i łąki, które zadziałały niczym gąbka, osłabiając jednocześnie siłę wody i obniżając falę powodziową. Nie zalało nikogo.

Od 2001 r., kiedy staraniem WWF Polska i Fundacji EkoRozwoju oraz fachowców polskich, czeskich i niemieckich ukazał się Atlas zalewowych obszarów Odry, wiadomo, ile takich terenów wzdłuż drugiej najdłuższej rzeki w Polsce można byłoby założyć. Mimo to powstał tylko jeden – w gminie Wołów pod Wrocławiem. Wyobraźnię rozbudza bowiem, o wiele skuteczniej od łęgu rozświergotanego ptasim harmiderem, obraz płynących barek, znany ze starych niemieckich rycin albo z kadrów PRL-owskiej Kroniki Filmowej. Wyrażenie „renaturyzacja rzeki” nie brzmi dla wielu uszu tak atrakcyjnie jak „inwestycja”, np. taka jak budowa stopnia wodnego w Malczycach niedaleko Brzegu Dolnego. Rozpoczęta tuż po powodzi w 1997 r., trwała ponad 20 lat. Gwałcąc decyzję środowiskową, inwestorowi nie udało się zapobiec obniżeniu poziomu wód gruntowych w lasach nadrzecznych i ich usychaniu.

Szukając odpowiedzi na pytanie, co miałoby być spławiane Odrą, którą w latach świetności transportowano przede wszystkim węgiel ze Śląska na statki w Szczecinie, można zestawić rachunki obu rozwiązań. Renaturyzacja Odry w Tarchalicach kosztowała 45 mln zł, z czego 80% pochodziło z unijnego Funduszu Spójności. Budżet budowy stopnia wodnego w Malczycach na skutek ustawicznych opóźnień zamknął się w 2018 r. sumą przekraczającą 1 mld zł. Rząd nie oglądał się na koszty, bo – zobligowany ratyfikowanym w 2017 r. europejskim porozumieniem w sprawie śródlądowych dróg wodnych o znaczeniu międzynarodowym – za wszelką cenę chciał doprowadzić Odrę do odpowiedniego stanu żeglowności. Prace zamierza kontynuować, nawet lekceważąc orzeczenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z Warszawy, wydane w grudniu 2022 r., który odpowiadając na skargę rządu Brandenburgii oraz niemieckich i polskich organizacji przyrodniczych, uchylił decyzję środowiskową pozwalającą na prowadzenie prac regulacyjnych na Odrze na wysokości ziemi lubuskiej i Pomorza Zachodniego. Następnego dnia po wydaniu orzeczenia powinny zniknąć z rzeki pogłębiarki i inny ciężki sprzęt, które na zlecenie Wód Polskich i Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska przekształcają jej dolny bieg – mimo katastrofy ekologicznej, jaka wydarzyła się tam zaledwie kilka miesięcy wcześniej – w drogę wodną. Tymczasem prace trwały jeszcze w marcu 2023 r., a ich potrzebę uzasadniano „poprawą bezpieczeństwa powodziowego”.

W tym samym czasie, bo 21 marca, czyli w przeddzień Światowego Dnia Wody – też nad Odrą, choć kilkaset km wcześniej – ogłaszano Białą księgę polskich rzek. Jednym z pierwszych podnoszonych zarzutów było utylitarne traktowanie wody przez państwo. Nie jest ona traktowana jak dobro zasługujące na ochronę, ale jak zasób do wykorzystania. Natomiast inwestycje zapewniają ludziom czystą wodę jedynie w kranie.

Z milicjantem i z biskupem

– W maju 1986 r. wyszedłem na pierwszy w Polsce uliczny protest przeciwko opieszałości, z jaką – na skutek decyzji rządu Zbigniewa Messnera – informowano o wybuchu 26 kwietnia reaktora w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Opozycja wydawała się spacyfikowana, ludzie stłamszeni, a Ruch Wolność i Pokój wyprowadził ludzi na ulice. I to w jakiej sprawie? Ochrony środowiska!

O ruchu młodych opozycjonistów, którzy demaskowali hipokryzję systemu troszczącego się przede wszystkim o ludzi władzy, przeczytałem w bibule rozprowadzanej w moim liceum. Przedstawiali się jako pacyfiści, odmawiali służby wojskowej, za to domagali się zniesienia kary śmierci i ochrony praw mniejszości narodowych. Przyrodę traktowali tak serio, że nie obawiali się śmieszności płacenia grzywien nakładanych za udział w nielegalnych protestach i wysiadywania na milicyjnym dołku. Wszyscy wiedzieli, że władza zrobi, co zechce, więc po co się szarpać? Siedzieć to można za wolność, ale za prawo do czystej wody?

Z protestu w sprawie Czarnobyla pamiętam dziewczyny z wózkami dziecięcymi i milicjantów, którzy nie reagowali, bo jak tu nawoływać do rozejścia się tłumu, kiedy być może sami czuli się oszukani przez rząd? „Milicjanci, też pijecie tę wodę” – napisałem, już jako członek WiP-u, na transparencie niesionym podczas protestów, którymi ruch chciał doprowadzić do zamknięcia huty w Siechnicach pod Wrocławiem, produkującej żelazochromy na potrzeby zbrojeniówki. Przed 1945 r. produkowano tam karbid. W Polsce Ludowej hutę rozbudowano i zapowiadano dalszy rozwój, mimo że dotychczasowy doprowadził do skażenia chromem ziemi, a przede wszystkim wody w Oławie, z której Wrocław czerpie wodę do picia. WiP punktował władzę danymi, które otrzymywał od pracowników naukowych miejscowego uniwersytetu, na temat rozmiarów katastrofy. Uwiarygadniało to ruch w oczach mieszkańców, którzy z czasem tysiącami przychodzili na zwoływane przez nas protesty. Dzięki temu w listopadzie 1988 r. premier Mieczysław F. Rakowski zdecydował o zamknięciu huty.

Zobaczyłem, że w sprawie ekologii mogą się porozumieć ludzie z różnych stron barykady. Helmut Kohl, polityk konserwatywnej CDU, po powodzi z 1997 r. powiedział: „Oddajcie rzekom ich przestrzeń”, udowadniając, że ochrona środowiska może być bliska każdemu, niezależnie od tego, z jakich źródeł wywodzi troskę o świat. Gdy z kilkoma ekologami spotkaliśmy się z biskupem świdnickim Ignacym Decem, by przekonać go do ogłoszenia listu pasterskiego w sprawie czystego powietrza, usłyszeliśmy serię dociekliwych pytań. A przecież ten hierarcha występuje w Radiu Maryja, nie na spotkaniach działaczy ekologicznych! Kilka tygodni później, w grudniu 2017 r., we wszystkich parafiach tego regionu Polski odczytano list trzech lokalnych biskupów, także z jego podpisem, a uchwałę antysmogową w Sejmiku Dolnośląskim przyjęto jednogłośnie.

Kiedy w mroźny styczniowy wieczór 1991 r. zorganizowałem protest w obronie parku Grabiszyńskiego, który miał zostać przekształcony w cmentarz, przyszedł tłum ludzi. Znajomych zaledwie kilku. Reszta przeczytała informację o manifestacji wydrukowaną na powielaczu, który zachowałem na strychu z czasów WiP-u. Nie pytałem ich o poglądy, bo połączyło nas jedno – chęć ocalenia w mieście kilkudziesięciohektarowej zielonej wyspy. Niektórzy lubili tam spacerować, inni ćwiczyli, ja medytowałem. Większość po prostu chciała, żeby zamiast nagrobków i wygracowanych alejek pozostały drzewa i półdzikie krzewy. Moi dawni koledzy z WiP-u byli w Sejmie, współtworzyli Urząd Ochrony Państwa albo zajęli się prywatnym biznesem, a ja stałem z megafonem przed tłumem ludzi tkwiących w zasypanym śniegiem parku, prosząc o podpisanie petycji przeciwko jego likwidacji. Zebraliśmy 10 tys. podpisów. Co to jest, jeśli władza się uprze? Tymczasem park ocalał.

Wrosnąć jak drzewo

Być może obrońcy parku trafili na „miejsce dźwigniowe”, jak Krzysztof Smolnicki nazywa sytuacje, kiedy wystarczy zadziałać małą ilością energii, żeby zmienić rzeczywistość. To łut szczęścia albo pomyślny zbieg okoliczności, albo spotkanie ludzi przekonanych do zmiany. Wtedy można odmienić najgorszy los.

Jak znaleźć miejsce dźwigniowe, które zmusi polskie władze do wypełnienia warunków Ramowej Dyrektywy Wodnej, obligującej nasz kraj do zapewnienia co najmniej dobrego stanu czystości wód powierzchniowych do 2027 r.? Gdyby przyznać prawo do zarządzania wodami w Polsce ministrowi zajmującemu się środowiskiem, pojawiłaby się szansa na zmianę. Skoro regulacja rzek nie zapewnia ludziom bezpieczeństwa, za to sprzyja katastrofom ekologicznym, należy się zastanowić, czy przywiązanie do pogłębiania ich koryta i umacniania brzegów nie jest pułapką. Jeszcze wcześniej trzeba podwyższyć kopalniom opłaty za odprowadzanie do rzek zasolonych wód na tyle dolegliwie, żeby ich zarządom zaczęło się opłacać ich odsalanie. Dodając do tego kontrolę tego, kto i co odprowadza do rzeki, oraz dostęp do danych o jej stanie – czystą wodę w polskiej rzece mógłby zobaczyć każdy.

– Do zmiany nie potrzeba tysięcy ludzi ani władzy, ani wielkich pieniędzy – przekonuje Smolnicki.

Fundacja EkoRozwoju nigdy nie miała stałego dofinansowania, więc realizacja kolejnych pomysłów zależała od sprawności w pozyskaniu na nie środków. Na przykład na instalowanie przed wjazdem w aleje starych drzew luster poprawiających widoczność, by ochronić je przed wycięciem, albo na nasadzenia lip i dębów tam, gdzie już tego dokonano. Na wprowadzenie do środowiska przeplatki maturny – motyla z rodziny rusałkowatych, który występuje w dolinach europejskich rzek. Teraz także Odry. Na ocalenie, we współpracy z mieszkańcami ośmiu gmin na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski, przyrodniczego charakteru doliny Baryczy – największego w Europie obszaru stawów rybnych.

– Siła współpracy – konkluduje Smolnicki. – To jest ważne.

Stojąc pod kasztanowcem, którego wielkość wskazuje, że sadzili go jeszcze niemieccy gospodarze miasta, przytacza badania, z których wynika, że podwyżka poprawia humor przez parę miesięcy, tymczasem widok drzewa za oknem – cały czas. Drzewa lepiej rosną, kiedy za sąsiadów mają innych towarzyszy swojego gatunku, a ludzie nie jeżdżą im po korzeniach, bo te rozrastają się zaledwie pół metra pod powierzchnią ziemi. Człowiek, zamiast ustawicznie naruszać istniejącą w przyrodzie równowagę, mógłby się do niej dopasować tak jak drzewa, które wrastają w niełatwe miejskie otoczenie. Znajdując swoje miejsce wśród innych stworzeń i w gąszczu skomplikowanych ekosystemowych zależności, przestałby zakładać pułapki na samego siebie.

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości