Jakiś czas po śmierci ojca amerykańska pisarka Siri Hustvedt dostała gwałtownego ataku drgawek w trakcie przemówienia podczas uroczystości mającej go upamiętnić. Jako osoba z dużym doświadczeniem w występach publicznych zdołała zachować klarowność mowy. Była jednak zdumiona własną bezradnością wobec objawów płynących z ciała – trzęsących się rąk i nóg, które całkowicie wymknęły się jej spod kontroli. Ataki zaczęły powracać, przywołały też wspomnienie sprzed lat, kiedy to przez 12 miesięcy cierpiała na dotkliwe migreny poprzedzone napadem drgawek, do którego doszło podczas zwiedzania jednego z paryskich muzeów. Zdarzenie było przerażające i wymagało wyjaśnienia, ale ani rezonans magnetyczny, ani inne badania neurologiczne nie wykazały nieprawidłowości, wykluczono epilepsję, nie udało się wytropić żadnego biologicznego wyjaśnienia jej dolegliwości. Hustvedt zwróciła się więc do specjalistów od neurologii, psychiatrów i psychoanalityków i tą drogą zainteresowała się kiełkującą dziedziną neuropsychoanalizy. Postarała się też najbardziej dokładnie i chłodno opisać, co ją spotkało. Nurtowały ją pytania dotyczące relacji ciała i umysłu, sposobu funkcjonowania pamięci i poczucia tożsamości. Swoje rozważania zawarła w fascynującym eseju The Shaking Woman or A History of My Nerves (Trzęsąca się kobieta lub historia moich nerwów).
Ataki ostatecznie ustąpiły pod wpływem środków farmakologicznych, lecz Hustvedt nie odżegnywała się od kulturowego znaczenia swojego cierpienia.
Choć autorytet freudowskiej tradycji został dawno nadszarpnięty, usiłowała zrozumieć, czy miała do czynienia z niegdyś opisywanymi napadami histerii, dziś klasyfikowanymi jako zaburzenia konwersyjne. Nie odnalazła ostatecznych odpowiedzi, ale stworzyła wielowymiarową opowieść o tym, kim jest tytułowa trzęsąca się w niej kobieta i czym jest jej choroba: subtelna, złożona i tajemnicza materia, niemożliwa do jednoznacznego zrozumienia mimo zaawansowanego postępu nauki.
Lata później, wzbogacona również o to doświadczenie, w książce The Delusions of Certainty (Złudzenia pewności) ubolewała, że na polu współczesnej nauki studia przypadków (które wciąż spełniają bardzo istotną funkcję w psychoterapeutycznej praktyce klinicznej) straciły na znaczeniu, bo statystyka i praktyka „oparta na dowodach” cieszą się dużo większą renomą. Nie zaprzeczała temu, że są one w stanie bardzo wzbogacić naszą wiedzę i powinniśmy z nich korzystać, przy czym dodawała, że „ignorowanie historii pacjenta opiera się na założeniu, że chorobę można wyodrębnić z dynamicznego ciała w czasie i opisać jako listę objawów, którą da się zastosować do każdego innego ciała. Można argumentować, że właśnie tym jest diagnoza – dostrzeganiem podobieństw między wieloma przypadkami i nadawaniem tym podobieństwom nazwy. Jednocześnie każdy lekarz wie, że ten sam lek, operacja czy leczenie wpływa na różnych ludzi w różny sposób. Zlokalizowanie tych różnic jest również istotą rzeczy”.
Syndrom studenta medycyny
Pamiętam, jak w trakcie studiów psychoterapeutycznych z wielkim zaangażowaniem zaczytywałam się w podręczniku diagnozy psychoanalitycznej Nancy McWilliams. Nie tylko porządkował różne intuicje dotyczące typów osobowości, ale ujmował świat relacji międzyludzkich w czytelnej – pomimo ich złożoności – formule. Nie był to zarazem wyłącznie podręcznik medyczny, jak amerykański DSM, czyli system klasyfikacji zaburzeń psychiatrycznych, którego 5. edycja obowiązuje od 2013 r. Diagnoza psychoanalityczna obejmowała rozbudowany system hipotez dotyczących potencjalnych przyczyn i przebiegu kształtowania się osobowości. Autorka wskazywała też na ewolucję znaczenia wielu pojęć i historyczne zmiany w obowiązujących kiedyś i dziś koncepcjach typów osobowości. Osobowość to pewne spektrum, w ramach którego zahamowania lub trudności występują z większym lub mniejszym nasileniem, jednak aby móc wpisać kogoś w daną kategorię (przynajmniej teoretycznie), należy rozpoznać najczęściej stosowane przez niego mechanizmy obronne i zrekonstruować osobistą historię. Słowem, poszukać przyczyn leżących u podstaw jego problemów, zwrócić uwagę na rodzaj ekspresji emocjonalnej, sposób zachowania oraz nawiązywania relacji z innymi.
Zarówno ja, jak i większość moich kolegów przeżywaliśmy fascynację lekturą, nie tylko z potrzeby zyskania odpowiedniego przygotowania do rozumienia pacjentów, ale i dlatego, że służyła ona za przewodnik po naszych wnętrzach.
Wszyscy cierpieliśmy na syndrom studenta medycyny, utożsamialiśmy się z coraz to kolejnymi zestawami objawów i co chwilę identyfikowaliśmy się z takim czy innym rysem. Ile w nas zachowań obsesyjno-kompulsywnych, ile narcystycznych obron, czy posiadamy cechy schizoidalne i przede wszystkim – co dominuje? Czyli: jacy jesteśmy dla innych, jak nas widzą i jak to kształtuje to, kim jesteśmy? Towarzyszyły temu w równym stopniu zaciekawienie i ekscytacja oraz obawa, że dowiemy się czegoś, co będzie dla nas trudne do zaakceptowania. Kto chciałby być histeryczny, narcystyczny, masochistyczny? Nikt przecież nie jest do takiego opisu redukowalny. A jednocześnie stanowiło to atrakcyjne wyjaśnienie trudności, których każdy z nas doświadczał.
W tych dociekaniach tkwiła pewna podwójność. Jeśli odkryję, że jestem histeryczna – co to właściwie będzie znaczyło? Świadomie wybrałam akurat tę „diagnozę”, ponieważ w dzisiejszych klasyfikacjach psychiatrycznych ten termin wyszedł z użycia, a jednocześnie, przeniknąwszy dawno do języka potocznego, pozostał nośnikiem licznych skojarzeń i stereotypów, głównie o negatywnej konotacji. Zdawałam sobie sprawę, że w mojej terapii nikt nie będzie mi stawiał jednoznacznych diagnoz i że nie po to w niej jestem, a jednak pytanie o to, jaki jest „mój status”, czyli jaki styl (a może zaburzenie?) osobowości reprezentuję, nie dawało mi spokoju. A niemożność uzyskania odpowiedzi tylko pogłębiała frustrację. Co mi jest? Co mi dolega? Co jest przyczyną mojego cierpienia? Co przyniesie mi ulgę? Czy da się sprowadzić to, kim jestem, do odpowiedzi na powyższe pytania?
I czy wystarczająco rzetelna i precyzyjna odpowiedź jest w ogóle możliwa?
Granice zdrowia i patologii
Celem terapii, najogólniej rzecz ujmując, jest leczenie. Choć czasem należałoby powiedzieć: poprawa lub ulga w cierpieniu. Lecz skoro już wkraczamy semantycznie na pole medycyny – leczenie musi być poprzedzone rozpoznaniem i diagnozą. Nie przypadkiem przywołałam więc DSM-5 jako o wiele bardziej precyzyjny system klasyfikacji zaburzeń psychicznych niż opisy stylów osobowości, będące częścią ujęć bardziej psychologicznych i psychoterapeutycznych. To nie charakter jest przedmiotem zainteresowania najnowszych edycji DSM, lecz to, co określane jest jako zaburzenie osobowości.
Wszak psychiatria, jako część medycyny, musi posługiwać się językiem klarownym i zakreślać wyraźną granicę pomiędzy chorobą a patologią.
Jak zauważa Allan V. Horwitz – znany z wnikliwej analizy socjologicznej licznych zagadnień z obszaru zdrowia psychicznego – chociaż definicje zawarte w DSM wyodrębniają zaburzenia osobowości z innych zaburzeń psychicznych, jednak w żaden sposób nie wyjaśniają, jakie jest kryterium rozróżnienia zaburzeń osobowości od osobowości „normalnych”. Mimo że dla cierpienia psychicznego od wieków nie sposób znaleźć jednoznacznego biologicznego korelatu, rozwój neuronauki dawał i wciąż daje wielu lekarzom nadzieję, że odszukanie upośledzeń w sposobie funkcjonowania mózgu rozwiąże większość problemów związanych z brakiem wystarczająco skutecznych terapii.
Od czasów starożytnych występowanie chorób psychicznych zyskiwało zupełnie różne wyjaśnienia – od kary bogów, przez średniowieczne myślenie w kategoriach opętania i grzechu, przez powstawanie azylów w epoce nowożytnej prowadzących do kiełkowania psychiatrii i jej rozwoju jako dziedziny medycznej w XIX w., po XX-wieczne spory między psychoterapią a biologicznymi formami leczenia.
Wywodzące się z tradycji psychoanalitycznej dynamiczne ujęcia cierpienia psychicznego postrzegają je jako nierozłączne z osobistym doświadczeniem jednostki. Tymczasem ten rodzaj myślenia został, począwszy od lat 80. XX w., kiedy to ukazała się trzecia edycja DSM, całkowicie wyparty przez model określany przez Horwitza jako „psychiatria diagnostyczna”, która zestandaryzowała kryteria rozpoznawania chorób psychicznych, nie rozpoznawszy zarazem przyczyn ich powstawania. Diagnoza stawiana jest na podstawie objawów, a my wciąż nie wiemy, dlaczego występują, a co więcej – nie dostarczają one całościowego rozumienia problemów danej osoby. Dlatego to podejście może czasem prowadzić do diagnozowania wielu odrębnych jednostek chorobowych u tego samego pacjenta.
System klasyfikacji DSM, ewoluujący wraz z kolejnymi edycjami, spotkał się już nieraz z rozbudowaną i rzeczową krytyką, ale pozostał podręcznikiem, który opisuje choroby psychiczne dość schematycznie i z pominięciem wielowymiarowości, dynamiki i fenomenologicznych aspektów indywidualnego doświadczania.
Za ilustrację ograniczeń DSM często służy wcale nie temat zaburzeń osobowości, tylko kontrowersyjna historia zmian sposobu postrzegania depresji i żałoby w miarę powstawania kolejnych edycji tej klasyfikacji. Tu opisana wyżej zmiana paradygmatu i orientacja na diagnozę staje się szczególnie widoczna. Najkrócej rzecz ujmując, doszło do znaczącego poszerzenia ram diagnostycznych dla depresji. O ile w DSM-I z 1952 r. żałoba po śmierci bliskiej osoby była postrzegana jako element normalnego ludzkiego doświadczenia, a w kolejnej edycji, czyli w DSM-II z 1968 r. wciąż uznawano ją za odpowiedź na wydarzenie życiowe, o tyle DSM-III z 1980 r. przyniosło rewolucję. Wprawdzie wyraźnie oddzielono wówczas depresję od reakcji na stratę i wprowadzono wyjątek żałoby, którego czas trwania nie został wskazany i mógł podlegać interpretacji (zazwyczaj przyjmowano, że normalna żałoba trwa około roku), niemniej akcent został przesunięty na występowanie objawów, a tym samym depresję zaczęto wyraźnie postrzegać jako stan medyczny a nie zjawisko o charakterze psychologicznym. W DSM-IV z 1994 r. do wyjątku „żałoby niepowikłanej” dodano ścisłe kryterium czasowe. Jeśli typowe dla depresji symptomy wystąpiły bezpośrednio po śmierci bliskiej osoby, ograniczały się do dwóch miesięcy i nie współistniały silne objawy psychotyczne czy myśli samobójcze – nie diagnozowano depresji, lecz uznawano to za mieszczącą się w normie reakcję na stratę. W 5. edycji doszło do całkowitego usunięcia wyjątku niepowikłanej żałoby, co jest równoznaczne z możliwością diagnozowania depresji po stracie kogoś bliskiego, jeśli objawy występują dłużej niż dwa tygodnie. Argumenty za tą zmianą miały częściowo charakter administracyjny i wiązały się ze sposobem funkcjonowania systemu ubezpieczeń, świadczeń medycznych i przemysłu farmaceutycznego, co nie zmienia słuszności krytyki, która zwracała głównie uwagę na to, że wraz z kolejnymi zmianami w systemie diagnostycznym normalne ludzkie doświadczenie stopniowo zyskiwało status patologii. Ten proces pokazuje, jak dalece granice pomiędzy tym, co zdrowe, i tym, co patologiczne, ulegają zatarciu, co ma ogromne konsekwencje psychologiczne, społeczne, kulturowe i polityczne.
Zacieranie granic i ewolucja znaczenia określonych terminów i nazw z zakresu psychologii i psychiatrii doprowadziły do paradoksalnej sytuacji, w której – można zaryzykować tezę – stają się one jednym ze źródeł poczucia tożsamości i przynależności.
Na tego rodzaju procesy zwracał już uwagę francuski filozof Michel Foucault, który w książce analizującej służbę szpitalną w trakcie i po Wielkiej Rewolucji Francuskiej widział „spojrzenie medyczne” jako jedną z form władzy. Nawet samo decydowanie, co mieści, a co nie mieści się w szeroko rozumianej normie, ma często wymiar polityczny, jest sposobem na kształtowanie życia społecznego, budowanie hierarchii, wykluczeń etc. Dyskurs medyczny, a także psychiatryczny i psychologiczny – zauważał Foucault – nie są politycznie i egzystencjalnie neutralne, przeciwnie, aktywnie formują podmiot oraz dostarczają mu sposobów opisu i rozumienia siebie.
Pragnienie pewności
Suzanne O’Sullivan, brytyjska neurolożka, opublikowała niedawno książkę The Age of Diagnosis (Wiek diagnozy – polskie wydanie ukaże się jesienią w Wydawnictwie Znak Literanova, a fragment przedrukowujemy na s. 12). Autorka z dużą ostrożnością i empatią śledzi w niej losy osób z diagnozą lub potencjalną diagnozą różnych współczesnych schorzeń, takich jak borelioza, długi COVID, autyzm, ADHD, a nawet nowotwór złośliwy, po to, aby zadać zasadne pytanie o wpływ „etykiet” na dalsze leczenie i, szerzej, na nasze funkcjonowanie i życie. O’Sullivan przestrzega przed narastającą skłonnością do naddiagnozowania i nadmiernej medykalizacji, które niekoniecznie prowadzą do właściwych terapii czy poprawy stanu zdrowia, a czasami wręcz szkodzą. Jako praktykująca lekarka z wieloletnim doświadczeniem obserwuje zmiany w społecznym zapotrzebowaniu na posiadanie diagnozy, których przyczyną nie jest ogólne pogorszenie stanu zdrowia zachodnich społeczeństw, ale postępująca zwłaszcza od około dwóch–trzech dekad zmiana w naszym postrzeganiu roli medycyny i wiedzy medycznej. Relacjonując zmagania pacjentów, wskazuje na etyczne implikacje stawiania diagnoz – od autyzmu, przez genetyczną podatność na rozwój niektórych chorób, aż po czysto profilaktyczne monitorowanie zdrowia – i pokazuje, jak powyższe informacje kształtują konkretne życiorysy. W przypadku cierpienia psychologicznego czy zaburzeń psychicznych jest to szczególnie ważne, bo osobista historia (choć nie inaczej jest w przypadku innych schorzeń, czego O’Sullivan skutecznie dowodzi) jest integralnym elementem rozwoju choroby, sposobu jej opisu, doświadczania i leczenia. Tymczasem stara, dobra praktyka związana z budowaniem opowieści, z interpretowaniem danego przypadku jako indywidualnego zostaje zastąpiona przez nowoczesne technologie, testy, liczby i statystyki, które niekiedy rozjaśniają, nieraz zaś, paradoksalnie, zaciemniają obraz.
Przykładowo: między 1998 i 2018 liczba rozpoznań autyzmu w samej Wielkiej Brytanii wzrosła o 787%.
Dla człowieka współczesnego pragnienie pewności, nawet bolesnej, zwycięża z lękiem przed niewiadomym.
Czy zatem diagnoza może stać się konstytutywnym elementem naszej osobowości? Czy nas określa i determinuje? Czy chroni i służy zdrowieniu, czy raczej naraża na stygmatyzację? Właściwa odpowiedź na którekolwiek z tych pytań nie istnieje poza indywidualną opowieścią, indywidualną historią. Dlatego właśnie O’Sullivan bierze na warsztat historie konkretnych osób, z którymi miała do czynienia w gabinecie lub z którymi przeprowadzała rozbudowane wywiady, żeby dowiedzieć się, jak diagnoza wpłynęła na ich życie, dobór terapii, zdolność do uzyskania pomocy. Jak je ukształtowała, jak wpłynęła na ich rozwój, wybory i ogólny dobrostan.
Książkę otwiera rozdział na temat rzadko występującej choroby Huntingtona, dziedzicznej, postępującej choroby neurodegeneracyjnej prowadzącej do zaburzeń poznawczych, psychicznych i ruchowych. W związku z tym, że dziś dostępny jest test umożliwiający wykrycie odpowiedzialnej za nią mutacji genetycznej, O’Sullivan przygląda się temu, jak wiedza o nosicielstwie może przekładać się na najbardziej fundamentalne decyzje życiowe, np. o posiadaniu dzieci. A także na całokształt funkcjonowania – sposób postrzegania siebie, podwyższony lęk, możliwość wchodzenia w bliskie relacje. Autorka przytacza historię kobiety, która przez dwie dekady była przekonana o tym, że odziedziczyła schorzenie i doświadczała licznych objawów sugerujących chorobę. Okazuje się, że sama wiedza o ryzyku wystąpienia choroby – choć późniejszy test genetyczny ją wykluczył – wpłynęła w sposób fundamentalny na trajektorię jej życia. Czy wykonanie testu wcześniej obciążyłoby pacjentkę w taki sam sposób przez kolejne lata jej życia? Jak sama wiedza, nazwa, potencjalność wpływają społecznie i psychologicznie na dalsze losy jednostki? Są to pytania na tyle ważkie etycznie, że nie ma na nie uniwersalnej, jednoznacznej odpowiedzi.
Bez wątpienia myślenie o diagnozie jako o czymś „obiektywnym” wpływa wtórnie na osobę, która ją posiada, a także na to, jak ewoluuje w ramach różnych praktyk społecznych samo postrzeganie takiej diagnozy.
Kanadyjski filozof Ian Hacking, w eseju opublikowanym na łamach „London Review of Books”, już prawie 20 lat temu opisywał analogiczne co O’Sullivan zjawisko. Hacking myśli w podobny sposób zwłaszcza o diagnozach psychiatrycznych – raz postawione, zmieniają zachowanie ludzi, którzy je uzyskali, a wręcz prowokują lub nasilają w nich sposób bycia zgodny z opisem danej jednostki chorobowej, wytwarzając zarazem nowe formy podmiotowości. Diagnozy, mówiąc jego słowami, „wymyślają ludzi”, czyli nie tylko opisują rzeczywistość, ale i ją kreują. Hacking uzasadnia to w następujący sposób: „Myślimy o wielu rodzajach ludzi jako o obiektach badań naukowych. Czasem po to, by ich kontrolować – jak prostytutki, czasem po to, by im pomagać – jak potencjalnym samobójcom. Czasem po to, by organizować i wspierać, ale jednocześnie chronić samych siebie – jak w przypadku biednych czy bezdomnych. Czasem, by ich zmienić dla ich własnego dobra i dobra publicznego – jak osoby otyłe. Czasem po to, by ich podziwiać, zrozumieć, zachęcić, a może nawet naśladować – jak (czasami) geniuszy. Postrzegamy takich ludzi jako wyraźne klasy, zdefiniowane przez określone właściwości. Im więcej dowiadujemy się o tych właściwościach, tym lepiej możemy ich kontrolować, wspierać, zmieniać lub naśladować. Ale to nie do końca tak działa. Oni są ruchomymi celami, ponieważ nasze badania wchodzą z nimi w interakcję – i ich zmieniają. A skoro się zmieniają, to nie są już dokładnie tymi samymi ludźmi co wcześniej. Cel się przesunął. Nazywam to »efektem sprzężenia zwrotnego«. Czasem nasze nauki tworzą rodzaje ludzi, którzy – w pewnym sensie – wcześniej nie istnieli”.
Hacking nie ukrywa swoich foucaultowskich inspiracji, podobnie zresztą jak Nicholas Rose, brytyjski socjolog znany z badań nad psychiatrią, psychologią i wpływem nauk biologicznych na tożsamość jednostki. Jego książka z 1998 r. pod znaczącym tytułem Inventing Our Selves. Psychology, Power and Personhood (Wymyślanie siebie. Psychologia, władza i osobowość) wydaje się dziś jeszcze bardziej aktualna, a tytuł wyjątkowo trafny. Rose pisał, że ludzie coraz częściej opisują swoje doświadczenie językiem psychologicznym (np. słynne „przepracowywanie traumy”), interpretując siebie głównie przez pryzmat historii osobistej, doświadczeń emocjonalnych i mechanizmów obronnych. To zjawisko wprzęgnięte w dynamikę współczesnego kapitalizmu prowadzi zaś do zarządzania sobą jako zasobem nie tylko w celu poprawy jakości życia, lecz również udoskonalenia siebie, traktowania siebie jako inwestycji.
Mamy tu zatem do czynienia ze swoistym uwewnętrznieniem władzy. Osoby zmagające się z zaburzeniami psychicznymi czy doświadczające psychicznego cierpienia nie są wprawdzie izolowane od społeczeństwa, zamykane i dyscyplinowane, jak to niegdyś czyniono. Ale medykalizacja, naddiagnozowanie, probabilistyka w tym obszarze, szacowanie ryzyka, wreszcie pragnienie diagnozy, po to, aby zaznać ulgi – to przecież idealny obraz opisywanych przez Gilles’a Deleuze’a społeczeństw kontroli. Nie ma indywidualnej historii, subiektywnego doświadczenia – medycyna (i psychiatria oraz rozmaite praktyki psychologiczne) ciągle wytwarza i aktualizuje normy. Dzięki sztucznej inteligencji będziemy jeszcze lepsi w szacowaniu ryzyka bez potrzeby przyglądania się specyficznej jednostce. Zastąpimy ją numerycznością – nasza tożsamość, ta wyzwalająca i niosąca ulgę diagnoza, a może typ osobowości, rozpoznany styl przywiązania, rodzaj zaburzeń nastroju, wszystkie opisy, nazwy i etykiety uczynią nas pozycją w sieci danych.
Nabieramy więc orientacji, a zarazem tracimy „ja”. Oto paradoksy nowych tożsamości, przed którymi ostrzegają historycy medycyny, psychiatrii, socjolodzy, filozofowie.
Historie, nie liczby
Rzetelne rozpoznanie stopnia nasilenia trendu na naddiagnozowanie wymagałoby konkretnych badań i statystyk, ale gdzie okiem sięgnąć – od licznych książek, przez publikacje i podcasty, po media społecznościowe – język psychologii i psychiatrii niewątpliwie zawojował dyskurs społeczny i tożsamościowy. Z historycznego punktu widzenia w dość krótkim czasie zdążyliśmy zapomnieć, że to wnikliwe zainteresowanie sobą jest wynalazkiem nowoczesności, w tym psychoanalizy, dziś tak kontestowanej przez świat opartej na dowodach nauki. Jak pisze Eli Zaretsky w książce Sekrety duszy. Społeczna i kulturowa historia psychoanalizy: „(…) obecnie potrafimy spojrzeć na psychoanalizę całościowo, uznając zarówno jej aspekty represyjne, jak i wolnościowe, dzięki temu, że traktujemy ją jako pierwszą wielką teorię i praktykę »osobistego życia człowieka«. Pisząc »życie osobiste«, rozumiem przez to doświadczenie poczucia tożsamości, niezależnej od miejsca, jakie dana osoba zajmuje w swojej rodzinie i społeczeństwie, oraz od wykonywanej pracy. W pewnym sensie możliwość posiadania życia osobistego jest oczywiście uniwersalnym aspektem człowieczeństwa. Mam jednak na myśli raczej ukształtowane poprzez wieki, specyficzne doświadczenie wyjątkowości i niepowtarzalności własnego wnętrza, które pod względem socjologicznym jest rezultatem współczesnych procesów industrializacji i urbanizacji historii rodziny”.
Być może nie doceniamy dziś znaczenia pogłębionej opowieści nie tylko na temat objawów, ale i naszej kondycji, całościowej perspektywy na psyche, ciało, duszę, nawet jeśli traktujemy tę ostatnią wyłącznie metaforycznie.
Zdajemy się dziś zorientowani na „szybkie rozwiązania”, spieszymy się znaleźć odpowiednią nazwę, klasyfikację, „etykietę”, która jednoznacznie kojarzy nam się z szansą na uzdrowienie. Tracimy z oczu sens i znaczenie naszych doświadczeń, odseparowując się od nich, jakby były nieistotne, a zarazem przywdziewając „diagnostyczną tożsamość”, która dostarcza nazw, przy czym nieraz, paradoksalnie, pozbawia wyjaśnień. Dla człowieka współczesnego pragnienie pewności jest lepsze niż niewiedza.
Co w ten sposób tracimy? Nick Haslam, australijski psycholog, który zasłynął z wprowadzenia terminu „concept creep”, wskazuje na systematyczne poszerzanie się znaczenia takich słów jak „trauma”, „przemoc” czy „choroba psychiczna”, a także samych diagnoz. Może to wspierać wzrost wrażliwości społecznej na różne formy cierpienia i jednocześnie prowadzić do medykalizacji zwykłych ludzkich doświadczeń, osłabienia rozumienia trudności osób głębiej dotkniętych schorzeniem i moralizowania. O ile poszerzanie świadomości społecznej dotyczącej występowania określonych zaburzeń psychicznych jest ważne i pomocne, o tyle coraz bardziej zaciera się różnica pomiędzy ludźmi, którzy są w stanie całkiem dobrze funkcjonować mimo swoich diagnoz oraz objawów, a ludźmi, których funkcjonowanie jest w istotny sposób naruszone czy ograniczone. Skutkiem może być tracenie z oczu tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy.
Czy nie podobnie rzecz się ma z coraz częstszym rozpoznawaniem autyzmu lub ADHD? Nie chodzi o publicystyczne dyskusje o „modzie” ani nawet o krytykę krótkich i często nierzetelnych filmików edukacyjnych zalewających internet, lecz o łatwość, z jaką ulegamy pokusie diagnozowania. Historia psychiatrii pokazuje, że to, co dziś wydaje się pewne, może w ciągu kilkunastu lat stać się przeżytkiem. Przypomnijmy, że jeszcze w latach 40. XX w., zanim obszar psychiatrii został zdominowany przez farmakoterapię, wciąż uznawano lobotomię za skuteczny sposób leczenia poważnych zaburzeń psychicznych. Współcześnie nikt nie sądzi, że była to odpowiednia forma pomocy medycznej, wiemy za to, jak wiele szkód przyniosła.
Przypadki pacjentów O’Sullivan oraz doświadczenia Siri Hustvedt pokazują, jak diagnoza może lub mogłaby przynieść poczucie uwolnienia, ale też jak niekiedy ogranicza zdolność człowieka do myślenia o sobie w sposób wielowymiarowy i, co niepozbawione znaczenia, do nadawania sensu własnemu doświadczeniu. Być może dzisiejsza pogoń za diagnozami mówi dużo o ludzkiej potrzebie rozumienia i orientacji w świecie, ale jeszcze bardziej wskazuje na to, jakiej diagnozy socjologicznej domagają się współczesne społeczeństwa globalnej Północy. Diagnoza nie jest odrębnym ani niezależnym bytem – jest czymś, co powstaje w określonym kontekście i, jak pokazuje Ian Hacking, wytwarza „sprzężenie zwrotne”, oddziałując na nasze „ciała”, słowem – na nas.
Nie chodzi tu oczywiście o rezygnację z dorobku medycyny, tylko o włączenie filozoficznego i etycznego namysłu nad sposobem, w jaki nim zarządzamy. Nicholas Rose postuluje liczne zmiany na polu psychiatrii, zaczynając od tego, żebyśmy powrócili do starej praktyki formulacji przypadku (w psychoterapii wciąż praktykowanej), czyli tworzenia historii niedających się zredukować do liczby. Czymś takim poniekąd, choć na użytek osobisty i społeczny, jest właśnie m.in. opowieść Siri Hustvedt.
***
Charles Rosenberg, jeden z najwybitniejszych historyków medycyny i nauki, zapytany o siłę diagnozy w kształtowaniu naszego spojrzenia na chorobę i opiekę zdrowotną, odpowiedział: „Niektórzy nazwaliby to postępem, niektórzy redukcjonizmem, inni biurokracją. Ale to wszystko naraz”.
Uzupełnię to rozpoznaniem Olgi Tokarczuk – cierpimy dziś na chorobę literalizmu. Potrzebujemy więc nie tylko więcej danych, ale także więcej opowieści.