W rodzinne strony zaglądam raczej rzadko, raz na kilka miesięcy. Nie żebym nie lubił powrotów na stare śmieci. Wręcz przeciwnie. Po prostu niemal całe moje życie przeniosło się z Ełku do Warszawy. Te kwartalne lub półroczne interwały dają mi jednak pewną perspektywę. Lubię przejść się znajomymi ulicami i zobaczyć, co się pozmieniało. Przez wiele lat były to zazwyczaj kolejne inwestycje; Ełk przez długi okres był (i nadal jest) prawdziwym „kombajnem” unijnych dofinansowań, w dużej mierze przeznaczanych na rozbudowę infrastruktury turystyczno-rekreacyjnej. W ostatnich latach nastąpiła zauważalna zmiana: przeobraża się już nie tyle architektura, ile tkanka społeczna. Jeśli półtorej dekady temu w mieście obcokrajowcy pojawiali się naprawdę rzadko, to dzisiaj Ełk jest miastem multikulti.
Mniej więcej dekadę temu w jednostce wojskowej w nieodległym Orzyszu ulokowały się amerykańskie wojska w ramach NATO-wskiej obecności na flance wschodniej. W 2017 r. w nadjeziornych barach zaczęli się pojawiać klienci mówiący z teksańskim akcentem. W galerii handlowej Brama Mazur coraz częściej można było natknąć się na grupki czarnoskórych oficerów przebierających w elektronicznych gadżetach i jedzących kebaby w tamtejszym food courcie.
Od około pięciu lat na nadjeziornej promenadzie coraz częściej daje się słyszeć języki ze…