Subskrybuj
Iryna, Farangiz, Elena i Elshad – bohaterowie reportażu fot. archiwum autorki
Iryna, Farangiz, Elena i Elshad – bohaterowie reportażu fot. archiwum autorki
Dziennikarka, publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Przekroju” i „Newsweeku”. Absolwentka polonistyki i Polskiej Szkoły Reportażu. Laureatka Nagrody im. Macieja Płażyńskiego za reportaż o emigracji. Żyje pomiędzy Australią i Podhalem

Wasz język to kosmos 

Lata PRL-u nadały polszczyźnie jednolite brzmienie. Dziś coraz częściej na ulicach słyszymy nasz język ze wschodniosłowiańskim albo azjatyckim akcentem. Kto i po co uczy się polskiego?

Z kraju emigracyjnego, z którego ludzie uciekają, Polska stała się krajem imigracyjnym, do którego przyjeżdżają, szukając lepszego życia.

I tak np., jak podaje Ministerstwo Spraw Zagranicznych, najwięcej wiz wydanych na rok (po których cudzoziemiec musi wnioskować o kartę pobytu) tylko przez osiem pierwszych miesięcy 2023 r. otrzymali obywatele Białorusi (ponad 156 tys.), Ukrainy (ponad 95 tys.), potem Turcji, Indii, Filipin, Nepalu, Kazachstanu, Uzbekistanu, Gruzji, Azerbejdżanu, Rosji, Mołdawii, Bangladeszu, Wietnamu, Chin. Do Polski przybywają licznie uchodźcy wojenni, studenci zagraniczni, niedługo zaczną pojawiać się uchodźcy klimatyczni. A wraz ze wzrostem atrakcyjności naszego kraju rośnie waga naszego języka.

Sercem

Aldona, 49 lat, Kraków, języka polskiego uczy od dwóch lat: – Gdy po 20 latach pracy w korporacji zostałam zwolniona podczas spotkania na Teamsach, dowiedziałam się, że w szkole języka polskiego szukają lektorów. Pokazałam dyplom polonistyki, zobaczyli, że jestem otwarta i komunikatywna, i od razu mnie przyjęli – opowiada. Posada lektorki odmieniła jej życie: przygotowania do interaktywnych zajęć, dojazdy, operowanie głosem przez wiele godzin w taki sposób, żeby uczniowie nie pogubili się, lecz wynieśli z zajęć jak najwięcej, sprawdzanie prac po nocach. Nie pytam o metody ani o zawiłości polskiej gramatyki, którą musi wyjaśniać, tylko o to, jakie problemy z nauką naszego języka mają osoby z różnych stron świata.

– Zrobiłam podyplomową glottodydaktykę [metodykę uczenia języka obcego], gdzie dostałam narzędzia do pracy lektora. Nauczyłam się pływać na głębokiej wodzie: prowadzić ciekawe zajęcia bez używania języków pomocniczych (angielskiego czy rosyjskiego). Wykładający na studiach podyplomowych wyjaśniali też, jak pracować z różnymi nacjami, mówili, że zdobędziemy szacunek Chińczyków, gdy założymy dobre zegarki i drogie ubrania, bo Chińczycy ogromną wagę przywiązują do sukcesów. Natomiast Turcy nie wybaczą lektorce, jeśli nie zapyta, co u nich słychać. Dowiedziałam się, że najszybciej uczą się Włosi i Hiszpanie, bo uwielbiają rozmawiać, nawet z błędami; że wiele entuzjazmu mają Indusi, ale w ogóle się nie uczą; że najpilniejsi są Wietnamczycy; i że metodą tradycyjną 3P (prezentacja, praktyka, produkcja) najchętniej uczą się Słowianie.

Uczę studenta z Libanu, dla którego nasz język to kosmos, jest po politechnice, uczy się polskiego jak matematyki. Wypisuje końcówki w różnych odmianach jak wzory i podstawia pod wyrazy. Mam chłopca z Tadżykistanu, myślę, że jeśli wróci do swojego kraju, ma szanse zostać prezydentem, zawsze biała koszulka, skórzana torba i ogromny szacunek do nauki. Mam kursanta z Wietnamu, zeszyt w kratkę, wszystko równiutko zapisane, połączone linijką. Mam Indusów, zawsze uśmiechnięci, mówią, że uwielbiają polski, jednak nic się nie uczą, tłumaczą, że są zmęczeni, przepracowani. Miałam też Francuza, który pracował w korpo, polskiego uczył się, żeby wyjść na obiad, porozmawiać z Polakami. Niestety, wszystko mu się myliło, ja mówiłam, on kiwał głową, udawał, że rozumie, był bardzo kulturalny, nie przerywał.

Najwięcej mam Słowian wschodnich. Zauważyłam, że zwracają uwagę na mój wygląd, czy mam zrobione paznokcie, włosy, usta. Nie wiem do końca, co o mnie myślą, bo jestem naturalna, nie mam w sobie nic sztucznego. Lubią też ustawianie zasad, ja jestem nauczycielką, oni uczniami, mają konkretne obowiązki, lubią czuć nad sobą „bat”.

Miałam przemiłą kobietę, opowiedziała mi po polsku, jak uciekała z Charkowa, jak tydzień siedzieli w schronie, jak szukali benzyny, błagali kierowcę, żeby zabrał ich do Warszawy. Obie płakałyśmy. Jest w Polsce lekarką, narzeka, że gdy zaczyna mówić, wszyscy wiedzą, że nie jest stąd: „Ja pryjechała rok temu”, opowiada, „No właśnie, pani Daryno, bo pani pryjechała, a nie przyjechała. No i akcent na przedostatnią sylabę, nie na pierwszą!”. Mam panią Olenę, na początku w Polsce sprzątała. Gospodyni mówiła jej: „Odpocznij, odpocznij”, a ona „Ja rucham się, rucham” (po ukraińsku – ruszam się), mąż jej potem powiedział: „Olena, tak się nie mówi! Wiesz co to w Polsce znaczy?”. Mam pana Bohdana, programistę, pracuje w języku angielskim, polskiego się uczy, bo chce poznać kobietę. Ale nie znam przypadków, żeby Polka związała się z Ukraińcem.

Białorusinów uczy się inaczej – twierdzi Aldona – są bardziej zdyscyplinowani, młodzi, zdolni. Bardzo dużo jest na zajęciach z nimi polityki, krytykują reżim Łukaszenki albo opowiadają, jak kupowali w Polsce telewizory i sprzedawali z zyskiem na Białorusi. Są zachwyceni, że odbywają się u nas uliczne demonstracje, że panuje tu taka wolność. Gdy powiedziałam, że w wyborach pewnie PiS przegra i straci władzę, przestraszyli się. „Jak można tak mówić publicznie? I nikt nie doniesie?”

Indusom podoba się polska gościnność i że miasta są czyste – wylicza lektorka – Ukraińcy zachwycają się przestronną Warszawą, transportem publicznym. Ale krytykują polskie jedzenie – tłuste, słabo podane i Polacy źle gotują ryż. Za to wszystkim smakuje żur. Wielu narzeka – Polacy mówią za szybko, za głośno, nie można nas zrozumieć, polski to szelest.

Nie jesteś stąd

Magdalena, 32 lata, Warszawa, w zawodzie lektorki od trzech lat, jest też egzaminatorką: – Kończyłam studia z glottodydaktyki i miałam obawy: „Czy jeśli będę tylko uczyć polskiego, będę miała co jeść?” – śmieje się. – Dlatego przez kilka miesięcy ciągnęłam równocześnie pracę etatową w korpo. Teraz utrzymuję się tylko z lektorstwa i jest całkiem nieźle.

Na początku miałam ogromną tremę. Żeby przełamać lody, zaczęłam z uczniami żartować. Gdy znalazłam w sobie pokłady performerskie, stało się to zabawą, która daje dużo satysfakcji. Zdarzają się sytuacje, kiedy oprócz stand-uperki muszę być psycholożką czy wsparciem administracyjnym. Bo kiedy już nawiążę relację z uczniami, wiem, że będą pytać: „Czy pani wie, gdzie iść, żeby to załatwić?”, „Gdzie znaleźć dentystę dla dzieci?”. Uczę głównie na wysokich poziomach, uczniowie rozumieją dobrze polski, potrafią mówić i są sytuacje, gdy ktoś składa np. dokumenty na studia, a to tyle papierów, nie wiedzą, co robić: „Możesz mi pomóc?”, „Co to znaczy?”, więc pomagam, wyjaśniam.

Często jesteśmy pierwszymi osobami, które tłumaczą im, co się dzieje w kraju. Gdy 4 czerwca przeszedł antyrządowy protest zorganizowany przez Platformę Obywatelską, pytali, dlaczego cała Warszawa stoi. Są niezwykle zainteresowani, zaangażowani, sfrustrowani, że nie wiedzą. Na wyższych poziomach poznają historię Polski, zatem padło pytanie: „Dlaczego Polacy nie lubią Żydów?” – no i nie mogę ich tak zostawić, więc tłumaczę: „Słuchajcie, to jest długa historia…”. Wiele osób ma dzieci w polskich szkołach: „Dlaczego tu uczą na pamięć?”. Często pytają o Kościół: „Dlaczego w szkołach jest tylko ta religia, a nie religie?”. Mówią mi: „Pani jest taka otwarta, a jak jesteśmy w sklepie i mówimy z akcentem, to często ludzie są niemili”, albo ktoś im zwrócił uwagę na złe parkowanie, bo zobaczył zagraniczne tablice. I trzeba powiedzieć, „Słuchajcie, ludzie są różni…”. Pytają, czy coś im się wydaje, czy tak jest naprawdę. Oj, proszę mi wierzyć, muszę odpowiadać dyplomatycznie, bardzo się gimnastykuję, żeby stąd nie pouciekali.

Warunkiem wystąpienia o polskie obywatelstwo – tłumaczy Magda – jest zdany egzamin z języka polskiego, zwany B1 (to trzeci z sześciu poziomów, najniższy to A1, najwyższy C2). Jest on taki sam dla Słowian i uczniów z innych grup językowych. To niesprawiedliwe, bo anglojęzyczni, arabskojęzyczni czy Azjaci muszą włożyć o wiele więcej pracy, uczyć się struktur gramatycznych na pamięć, żeby liznąć poziomu, który Słowianie osiągają, chociażby słuchając polskiego. Egzamin składa się z modułów: mówienia, słuchania, rozumienia tekstów czytanych, gramatyki i pisania. Ci biedni obcokrajowcy muszą napisać charakterystykę postaci albo list formalny, polską grafią. Sprawdzamy więc, czy słowa są poprawne. Muszą osiągnąć 50%, żeby zdać. Zdecydowana większość zdaje, bo gdy ktoś zapisze się na ten państwowy egzamin, to się mocno przygotowuje, niektórym wystarczają trzy miesiące, a innym potrzeba nawet pięć lat.

– Jak widzę przyszłość tego zawodu? – zastanawia się lektorka. – Mamy teraz więcej kursantów na wysokich poziomach, już po egzaminie B1, czyli są to osoby na stałe mieszkające w Polsce, ale nadal zainteresowane nauką. Chcą się pozbyć akcentu, inwestują w siebie, zmieniają się ich potrzeby. Już nie chcą się tylko dogadać, żeby kupić bułki. Polski potrzebny jest do swobodnego życia, żeby nikt nie zwracał im uwagi: „A, ty nie jesteś stąd”. To jest ogromna zmiana i z czasem, myślę, będzie coraz większe zapotrzebowanie na te wysokie poziomy. Jest np. możliwość zrobienia certyfikatu C1, wtedy można studiować w języku polskim, a więc bezpłatnie. Za chwilę będzie boom, ten certyfikat będzie potrzebny, bo wielu obcokrajowców, żeby tu pracować, musi nostryfikować dyplomy.

Polski szumi

Iryna, 44 lata, Koszalin, polskiego uczy od ośmiu lat, prowadzi prywatną szkołę językową: – Przyjechałam do Polski 23 lata temu, z obwodu lwowskiego, najpierw uczyłam angielskiego i niemieckiego. Wtedy w Polsce obcokrajowców było mało, bo były problemy z pracą. Języka polskiego nauczyłam się sama, nie było wtedy żadnych kursów – opowiada płynną polszczyzną. – Po 2014 r. zaczęli pojawiać się Ukraińcy z obwodu donieckiego i ługańskiego, uciekający przed rosyjską agresją. To rosyjskojęzyczni, którym nauczyć się polskiego jest o wiele trudniej niż ukraińskojęzycznym z zachodu.

Znałam metodykę nauki języków obcych, po polsku mówiłam już dobrze, zdecydowałam się więc na eksperyment, który okazał się strzałem w dziesiątkę – zaczęłam uczyć polskiego jako języka obcego, potem otworzyłam własną szkołę. Najwięcej kursantów mam z Ukrainy wschodniej, gdzie długo rządziła mentalność radziecka, był przemysł ciężki, ludzie nie musieli się spinać, starać, uczyć języków. Skoro nasz prezydent dopiero w 2017 r. zaczął się uczyć ukraińskiego, to co mają powiedzieć robotnicy, którzy uczą się nie ukraińskiego, lecz polskiego? Miałam dwie starsze kursantki, zrezygnowały po miesiącu, powiedziały, że nie dadzą rady, polski dla nich szumi, wszystko jest według nich bezsensowne, twarde, wolą siedzieć w domu, niż się męczyć.

Słowianie uczący się polskiego często mówią mi: „Jestem jak pies, rozumiem wszystko, ale powiedzieć nie umiem”. Do tego dochodzi nasza mentalność, boimy się błędów, ośmieszenia, mamy blokadę.

Gdy wybuchła wojna, od rana do wieczora kwaterowałam ludzi, ponad 600 rodzin, wysyłałam busy na granicę, zorganizowałam wraz z lektorami wolontariuszami darmowe kursy języka polskiego dla 350 uchodźców, tłumaczyłam dokumenty. Słuchałam historii o czołgach, schronach, zburzonych domach, dzwonili w środku nocy, babka, matka, dzieci, dzwonili Polacy oferujący pomoc. Byłam wycieńczona. W pewnym momencie mąż zabrał mi telefon, a potem miałam 75 nieodebranych połączeń. Jedna moja studentka pojechała spotkać się z mężem na froncie, stęskniona, wróciła po dwóch tygodniach rozwiedziona. Bardzo się zmienił, robił tylko wyrzuty: „Bo ty w Polsce na pewno kogoś masz”. Albo staje mi przed oczyma babcia, która przyprowadzała do mnie wnuczkę: „Mam 76 lat. Nigdzie nigdy nie byłam, starych drzew się nie przesadza, ja tu umrę, a języka się nie nauczę”.

Niepokój wzrasta, gdy obserwuję nastroje antyukraińskie. W zeszłym roku wszystko, co ukraińskie, było modne, ale wiedziałam, że to się skończy, bo Polacy, których dzieci nie będą mogły dostać się do przedszkola, szkoły czy na uniwersytety, zaczną się burzyć. Moi kursanci słyszą czasami: „Polska dla Polaków”, „Ukraińcy wypierdalać”. Jedna nauczycielka historii, klasa siódma, kazała Ukraińcowi, żeby opowiedział kolegom Polakom, jak Ukraińcy mordowali na Wołyniu. Ten chłopiec przyszedł do mnie zdruzgotany: „Co miałem mówić?”.

Nie było jeszcze w Koszalinie sytuacji, żeby kogoś pobili, lecz kursanci dorabiający w różnych zakładach rybnych spotykają się z niechęcią. Przypominam im: „Przyjechaliście do cudzego kraju. Nie dyskutujcie, róbcie swoje, a wszystko będzie docenione”. Zapisywałam na kursy kobietę: „A po co mi się uczyć polskiego, skoro ja kible sprzątam?”. Ja na to: „A wiesz, kochana, jak się nauczysz języka, będziesz miała szansę stanąć na kasie, pracować w usługach, w księgowości”.

Sama pamiętam, jak tu przyjechałam. Byłam początkującą nauczycielką, słabo mówiłam po polsku, wiele mi wybaczano. Gdy zaczęłam realizować swoje projekty, jeden, drugi, gdy zaczęłam być ponadprzeciętna, nieraz robiono mi pod górkę. Czy dziś Polacy są zazdrośni, że mam szkołę językową? – śmieje się. – Jest takie przysłowie: „Przyjaciół poznaje się w biedzie”, myślę, że bardziej poznaje się, jak reagują na sukcesy. Na szczęście mam też znajome Polki z Klubu Kobiet, prężne przedsiębiorczynie, przy których firmach moja szkoła to pikuś, z ich strony nie odczuwam żadnej niechęci.

Natomiast Ukraińcy są z niej bardzo dumni: „Pani Iryno, ja na wasze życie patrzę jak na serial! Rano wstaję, odpalam Fejsa i sprawdzam, co się u pani dzieje”. Jestem dla nich przykładem, że można odnieść sukces w obcym kraju. Motywuję ich, żeby uczyli się polskiego: „Jak możesz w Polsce czuć się dobrze, kogoś poznać, jeśli nie potrafisz wyrazić swoich opinii, emocji, kogoś pochwalić, obronić siebie?”.

Zaskoczenie

 Elena, 39 lat, Lizbona (tak naprawdę ma na imię Emilia Helena i pochodzi z Mazur) uczy polskiego od sześciu lat, wyłącznie online. Ze swoim autorskim programem języka polskiego @PolishWithElena jest na Facebooku, Instagramie, TikToku, Telegramie, publikuje filmiki ze scenkami rodzajowymi, kolorowe grafiki z gramatyką, ogłasza darmowe warsztaty. Wszystko wyjaśnia po angielsku, powoli wprowadza polskie słowa.

– Przez wiele lat uczyłam angielskiego w prestiżowych szkołach i nie wierzyłam, że może być takie zainteresowanie językiem polskim – opowiada przez WhatsApp. – Myślałam: „Mój Boże, kto i po co chciałby się uczyć polskiego?”. Tymczasem w dobie komunikatorów internetowych okazało się, że jest to łatwe, mogę uczyć ludzi z każdego zakątka świata. Najpierw podglądałam strony, gdzie uczą w interaktywny sposób angielskiego. Zobaczyłam, jaki to jest biznes, że trzeba robić show, uczyć w porywający sposób! Pomyślałam: też tak potrafię, a nawet jeszcze lepiej. Przeniosłam te metody na uczenie języka polskiego, uczę krok po kroku, z obrazkami, filmikiem, piosenką. Profil na Instagramie założyłam rok temu, a dziś mam już 25 tys. obserwujących.

Ostatnio wrzuciłam na Insta ankietę, dlaczego chcą uczyć się polskiego. Powody są cztery, zgadniesz? Pierwszy to osobisty, polska partnerka, partner. W niektórych krajach ciężko spotkać facetów z takim kodeksem moralnym, jaki często posiadają Polacy. To jest atrakcyjne dla wielu dziewczyn, np. z Brazylii, gdzie mężczyźni lubią sobie poflirtować z kobietami. A są i tacy, którzy mają taki fetysz – śmieje się lektorka – że pociągają ich Polki.

Drugi powód to praca w Polsce.

Trzeci – polskie pochodzenie. Mam sporo uczniów ze Stanów, z nazwiskami zakończonymi na „ski”, mają rodziców Polaków, ale nie uczyli się polskiego, teraz żałują, bo spodobało im się u kuzynów w Polsce.

Czwarty powód – zdarzają się uczniowie, którzy po prostu kochają języki, a polski to jest dla nich duże wyzwanie!

Cały czas obserwuję rosnące zainteresowanie – zdradza Elena – ogłaszam darmowe webinary, na których sprzedaję autorskie wideokursy dla początkujących i średnio zaawansowanych. Za każdym razem pojawia się kolejnych 100 nowych osób, z różnych krajów. To niekończący się strumień ludzi, którzy uczą się polskiego.

Śledzi mnie też mnóstwo Polaków, z ciekawości. Jedyne negatywne komentarze, jakie dostaję, są właśnie od rodaków. Nie dowierzają, więc piszą: „A kto będzie się uczył polskiego?”. Zrobiłam scenkę: piję piwo, sok, słomka – chciałam nauczyć nowych słówek w zabawny sposób. Mnóstwo ludzi odezwało się po angielsku: „Byłem w Krakowie, piłem piwo z sokiem przez słomkę, polubiłem to”, a Polacy: „Tylko buraki piją z sokiem” albo „Jak to? Piwo to tylko z wódką”. Czy to polska duma się odzywa? Czy Polacy jak zwykle wszystko wiedzą najlepiej?

Nadal uczę języka angielskiego, jednak w tym momencie mam więcej chętnych na polski. Wciąż ich przybywa, robię webinary i myślę: „Boże, czy są jeszcze nowi ludzie, którzy chcą się uczyć polskiego?”. No i są, całe mnóstwo, za każdym razem!

Bardziej pasuję do Polski

Jest coraz więcej osób, które od podstaw nauczyły się polskiego. Kilka lat temu powstał niezwykły trend: w mediach społecznościowych i na YouTubie pojawiło się wielu młodych obcokrajowców, którzy po polsku opowiadają o Polsce. A Polacy uwielbiają ich oglądać.

Mijin jest z Korei Południowej, od 10 lat mieszka we Wrocławiu, gdzie uczy na uniwersytecie języka koreańskiego. Prowadzi kanał @Koreanka, ma 222 tys. subskrybujących, nagrała 177 vlogów. Wszystkie profesjonalnie, bo w swoim kraju, oprócz polonistyki, którą wybrała przypadkowo, studiowała też marketing kulturowy, uczyła się, jak kręcić i montować filmiki. – Pomyślałam, że mogę pokazywać kulturę koreańską dla Polaków – mówi po polsku Mijin ze śpiewnym azjatyckim akcentem – ale nie miałam odwagi, byłam nieśmiała, język polski miałam na gorszym poziomie niż teraz. Mój polski chłopak powiedział: dasz radę. No dobra, spróbuję. Początki z mówieniem były ciężkie. Alfabet podobny do angielskiego, ale „ą, ę, sz, cz”, takie rzeczy to naprawdę dziwne na początku. Jak to przeczytać? I gramatyka, odmiana, tego nie mamy w naszym języku. Ja idę, ty idziesz, my idziemy, a potem nagle on poszedł, a ona poszła… To jest dla mnie trudne – wzdycha Koreanka.

Jest świetną performerką, oglądając jej vlogi, można się pośmiać, np. gdy ze swoim mężem Bartkiem naśladują matki – on polską, ona koreańską; albo gdy Mijin porównuje polskie i koreańskie makijaże; albo gdy mówi o polskich słodyczach. Gdy zaszła w ciążę, mówiła o ciążowych przesądach. Na jednym z vlogów jej nieśmiali rodzice opowiadają, co spodobało im się w naszym kraju, a co ich zdziwiło (że w restauracjach trzeba zamawiać wodę, że system biletów w transporcie publicznym jest skomplikowany, że ludzie mają mnóstwo kwiatów na balkonach). Mama mówi, że Mijin bardziej pasuje do Polski, bo częściej się tu uśmiecha.

– Pod każdym filmikiem dostaję miłe komentarze. Ale czasami ktoś pisze: „Polska dla Polaków”, „Wracaj do swojego kraju”, „Twoja wymowa jest niezrozumiała”, więc dawałam napisy po polsku. Tysiąc dobrych komentarzy, a jeden zły i cały czas mam go w głowie. Teraz już nie wchodzę, nie patrzę.

Straszyli przed wyjazdem

„Nie mów tam po rosyjsku, bo będą na ciebie krzywo patrzeć”, a ona miała 19 lat i znała tylko rosyjski. „Polacy są zamknięci na obcokrajowców”, „W Polsce jest bardzo, bardzo zimno”, więc przed wyjazdem babcia kupiła jej wielkie, długie futro. „Polacy nie znają języków obcych i są bardzo religijni”, „Polacy są zawsze niezadowoleni”.

– „Jejku – myślałam. – Jestem muzułmanką, o ciemniejszym kolorze skóry, obcą, jeszcze mnie pobiją” – opowiada płynną polszczyzną Farangiz z Uzbekistanu, która prowadzi kanał na YouTube UZPOL Production (Fara i Mati) i ma 33 tys. subskrybujących oraz 73 vlogi.

Teraz jest tu sześć lat i uwielbia Warszawę, ludzie się do niej w tramwajach uśmiechają, zachwyca ją wolność kobiet, ale jak opowiada: – Początki były masakryczne: zimno, deszcz, a ja zupełnie sama, chciałam wracać. Nic nie rozumiałam. Potem w akademiku trafiła mi się współlokatorka Polka, najpierw dogadywałyśmy się na migi, potem coraz więcej rozumiałam, coraz swobodniej się czułam. Nawet jak starsze panie na ulicach pytały, jak dojechać, potrafiłam powiedzieć. Na początku trzymałam się z obcokrajowcami, którzy porozumiewali się po rosyjsku: z Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Białorusi. Jak już mój polski był lepszy, zaczęłam spotykać się z Polakami, co było w moim interesie, chciałam więcej rozmawiać, uczyć się języka. I tak poznaliśmy się z Mateuszem, z którym dziś dużo podróżujemy (zawsze zabieramy naszego kota) i prowadzimy razem biznes (handel szkłem Polska–Uzbekistan).

Dlaczego zaczęli nakręcać vlogi? Mówi, że wiele osób w jej kraju chciałoby wyjechać, lecz się boją: „Tam jest inna kultura, daleko, niebezpiecznie”, dlatego swoimi filmikami z napisami dla rosyjskojęzycznych Farangiz chce przekonać dziewczyny w muzułmańskich krajach, że w każdej chwili mogą zmienić swoje życie, mogą wyjechać.

Jednak najwięcej ludzi ogląda ją w Polsce. Czemu Uzbeczka i jej chłopak Polak są tak popularni wśród Polaków? – Bo jesteśmy nietypową parą, jestem muzułmanką – mówi dziewczyna. – Większość komentarzy jest bardzo miła. Polacy bardzo lubią, gdy ktoś wypowiada się o ich kraju, narodowości. Patrzę na innych kanałach, nagrywają Ukrainki, Białorusinki, wielu Polaków komentuje ich filmy, mają bardzo dużo wyświetleń. Chcą bowiem słyszeć o sobie dobre rzeczy, nie do końca są otwarci na krytykę.

Kiedyś nagrała odcinek, w którym wymienia, co nie podoba jej się w kraju nad Wisłą, no i posypał się hejt, nawet od Polaków, którzy wcześniej pisali, że ją lubią. – Że jestem niewdzięczna – wylicza Farangiz – że te problemy, o których mówię, istnieją w większości krajów, że jeżeli jestem tutaj i jest mi dobrze, to za wszystko muszę dziękować, a nie narzekać. A to były moje osobiste spostrzeżenia, bo w urzędzie mnie niemiło potraktowali, bo w sklepach bałagan. Albo piszą: „Tyle Polska Ci dała, teraz czas coś dać Polsce. Kiedy się ożenicie, kiedy dziecko?”.

Pierwsza rozmowa z Polakiem, tak przyjemna jak pierwszy seks

Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy zamieszkać w kraju nad Wisłą, niech obejrzy na YouTube filmy z kanału Azerczik w PL (10 tys. subskrybujących, 32 vlogi). Tu Warszawa nazywana jest europejskim Nowym Jorkiem; z Pałacu Kultury rozciąga się widok na „centrum wszechświata”; nie ma korków; autobusy spóźniają się najwyżej 10 min; pracę można znaleźć w jeden dzień; w sklepach sprzedawcy zawsze mówią „dzień dobry”; a żywności jest tyle, iż nie wiadomo, co wybrać; poza tym jest tanio, nawet podczas inflacji; poczta szybko działa i w pociągach można wozić psy; drogi są dobre; a polska wieś to ostoja spokoju, czysta, bez śmieci. Polki dbają o swoich mężczyzn i nie wymagają kasy jak kobiety ze Wschodu; no i Polacy „zawsze są mili. Bez wyjątków, wystarczy, że dobrze mówisz po polsku”.

Taką wizję w swoich filmikach przedstawia Elshad z Azerbejdżanu, który polskiego nauczył się w sześć miesięcy. Do Warszawy przyjechał rok temu, na studia podyplomowe, psychologia sportu. Poznał Polkę, ożenił się, teraz czeka na kartę pobytu, bardzo chce tu zostać.

Na swoich filmikach żali się po polsku z miękkim wschodnim akcentem, że we własnym kraju był prześladowany przez rówieśników, miał długie włosy, kochał książki i nie był jak „faceci ze Wschodu”. Marzył o emigracji, o pracy w polskiej fabryce, zaczął więc chodzić na lekcje polskiego, nauczycielka namówiła go na studia, oglądał dwa polskie filmy dziennie, coraz więcej dowiadywał się z internetu o Polsce, zaczął myśleć po polsku, uwielbiał nasze żarty, dziwne wyrazy. Był szczęśliwy, gdy wysłali mu zaproszenie na studia. „Pierwsza rozmowa z Polakiem na lotnisku była tak przyjemna jak pierwszy seks” – wspomina Azerczik.

Na swoich vlogach dziękuje Polakom, którzy przysłali mu datki, choć jak twierdzi, wcale tego nie oczekiwał, w jednym miesiącu 20, 30 osób, po 100, 200 zł, raz dostał 7 tys. zł. Kupił profesjonalny sprzęt do nagrywania filmików, trochę rozdał bezdomnym.

– Pytasz, dlaczego kanały obcokrajowców chwalących Polskę są takie popularne. To logiczne – prycha Elshad. – Polacy mają duże kompleksy na punkcie swojego kraju i bardzo im zależy, żeby ktoś ich chwalił. Wiedziałem, że chwalenie spowoduje, iż będziecie mnie oglądać, ale i tak lubię ten kraj, było mi łatwo. Nie musiałem udawać, że coś mi się podoba. Jestem fanem Polski, patriotą, wszędzie mam polskie flagi. Denerwuje mnie, że niektórym Ukraińcom nic się tu nie podoba. Gdy inni obcokrajowcy coś krytykują, mogę to zrozumieć, lecz jak robi to ktoś, komu Polska pomaga, według mnie jest to niewdzięczność.

A jakie Elshad ma plany, marzenia? – Żona w pracy, ja nie mam na razie prawa pracować, więc jestem w stresie. Czasami siedzę i nic nie robię, to mnie zabija. Pomóżcie mi, proszę, dostać kartę pobytu szybciej! A jak już kiedyś otrzymam obywatelstwo, zostanę tłumaczem przysięgłym i może kiedyś posłem do Sejmu. Mam 10 tys. osób, które mnie wspierają, więc dlaczego nie? W której partii? Nie wiem, żadna mi się tu nie podoba. Ale chciałbym zrobić tak, aby mniej było nielegalnych obcokrajowców, bo wielu kupuje wizy do waszego kraju. No i żeby obowiązkowo uczyli się języka, trzeba więcej wymagać od imigrantów…

Kiedy nie dowierzam temu, co mówi, bo sam przecież jest migrantem, stwierdza: – No tak, jestem obcy, ale tylko formalnie, bo gdzieś tam w środku jestem już Polakiem.

Artykuł pojawił się w numerze: Rytuały. Jak zwolnić i żyć uważniej