W ostatnim czasie powoli zaczyna odradzać się ruch studencki, walczący o lepsze warunki dla wszystkich, którzy chcą podjąć naukę na uczelniach wyższych. Ludzie skupieni w Kołach Młodych Inicjatywy Pracowniczej dążą do poprawy kwestii socjalnych, takich jak dostęp do akademików, publicznych stołówek oraz stypendiów socjalnych. Oferta uniwersytetów w tym zakresie pozostawia wiele do życzenia i niewykluczone, że jest to też efekt tego, iż zmienia się podejście do samego studiowania. Jak wynika z raportu BIG InfoMonitor Świadomość ekonomiczna maturzystów 2024, na studia planuje iść zaledwie 56% tych, którzy kończą szkołę średnią. Jeszcze w 2018 r. odsetek ten wynosił 95%. Młodzi ludzie coraz częściej uznają, że na rynku pracy bardziej niż wykształcenie liczy się doświadczenie, i podejmują pracę niedługo po maturze. Wiele wskazuje więc na to, że studia wyższe w Polsce zaczynają być traktowane nie jako istotny element w budowie ścieżki kariery zawodowej, lecz jako droga forma spędzania czasu, na którą mogą sobie pozwolić jedynie najbardziej uprzywilejowane osoby. Reszta albo rezygnuje, albo – wierząc w sens podejmowania edukacji wyższej – próbuje jakkolwiek utrzymać się na powierzchni. Chociaż Polsce wciąż daleko do sytuacji w Stanach Zjednoczonych, gdzie dobra edukacja wyższa związana jest z obowiązkiem pokrycia olbrzymiego czesnego. O to, by do tego nie doszło i by szanse były równiejsze dla wszystkich, zaczęły walczyć właśnie Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej.
Trójmiasto: hostel zamiast akademika
Zuzanna pochodzi z niedużej miejscowości i obecnie studiuje na jednym z kierunków gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Już w trakcie dni otwartych zapytała, jak wygląda kwestia miejsc w akademiku.
– Szybko zostałam sprowadzona na ziemię, bo obecnie ASP zwyczajnie ich nie ma. Samo to jeszcze nie jest aż tak szokujące. Bardziej absurdalne jest to, że uczelnia jakieś trzy lata temu dysponowała domem studenckim. Jak się nieoficjalnie, w ramach działalności Koła, dowiedzieliśmy, władze doszły jednak do wniosku, że to nieopłacalne, więc część budynku przerobiły na wydział grafiki, a część… przeznaczyły na wynajem pod Airbnb.
Serio, wchodzi się do sal zajęciowych, a jednocześnie widzi się obok hostel, w którym są łóżka z akademika. I ponoć przepisy są takie, że obecnie nie dałoby się uruchomić tam znów pokoi dla studentów, bo nie mają odpowiednich standardów – opowiada Zuzanna.
Okazało się, że będzie musiała wynająć coś na rynku prywatnym. I tak miała szczęście, bo szybko dostała potwierdzenie, że dostała się na studia, mogła więc z wyprzedzeniem szukać pokoju lub mieszkania. Przez pierwszy rok mieszkała na południu Gdańska, dojazd zajmował kilkadziesiąt minut, co w porównaniu z dwiema godzinami, które musiała pokonywać z Gdyni jej znajoma, nie jawiło się jako wielka przeszkoda. Za pokój płaciła wtedy 1000 zł, do tego mieszkała razem z właścicielem lokalu. Nie poinformował Zuzanny o tym, że nie przedłuży jej umowy – dowiedziała się tego z… ogłoszenia na OLX i przez jakiś czas musiała pokazywać pokój potencjalnym nowym lokatorom. W związku z tym zdecydowała się mieszkać sama i obecnie wynajmuje kawalerkę za 2600 zł plus rachunki. Udaje się to dzięki oszczędnościom rodzinnym, które były zbierane od urodzenia Zuzanny właśnie na studia. Ale i tak jej mama musiała wziąć dodatkową pracę, by ją wspierać finansowo.
Gdyby tylko była taka możliwość, chętnie zamieszkałaby w akademiku.
Nie jest też w stanie dokładać się swoją pracą do kosztów wynajmu, bo jej studia są bardzo wymagające. Nierzadko ma zajęcia od rana do wieczora, do tego dochodzą prace domowe. A ponieważ ASP umiejscowiona jest w samym centrum miasta, nastawionym na turystów, sporo czasu zajęło jej znalezienie miejsc, w których można tanio zjeść. Niedawno, 8 stycznia, uczelnia otworzyła stołówkę, w której ceny wahają się od 10 zł za zupę dnia, do 32 zł za zestaw – pomaga to niewiele, bo za podobne kwoty da się zjeść, często lepiej, na mieście. Mimo wszystko obecnie jej sytuacja jest w miarę stabilna, ale Zuzanna ma świadomość, że w każdej chwili może się to zmienić.
Chociaż ASP jest przypadkiem skrajnym, bo inne uczelnie w Gdańsku dysponują akademikami, miejsc w nich i tak jest za mało. Rozwiązaniem na pewno nie są prywatne domy studenckie, bo koszt pokoju sięga w nich nawet 2500 zł, czyli niemal tylu, ile Zuzanna płaci za wynajem kawalerki. Od jakiegoś czasu działa ona w Trójmiejskim Kole Młodych Inicjatywy Pracowniczej. Pierwszy raz zetknęła się z IP, gdy wpadł jej w ręce numer „Alarmu Studenckiego”, gazety wydawanej przez IP. Następnie wzięła udział w spotkaniu dotyczącym książki opisującej okupację poznańskiego akademika Jowita. Padła propozycja, by założyć nowe, obecnie najmłodsze w Polsce, Koło. Na razie głównym celem jest zdobycie większej liczby informacji o likwidacji akademika ASP. Z przekazanych pozaformalnie wspomnień wynika, że uczelnia ogłosiła wtedy, iż nie wiadomo, czy go uruchomi, bo może nie być wystarczająco dużo chętnych; prosiła, by się nie zapisywać, a potem – na zasadzie samospełniającej się przepowiedni – stwierdziła, że nie ma zainteresowania. Chociaż odbyły się w związku z tym protesty, sprawa została wyciszona.
Cześć studentów podejrzewa, iż władze uczelni uznają, że akademik nie jest potrzebny, bo i tak większość osób studiujących od dawna mieszka w Trójmieście.
Powoduje to jednak, że wielu ludzi, którzy zastanawialiby się nad przyjazdem, szybko zrezygnuje, jeżeli nie będzie w stanie wynająć nic na rynku prywatnym.
– Panuje przekonanie, że na ASP idzie się wtedy, kiedy można sobie na to pozwolić. W końcu co można robić po malarstwie? Malować obrazy, a to zwykle nie przynosi wielkich dochodów. Uczelnia rzadko pomaga też z materiałami – w większości przypadków trzeba zapewnić je sobie samemu, a do tego nikt o tym nie uprzedza przed rozpoczęciem studiów. Przykładowo na zajęcia z fotografii musiałam kupić lustrzankę i dowiedziałam się o tym na dwa tygodnie przed zajęciami. Do tego dochodzą też licencje na różne programy, jak np. Adobe. Wszystko to sprawia, że studiowanie jest naprawdę drogie i w moim przypadku możliwe tylko dlatego, że mam wsparcie rodziców. Nowy rektor przynajmniej częściowo zaczął dostrzegać te problemy, co widać po otwarciu wspomnianej stołówki. Jednocześnie póki co nic nie wskazuje na to, że myśli o budowie miejsc noclegowych na uczelni – uznaje to za nieopłacalne i ASP na to nie stać. W jednym z wywiadów powiedział zresztą, że kierowanie uczelnią jest trochę podobne do kierowania korporacją – mówi Zuzanna.
Poznań: co dalej z Jowitą?
Jednym z głośniejszych wydarzeń związanych z walkami studentów o dach nad głową w ostatnich latach była wspomniana poznańska Jowita. Uniwersytet im. Adama Mickiewicza chciał ją sprzedać, co spotkało się ze sprzeciwem dużej grupy studentów – ich sytuacja mieszkaniowa w Poznaniu wygląda bowiem podobnie jak w innych miastach. Wielu z nich nie stać na wynajem czegoś sensownego na rynku prywatnym. Dlatego Koło Młodych IP w Poznaniu zdecydowało, że należy do Jowity po prostu wejść i zrobić okupację. W jej trakcie odbywały się liczne warsztaty i dyskusje, na które przyjeżdżali nawet zagraniczni goście. Do Poznania zawitał też ówczesny minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek.
– Głównie pewnie dlatego, że nasz protest okazał się bardzo medialny. Początkowo wyglądało nawet, że uda się coś ustalić, ale ostatecznie ministerstwo nie przekazało środków na remont Jowity, przelało uczelni tylko kilkaset tysięcy złotych na przygotowanie projektu. Jednocześnie nagłaśniamy obecnie kolejną aferę – Jowitę chce wciąż przejąć cypryjska spółka. Wszystko jednak wskazuje na to, że koniec końców uda się przywrócić budynkowi funkcję akademika. Władze uniwersytetu chyba zdają sobie sprawę, że nie mogą sobie pozwolić na jego sprzedaż, chociażby ze względów wizerunkowych. To na pewno sukces, tym ważniejszy, że w obecnym roku akademickim aż 700 osób nie dostało miejsca w akademiku – opowiada zaangażowany w protesty Szymon Radomski, doktorant socjologii na UAM.
Chociaż sam nigdy nie miał większych problemów finansowych, bliskie były mu kwestie nierówności społecznych. Jego mama pracowała jako pedagożka środowiskowa, chodził też do jednej z tych podstawówek w Poznaniu, w których łatwo mógł zaobserwować liczne problemy swoich rówieśników. W działania IP zaangażował się w trakcie protestu przeciwko sprzedaży hotelu Ikar, który w czasie pandemii służył za miejsce izolacji.
Obecnie, razem z innymi ludźmi z Koła, nie tylko walczy o publiczną stołówkę na uczelni, ale też angażuje się w kwestie ogólnomiejskie, np. sprzeciwia się sprzedaży działek maltańskich, gdzie mieszka wiele starszych osób.
Koła Młodych walczą nie tylko o rozwiązanie kwestii studenckich, a Szymona denerwuje fakt, że władze lekceważą tego typu sprawy.
– Z jednej strony w przypadku stołówki rektorka zaproponowała, żebyśmy sami ją poprowadzili, co jest dość absurdalne. Przecież wiele osób jednocześnie studiuje i pracuje, a do tego miałoby jeszcze robić coś, co powinna zapewniać uczelnia? Z drugiej zaś strony kanclerz uniwersytetu powiedział, że przecież studenci uwielbiają dyskonty, więc nie widzi problemu. Mimo że w większości przypadków władze starają się nas ignorować, to jednak Jowita na pewno była przełomem. Pokazała, że możemy w sposób zdecydowany i głośny wyrazić sprzeciw – podkreśla Szymon Radomski.
Kraków: sprawa Kamionki
Sprawa Jowity nie pozostała też bez odzewu w Krakowie, gdzie Koło Młodych IP zdecydowało się na okupację akademika Kamionka, który chciał sprzedać Uniwersytet Jagielloński. Dysponuje on 3039 miejscami dla studentów (jeśli doliczyć Collegium Medicum – 3707), co nie pokrywa istniejącego zapotrzebowania. Problem udaje się „załatwić” w ten sposób, że część ludzi od razu rezygnuje z ubiegania się o akademik, bo wie, że nie ma na niego szans, dokonuje się też różnego rodzaju roszad w kolejnych turach rekrutacji, po czym okazuje się, że zostają np. dwa wolne miejsca.
Łatwo można wtedy ogłosić, że wsparcie dostają wszyscy, którzy go potrzebują. A to nieprawda, co udowodniły osoby z Koła, które dzięki wnioskom składanym w trybie dostępu do informacji publicznej dowiedziały się, że w obecnym roku akademickim dla 438 osób zabrakło miejsca w domu studenckim.
– Uczelnia chwali się, że zajmuje się przeciwdziałaniem dyskryminacji, ale dziwnym trafem dyskryminacja ekonomiczna jest zawsze na ostatnim miejscu. Nie ma świadomości ani zainteresowania tym, że ludzie pochodzą z różnych klas społecznych, mają różną sytuację finansową – mówi działający w KMIP Przemek. – Student jest trybikiem w maszynie biznesowej, która musi się opłacać. Idealnym tego przykładem są prywatne akademiki. Uczelnia mówi wtedy, że przecież mamy różne opcje, ale w rzeczywistości są one przeznaczone przede wszystkim dla osób z zagranicy, które chcą studiować w Krakowie i je na to stać – dodaje Krzysztof, który do Koła Młodych dołączył niedawno.
On akurat ma dużo szczęścia, bo informację o tym, że ma miejsce w akademiku, dostał na kilka dni przed rozpoczęciem studiów. Wcześniej miał decyzję odmowną i był gotów przyjechać z Grudziądza do Krakowa na dwa dni przed początkiem roku akademickiego, by wynająć cokolwiek sensownego. Za pokój w akademiku płaci 900 zł, to wysoka kwota, ale w porównaniu z rynkiem prywatnym jak najbardziej akceptowalna. Przemek z kolei, chociaż jest już na ostatnim roku socjologii, wciąż mieszka z rodzicami pod Krakowem. Codziennie musi dojeżdżać w tę i z powrotem, a jeżeli chce zostać dłużej w mieście, np. w ramach integracji Koła, musi kombinować. Czasem uda mu się przenocować u znajomego, ale nie raz już siedział 3,5 godz. w KFC, czekając na pociąg. Przyznaje, iż brak niezależności powoduje, że czasem nie najlepiej o sobie myśli: jak o kimś, komu nie wyszło w życiu. Z tego jednak rodzi się gniew, którego używa do walki politycznej.
W krakowskim Kole działa też Wiktoria, która pochodzi ze Szczecina. Jest na pierwszym roku studiów nad buddyzmem, wcześniej studiowała filozofię i przez większość czasu mogła mieszkać w akademiku. Poza jednym rokiem, kiedy mimo spełnienia kryteriów zarówno odległościowego, jak i dochodowego, nie dostała pokoju.
Najpierw mieszkała tydzień u znajomych, a później była zmuszona wynająć, razem z kolegą, wilgotną suterenę bez dostępu do światła, za to z grzybem na ścianach.
– Póki tam nie zamieszkałam, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo człowiek potrzebuje do życia światła. Nie wiedziałam, która jest godzina, mój organizm źle funkcjonował, bywały problemy ze wstaniem na zajęcia. O nauce nie wspominając – uciekałam do mojego drugiego „domu”, czyli Biblioteki Jagiellońskiej. Było to też bardzo wymagające finansowo. Moi rodzice są na emeryturze, nie mieli możliwości wspierania mnie. A poza czynszem były jeszcze ogromne rachunki, bo ogrzewanie działało na prąd. Za okres zimowy wyszło 4,5 tys. zł. Potem, mimo gotowania wielkich porcji raz na tydzień, ustawienia bojlera z wodą w łazience na najniższą temperaturę, za okres letni musieliśmy zapłacić 3,5 tys. zł. Przyznam, że wszystko to odbiło się na moim zdrowiu fizycznym i psychicznym, a w najgorszych momentach pojawiały się myśli, że będę musiała rzucić studia – wspomina Wiktoria.
Gdy usłyszała o okupacji Kamionki, postanowiła odwiedzać nocujące tam osoby, dowozić potrzebne rzeczy. Cała akcja trwała 13 dni, poskutkowała podpisaniem przez władze UJ i strajkujących wspólnego stanowiska, w którym uczelnia zobowiązała się do odwołania uchwały pozwalającej na sprzedaż akademika, a także żądania remontu i przywrócenia jego pierwotnej funkcji. Chociaż władze UJ początkowo wyraziły zgodę, do dziś – mimo że od protestu minęło ponad pół roku – żaden postulat nie został spełniony. Na kolejne listy albo nie ma odpowiedzi, albo władze uczelni twierdzą, że remont Kamionki kosztowałby 54 mln złotych, co byłoby niegospodarne.
Jak przyznają osoby z Koła Młodych IP, jest to dość dziwne, biorąc pod uwagę, że zrealizowany w latach 2020–2023 remont znacznie większego akademika Piast kosztował niecałe 18,5 mln zł.
Chciały więc zobaczyć kosztorys, na który powołuje się UJ. Niedawno udało się to osiągnąć, chociaż wycena została zaprezentowana tylko osobom z senatu i samorządu UJ. Kilka z nich podzieliło się jednak dokumentem z Kołem, dzięki czemu wiadomo, że wbrew porozumieniu zawartemu po zakończeniu okupacji Kamionki, projekt zakłada jej przebudowę, a nie remont, co jest znacznie droższe. Do tego dotyczy on tylko jednego budynku akademika, a uczelnia po prostu pomnożyła koszt w taki sposób, jakby dotyczył on obu – pomnożenie obejmuje do tego… parking i drogę pożarową, które w żaden sposób się nie zwiększą. Jakby tego było mało, zaplanowano wycinkę drzew, a sam projekt i tak nie spełnia warunków planu miejscowego, w zakresie m.in. minimalnej powierzchni biologicznie czynnej oraz minimalnej liczby miejsc parkingowych.
– Podejrzewamy, że celowo wykonano wadliwy projekt, by pokazać, że nasze postulaty nie mają sensu. Przygotowali propozycję, którą uczelnia uznaje za niegospodarną, mają więc podkładkę do całkowitego odrzucenia pomysłu przywrócenia Kamionki studentom. Zresztą o czym my mówimy? To uczelnia doprowadziła do obecnego stanu Kamionki. Budynek jest wpisany do gminnej ewidencji zabytków, można było więc sięgnąć po różnego rodzaju środki na jego remont i utrzymanie. Uniwersytet po prostu chce sprzedać ten akademik i stara się wziąć nas na przeczekanie. Tyle że się nie doczeka, bo chociaż po informacji o tym, że Kamionka zostanie przywrócona studentom, pojawiła się euforia, ani przez chwilę nie mieliśmy złudzeń, że to koniec. Władze chyba nie spodziewały się, że będziemy pilnować tematu tak długo. Reagują na to co najmniej irytacją.
Na niedawnym posiedzeniu Senatu UJ – dzięki wnioskowi, pod którym podpisało się 235 osób, w tym część kadry akademickiej – mieliśmy pokazać prezentację na temat Kamionki. Po kilku slajdach rektor zakończył posiedzenie, nie odbyła się więc też obiecana przed zebraniem dyskusja.
Do tego ochrona chciała siłą wyprowadzić członków Koła. Nie poddamy się, będziemy walczyć o przywrócenie Kamionki oraz transparentność i możliwość współdecydowania o tym, co dzieje się na uczelni – twierdzi Przemek.
Fakt, że Kamionka wciąż nie została sprzedana – nawet mimo obowiązującej uchwały – i istnieje szansa, że studenci tam kiedyś znów zamieszkają, na pewno można uznać za sukces. Podobnie zresztą jak sprawę akademika Racławicka, o której wie znacznie mniej osób. W tym przypadku Koło Młodych IP również sprzeciwiało się planom sprzedaży, wysyłało maile i listy otwarte. Było gotowe na duży protest, ale dosłownie na chwilę przed jego rozpoczęciem przyszła wiadomość, że z pomysłu sprzedaży się wycofano.
– I Racławicka działa, ludzie tam mieszkają, choć warto zauważyć, że za pokój płacą aż 1200 zł. To pokazuje, że uczelnia nie traktuje akademików jak coś spełniającego funkcję publiczne, tylko coś, co ma przynosić dochód. Do tego wydali oświadczenie, że zrezygnowali ze sprzedaży akademika po rozmowach z samorządem studenckim. Tym samym, który jasno popierał sprzedaż, o czym pisał do nas w mailach, o żadnym sprzeciwie z ich strony nie było mowy. Do przywrócenia akademika doprowadziły tylko działania i presja z naszej strony wywarta na samorządzie i władzach uczelni. Chodziło po prostu o to, by nie przyznać, że to nasze działania jako Koła Młodych IP na to wpłynęły. Ludzie wiedzą jednak, jak wygląda sytuacja, i są nam wdzięczni – mówi Przemek.
Uważa, że samorząd studencki nie reprezentuje ogółu studentów. Kolejnym tego przykładem są badania, które samorząd zlecił, by sprawdzić, czy ludzie chcieliby publicznej stołówki na UJ. Tyle że w ankiecie pojawiły się pytania np. o to, czy ceny w obecnie działającym bistro są porównywalne z innymi tego typu miejscami. Jak mówi Przemek, była skonstruowana tak, że nie mogły z niej płynąć wnioski, iż publiczna stołówka jest potrzebna. Tymczasem w prywatnym bistro jedno danie obiadowe kosztuje 30 zł (pierogi 20 zł, makaron z pesto 24 zł). W przypadku dwóch dań dziennie w ciągu miesiąca za jedzenie trzeba by zapłacić koło 1300 zł – dla wielu osób to nieosiągalne.
Warszawa: 25 lat czekania na nowy akademik
Jak wygląda kwestia publicznych stołówek na uczelniach, niech świadczy to, że w całym kraju są… dwie. Jedna działa na Uniwersytecie Warszawskim, ale Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej walczy obecnie o to, by uruchomiona została druga, w BUW-ie. W internecie można znaleźć zapowiedź władz uniwersytetu, że tak się stanie. Jako że wciąż się to nie wydarzyło, Koło regularnie prowadzi akcje mające o tym przypominać.
– Prowadzimy nie tylko agitacje, ale też wydawki jedzenia, by pokazać, że to ważne, by powstała jeszcze jedna – oprócz tej przy Oboźnej – publiczna stołówka. Tymczasem kanclerz i prorektor jakiś czas temu powiedzieli, że rozmawiają z podmiotem komercyjnym, który miałby uruchomić bistro z ośmioma kuchniami świata, wieczorami klubem studenckim, generalnie cuda na kiju. W zamian za obniżenie czynszu, właściciel zobowiązałby się do stworzenia specjalnej, tańszej oferty dla studentów i pracowników uczelni. Tylko że pewnie wyglądałoby to tak, jak w przypadku piekarni Aromat działającej w budynku Wydziału Neofilologii – jest tam 20% zniżki na zupę i 10% na kawę. A poza tym ceny to 28 zł za tost z awokado. Przy Oboźnej, z abonamentem studenckim, za 17 zł można dostać dwudaniowy obiad i kompot.
Kwestie socjalne to również zapewnienie możliwości taniego wyżywienia, co zresztą popierają niektórzy pracownicy UW – opowiada Janek.
Chociaż pochodzi z zamożnej rodziny i przez większość życia nie musiał się przejmować kwestiami finansowymi, w klasie maturalnej jego sytuacja się skomplikowała i został całkowicie pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia ze strony rodziców. Obecnie studiuje filozofię i psychologię. Otrzymuje alimenty, więc jest w stanie opłacić czynsz za kawalerkę. Na nic więcej nie wystarcza, więc poza studiami musi też pracować, by mieć za co żyć. Co jakiś czas myśli, by zamiast kawalerki wynająć pokój i płacić mniej, ale jednak ceni sobie prywatność, możliwość spokojnego uczenia się. Tym bardziej że pamięta, jak było wcześniej – pierwszy rok studiów spędził, śpiąc na kanapie u znajomego. A gdy udało mu się znaleźć lokal, by opłacić czynsz i kaucję, musiał się zapożyczyć. Na akademik nie miał szans, bo system nie patrzy w żaden sposób na indywidualne przypadki. Skoro urodził się w Warszawie, to z definicji ma dobrą sytuację mieszkaniową, lecz to, że nie może wrócić do domu rodzinnego, nikogo nie obchodzi.
Koło Młodych IP przygotowało w ostatnim czasie duży raport o kwestiach socjalnych na UW. Jeżeli chodzi o akademiki, to chociaż na razie nikt nie wpadł na pomysł ich sprzedaży, sytuacja jest daleka od ideału. I to nawet pomimo faktu, że dopiero co został otwarty nowy dom studencki Sulimy, obiecywany od… 25 lat.
Cała reszta to budynki z lat 50., 60. i 70., a ludzie tam mieszkający skarżą się na zaniedbanie, pleśń czy obecność insektów. Miejsc w nich zresztą, ze względu na rezygnację z pokoi 3- i 4-osobowych oraz dobudowywanie w ich miejsce aneksów kuchennych, jest mniej – o kilkaset – niż w 2007 r.
– UW jest w stanie pomieścić obecnie w akademikach 7% osób studiujących. I twierdzi, że odsetek ten zwiększa się z roku na rok. Teoretycznie jest to prawda, ale tylko dlatego, że ubywa ludzi. Uczelnia chwali się, że ma największy budżet w kraju, 2,2 mld zł, ale w obowiązującej obecnie strategii nie ma miejsca na plany budowy nowych akademików. Jedynym potencjalnym pozytywem są środki z ministerstwa na remonty tych już istniejących (w 2024 r. przeznaczono na to w całym kraju 400 mln zł, pod koniec 2024 r. ogłoszono zwiększenie tych środków o kolejne 200 mln zł – przyp. aut.) – mówi Janek.
Wspomniany raport omawia również kryteria, które bierze się pod uwagę w rekrutacji do akademików. Dane w nim zawarte sięgają 2012 r., kiedy obowiązywały dwa kryteria: odległościowe (75% wagi) i dochodowe (25%). To pierwsze potrafiło się wahać od 250 do 500 km, widełki drugiego wynosiły od 1000 do 1500 zł na osobę w rodzinie. Ta druga kwota w 2012 r. była równa płacy minimalnej, więc wtedy jeszcze miało to sens. Ale nie zmieniano tego przez kolejne lata, co – jak przyznaje Janek – niekiedy prowadziło do podejmowania przez studentów pracy na czarno lub ukrywania części dochodów. Od trwającego roku akademickiego są nowe zasady, które obejmują aż 16 kryteriów, jednak wcale nie pomagają one studentom znajdującym się w gorszym położeniu materialnym. Kryterium dochodowe uległo waloryzacji i wynosi obecnie 1800 zł na osobę w rodzinie, aczkolwiek tyle samo punktów dostaje się za… otrzymanie stypendium ministra (jednorazowe, w wysokości 17 tys. zł).
W przypadku akademików bardziej doceniane są osiągnięcia indywidualne niż kwestie socjalne.
Z tymi ostatnimi związanych jest tylko sześć kategorii, do tego nie są one wśród najwyżej punktowanych kryteriów. Więcej punktów można dostać dzięki wyróżnieniu za wyniki w nauce w roku poprzednim, stypendium rektora, czynnym udziale w radzie mieszkańców, niż za np. sieroctwo czy bycie wychowywanym przez jednego rodzica. Tu ujawnia się podstawowa dysproporcja w założonych kryteriach: miejsca w akademikach są traktowane jako nagroda za zasługi, a nie stwarzanie warunków dla osób realnie ich potrzebujących.
– Stypendia dostaje się zwykle wtedy, kiedy można poświęcić większość czasu na naukę, bo nie trzeba np. jednocześnie pracować. Tak samo zresztą jest z udziałem w samorządzie, czy wolontariatem. Może i są jakieś wybitne jednostki, które potrafią samodzielnie się utrzymać, pracują i mają średnią 5.0, ale wątpię, by realnie było to możliwe. Sam na pierwszym roku kumulowałem zajęcia w ciągu dwóch dni, by potem móc pracować, ze zwykłej kalkulacji na niektóre wykłady nie chodziłem, bo nie sprawdzano obecności. Nie raz też kończyłem zmianę o 22., a następnego dnia miałem ważny egzamin – wspomina Janek. Trudno oczekiwać, aby student, który poświęca czas na pracę, mógł konkurować o miejsce noclegowe z tym, który w wolnej chwili może się uczyć.
W zeszłym roku akademickim sporo osób początkowo nie dostało miejsca w akademikach UW, a po dwóch tygodniach uczelnia ogłosiła, że problem został rozwiązany. Tylko nikt nie wziął pod uwagę, że przez ten czas też trzeba było gdzieś mieszkać. Janek zna osobę, która przez te dwa tygodnie koczowała w BUW-ie, inne powynajmowały pokoje, podpisały umowy, opłaciły kaucję i nie mogły ot tak zrezygnować. Jednym z celów Koła Młodych IP w Warszawie jest więc też zwiększenie liczby akademików.
Stypendia dla nikogo
Na akademikach czy w publicznych stołówkach nie kończy się oczywiście wsparcie socjalne, po które – przynajmniej w teorii – sięgać mogą osoby studiujące. Na uczelniach funkcjonują również stypendia socjalne. Jemu też przyglądają się Koła Młodych IP. Przykładowo w Warszawie przez lata nie zmieniano kryterium dochodowego wynoszącego 700 zł na osobę w rodzinie. Dopiero niedawno je podwyższono i obecnie, by móc ubiegać się o stypendium socjalne na UW, dochód na osobę w rodzinie nie może przekraczać 1570,50 zł (tak samo jest na UJ). Jak łatwo policzyć, jeżeli ktoś jest jedynakiem wychowywanym przez jedną osobę zarabiającą pensję minimalną (wynoszącą obecnie 3511 zł na rękę), przekracza ten próg i nie ma szans dostać stypendium.
– Ustaliliśmy, że od jakichś 10 lat kwota przeznaczana na stypendia socjalne (wynoszące obecnie od 864 zł do 1728 zł) na UW w zasadzie stoi w miejscu. Zwiększa się za to ta przeznaczana na stypendia rektora. Jednocześnie uczelnia dostaje coraz więcej pieniędzy na jednego studenta, bo ich liczba spada, na przestrzeni dekady ubyło ich ponad 10 tys. Skoro stypendia socjalne stoją w miejscu, tzn., że albo ludzie się wzbogacili, osiągnęli Polish dream, albo system przestał działać. Obstawiam to drugie, czyli że część osób nie próbuje nawet iść na UW, bo wie, że się nie utrzyma – twierdzi Janek.
Podobna sytuacja ze stypendiami socjalnymi jest na ASP w Gdańsku. Może ono zostać przyznane osobie, której dochód na głowę w rodzinie nie przekracza… 600 zł. To próg sprzed 10 lat, nieuwzględniający podwyżek płacy minimalnej, inflacji.
– Żeby mieć szansę, trzeba chyba być sierotą, która nie może pracować i ma najgorsze życie na świecie. Nie znam nikogo, kto nie przekraczałby progu dochodowego 600 zł na osobę w rodzinie. Na uczelni są niby zapomogi, które można dostać dwa razy w roku, jeżeli zadzieje się coś bardzo złego. Wszystko to tak naprawdę udawanie, że pomaga się osobom w trudnej sytuacji – mówi Zuzanna.
Trzeba walczyć
Jak przyznają zgodnie wszystkie osoby z Kół Młodych IP, nie czują, że ktokolwiek w samorządzie studentów ich reprezentuje. Na działalność w nim też zresztą potrzeba czasu, nie wspominając o tym, że są one finansowane przez rektora, więc nie mają interesu w tym, by go krytykować i walczyć o istotne sprawy. Stają się zatem trampoliną do dalszej kariery, bo jak mówi Janek, jeden z byłych przewodniczących parlamentu studentów UW jest obecnie zatrudniony w biurze rektora. Inni jego przedstawiciele odnaleźli się w partiach politycznych, kandydowali do Rady Warszawy, na ulotkach wpisując m.in. działalność w trakcie studiów.
Dlatego też część – póki co jeszcze nie dość liczna – osób studiujących postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i albo dołączyć do istniejących Kół Młodych Inicjatywy Pracowniczej, albo założyć kolejne. Przełomowymi wydarzeniami z pewnością były okupacje Jowity i Kamionki, o których zrobiło się głośno i które zachęciły trochę nowych ludzi do zapisania się i podjęcia działań. Nie znaczy to jednak, że wszystko idzie świetnie.
– Ludzie budzą się na takie wydarzenia jak okupacja Jowity czy Kamionki, są wtedy osoby wspierające, przychodzą na wydarzenia, ale na co dzień jest ich mało. W większości miast to od kilkunastu do 30 osób, niewiele jest stale aktywnych. Ruch jest więc wciąż mały, ale jednak coś się dzieje. Jowita na pewno była inspiracją dla wielu osób, pojawił się donośny głos w sprawach studenckich – mówi Szymon Radomski.
Liczby rzeczywiście się wahają – najmłodsze Koło, w Trójmieście, liczy 8 osób. W Warszawie działa 40 osób, w Krakowie z kolei 60. Chociaż bywa trudno, w przyszłość starają się one patrzeć optymistycznie.
– W porównaniu z protestami studenckimi z lat 90. jest nas mało, wtedy zdarzały się nawet ogólnopolskie protesty, np. w sprawie służby wojskowej czy o to, by budynki po PZPR trafiły do uniwersytetów. Władza chciała rozmawiać i rozwiązywać konflikty, iść na jakieś kompromisy. A my jesteśmy jeszcze za mali. Mam nadzieję, że się to rozwinie – mówi Szymon Radomski, który obecnie pisze doktorat o walkach studenckich w III RP. – Czujemy, że jesteśmy wykluczani z dyskusji, możemy siedem miesięcy krzyczeć, a i tak nie chcą nas słuchać, nie dostajemy odpowiedzi na list otwarty. To wszystko jednak kiełkuje i wiem, że jeśli staniemy się masowym ruchem, będziemy w stanie wstrząsnąć fundamentami tego systemu. Musimy i chcemy być radykalni, bo tylko to pozwala na odniesienie sukcesu. A jednocześnie dobrze odzwierciedla naszą sytuację ekonomiczną i polityczną, która jest trudna. Dlatego nie ustępujemy władzom, które są o wiele bardziej uprzywilejowane. U nas jest nacisk na praktykę, na działanie, a nie na filozoficzne rozważania – zgodnie z tym, co pisał Marks. Używamy języka, który mówi o naszych realnych problemach materialnych – dodaje Przemek.
Samo działanie również dużo daje, nawet jeżeli nie przynosi natychmiastowych sukcesów (chociaż te też są osiągane, jak wstrzymanie sprzedaży akademików).
– Nie jestem sama w moich odczuciach i przemyśleniach. Mało kto otwarcie narzeka na sytuację na uczelniach. Dzięki IP wiem, że są inni, którzy mają podobny cel. Pokrzepiające jest to, że gdy agitujemy, rozdajemy ulotki, ludzie nas popierają – przyznaje Zuzanna. – Działanie w IP daje mi sprawczość, a na koniec dnia poczucie, że mogę spojrzeć w lustro ze świadomością, iż przynajmniej próbuję. Nie mam złudzeń, wiem, że nie doczekam wielu rzeczy w czasie moich studiów, bo chociażby wybudowanie nowego akademika to kwestia kilku lat. Chcę jednak angażować się dla przyszłych pokoleń. A jak się nie uda? To jeżeli moje dzieci kiedyś przyjdą i zapytają, czemu studia są tak drogie, sprywatyzowane i dostępne dla wybranych, powiem, że nie wiem, ale próbowałem zrobić wszystko, by tak się nie stało – podsumowuje Janek.