Grand Tour
Jakub Kornhauser
Dzięki pociągom można poznać świat od podszewki. Zwiedzić najdalsze zakamarki gminy, powiaty, województwa. Zwłaszcza gdy wleczemy się jak żółw ociężale, bo tory się wybrzuszyły albo górski teren nie pozwala na kosmiczne osiągi
„Z daleka?” – pyta pan Wojtek, mierząc wzrokiem mój rower z ciężkimi sakwami. Zanim zdążę odpowiedzieć, słyszę: „Uuuu, guma, współczucia”. Wszystko jasne, podczas zjazdu z Waligóry w Górach Suchych przebiłem dętkę na szutrowej ścieżce. Na stację w Głuszycy dotarłem na łysej obręczy, kręcąc z zawrotną prędkością 8 km/h. Czekam na pociąg do Wałbrzycha, a stamtąd do Wrocławia, gdzie wreszcie zmienię dętkę.
Tymczasem na peron schodzą się pasażerowie. Pan Wojtek z zapałem wylicza zalety podróżowania koleją: nie trzęsie, można rozprostować kości, są ładne widoki za oknem, a nie ma korków i czerwonej fali, do tego człowiek porozwiązuje sobie krzyżówki albo poczyta jakiś artykuł. „No a kanie i maślaki rosną o tu, przy peronie, wczoraj dwa kosze uzbierałem” – pokazuje mi chaszcze za stacją. Widzę, że grzyby ma w plecaku i specjalnym pojemniku przypominającym kojec dla kota.
„I toaleta jest” – dorzucam, ale pan Wojtek nie słyszy, bo akurat zaśmiewa się z szeregu anegdot z pociągiem w roli głównej. O peronie piątym na dworcu w Katowicach, na który nie da się trafić bez kompasu, bo GPS wariuje, o przystanku Kraków Olsza, zbudowanym w pół dnia z drewnianych belek i żwiru, żeby odciążyć remontowany dworzec główny, i po paru miesiącach rozebranym do gołej ziemi, oraz o stacji w Przysusze, która nie może być użytkowana, bo perony okazały się za krótkie i pasażerowie musieliby wysiadać prosto w trawę. Akurat to ostatnie wcale nie jest rzadkim widokiem – w Polsce mamy sporo przystanków i stacji, które nie mogą się pochwalić profesjonalnymi platformami peronowymi i pociągi klasy InterCity zatrzymują się przy ziemnych kopczykach – jak choćby we Wróbliku Szlacheckim koło Krosna.
Żeby wsiąść do wagonu, dobrze mieć drabinę albo przynajmniej taboret, gorzej, jeśli jest się z rowerem, tu nie pomoże nawet dźwig.
Panu Wojtkowi trudno wejść w słowo; raz po raz rzuca nazwami składów – z „Elfem” i „Flirtem” na pierwszym planie – oraz modelami lokomotyw. Nagle sięga do kieszeni i wyciąga okropnie wygnieciony notes na oko pamiętający międzywojnie. Próbuje odczytywać czasy przejazdów z poszczególnych stacji na Dolnym Śląsku, ale że nie wziął z domu okularów, opiera się głównie na swojej pamięci. Recytuje nazwy stacji w niesamowitym rytmie, zupełnie jakby deklamował fragmenty Lokomotywy Juliana Tuwima. Boję się, że wpadnie w trans i przegapi pociąg, który – jak ogłoszono kobiecym głosem – przyjedzie z 15-minutowym opóźnieniem. Przy czym może ono ulec zmianie.
Podczas oczekiwania tematem staje się kolejarska nowomowa, oscylująca między oksymoronicznymi hasłami w stylu „na peron wjedzie opóźniony pociąg przyspieszony” a złowieszczymi komunikatami, że oto „skład zdefektował na stacji”. Jedna z pań, która przytachała na dworzec gigantyczną walizę wielkości czołgu, nie ma dobrego zdania o kolei. Twierdzi, że nie słyszała o pociągu, który byłby czysty, przestrzenny i zawsze przyjeżdżał o czasie. Może w Japonii, bo u nas to tylko te stare, z siedzeniami z dermy i grzejnikami pod pupą, co potrafią w sekundę stopić podeszwę adidasów. Albo te szynobusy z demobilu, jak słyszała od szwagra kolegi z pracy, one znów psują się od zbyt częstego otwierania drzwi, więc trzeba naklejać informacje, że drzwi nieczynne.
Patrzę z niepokojem na pana Wojtka. Zrobił się całkiem czerwony i prawie idzie mu para z uszu. Nie ma zbyt dużo czasu, żeby wyłożyć swoje prokolejowe poglądy, więc ogranicza się do paru wątków. Kolej jako symbol nowoczesności. Jeśli do miejscowości doprowadzono tory, znaczy, że ma potencjał. Kolei brak – rychły upadek. Tradycje kolejarskie przekazywane z dziada pradziada. Kiedyś konduktor czy zawiadowca to był ktoś! No i te konteksty kulturowe – wszyscyśmy czytali o psie, który jeździł koleją, o pociągach pod specjalnym nadzorem i innych takich. A te dworce, proszę państwa, no to prawdziwe architektoniczne cacka. Była pani w Nowych Skalmierzycach? Tam to jak katedra wygląda, ludzie po wyjściu z pociągu w oniemieniu padają na klęczki.
Chętnie przytakuję, bo znam wiele miejscowości, które mogą się poszczycić pięknymi budynkami dworcowymi – wystarczy przejechać się wzdłuż tras kolei galicyjskiej. Inni są sceptyczni, lecz nie ma czasu na pogwarki, bo nadjeżdża szynobus i wszyscy cisną się do wejść, kto pierwszy, ten lepszy, tu nie ma miękkiej gry. Pani od walizy taranuje współpasażerów i wykłóca się o zniżkę z kierownikiem pociągu. My z panem Wojtkiem debatujemy za to o walorach krajoznawczych podróżowania koleją. Że z samochodu widać co najwyżej ekrany dźwiękochłonne, nie mówiąc o samolocie. A obrazów z jazdy pociągiem zbiera się na pęczki: dwa zające biją się po pyskach na polu pod Włocławkiem, para żurawi prowadzi malca nad wodę przed Sieradzem, małe fiaty ścigają się nad Sanem koło Stalowej Woli, poprzebierani w stroje klaunów ludzie machają flagami pod Iławą – licytujemy się zaciekle. Oczywiście pan Wojtek wygrywa, bo jest z Wałbrzycha, a tam chełpią się niebotycznym wiaduktem kolejowym zawieszonym nad dzielnicą Podgórze. Człowiek się czuje jak na Evereście. Andrzej Jakimowski pokazał to świetnie w Sztuczkach.
Zgadzamy się co do jednego: dzięki pociągom można poznać świat od podszewki. Zwiedzić najdalsze zakamarki gminy, powiaty, województwa. Zwłaszcza gdy wleczemy się jak żółw ociężale, bo tory się wybrzuszyły albo górski teren nie pozwala na kosmiczne osiągi, jak między Suchą Beskidzką a Żywcem albo Grybowem a Nowym Sączem.
„Nic dziwnego, że ludzie uwielbiają jeździć koleją i mają to za atrakcję godną wakacyjnych szaleństw” – mówię do pana Wojtka. „E tam. To ten smar. Towot w słońcu. Jak narkotyk, panie, tu nie ma o czym gadać”. Pan Wojtek przypomina sobie dzieciństwo w Korszach. Trudno nie kochać kolei, gdy się jest z tego pruskiego miasta na północ od Olsztyna. To jedna z tych miejscowości, które chlubią się kolejarską tradycją. Wymieniamy uwagi o książkach korszanina Jakuba Michalczeni, a właściwie to mój monolog, bo pan Wojtek ogranicza się do stwierdzenia, że znał jego ojca czy wujka – sam już nie jest pewien. Bohaterami krótkich próz Michalczeni są mikole, którzy spędzają całe dnie na oglądaniu pociągów i szwendaniu się po kolejowych nieużytkach. „Co za mikole?” – pana Wojtka najwyraźniej ominęła ta faza. Opowiadam mu więc o całkiem licznej społeczności amatorów kolejnictwa, którzy spędzają pół życia na zwiedzaniu stacji, dokumentowaniu stanu kolejowej architektury i sporządzaniu skomplikowanych rejestrów linii, połączeń i rozkładów jazdy. „Pan też jest mikolem” – informuję rozmówcę. – „Z takim notesem to nie ma innej opcji”. „Może i tak – zgadza się z uśmiechem – choć wolałbym tytuł szlachecki”.
Bo fakt, takie uznanie kopnęło choćby Michaela Palina, legendarnego aktora i komika, członka grupy Monty Pythona, który w pewnym momencie poświęcił się pisaniu książek podróżniczych. Ale ten etap kariery rozpoczął od nagrywania godzinnych dokumentów dla BBC, w których podróżuje lokalnymi pociągami po Anglii i Szkocji, a następnie Irlandii i Irlandii Północnej (jeden z filmów miał ładny metagramowy tytuł Derry to Kerry).
Okazuje się, że najwięcej przygód czeka na turystę nie w dżungli czy na Antarktydzie, tylko w potencjalnie nudnych miasteczkach, do których pewnie nigdy byśmy nie zajrzeli, gdyby nie zatrzymywał się w nich pociąg.
Palin wypromował w ten sposób modę na mikropodróżowanie, której to formie aktywności sprzyja kolej. I m.in. za te, bądź co bądź, patriotyczne zasługi królowa nagrodziła go tytularną godnością.
„Swoją drogą” – wtrącam do opowieści polską nutkę, bo widać, że panu Wojtkowi i pani od walizy, która przysłuchuje się nam zza automatu z biletami, zebrało się na ckliwości – „był i podobny film o polskiej kolei”. Bo był: w cyklu dokumentów BBC Great Little Railways znalazło się miejsce na prezentację dwóch naszych linii w filmie Briana Blesseda Nasielsk to Pułtusk & Komańcza to Cisna. „Na pewniaka! – wykrzykują wszyscy pasażerowie, bo jak się okazuje, cały szynobus żyje opowieściami kolejarskimi, jak gdyby były to co najmniej Opowieści kanterberyjskie. – Bo my to niby gorsi od tych Wyspiarzy?”
Niebotyczny wiadukt pokonany, meldujemy się na dworcu w Wałbrzychu, który znajduje się na wzgórzu nad miastem, właściwie tuż przy linii górskich lasów. Z trudem pakuję sakwy i wyprowadzam rower, ale co ma powiedzieć pani z walizą większą od szafy? Panu Wojtkowi nie trzeba dwa razy powtarzać, sadzi susy i już, całując rączki, pomaga towarzyszce podróży niczym najlepszy tragarz. „Jak mikol mikolowi!” – odmachuje mi na do widzenia. Ja przechodzę na drugi peron, gdzie rozsiadam się wśród pachnących smarem torowisk. Popołudniowe słońce świeci mocno, lipiec chyli się ku sierpniowi, a lis, który właśnie wyszedł zza starej lokomotywy, rozgląda się po stacji i odbiega w stronę gór.
Normalnie, czyli pieszo
Ola Synowiec
Niespieszne podróże piesze to dla mnie synonim wolności. Nieprzypadkowo przymiotniki od słów „wolno” i „wolność” brzmią dokładnie tak samo
W trakcie wędrówek z moim partnerem Arkiem Winiatorskim, czy to w pieszej podróży z Panamy do Kanady, czy to podczas obchodzenia Polski wokół jej granic, w kółko słyszeliśmy to jedno pytanie: dlaczego nie podróżujemy „normalnie”? „Normalnie”, czyli autem lub innym pojazdem. My odpowiadaliśmy wtedy innym pytaniem: od kiedy „normalnie” znaczy właśnie samochodami? Istnieją one przecież raptem od 100 lat z hakiem, są zaledwie krótkim epizodem w historii ludzkości. Gdyby się głębiej zastanowić, to właśnie piesze wędrówki są dla naszego gatunku najbardziej „normalne”. Kocham je za to, że pozwalają zwrócić się na powrót do natury człowieczeństwa. Te 5 km/h to przecież najbardziej dla nas naturalne tempo do oglądania świata.
„Wy to pewnie wiecie, jak wielki jest świat, co?” – zapytał nas gdzieś na poboczach centralnego Meksyku Saúl, kierowca ciężarówki. Zanim wyruszyliśmy w tę pierwszą pieszą podróż, może faktycznie tak było. Świat wydawał nam się absolutnie mierzalny, na przestrzał googlowalny, zinwigilowany przez człowieka i zdjęcia satelitarne. Ale jakimś dziwnym trafem gdy tylko zwolniliśmy, nagle zaczął się powiększać, rozciągać. O te mikroświaty, które dla większości ludzkości są tylko kilkoma literkami na mapie. O historie, na które szkoda miejsca w bilionach terabajtów internetu. O krajobrazy, których nie znajdziemy na Google Street View. A jeśli nawet tam są, to nikomu pewnie nie przyjdzie na myśl, żeby upuścić na nie ciekawskiego pomarańczowego ludzika.
Wszystko przez samą mechanikę marszu. Bo musimy gdzieś odpocząć, zrobić zakupy, zatrzymać się na noc – często w miejscowościach, których nigdy inaczej byśmy nie odwiedzili.
To tam na schodach pod sklepem w wolno sączącej się rozmowie słuchamy historii ludzi, których nigdy inaczej byśmy nie poznali.
To prawda, w takiej podróży nie zobaczymy tylu miejsc co podczas zwiedzania samochodem. Ale czy naprawdę o liczbę odwiedzonych miejsc chodzi? Podczas pieszych wycieczek nie mamy trzech hiperatrakcji dziennie, mamy jedną pomniejszą i cieszymy się nią jak dzieci. Wędrówki to wielka szkoła doceniania. Małych rzeczy, które na co dzień mamy za pewnik: prozaiczne gniazdko w ścianie, woda w kranie, dach nad głową podczas ulewy.
Kocham Polskę za całą siatkę szlaków, a polskie góry za sieć schronisk, ich ideę i wieczorny klimat w stołówkach. To niesamowite, że najdłuższy szlak w polskich górach, Główny Szlak Beskidzki, rośnie nam na coś w rodzaju polskiego Camino de Santiago: że staje się zjawiskiem, ze specyficzną społecznością i kulturą wokół. Że ludzie ruszają często w pojedynkę – żeby coś sobie ustawić, przemyśleć na nowo swoje życie. Lubię też te mniej zdeptane szlaki, których PTTK wyznaczyło w Polsce na potęgę, takie jak Szlak Zamków Piastowskich czy Szlak Wygasłych Wulkanów, jak też cały ich system odznak, który mobilizuje do pokonywania kolejnych kilometrów i odwiedzania kolejnych miejsc (wciąż – do wyczerpania zapasów – można się starać np. o Odznakę Krajoznawczą PTTK Województwa Katowickiego – how cool is that!).
Najbardziej jednak lubię iść poza szlakiem. Pozwalać sobie zmieniać trasę, skręcać, zbaczać, by zobaczyć, „co jest tam”. Do takiego wędrowania nie trzeba mieć drogich ciuchów z goreteksu (najlepszy sprzęt to taki, jaki mamy w domu!), wystarczą otwartość i ciekawość świata. Bo żeby przeżyć przygodę, nie trzeba jechać na drugi koniec globu.
Na takim podejściu wyrósł trend nazywany „mikrowyprawami”. Mikrowyprawy udowadniają, że przygoda może czaić się nawet pod domem, wystarczy tylko spojrzeć na swoją okolicę z innej perspektywy.
Krzysiek „Semp” Bielecki, twórca pierwszych gier miejskich w Warszawie, nazwał je wtedy Urban Playground – zamieniając niejako miasto w plac zabaw. Lubię to określenie. Gry miejskie są zresztą świetnym pomysłem na takie mikrowyprawy. Można też po prostu wysiąść w drodze z pracy dwa przystanki wcześniej i resztę pokonać pieszo. Lub zmienić trasę z pracy do domu. Albo wsiąść do pociągu i pojechać gdzieś niedaleko, ale w ciemno. Wziąć kompas i spróbować iść cały czas na północ. Dać na spacerze prowadzić się psu.
Kiedy wędrujemy, świat odbieramy wszystkimi zmysłami. To immersja, której nie doświadczymy w nawet najlepszej grze komputerowej. Te lody, które jem na schodach pod sklepem w upalny dzień po kilku kilometrach chodzenia, będą najlepszymi lodami w życiu. Ziemia po deszczu nigdy nie pachniała tak intensywnie. A krajobrazy nie były tak piękne. Może właśnie dlatego, że w tym wędrowaniu już nie tylko je obserwuję, lecz staję się ich częścią. To ja jestem krajobrazem.
Shane O’Mara w swojej książce Idź na spacer przytacza szereg badań naukowych, które wskazują na pozytywny wpływ chodzenia na naszą psychikę. Pisze, że skuteczność chodzenia jest przez wielu naukowców porównywalna pod tym względem z kuracją farmakologiczną i kognitywną terapią behawioralną. Zaznacza, że chodzenie może być jednym z oręży w profilaktyce depresji.
Aktywność fizyczna może też wywierać pozytywny wpływ na zdolność uczenia się oraz pamięć, a także na kreatywność. Już antyczni filozofowie nauczali w trakcie spacerów, a filozof Fryderyk Nietzsche stwierdził, że „wszystkie wielkie myśli rodzą się podczas marszu”. Psycholodzy z Uniwersytetu Stanforda przeprowadzili serię eksperymentów, w których testom poddano osoby siedzące, pchane na wózkach lub chodzące (na świeżym powietrzu lub po bieżni). We wszystkich testach chód jakiegokolwiek rodzaju powodował znaczną poprawę wyników, przy czym największy poziom kreatywności wykazały osoby spacerujące na zewnątrz. Irlandzki matematyk William Rowan Hamilton wpadł na formułę mnożenia kwaternionów właśnie podczas jednej z regularnych dwugodzinnych przechadzek. Co roku w rocznicę tego wydarzenia odbywa się upamiętniający to odkrycie spacer, w którym uczestniczą matematycy z całego świata.
Chodzenie jest zdrowe nie tylko dla naszego ciała i psychiki, ale też dla świata – jest w końcu praktycznie bezemisyjne. Olga Tokarczuk w wywiadzie dla magazynu „Pismo” mówiła, że podróżnicy w trosce o naszą planetę powinni stać się właśnie piechurami. Chodzenie jest też kwintesencją wszystkich modnych teraz trendów, jak mindfulness, treningi uważności, kąpiele leśne czy cała filozofia slow. Zamiast czytać poradniki czy płacić za trenerów, może warto na początek spróbować trochę połazić? Wystarczy zrobić pierwszy krok, potem drugi, otworzyć zmysły, dać sobie czas. Reszty nauczy nas wędrówka.
Zjazd, proszę wybaczyć
Michał Kempą
Powtarzanie tej samej trasy kilka razy w tygodniu, przejeżdżanie obok tych samych miejsc. Zapamiętywanie ich, zakodowywanie. A to wszystko w czasie dopaminowego haju: z tętnem pomiędzy 120 a 160 uderzeń na minutę, z muzyką w uszach. Mózg w czasie jazdy działa jak szalony
Kolarstwa szosowego nie da się uprawiać „trochę”. Nie wystarczy 30-kilometrowa runda raz w tygodniu. Jak cię wciągnie, to szybko będziesz chciał więcej. Nie 30, ale 50 km. Nie raz, ale trzy razy w tygodniu. Codziennie? Prawie codziennie, z tym że już nie 50, ale i 100, 150, jeśli znajdziesz czas. Jeździsz więcej i coraz większy jest teren, który staje się „twój”. „Twój” na bardzo specyficzny, kolarski sposób.
Najpierw mijam kapliczkę. Drewnianą, wyrytą całkiem niedawno, bo jakieś 15 lat temu. Prawdopodobnie przez jednego z sąsiadów. Czasem ktoś się przy niej modli, lecz częściej siedzą tu jakieś tutejsze dzieciaki. Czasem coś palą, czasem może i piją. Może spotykają się na randki. Widząc je, próbuję w głowie odpowiadać sobie na te pytania, jednak najczęściej nie zdążam z odpowiedzią, bo dojeżdżam już do Strażnicy, a Strażnica nieustannie uruchamia mi inne wspomnienia. Ile razy bym koło niej przejechał, przypomina mi się wujek Janusz, który po którejś z zakrapianych rodzinnych imprez zapytał swojego syna Kubę: „Czy idziesz na Strażnicę?”. Ten, zdziwiony, odparł: „Po co?”, na co wujek odpowiedział po prostu: „No bo kiedyś się chodziło”. Bo rzeczywiście budynek OSP Stare Bielsko w Bielsku-Białej, a raczej przystanek i mały parking obok niego przez lata były miejscem schadzek, imprez, bójek i pierwszych pocałunków młodych ludzi z dzielnicy, w której mieszkam. Kapliczka nigdy nie dorówna legendzie Strażnicy.
To tu od paru ładnych lat zaczynam większość swoich szosowych treningów.
Nie myślałbym tyle o wszystkich tych budynkach, przystankach, płotach, parkingach i kapliczkach, gdyby nie nałogowa jazda na rowerze.
Powtarzanie tej samej trasy kilka razy w tygodniu, przejeżdżanie obok tych samych miejsc. Zapamiętywanie ich, zakodowywanie. A to wszystko w czasie dopaminowego haju: z tętnem pomiędzy 120 a 160 uderzeń na minutę, z muzyką w uszach. Mózg w czasie jazdy działa jak szalony. Myśli się dużo, intensywnie i krótko. Jedna wnikliwa obserwacja zastępuje drugą. Widzisz więcej, myślisz mocniej. Ale wszystko ma swoją cenę.
Ze Strażnicy zaczyna się pierwszy zjazd. Przy prędkości ok. 60 km/h oglądanie świata wokół jest trochę ograniczone, a i tak przez te ok. 800 m i kilkanaście sekund zdąży zawsze przelecieć mi przez głowę, że jakieś 25 lat temu ten zjazd był jeszcze brukowany. I pierwszy raz jechałem go na rowerze w drugą stronę: pod górę i po bruku. Dokładnie tak jak jeździ się na legendarnym Ronde van Vlaanderen, wyścigu dookoła Flandrii. Ponieważ bruk jest dla kolarzy dodatkowym utrudnieniem, dla kibiców staje się atrakcją. Stąd właśnie popularność „północnych klasyków”, czyli serii jednodniowych wyścigów w Belgii i północnej Francji. Brukowane odcinki jezdni nie mają tam już innego zastosowania niż kolarskie: znane są przypadki, że świeży i równy asfalt od nowa pokładano brukiem, tak by odrestaurować kolarską tradycję. W Starym Bielsku do tego etapu kolarskiego rozwoju jeszcze nie doszliśmy. Pozostaje mi jedynie wspomnienie po tej niewygodnej kostce. Miałem może z 12 lat, a rower kojarzył mi się tylko z przymusem pokazywania kolegom, że „też potrafię robić to co oni”. Trochę się od tego czasu zmieniło, lecz to porównywanie do kolegów chyba dalej ze mną zostało.
Po zjeździe idzie już szybciej: na rondzie w Wapienicy widać z daleka siedzibę zakładów Labo. Choć pewnie zakładów już dawno nie ma, podobnie jak większości dawnych „zakładów”, jak się po prostu mówiło na kompleks przemysłowych budynków w tej dzielnicy. Labo produkowało kultowy Eurobiznes. Tak, tak: zakład produkcji gier planszowych. Zaraz za tym rondem, na którym zwykle skręcam w prawo, czyli w dół, jadę ścieżką rowerową. Brudną i zaniedbaną. Ale lepsze to niż to trąbienie samochodów. Po prawej mijam bloki policyjne. Dwóch kolegów z mojej klasy tam mieszkało: Dawid Ilkiewicz i Igor Konieczny. Co dziś robią, nie wiem. Wiem, że nie zostali policjantami jak ich ojcowie.
Ten ok. kilometrowy odcinek jest dobry na rozkręcenie nogi, jedzie się szybko, lekko w dół, przy czym ciągle trzeba pedałować. Potem zostaje mi już tylko przejazd nad „dwupasem” w kierunku Międzyrzecza i formalnie opuszczam moje miasto rodzinne.
Śląsk Cieszyński, Cieszynioki, Austro-Węgry, cysorz, ale i Podbeskidzie, Beskid czy Żywiec i Żywczoki. Te i dziesiątki innych określeń, terminów trochę geograficznych, a trochę historycznych, dawniej były mi obojętne. Czasem musiałem się nimi po prostu wspomóc, kiedy w Warszawie tłumaczyłem komuś, skąd jestem. Tylko tyle. Teraz wszystkie te słowa są dla mnie „jakieś”. Czasem oznaczają coś, z czym się utożsamiam, a czasem coś, z czym nie chcę mieć nic wspólnego. Ale to wszystko zaczęło być w jakimś sensie moje. Tak jakbym znaczył teren potem wylanym w trakcie jazdy. Albo przez ordynarne kolarskie sikanie, robione zwykle w rowie przy drodze, w najlepszym razie za przystankiem, który gdzieś jeszcze ostał się w kolorze nieprzezroczystym. Ratowanie się colą na stacji benzynowej. Bananem kupionym w sklepie lokalnej sieci, o której istnieniu nie miało się wcześniej pojęcia. Miejsce kolarskiej „bomby”, czyli momentu, w którym absolutnie odcięło ci prąd i musisz pilnie stanąć i coś zjeść – miejsce to będziesz pamiętał do końca życia. Tak powstaje kolarska mapa: tam sikałem, tam umierałem, tam odżyłem, a tam jest segment, na którym kolega ma KOM-a (King of the Mountain w Stravie), ale pewnie jechał go z wiatrem. Bo tam wieje w plecy, a gdzie indziej zwykle w twarz. Wiedza o okolicy wylewa się z głowy, wszystko coś znaczy.
Za „dwupasem” pierwsza hopa, sprawdzenie nogi. Obok mieszkali Dębscy. Z drogi nie widać, lecz wiem, że mieszkali. Następnie już w dół Międzyrzecza, obok Krzyśka Puchałka, z którym przecież zaczynałem jeździć, więc nie mogę o nim nie pomyśleć, ilekroć tamtędy zjeżdżam. Na zakręcie kiedyś zarzuciło mi przednie koło. Mogło skończyć się źle. Mam to w głowie absolutnie za każdym razem, a według Stravy zakręt ten pokonałem już przynajmniej 109 razy. Tyle razy w głowie upadam, uderzam o asfalt i potencjalnie kończę swoją kolarską karierę. Potem w dół do Ligoty i na Landek. Iłownica. Przystanek w Iłownicy. Przez lata był niedobitkiem: ostatnim murowanym przystankiem w okolicy. Idealnym do zdjęcia. Robiłem, wrzucałem na Instagrama. Ludzie podłapali. Z czasem stał się moim przystankiem. Dziś już, niestety, stoi nowy. Przezroczysty. Nie robię już zdjęć. To był mój przystanek, jednak już nie jest.
Potem Pierściec. Ale nie, do Pierśca nie wjadę, skręcę Kępą do góry i na Roztropice. Wujek Lusiek. Czy on w ogóle jeszcze żyje? Dzieci żyją, to wiem. Potem Bielowicko i Wieszczęta. Jedno myli mi się w kolejności z drugim, lecz zwłoki znaleziono w Bielowicku. Podawali, była afera, 100 policjantów się kręciło po Bielowicku przed Wielkanocą 2023. Potem już jestem w Grodźcu starą drogą na Cieszyn. Tyle że jadę krótki dystans, więc nie na Cieszyn, tylko z Cieszyna do Bielska. Przez Jasienicę już jak najszybciej do domu. To ruchliwa droga. Nie ma na co patrzeć, nie ma o czym myśleć. Czasem wstąpię jeszcze na cmentarz do dziadków. Co sobie o mnie myślą, jak mnie tam widzą w tych śmiesznych lycrach na dupie, sztywnych butach i w kasku? Ale kask zawsze ściągam. To jednak cmentarz. Ostatnia górka i do domu.
Takich tras mam kilka. Mieszkam na przemian w Bielsku i w Warszawie. Po każdej zostają w głowie strzępki opowieści. Dłuższe i krótsze. Im krótsza, tym częściej ją przejeżdżam. Tym więcej o niej wiem. Tym bardziej jest moja. I przy każdej pojedynczej jeździe mam w głowie myśl, że pora to wszystko spisać, że całe to uniwersum, to kolarskie mapowanie świata, ta moja ciężko wypocona lokalność wymagają jakiejś twórczej pracy na koniec.
Nie da się.
Pisanie tego tekstu szło mi jak krew z nosa. Bo po rowerze poziom dopaminy opada, a chęci maleją. Do wszystkiego. Po kilku godzinach haju przychodzi zjazd i nie chce ci się nic poza grzebaniem w Stravie i analizowaniem swoich danych: ile przejechałeś, w jakim tempie, ile watów, jaki progres. I czy szybciej, czy wolniej od kolegów. I wszystkie złote myśli uciekają, a ja głupieję i leniwieję zarazem. Zastygam.
Dzięki jeździe na rowerze podróżuję częściej niż inni. Minimum kilka tygodni w roku spędzam w Hiszpanii. Szwajcaria, Prowansja, Alpy Francuskie, Alpy Włoskie. Do końca tego roku, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będę jeździł na rowerze po raz pierwszy w Estonii, Andorze i w Australii. Wszędzie dużo widzę, mój mózg szaleje podczas jazdy. Piszę w głowie obrazy i opowieści. Ale nigdy nie dam rady ich do końca zapamiętać, a już na pewno zamienić na cokolwiek, czym mógłbym się podzielić z innymi. Nie robię nawet zdjęć. Moje kolarstwo jest tu i teraz. Te 50 km z Bielska przez Ligotę, Iłownicę i Bielowicko to wszystko, co mogę Państwu dać. Albo jeździsz, albo opowiadasz o tym, że jeździsz. Ja póki co jeżdżę, zajęty jestem. Proszę wybaczyć.
Nilostrada
Ada Jarczyk
Wisła pozwala na kontemplację i głębsze poznanie siebie, Nil niekoniecznie. Nil to w końcu największa autostrada Egiptu, niesłychanie ruchliwa. Każdego dnia na rzece spotykaliśmy setki rybaków zarzucających sieci, a ich poranne stukanie w łódkę w celu wypłoszenia ryb często budziło nas ze snu
W 2023 r. przepłynęłam kajakiem pneumatycznym (dmuchanym) naszą polską Amazonkę, czyli Wisłę. „Polska Amazonka” to określenie, które może się wydawać nieco przekoloryzowane, ale Wisła rzeczywiście jest jedną z ostatnich dzikich rzek w Europie. W dużej mierze uchroniła się przed ingerencją człowieka, a mianowicie przed regulacją brzegów i melioracją. Na całej swojej długości 1047 km zachwyca zmieniającym się krajobrazem.
Moja przygoda z Wisłą zaczęła się tak naprawdę w… Egipcie. Podczas podróży po ojczyźnie faraonów pożyczyliśmy ze znajomymi kajaki w Kairze. Wtedy w głowie pojawiła mi się luźna myśl – skoro starożytny Egipt powstał wzdłuż Nilu i do tej pory 95% populacji kraju żyje w odległości do kilku kilometrów od tej rzeki, to spłynięcie nią pozwoliłoby poznać Egipt od środka.
Wiedziałam, że spływ Nilu kajakiem będzie ogromnym wyzwaniem, więc pomyślałam, że Wisła mogłaby stanowić dla mnie trening i przygotowanie do tego przedsięwzięcia. Gdy wsiadałam do mojego dmuchanego kajaka w czerwcu 2023 r., nie miałam pojęcia, co mnie czeka. Nie miałam za sobą żadnego większego doświadczenia w tej dyscyplinie – wcześniej nieraz pożyczałam kajak na godzinę lub dwie, by popływać po jeziorze lub kanale, lecz nigdy nie płynęłam po rzece. Chciałam spróbować swoich sił i na Wisłę wybrałam się sama.
Królowa polskich rzek postanowiła dobrze mnie sprawdzić – nie tylko fizycznie, ale też psychicznie.
Zupełnie nie spodziewałam się, że na pierwszych kilometrach będą momenty, gdzie zamiast płynąć do przodu, będę się cofać. Byłam laikiem, zatem wydawało mi się, że skoro rzeka płynie z nurtem, to nawet bez wiosłowania będzie mnie niosła do przodu. Niestety, w wielu miejscach od Oświęcimia do Krakowa wiał bardzo silny wiatr, co w konsekwencji sprawiało, że gdy nie wiosłowałam, spychał mnie do tyłu. Liczne śluzy na tym pierwszym odcinku skutkowały tym, że nie było swobodnego przepływu wody, co też stanowiło utrudnienie. Jakby tego było mało, w tym pierwszym tygodniu wiele razy dopadł mnie deszcz i nieraz musiałam uciekać przed burzą. W tych trudnych momentach ważna była psychika. Mentalnie zaprogramowałam się na to, że płynę do końca, czyli do morza. Nie brałam pod uwagę scenariusza, że może się nie udać.
Podczas spływu wytworzyła się między mną i Wisłą swego rodzaju więź. Choć początkowo rzeka wydawała się nielitościwa, teraz mam poczucie, że w pewien sposób mnie sprawdzała. Gdy zdałam egzamin, na późniejszych odcinkach nagradzała mnie szybszym nurtem. Trudy każdego dnia rekompensowane były widokiem wskakujących do rzeki bobrów, a także licznymi spotkaniami z ludźmi, którzy kibicowali mi, dowiedziawszy się o moim spływie z internetu.
Po 3 tygodniach, przepłynąwszy 950 km, wraz z Wisłą wpłynęłam do morza. Rzeka stała się częścią czegoś większego, a ja osiągnęłam swój cel.
Byłam już pewna, że skoro udało się w Polsce, teraz czas na Egipt.
To było ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Ze względu na lokalną kulturę samotny spływ nie byłby najlepszym pomysłem, więc tym razem towarzyszył mi mój partner. Nie wiedzieliśmy, ile kilometrów Nilu uda nam się spłynąć, gdyż Egipt nie wydaje turystom pozwoleń na tego typu wyprawy. Policja kontroluje turystów, którzy zbaczają z przyjętego szlaku i chcą zobaczyć coś więcej poza starożytnymi świątyniami. Tak też było w naszym przypadku. Spływ Nilu kajakami wzbudzał zainteresowanie funkcjonariuszy, którzy usilnie starali się przerwać nasze poczynania. Unikaliśmy większych miast i wracaliśmy na rzekę w miejscach oddalonych od posterunków policji. Ostatecznie udało się nam przepłynąć ok. 855 km.
To były dwie bardzo różne wyprawy. Wisła pozwalała na kontemplację i głębsze poznanie siebie, Nil niekoniecznie. Nil jest największą autostradą Egiptu, gdy chodzi o jego długość, jak również ze względu na spory ruch. Każdego dnia na rzece spotykaliśmy setki rybaków zarzucających sieci, a ich poranne stukanie w łódkę w celu wypłoszenia ryb często budziło nas ze snu. Dodatkowo na pierwszym odcinku między Asuanem a Luksorem mijało nas mnóstwo turystycznych promów. Na brzegu każdej wioski, przez którą przepływaliśmy, bardzo szybko gromadziły się dzieci. Wesoło do nas machały i często nawet biegły za nami przez jakiś czas, dorównując tempa. Na obu rzekach noce spędzałam w namiocie. Podczas spływu Wisły sama musiałam rozbić namiot i ugotować sobie coś na kolację, a na Nilu dzieliliśmy się obowiązkami: ja najczęściej rozbijałam namiot, przygotowywałam karimaty do spania, a w międzyczasie mój partner Rei odpalał kuchenkę i filtrował wodę. Na Nilu musieliśmy dużo bardziej skrupulatnie kalkulować porcje spożywanego jedzenia, gdyż trudniej było o zdobycie zapasów. Z reguły co kilka dni zatrzymywaliśmy się na zakupy, ale też na zwiedzanie okolicznych świątyń.
Ludzie byli niesłychanie serdeczni i nieraz częstowali nas „czajem”, czyli egipską czarną herbatą, oczywiście z dużą ilością cukru. By móc się komunikować z naszymi gospodarzami, używaliśmy translatora Vasco – dzięki niemu mogliśmy lepiej poznać egipską kulturę i zaprzyjaźnić się nieco z lokalsami.
Nie trzeba od razu spływać Wisły ani Nilu, by rozpocząć swoją przygodę z kajakowaniem. Istnieje wiele wypożyczalni i agencji, które organizują spływy kajakowe, sam kajak pneumatyczny można zaś kupić już za kilkaset złotych w wielu różnych sklepach sportowych. Oprócz kajaka wystarczy mieć wiosło i kamizelkę ratunkową i już można ruszać na eksplorowanie akwenów wodnych. Do kajakowania nie trzeba specjalnych umiejętności, a poprawnej techniki wiosłowania można nauczyć się z filmów instruktażowych w internecie.
Przebywanie w kajaku na łonie natury wycisza umysł i pozwala naładować baterie, no, chyba że jest to największa autostrada Egiptu…