Subskrybuj
Ilustracja: Paweł Smardzewski
Ilustracja: Paweł Smardzewski
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Wielkie odosobnienie

Coraz mniej czasu spędzamy na kontakcie twarzą w twarz. Pomaga w tym technologiczna infrastruktura: zamiast wyjść na miasto, można zamówić jedzenie do domu, odpalić film na Netflixie, „pogadać” na komunikatorze. I choć wszystko to jest wygodne,
to z jakiegoś powodu czujemy się coraz gorzej.

Zlecenie napisania tego tekstu dostałem mailem. Jeśli mnie pamięć nie myli, wszystkie inne eseje, które napisałem do miesięcznika „Znak”, zostały zamówione właśnie tą drogą. Ewentualnie to ja proponowałem pomysły. Również mailowo. Konspekt tekstu wysłałem – a jakże – pocztą elektroniczną. W ten sposób dostałem też materiał do autoryzacji. Gdy wspólnie z Łukaszem Komudą, moim dobrym kolegą, z którym prowadzimy podcast „Ekonomia i cała reszta”, pisaliśmy dla Znaku wydaną w zeszłym roku książkę Ile trzeba zarabiać, żeby być szczęśliwym, także większość wymiany pomysłów przebiegała mailowo. Mimo kilkuletniej współpracy głos redaktorów miesięcznika słyszałem dosłownie parę razy – podczas dających się policzyć na palcach jednej ręki spotkań online oraz kilku rozmów telefonicznych.

W mojej pracy freelancera to nie jest wyjątek. Na żywo nie widziałem żadnej z osób, które obecnie przyjmują moje artykuły. A regularnie, jako autor, współpracuję z kilkoma tytułami. Z niektórymi redaktorami rozmawiam telefonicznie, ale ze sporą częścią tylko mailowo lub przez komunikatory. Był pewien okres w mojej karierze, kiedy nie znałem głosu prawie żadnego z moich zleceniodawców – wszystko załatwialiśmy przez internet. Działałem więc trochę jak płatny zabójca – nie wiedziałem, jak wyglądają moi zleceniodawcy, nie znałem tonu ich głosu. Tak było wygodnie.

Esej ten piszę, siedząc w swoim mieszkaniu (mieszkam sam) na dziewiątym piętrze warszawskiego bloku z wielkiej płyty. Nie wiem, czy dzisiaj będę się z kimś osobiście widział. Jeśli przesadnie dużo czasu zajmie mi praca, zamówię sobie jedzenie z dowozem. Przez aplikację; nie będę musiał z nikim rozmawiać. Do kuriera prawdopodobnie wypowiem jedynie grzecznościowe „dziękuję”.

Gdybym się uparł, mógłbym nie kontaktować się bezpośrednio z nikim całymi dniami albo nawet tygodniami. Pracuję zdalnie, jedzenie mogę zamawiać na dowóz, na dobrą sprawę mógłbym również wszystkie zakupy zrobić online. Czyż nie ma lepszej opowieści o samotności współczesnego człowieka?

Jednocześnie za każdym razem kiedy pracowałem w redakcji z innymi ludźmi, czułem jakiś rodzaj – jak to się mawia w języku kultury terapeutycznej – napięcia w ciele. Po prostu wolałem pracować sam. Ceniłem sobie ten spokój pisania w otoczeniu moich myśli zagłuszanych czasem (no dobrze – dość często) strumieniami socialmediowej waty płynącej potokami z dołu do góry ekranu mojego telefonu. Raj dla introwertyków.

Nie nazwałbym jednak swojego stanu samotnością. Mam sporo znajomych, kilkoro przyjaciół, osób naprawdę mi bliskich. Codziennie rozmawiam z nimi przez komunikatory. Widujemy się co najmniej raz na tydzień, czasem kilka razy w tygodniu. Chodzimy do knajp, na spacery, wyjeżdżamy na mniejsze lub większe wycieczki.

Takich ludzi jak ja z pewnością jest w społeczeństwie niemało. Technologia dała nam możliwość realizacji własnych preferencji – spędzania z ludźmi takiej ilości czasu, jaka wydaje się nam optymalna.

Patrząc z tej perspektywy, widzimy więc, że mamy do czynienia nie tyle z „epidemią samotności”, ile ze spełnieniem głębokich dyspozycji, których wcześniej część osób po prostu nie mogła realizować. Nie było bowiem zbyt wiele przestrzeni na home office, nie było aplikacji pozwalających na zamówienie jedzenia, nie było maili ani komunikatorów.

Przez wiele dni, kiedy zbierałem materiał do tego tekstu, zastanawiałem się nad czterema sprawami. Po pierwsze: czy nagłówki mówiące o epidemii samotności znajdują potwierdzenie w rzeczywistości? Czy nie są – jak to często w mediach bywa – przesadzone? Przecież – co dostrzegam na własnym przykładzie – bycie samemu ze sobą nie musi oznaczać samotności. Po drugie: jeżeli diagnoza o narastającej samotności jest nieprecyzyjna, to co powinno ją zastąpić? Bo przecież doskonale widzimy, że jakaś zmiana w społeczeństwie zaszła. Po trzecie: w jaki sposób cały proces jest napędzany nowymi technologiami i modelami biznesowymi firm gigantów i jak to wtórnie oddziałuje na nas wszystkich? Po czwarte w końcu: czy wolny wybór samotności jest zawsze czymś dobrym? Czy naprawdę „chcącemu nie dzieje się krzywda”?

Samotność jak palenie papierosów

W 2023 r. został opublikowany głośny raport autorstwa Viveka H. Murthy’ego, naczelnego chirurga Stanów Zjednoczonych (Surgeon General of the United States; zadaniem urzędu jest doradzanie rządowi federalnemu w kwestiach zdrowia publicznego). Opracowanie nosiło znamienny tytuł Our Epidemic of Loneliness and Isolation (Nasza epidemia samotności i izolacji) i zawierało m.in. przegląd badań odnoszących się do związku samotności ze zdrowiem.

„Ustalenia naukowe z różnych dyscyplin, w tym epidemiologii, medycyny, neuronauki, psychologii i socjologii, prowadzą do tych samych wniosków. Więzi społeczne są istotnym wskaźnikiem długowieczności i lepszego zdrowia fizycznego, poznawczego i psychicznego. Izolacja społeczna i osamotnienie z kolei zwiększają prawdopodobieństwo przedwczesnej śmierci i złego stanu zdrowia” – czytamy w analizie.

Media najczęściej chyba cytowały z opracowania wniosek, że brak społecznych kontaktów jest tak samo niebezpieczny dla zdrowia jak palenie ponad 15 papierosów dziennie. Jednocześnie jest bardziej szkodliwy niż wypijanie każdego dnia sześciu drinków, brak aktywności fizycznej, otyłość czy zanieczyszczenie powietrza.

W raporcie możemy przeczytać, że 16 niezależnych, podłużnych badań (czyli takich, jakie przez dłuższy czas obserwują te same osoby, sprawdzając ich kondycję i/lub zadając wielokrotnie te same pytania) wykazało, iż izolacja, samotność i słabe wsparcie społeczne podwyższały ryzyko chorób serca o niemal 30% oraz zwiększały ryzyko udaru o 32%.

Analiza tłumaczy też, że osoby z niewielką liczbą kontaktów towarzyskich, zwłaszcza mieszkające samotnie, mają mniejszą szansę na dotarcie do szpitala w przypadku poważniejszego kryzysu zdrowotnego (ponieważ nie ma w mieszkaniu nikogo, kto zauważyłby zasłabnięcie). To z kolei zwiększa ryzyko zgonu z powodu kłopotów z sercem.

Jedno z cytowanych w opracowaniu badań dowodziło, że osoby realizujące sześć lub więcej ról społecznych (np. małżonek, rodzic, przyjaciel, współpracownik, zawodnik w lokalnej drużynie oraz – dajmy na to – członek w grupie rekonstrukcyjnej) miały czterokrotnie niższe ryzyko zachorowania na przeziębienie w porównaniu z osobami mającymi mniejszą liczbę więzi. Prawdopodobnie jest to kwestia tego, że interakcje społeczne wpływają pozytywnie na odporność naszych organizmów.

Co być może najbardziej przerażające – wzmożone raportowanie samotności łączyło się też ze wzrostem ryzyka rozwoju choroby Alzheimera oraz zwiększało ryzyko samouszkodzeń. „Izolacja społeczna jest prawdopodobnie najsilniejszą i najbardziej wiarygodną zmienną dla myśli samobójczych i prób samobójczych wśród grup różniących się wiekiem, narodowością i umiejscowieniem na skali klinicznych objawów zdrowia” – czytamy.

Jak zmierzyć samotność?

Oczywiście w dużej części mamy tu do czynienia z analizami korelacyjnymi. Być może część osób, która zaczyna podupadać na zdrowiu, z jednej strony ma coraz mniej siły na spotkania ze znajomymi i rodziną, a z drugiej – trafia na bariery w utrzymywaniu relacji społecznych. Takimi utrudnieniami mogą być choćby niedostosowana architektura czy np. spadek dochodu, który ogranicza szanse na wspólne biesiadowanie i wyjazdy. To z kolei może być samonapędzającym się mechanizmem dalej pogarszającym stan zdrowia, który wtórnie jeszcze bardziej utrudnia spotkania. Na problem z ustaleniem pierwotnej przyczyny zwracają uwagę naukowcy pod wodzą Ryo Naity, którzy są autorami metaanalizy Social isolation as a risk factor for all-cause mortality (Społeczna izolacja jako czynnik ryzyka dla śmierci z różnych przyczyn) opublikowanej w prestiżowym czasopiśmie naukowym „PLOS One”.

Należy w tym miejscu zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem analizowania związku samotności i zdrowia. Otóż nie jest łatwo to zagadnienie badać, ponieważ naukowcy nierzadko posługują się odmienną metodologią. Jak zaznaczają autorzy wspomnianego wyżej artykułu z „PLOS One”, zazwyczaj w materiałach naukowych pojawia się kategoria „izolacji społecznej”, którą mierzy się w dwojaki sposób. Po pierwsze, po prostu pyta się badanych, czy czują się samotni. A po drugie, sprawdza się obiektywne kryteria takie jak np. częstotliwość ich kontaktów z innymi osobami.

Noreena Hertz, autorka głośnej książki Stulecie samotnych. Jak odzyskać utracone więzi, przywołuje z kolei zaproponowaną w 1978 r. przez badaczy z Uniwersytetu Kalifornijskiego tzw. skalę samotności. Kwestionariusz zawiera 20 pytań, takich jak: „Jak często czujesz, że brakuje ci towarzystwa?”, „Jak często czujesz się bliski ludziom?”, „Jak często czujesz, że naprawdę nikt dobrze cię nie zna?”.

Autorka idzie dalej i proponuje, żeby kategorię „samotności” traktować jeszcze szerzej i dopisać do niej np. brak reprezentacji politycznej, wykluczenie rasowe czy seksistowskie odzywki w pracy.

Kalifornijska skala nie jest jednak powszechnie stosowanym narzędziem, nie mówiąc już o niezwykle szerokiej koncepcji samotności jako braku reprezentacji politycznej. Tak ogólna definicja zresztą wydaje się więcej gmatwać, niż wyjaśniać. Jesteśmy więc skazani na mniej precyzyjne sposoby pomiaru, o których pisali badacze pod wodzą Ryo Naity.

Grupa pracowników naukowych kierowanych przez Naitę wyjaśnia również, jak prawdopodobnie wygląda mechanizm stojący za związkiem samotności i złego stanu zdrowia. Otóż izolacja społeczna związana jest z niższą samooceną, co z kolei może prowadzić do utraty motywacji i braku zainteresowania swoim dobrostanem. Samotni częściej sięgają po używki (aby poradzić sobie ze stresem związanym z samotnością), kiepsko się odżywiają i mniej czasu spędzają na aktywności fizycznej.

Epidemia, której nie ma

Samotność pokolenia Z, podobnie jak jego zła kondycja psychiczna, wydaje się jednym z lejtmotywów obecnej debaty publicznej. Podobnie zresztą jak domniemana „epidemia samotności”. I oczywiście temat nie jest domeną tylko polskiego podwórka. Bynajmniej – to my zaciągamy mody intelektualne z zagranicy. W Wielkiej Brytanii i w Japonii powołano nawet agendy rządowe, których zadaniem było zajmowanie się sprawami osób doświadczających izolacji społecznej.

Jest tylko jedna kwestia. Choć nie ulega wątpliwości, że samotność stanowi problem społeczny pogarszający zdrowie fizyczne osób nią dotkniętych, to mówienie o „epidemii” jest kontrowersyjne.

Zajrzyjmy do raportu CBOS na temat samotności z 2024 r. W opracowaniu Kto jest najbardziej narażony na samotność instytucja pytała: „Czy zdarzają się Panu(-ni) sytuacje, w których, pomimo iż dookoła są różni ludzie, to czuje się Pan(i) osamotniony(-na)?” (na marginesie: bliźniaczo podobne pytanie pojawia się we kwestionariuszu „skali samotności” Uniwersytetu Kalifornijskiego). W 2024 r. rzeczywiście – jak podawano alarmistycznie w wielu mediach – mieliśmy do czynienia z dwukrotnym w porównaniu do 2017 r. wzrostem odpowiedzi: „Tak, zawsze tak się czuję”, oraz: „Tak, bardzo często tak się czuję”. Ważne są jednak poziomy odniesienia.

Otóż w 2017 r. 1% osób czuł się „zawsze osamotniony”. A w roku 2024 było to 2%. Jeśli chodzi o odsetek respondentów, którzy czuli się „bardzo często osamotnieni”, wzrósł on z 3 do 6%.

Z jednej strony wzrosty były drastyczne, z drugiej – mieściły się w okolicach błędu statystycznego. A trend powinien nas niepokoić, jeśli po pierwsze, jest wyraźny, a po drugie, widać go od wielu lat.

Tymczasem z danych CBOS jasno taki trend nie wynika. Instytucja prezentuje jeszcze jeden punkt „próbkowania”, czyli rok 2005. Okazuje się, że 20 lat temu samotnych czuło się znacznie więcej osób niż obecnie.

Zerknijmy do jeszcze jednego raportu instytucji. W opracowaniu Więzi społeczne A.D. 2024 możemy znaleźć odpowiedź na pytanie „W jaki sposób w ciągu ostatnich 12 miesięcy najczęściej spędzał(a) Pan(i) swój wolny czas?”. W tym badaniu mamy cztery punkty kontrolne: 2005, 2012, 2017 i 2024. Jeżeli mielibyśmy do czynienia z pogłębiającym się problemem społecznej izolacji, to powinna rosnąć grupa osób spędzających czas w pojedynkę. Tymczasem tak się nie dzieje. W 2005 r. odsetek osób, które spędzały czas „raczej samotnie”, wynosił 8%. W 2024 r.  było to – no cóż – 8%.

Podsumujmy: z polskich opracowań, zadających podobne pytania w ciągu ostatnich 20 lat, nie wyłania się obraz galopującej epidemii samotności. Wydaje się, że poczucie izolacji utrzymuje się, z delikatnymi wahnięciami, na zbliżonym poziomie.

Zaznaczę, że możliwe jest, iż ogólne dane kryją jakąś grupę (bądź grupy), w której problem samotności naprawdę narasta. Mimo godzin poszukiwań nie znalazłem jednak danych dla Polski, które wskazywałyby wieloletnie trendy dla poszczególnych grup demograficznych – mężczyzn, kobiet czy też osób młodych. Być może więc subiektywnie postrzegana izolacja społeczna gdzieś wzrasta, ale nie wiemy gdzie. Tym bardziej wydaje się, że nagłówki straszące „epidemią samotności” są przesadzone. Trend rosnącej samotności trudno dostrzec również w Stanach Zjednoczonych. Sprawie przyjrzał się researcher platformy Our World in Data, Esteban Ortiz-Ospina. Co dostrzegł, a raczej czego nie zauważył?

„Pomimo popularności twierdzenia o tym, że samotność jest coraz powszechniejsza, mamy zaskakująco mało dowodów na potwierdzenie tej tezy. Nie mówiąc już o tym, że samotność miałaby rozprzestrzeniać się z prędkością epidemii. To prawda, że na całym świecie coraz więcej ludzi żyje w jednoosobowych gospodarstwach domowych. Ale samotność i odosobnienie to nie to samo” – czytamy w artykule. O co więc w tym wszystkim chodzi?

Odosobnienie

Żeby zrozumieć, co się z naszym społeczeństwem dzieje, powinniśmy zrobić rozróżnienie na dwa wspomniane już pojęcia, które w amerykańskiej literaturze oddają słowa loneliness i solitude. Pierwsze oznacza „samotność”, drugie „odosobnienie”. Przy czym ten pierwszy wyraz zawiera naddatek znaczeniowy niedobrowolności, drugi zaś wyboru.

O ile więc zarówno w Polsce, jak i na świecie nie jest łatwo dostrzec narastającą samotność, o tyle w danych zdecydowanie widać wzrost „odosobnienia” rozumianego jako kurczenie się ilości czasu spędzanego twarzą w twarz. Trend ten widać od dekad w całym świecie rozwiniętym, również w naszym kraju.

Podczas jednej z facebookowych dyskusji lewicowy publicysta i redaktor naczelny pisma „Nowy Obywatel” Remigiusz Okraska zwrócił uwagę na międzypokoleniową zmianę odnoszącą się do spędzania czasu wolnego w Czechach. Cytował przy tym portal PrahaIn.cz: „Czy fenomen czeskich knajp jest zagrożony? Nie jest już tylko zagrożony. On znalazł się w zapaści. Dzisiejsi młodzi nie wiedzą nawet, jak się bawić jak dawniej, siedzą w domu, przed komputerem, poznają nowych ludzi w sieci. Piszą do siebie na komunikatorach, prawdopodobnie nawet już do siebie nie dzwonią. Nie muszą iść do knajpy, żeby pogawędzić lub pobawić się przy piwie. To już przeszłość”.

Zjawisko pustoszejących knajp widoczne jest również w Stanach Zjednoczonych. Pisał o nim w lutowym numerze magazynu „The Atlantic” Derek Thompson w eseju pod wiele mówiącym tytułem The Anti-Social Century (Stulecie antyspołeczne). „W ciągu ostatnich kilku dekad sektor restauracyjny przeszedł od stolików do dań na wynos. Proces ten przyspieszył w trakcie pandemii i trwa nadal po ustąpieniu zagrożenia zdrowotnego. W 2023 r. 74% całego ruchu w restauracjach pochodziło od klientów »spoza lokalu« w porównaniu z 61% przed COVID” – stwierdza Thompson. „Odwrotną stroną mniejszej liczby wyjść do restauracji jest częstsze jedzenie w samotności.

Odsetek dorosłych Amerykanów jedzących kolację lub pijących drinki ze znajomymi w ciągu ostatnich 20 lat spadł o ponad 30%” – dodaje dziennikarz.

Przytacza on również statystyki odnoszące się do zmniejszenia się towarzyskości amerykańskiej młodzieży. W roku 2000 ok. 80% chłopców i 75% dziewczyn z klas maturalnych wychodziło ze znajomymi co najmniej dwa razy w tygodniu. W 2023 r. było to niecałe 60% chłopców i podobny odsetek dziewczyn. Spadkowy trend w socjalizacji jest zauważalny mniej więcej od lat 2005–2008. Zintensyfikowanie procesu nastąpiło ok. 2010 r.

Dziennikarz przywołuje również dane odnoszące się do spadku kontaktów twarzą w twarz w latach 2003–2023 z podziałem na poszczególne grupy demograficzne. Co w nich widać? Najbardziej drastycznej (samo)izolacji doświadczyły osoby czarne (ponad 40%). U osób bez dyplomu szkoły średniej liczba kontaktów spadła o ponad 35%. Podobną skalę zjawiska zaobserwowano u osób w wieku 14–25 lat oraz u nieżonatych mężczyzn.

O podobnych statystykach od lat w swoich analizach pisze również Jean Twenge, psycholożka z Uniwersytetu Stanowego w San Diego. Zauważa ona, że dzisiejsza amerykańska młodzież rzadziej wychodzi z domu, rzadziej randkuje, później zaczyna pić alkohol (i pije go mniej), później przechodzi inicjację seksualną. Badaczka zauważa, że trendy zaczęły się załamywać ok. 2010 r.

Mogłoby się wydawać, że z rzadszego picia, zwłaszcza wśród młodych, należy się tylko cieszyć. Tu jednak pojawia się pewien problem. Otóż, jak dowodzi w innym artykule wspomniany Derek Thompson, spadek spożycia alkoholu wśród młodzieży nie wynika po prostu ze zmiany sposobu spędzania czasu z innymi. Jest pochodną redukcji bezpośrednich interakcji między nastolatkami w ogóle. Za potencjalnie korzystnym zjawiskiem stoi więc problematyczna kwestia ograniczania kontaktów bezpośrednich.

W artykule opublikowanym w czasopiśmie naukowym „Sociological Science” badacz Patrick Sharkey zauważa, że między 2003 i 2022 r. średni czas spędzony w miejscu zamieszkania wśród dorosłych Amerykanów wzrósł o 1 godz. i 39 min. „Wstępne analizy wskazują, że czas spędzony w domu wiąże się z niższym poziomem szczęścia i mniejszym poczuciem sensu” – stwierdza badacz.

Godziny przed ekranem

A jak to wygląda w Polsce? Główny Urząd Statystyczny mniej więcej co dekadę bada dość dokładnie, w jaki sposób spędzamy czas. Nie tylko czas wolny, ale również ten, który przeznaczamy na pracę, czynności fizjologiczne i hobby.

Co możemy dostrzec w tych danych? Otóż we wszystkich grupach wiekowych od roku 2003 spadł czas poświęcany dziennie na socjalizację. W 2004 r. osoby w wieku 15–19 lat na spotkania towarzyskie poświęcały średnio 1 godz. i 22 min dziennie. W 2023 r. – już 1 godz. i 4 min. Jeśli chodzi o grupę wiekową 20–24 lata, były to odpowiednio 1 godz. i 19 min oraz 1 godz. i 1 min.

Nie jest oczywiście przypadkiem, że swego rodzaju punktem zwrotnym  okazał się 2010 r. Moment wejścia na rynek pierwszego iPhone’a przypada na rok 2007. Globalna eksplozja popularności Facebooka nastąpiła w podobnym okresie.

Według danych portalu Statista.com, uśredniając, możemy stwierdzić, że mieszkaniec Ziemi w 2012 r. w mediach społecznościowych spędzał 90 min dziennie. W 2024 r. już 143 min – o 60% więcej.

A co wiemy o Polsce? Raport Młodzież 2021 opublikowany przez Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom wskazuje, że o ile w 2013 r. młodzi (osoby z ostatnich klas szkół ponadpodstawowych) spędzali dziennie nieco ponad 3 godz. w internecie, o tyle w 2021 r. było to już średnio ponad 5 godz. dziennie. Przy czym ponad trzykrotnie wzrósł odsetek osób spędzających w sieci co najmniej 6 godz.

Co jeszcze ciekawego możemy wyczytać w raporcie? Że od 2012 do 2023 r. systematycznie rósł odsetek dzieciaków, które miały poczucie, iż „życie bez internetu byłoby nudne, puste lub pozbawione wartości” (z 20% do 32%). Podnosił się również procent młodych ludzi, którzy deklarowali, że zdarzało im się nie dosypiać z powodu korzystania z sieci (15% w 2013 i 25% w 2021).

Wspomniana psycholożka Jean Twenge w wielu swoich tekstach podkreśla, że współczesne społeczeństwa niejako zamieniły czas spędzany w bezpośrednim kontakcie z innymi ludźmi na czas przed ekranami.

Czy jest w tym coś złego?

Trendy układają się w pewną spójną całość. Nie mamy jednak do czynienia z „pandemią samotności”. Mamy do czynienia z pandemią zaniku relacji twarzą w twarz; nie z pandemią loneliness, ale z pandemią solitude – odosobnienia, które nakładamy coraz częściej (dotyczy to zwłaszcza młodych ludzi) sami na siebie.

W tym wszystkim nie chodzi po prostu o to, że dokonujemy innych wyborów niż kiedyś, a nowe technologie są neutralnym narzędziem, które umożliwia nam realizację głębokich preferencji. Takie postawienie sprawy byłoby niedostrzeganiem słonia w pokoju. Tym słoniem są oczywiście algorytmy, które uzależniają nas od korzystania z sociali. Modele biznesowe wielkich firm technologicznych takich jak Meta zrobiły wyłom w infrastrukturze społecznej, który stał się bramą dla innych firm oferujących „samotnościowy” model biznesowy – apek pozwalających nam zamawiać jedzenie (i zakupy) bez konieczności wychodzenia z domu, platformy VOD, interfejsy do zdalnego zakupu gier wideo i aplikacji taksówkarskich, w których cały proces zamówienia auta i przejazdu można odbyć bez zamienienia z kimkolwiek jednego słowa.

Wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych oraz smartfonów narodził się cały przemysł obsługujący nasze „odosobnienie”, w najlepszym razie ułatwiający wybór takiego stylu życia, w gorszym zamykający nas w domach.

Nawet bowiem jeśli chce się spędzać czas na bezpośrednich kontaktach, trudno jest to robić, kiedy wielu potencjalnych kompanów tonie w swoich kanapach, scrollując TikToka, grając w gierki, mitrężąc czas na YouTubie albo bingując kolejny serial na Netflixie.

Pojawia się więc zasadne pytanie: czy jest w tym coś złego? Cóż – wydaje się, że tak.

Ludzie spędzają ze sobą coraz mniej czasu, jednocześnie dzięki social mediom i komunikatorom nie uznają się za samotnych. To bynajmniej nie oznacza, że relacje zawiązane w tzw. realu i w sieci są równoważne. Istnieje sporo dowodów, że bezpośrednia komunikacja jest jakościowo czymś innym niż komunikacja przez sieć. Interakcje twarzą w twarz wzbogacone o mimikę, sygnały płynące z postawy ciała, prawdziwe uśmiechy, gesty i spojrzenia komunikujące, co jest ironią, a co prawdziwą troską, rozbawieniem czy – nawet – lekceważeniem, można porównać do pełnowartościowej, zbilansowanej diety. Rozmowa przez komunikatory jest jak batony albo fast food – zapewnia poczucie sytości, jednak nie dostarcza wszystkich wymaganych substancji ożywczych.

Wspomniana Noreena Hertz w swojej książce pisze o zjawisku, które zauważyła podczas prowadzenia zajęć na studiach podyplomowych. Dostrzegła, że młodsi studenci wydają się nieco zagubieni podczas bezpośrednich inter­akcji. Nie wiedzą, w jaki sposób się zachować, często więc ukrywają się za ekranami smartfonów. Zmniejszenie częstotliwości relacji bezpośrednich potencjalnie ogranicza czas potrzebny na nabycie kompetencji społecznych do „obsługiwania” innych ludzi. Jeżeli nie mamy społecznego treningu, to rośnie ryzyko tego, że w otoczeniu innych ludzi będziemy się czuć nieswojo. To z kolei może prowadzić do dalszego unikania kontaktów.

Jednym z odległych ech tego procesu jest prawdopodobnie spadek odsetka osób pozostających w bliskich związkach. Taką tezę w połowie stycznia w „Financial Timesie” postawił dziennikarz John Burn-Murdoch. Uważa on, że wraz z upowszechnieniem się smartfonów i mediów społecznościowych nie tylko spadł odsetek osób, które wiążą się na życie. Spadł również współczynnik dzietności! Dziennikarz zauważa, że w latach 1960–1980 w Stanach Zjednoczonych liczba urodzonych dzieci obniżyła się o połowę. Był to jednak wynik decyzji par, których liczba utrzymywała się na stałym poziomie. Tymczasem spadająca w ostatnich latach dzietność jest nie tyle preferencją w ramach samych małżeństw, ile wynikiem spadku odsetka par w ogóle! I proces ten nie ogranicza się do Stanów Zjednoczonych – widać go w wielu krajach rozwiniętych: w Finlandii, Meksyku, Peru, Korei Południowej, Tajlandii, Tunezji czy Turcji.

Niedawno opublikowane w „Nature” badania wskazują z kolei, że komunikacja twarzą w twarz jest ważna dla naszego dobrostanu. Naukowcy pod kierownictwem Stefana Stiegera skorzystali z okazji COVID-owych lockdownów, by przekonać się, jak ucięcie bezpośrednich kontaktów wpłynęło na ludzi. Aby to zbadać, eksperci zrekrutowali ponad 400 ochotników, którzy w ciągu miesiąca raportowali swoje samopoczucie. Następnie było ono korelowane z czasem, jaki spędzili na kontaktach w tzw. realu. Okazało się, że im mniej było takiego kontaktu, tym gorzej czuli się psychicznie. Podobnych badań w pandemii było kilka. Wszystkie one przynosiły podobne rezultaty: im mniej kontaktów bezpośrednich, tym gorzej dla naszych głów (kwestia częstotliwości kontaktów przez media cyfrowe była niejednoznaczna).

Pochwała small talku

Derek Thompson we wspomnianym tekście cytuje niezwykle interesujący eksperyment, jaki przeprowadził Nick Epley, psycholog z Booth School of Business na Uniwersytecie Chicagowskim. Badacz poprosił pasażerów podmiejskiego pociągu o zastanowienie się, co by preferowali: spędzenie całej podróży na rozmowie z kimś nieznajomym czy jazdę w milczeniu. Większość ankietowanych stwierdziła, że wolałaby przejażdżkę w ciszy. Następnie Epley poprosił część z ankietowanych o to, żeby jednak skusili się na rozmowę. Druga część grupy mogła zachować się zgodnie ze swoją pierwotną preferencją. Na koniec eksperymentu badacz podsunął biorącym w nim udział kwestionariusze, które oceniały ich samopoczucie. Co się okazało? Że osoby „popchnięte” do interakcji, mimo że wcześniej twierdziły, iż wolałyby nie rozmawiać, oceniały lepiej swoje samopoczucie niż te, które podróżowały, do nikogo się nie odzywając.

Kiedy się głębiej zastanowimy, dojdziemy do wniosku, że i my czasami doświadczamy tego zjawiska. Zdarzają się przecież sytuacje, kiedy ktoś ze znajomych zaprasza nas na spacer, spotkanie albo imprezę, a my akurat nie mamy na to większej ochoty. Jeśli jednak ulegniemy namowom, bardzo rzadko finalnie żałujemy wyboru i uważamy, że zmarnowaliśmy czas, bo wieczór wolelibyśmy spędzić w domu z Netflixem.

Im bardziej stawiamy na odosobnienie, tym trudniej jest nam wchodzić w interakcje.

Tymczasem small talk o pogodzie przeprowadzony w windzie czy wymiana kilku zdań na spacerze na niezobowiązujący temat nie tylko może poprawić nam nastrój.

Jest również społecznym smarem – przejawem bezinteresownej życzliwości i ciekawości drugim człowiekiem (nawet jeśli tylko pozornej).

Takie interakcje stwarzają również okazję, żeby choć trochę poznać świat osób zupełnie innych niż my sami. Możemy przekonać się, że człowiek, który ma zupełnie inny styl życia, jest po prostu sympatyczny. Tego typu rozmowy pozwalają nam otworzyć się na osoby spoza naszej wąskiej grupy odniesienia. Umiejscawiają nas w szerszym kontekście, uświadamiają, że świat społeczny jest czymś więcej niż zbiorem podobnych do nas ludzi.

Choć istnieją również dowody na to, że dobrowolne odosobnienie może nieść ze sobą pewne korzyści, jak „ładowanie baterii” czy zwiększenie kreatywności, wydaje się mało prawdopodobne, żeby bilans gigantycznej zmiany społecznej, jaka zaszła w naszych relacjach od mniej więcej 2010 r., był korzystny. Jest całkiem możliwe, że osoby, które mają pewną predylekcję do samotności, częściowo korzystają na obecnym status quo, lecz intensywność procesów, które zachodzą, koniec końców, im jednak szkodzi.

***

Wróćmy do analogii żywieniowej. Być może mechanizm, który obserwujemy, można porównać do jedzenia słodyczy. Przez większość czasu istnienia ludzkości cukier był towarem z jednej strony deficytowym, z drugiej – bardzo pożądanym z uwagi na swoją wartość energetyczną. Właśnie dlatego jest dla nas tak smaczny – ewolucja wyposażyła nas w mechanizm, który nakłania nas do spożywania słodkości.

Jednak wraz z postępem i bogaceniem się społeczeństw słodkie przysmaki, przynajmniej w krajach rozwiniętych, w porównaniu do dochodów stały się tak tanie, że nie stanowią istotnego kosztu.

Dla sporej części ludzi zjedzenie czekolady czy batona jest li tylko przyjemnym doświadczeniem. Ale istnieje grupa, która z jakichś powodów ma większą tendencję do „nadużywania” słodyczy. Dla niej cukier stał się przekleństwem prowadzącym do otyłości.

W podobny sposób działa technologiczna infrastruktura odosobnienia. Dla części ludzi może być ona neutralnym ułatwieniem życia. Dla tych jednak, którzy mają tendencję do izolowania się, social media i apki z jedzeniem na dowóz działają jak cukier na osoby podatne na otyłość; niektórym po prostu łatwo z tym przesadzić.

Prawdopodobnie również jestem ofiarą tego procesu. Gdyby nie możliwości, które oferowała mi technologia, byłbym pewnie osobą bardziej towarzyską. Wiem, że ten pierwiastek we mnie jest, nie mam jednak wielu zachęt, aby go rozbudowywać. Jednocześnie jestem przekonany, że relacje twarzą w twarz, zwłaszcza te z osobami bliskimi (choć nie tylko), oferują poczucie umiejscowienia w strukturze społecznej, bycia we „właściwym miejscu”. Jean-Paul Sartre mylił się, twierdząc, że „piekło to inni”. Dla większości z nas jest zupełnie odwrotnie. Tak, relacje bywają trudne, ale skutki ich braku, czy też ograniczenia, bywają dla naszego dobrostanu bardziej dewastujące.

Czasami żałuję, że przebywanie w samotności jest tak łatwe. Oczywiście korzystam z tego; przecież piszę ten tekst w swoim mieszkaniu, a nie w hubie coworkingowym. Ta łatwość jednak miewa swoje ciemne strony.

Być może porozmawiam o tym z przyjaciółką, z którą za chwilę wychodzę na piwo.

Artykuł pojawił się w numerze: Tęsknota za offlinem