Iryna Abdukieryna, Aleh Abdułajeu, Hanna Abłab, Andrej Abrazcou… 1520 więźniów politycznych – tylu obywateli Białorusi według obliczeń nielegalnej w świetle tamtejszego prawa organizacji Wiosna przebywa w aresztach, więzieniach i obozach. Wśród nich jest wielu znanych nie tylko w kraju liderów opinii publicznej – polityków, dziennikarzy, działaczy, a także obrońców praw człowieka. W tym Aleś Bialacki, 60-letni założyciel Wiosny, ubiegłoroczny noblista, który ze względu na życiorys jest personifikacją najnowszej historii Białorusi.
„Ostatnia wiosna Wiosny” – ogłaszała gazeta „SB Biełaruś Siegodnia”, oficjalny organ administracji rządzącego Białorusią nieprzerwanie od 1994 r. Alaksandra Łukaszenki, gdy 3 marca sędzia Maryna Zapasnik wydała w Mińsku wyroki na kierowników organizacji. Bialacki po niemal dwóch latach spędzonych w areszcie dostał 10 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, o dwa mniej, niż żądał prokurator Alaksandr Karol, oraz 185 tys. rubli (240 tys. zł) kary finansowej. Zarzucono mu kontrabandę oraz finansowanie działań grupowych rażąco naruszających porządek publiczny.
Propaganda, na bieżąco opisująca proces, obrzucając Bialackiego obraźliwymi określeniami w rodzaju „klaun” czy „pajac”, nie przejmowała się sprzecznościami. Zgodnie z jej relacjami Bialacki miał finansować z zachodnich grantów działalność wywrotową, a jednocześnie defraudować napływające pieniądze bez wiedzy kolegów. Trudno znaleźć zarzut, który do tego stopnia nie pasowałby do osobowości lidera Wiosny. Ubrany w nieodłączną dżinsową kurtkę, nigdy nie był znany z przywiązania do wartości materialnych. W 2012 r. zrzekł się pieniędzy z jednej z zachodnich nagród, prosząc, by zamiast tego przeznaczyć je na wsparcie którejś z organizacji zajmujących się obroną praw człowieka.
Wkrótce po wyroku Bialacki trafił do kolonii karnej numer dziewięć w Horkach w obwodzie mohylewskim. „Dziewiątka” cieszy się złą sławą wśród białoruskich więźniów. Obóz położony na terenie dawnej cegielni, tuż pod rosyjską granicą, jest przeznaczony przede wszystkim dla recydywistów z poważnymi wyrokami. Administrację dobrano pod kątem klienteli. Białorusini mówią, że szczególnie łatwo trafić tam do izolatki albo zostać pozbawionym praw przysługujących więźniom, ponieważ klawisze szczególnie skrupulatnie odnotowują wszelkie rzeczywiste i rzekome naruszenia regulaminu.
Gdy piszę te słowa, rodzina Bialackiego od 26 dni nie wie, co się z nim dzieje, a to w warunkach białoruskich zwykle oznacza karną izolatkę.
Warunek ekstremalny
Naruszenia mogą być najzupełniej banalne: niedokładne posłanie koi albo niedopięcie guzika.
– Zadaniem tej kolonii jest złamanie człowieka – tłumaczył Deutsche Welle były więzień „dziewiątki”, działacz opozycji Alaksiej Milukou. Przy czym przemoc stosowana wobec opozycjonistów nie zawsze polega na torturach, choć i takie przypadki się zdarzają, a w wielu zakładach penitencjarnych istnieją „preschaty”, pomieszczenia przeznaczone specjalnie do bicia więźniów. O tym, jak wyglądają warunki odsiadki, opowiadał mi swego czasu Mikałaj Statkiewicz, były (i obecny) więzień polityczny, kandydat na prezydenta w 2010 r.
– Kolonia przypomina wojsko. Minus jest taki, że dookoła ciebie jest mnóstwo donosicieli pracujących dla administracji. Zeki [pochodzące od rosyjskiego słowa „zakluczonnyj” określenie więźnia – przyp. aut.] żyją w koszarach, których wyposażenie jest dokładnie takie samo jak w armii. Jest wielkie pomieszczenie sypialne, na jednym oddziale śpi około 80–90 zeków. W niektórych koloniach dzielą ich na osobne komory po 15–20 osób, ale ja do takiej nie trafiłem. Są łaźnia, przebieralnia, suszarnia, przechowalnia, w której można trzymać w torbach swoje rzeczy. Jest pokój wypoczynkowy z telewizorem. Koszary są otoczone metalowym płotem z drutem kolczastym na szczycie – mówił w rozmowie opublikowanej w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.
Regularną praktyką jest presja psychiczna. W pobliżu więźniów politycznych umieszczani są donosiciele albo szczególnie brutalni kryminaliści. – Wrzucili mi do celi chłopaka, który długo wydawał się normalny. Niegłupi, lubił sport. W pewnym momencie przyznał, że był członkiem grupy Pauliczenki – opowiadał. Pułkownik Dzmitryj Pauliczenka dowodził szwadronem śmierci, który w 1999 i 2000 r. zabił czterech opozycjonistów. – Ja tych zamordowanych znałem… – zakończył myśl Statkiewicz.
Razem z Bialackim skazano jego trzech kolegów z Wiosny. Wiceszef organizacji, a zarazem wiceprzewodniczący Międzynarodowej Federacji Praw Człowieka Walancin Stefanowicz ma odsiedzieć dziewięć lat, a Uładzimir Łabkowicz, zajmujący się w Wiośnie projektem „Obrońcy praw człowieka na rzecz wolnych wyborów”, siedem lat. Dzmitryj Sałaujou zdołał zawczasu wyjechać z Białorusi, więc sędzia Zapasnik wymierzyła mu ośmioletnią karę zaocznie. Łabkowicz trafił do Szkłowa – to o tej kolonii opowiadał mi Statkiewicz. Stefanowicz siedzi w obozie na przedmieściach Mohylewa.
Wszystkich czterech doskonale zna każdy, kto interesuje się Białorusią. Stefanowicz przy okazji każdych wyborów koordynował pracę obserwatorów. Niezależnie od politycznej sinusoidy naprzemiennych odwilży i represji aparat wyborczych manipulacji z każdym rokiem pracował wydajniej, a raporty ogłaszane przez Stefanowicza brzmiały coraz bardziej pesymistycznie. Dbała o to Lidyja Jarmoszyna, wieloletnia szefowa państwowej komisji wyborczej, która na zasłużoną z punktu widzenia Łukaszenki emeryturę odeszła po jego kolejnej, najbardziej krwawej reelekcji z sierpnia 2020 r.
Specjaliści i wolontariusze nie nadążali z rejestrowaniem naruszeń. W czasie kampanii prezydenckich, parlamentarnych i referendalnych Wiosna uzupełniała tradycyjny monitoring represji o przyglądanie się z bliska procesowi wyborczemu. Przed sierpniem 2020 r. współpracujący m.in. z Bialackim prawnicy zorganizowali szkolenie dla dziennikarzy, w którym brał udział autor tych słów. Co robić w razie zatrzymania, co mieć przy sobie podczas relacjonowania protestów, jak się zachowywać w kontaktach z milicją i KGB, jak odpowiadać na ich pytania i jak reagować na prowokacje.
Nikt się jednak nie spodziewał, że uderzenie władz w protest przeciwko odebraniu zwycięstwa Swiatłanie Cichanouskiej będzie tak mocne. Wkrótce wszyscy się przekonali, że rady były skrojone na zupełnie inne czasy. Tym razem dziennikarze, którzy mieli największego pecha, musieli się liczyć z brutalnymi pobiciami w więźniarkach i aresztach, deportacjami, a w najgorszym razie z zarzutami karnymi i wieloletnimi karami więzienia pod tak absurdalnymi zarzutami, jak: wzniecanie nienawiści i wzywanie do działań na szkodę Białorusi (to zarzuty postawione Andrzejowi Poczobutowi z „Gazety Wyborczej”), koordynacja zamieszek czy – to przypadek znakomitej dziennikarki Biełsatu Kaciaryny Andrejewej – zdrada stanu.
Lawina wyroków
Wiosna nie jest jedyną grupą obrońców praw człowieka, w którą uderzył reżim. Sąd Najwyższy zlikwidował Białoruski Komitet Helsiński, którego pierwszym szefem był legendarny pisarz Wasil Bykau. Komitet miał zapłacić dwóm osobom za udział w obserwacji wyborów. Nasta Łojka, założycielka organizacji Human Constanta, w październiku 2022 r. trafiła do aresztu pod zarzutem działań rażąco naruszających porządek publiczny oraz wzniecania nienawiści. Propaganda poszła jeszcze dalej i oskarżyła 34-latkę o to, że pod płaszczykiem organizacji pozarządowej stworzyła siatkę szpiegów pracującą w interesach Zachodu. Human Constanta pomagała więźniom, ale także interesowała się Czeczenami próbującymi w 2016 r. przekroczyć granicę z Polską przez przejście w Terespolu, którym polska Straż Graniczna wbrew przepisom uniemożliwiała złożenie wniosków azylowych.
Łojka czeka na proces w mińskim areszcie przy ul. Akrescina. Jest pozbawiona opieki medycznej i paczek z zewnątrz. Skarży się na nieludzkie traktowanie, w tym wystawianie na zewnątrz bez wierzchniej odzieży, co pewnego razu przypłaciła wielotygodniową chorobą. Działaczka padła też ofiarą rozpowszechnionej praktyki, zapożyczonej przez Łukaszenkę od czeczeńskiego przywódcy Ramzana Kadyrowa. Dyktatury uczą się od siebie nawzajem. Nagrano ją na wideo, jak składa samokrytykę i przyznaje się do niektórych zarzucanych jej czynów, co potem opublikowano w internecie. Nie wiadomo do końca, jak powstało to konkretne nagranie, lecz z historii innych zatrzymanych wiadomo, że aby zmusić do wystąpienia przed kamerą, bywa stosowana przemoc.
Zebranie pełnej statystyki represji na Białorusi jest dziś niemożliwe. Nie tylko ze względu na prześladowania samych obrońców praw człowieka, ale i skalę działań bezpieki. Aktywiści nie są w stanie odnotować każdego procesu politycznego. O niektórych nie chcą informować same ofiary, bojąc się, że znalezienie się na listach więźniów politycznych może ich drogo kosztować.
Stąd liczbę 1520 więźniów, którą podaje Wiosna zgodnie ze stanem na 23 maja, należy traktować czysto orientacyjnie. Realne dane są najprawdopodobniej kilka razy wyższe. Nawet niskie szacunki wskazują jednak na rekord.
Nigdy wcześniej Łukaszenka nie wtrącił do więzień aż tylu przeciwników. Żeby znaleźć podobnie szerokie represje, trzeba by się cofnąć do czasów Stalina. Różnica polega na tym, że białoruski reżim swoich przeciwników nie rozstrzeliwuje, choć kodeks karny został specjalnie znowelizowany i na taką okoliczność.
Liczba kilkuset zatrzymanych po wyborczej nocy 2010 r. wywoływała u moich rozmówców z kręgu obrońców praw człowieka skojarzenia ze stalinowską czystką 1937 r. Masowe prześladowania rozpoczęte dekadę później rozsadziły skalę. Białoruski reżim przeszedł czerwoną linię między – jak by to ujął rosyjski ekonomista Siergiej Gurijew – dyktaturą spinu, w której represje są punktowe i raczej ukrywane, do dyktatury strachu, w której prześladowań się nie ukrywa, bo ludzie mają się bać, a nie tylko dawać sobą manipulować. Od sierpnia 2020 r. Łukaszenka opiera swoją władzę już tylko na nagiej sile – własnych instytucji i tej wynikającej z bezpośredniego wsparcia Rosji. Gdyby nie to, Mińsk najpewniej nie zostałby w lutym 2022 r. współagresorem i nie udostępniłby swojego terytorium rosyjskim wojskom w ich nieudanym marszu na Kijów. W tym sensie atak na Ukrainę jest ściśle powiązany z tym, co się stało na Białorusi po ostatnich wyborach prezydenckich.
Władze zdecydowały się nawet na uderzenie w adwokatów reprezentujących oskarżonych w procesach politycznych. Niezależna „Nasza Niwa” podała, że po sierpniu 2020 r. z rejestru adwokatów wyrejestrowało się 300 prawników, a kolejnych 100 zostało pod różnymi pretekstami pozbawionych licencji. Wobec 11 wszczęto postępowania karne. W kwietniu sędzia Tacciana Falkouska skazała na 10 lat kolonii Alaksandra Danilewicza za wzywanie do działań szkodzących bezpieczeństwu narodowemu i sprzyjanie działalności ekstermistycznej. Danilewicz to utytułowany prawnik, który pomagał represjonowanym sportowcom, w tym słynnej pływaczce Alaksandrze Hierasimieni. Za działalność ekstremistyczną uznano wywiad, jakiego udzielił sportowemu pismu „Tribuna”, formalnie uznanemu za wywrotowe.
Identyczny wyrok usłyszał od sędziego Siarhieja Jepichaua związany z opozycją prawnik Maksim Znak, którego dodatkowo umieszczono na liście terrorystów, co wiąże się z zakazem otrzymywania przekazów pieniężnych spoza obozu. Znak był związany ze sztabem byłego szefa Biełgazprombanku Wiktarem Babaryką, a gdy władze wtrąciły go do aresztu i odmówiły rejestracji, razem z kolegami przeszedł do sztabu Swiatłany Cichanouskiej. Po wyborach został członkiem Rady Koordynacyjnej, mającej być protoparlamentem demokratycznej Białorusi. Znak siedzi w kolonii numer trzy w Wićbie w obwodzie witebskim. Jego bliscy od lutego nie mają o nim żadnych informacji. W ostatnich tygodniach tak się dzieje z rosnącą liczbą najbardziej znanych więźniów. Poza Bialackim i Znakiem dotyczy to także Babaryki, Statkiewicza i Siarhieja Cichanouskiego, męża Swiatłany.
Przez zieloną granicę
W tej sytuacji najbardziej skuteczną formą wsparcia represjonowanych jest pomoc w wyjeździe za granicę, często nielegalnym. Istnieją specjalne struktury, które takie wsparcie oferują, choćby zarejestrowana w Wilnie Białoruska Fundacja Solidarności (BySol) Andreja Stryżaka. Jej główny cel stanowi zbiórka i bezpieczne przerzucanie przez granicę pomocy finansowej dla więźniów i ich rodzin. Wsparcie w ucieczkach to działalność poboczna. BySol został z tego powodu uznany przez reżim za organizację ekstremistyczną, co oznacza, że dowolna interakcja z jego przedstawicielami może oznaczać sprawę karną. Propaganda regularnie oskarża Stryżaka i jego współpracowników o defraudowanie pieniędzy ze zbiórek, choć nikt niezależny żadnych nieprawidłowości nie wykazał.
Rozmawiałem z kilkorgiem osób, którym białoruscy działacze (nie tylko BySol) pomogli w wyjeździe przez zieloną granicę, jednak o szczegółach żadna z nich publicznie nie opowie. Każdy detal mógłby pomóc białoruskiemu KGB w złowieniu kogoś, kto dopiero zamierza wyjechać. Ostrzeżeniem może być los Aleksieja Moskalowa, ściganego w Rosji za to, że jego córka narysowała w szkole laurkę z hasłem „Niet wojnie!”. Mężczyzna próbował uciec z aresztu domowego w Rosji przed dwuletnim więzieniem. Został zatrzymany w Mińsku i wydany Rosjanom po tym, jak Marina Owsiannikowa, dziennikarka znana z antywojennego protestu na antenie rosyjskiej telewizji państwowej, dała do zrozumienia, że Moskalowowi pomagają w wyjeździe ci sami ludzie, którzy pomogli jej samej w opuszczeniu Rosji.
Poza wysłaniem pieniędzy albo pomocą w ucieczce niewiele można zrobić. Jednym z najprostszych sposobów pomocy jest wysłanie listu do osadzonego.
Pisma spoza Białorusi nie dochodzą, ale obrońcy praw człowieka stworzyli specjalny serwis Piśmo.bieł. List pisze się elektronicznie pod adresem Письмо.бел (cyrylicą) lub – jeśli nie mamy rosyjskiej klawiatury – tożsamym adresem xn--h1aigbl0e.xn--90ais. Działacze drukują go i wysyłają do wybranego więźnia.
Nie wszystkie listy przechodzą cenzurę (jednym z warunków jest napisanie po rosyjsku, by cenzor zrozumiał), lecz jeśli przejdą i osadzony nam odpowie, współpracownicy serwisu zeskanują zwrotkę i umieszczą na naszym profilu. Każdy więzień powtórzy, że otrzymanie listu z zewnątrz należy do najlepszych chwil spędzonych w niewoli.
Równie ważne jest zbieranie informacji o prześladowaniach i wysyłanie ich w świat. W świecie nowoczesnych technologii służy temu przede wszystkim Spring96.org, strona internetowa Wiosny. Nie ma dnia, by nie pojawiły się na niej kolejne złe wiadomości. Ostatnia z nich, z 23 maja, dotyczy wyroku dwóch lat tzw. chemii domowej, jaki usłyszał niejaki Rusłan Miacielski z Mińska za to, że podczas protestów w 2020 r. wyszedł na jezdnię. Chemia domowa to charakterystyczny dla Białorusi rodzaj kary, w ramach której skazany przebywa w areszcie domowym i wychodzi z niego tylko do miejsca pracy przymusowej.
Aleś Bialacki opisywał tego typu historie przez połowę dorosłego życia. Urodził się w 1962 r. w radzieckiej części miejscowości Wiartsila / Värtsilä, podzielonej między ZSRR i Finlandię w następstwie wojny zimowej 1939–1940. Jego dziadkowie znaleźli się tam, uciekając za pracą przed powojennym głodem. Gdy miał trzy lata, z rodzicami wrócił na rodzinną Białoruś. Już w czasie studiów związał się z narodowym podziemiem. Jak sam wspominał, wstąpił do konspiracyjnej partii Niepodległość. Na początku lat 80. takich jak on była garstka, a sama Białoruś nawet w czasach pieriestrojki stosunkowo długo opierała się wiatrowi przemian. Mniej więcej w tym czasie Bialacki pryncypialnie przeszedł z rosyjskiego na białoruski. To wtedy – jak sam mówił – Sasza zamienił się w Alesia.
Potem zawsze był obok, gdy na Białorusi działy się rzeczy przełomowe. Kiedy młody archeolog Zianon Pazniak opisał miejsce kaźni ofiar NKWD w Kuropatach, Bialacki brał udział w patriotycznych manifestacjach, które w 1988 r. symbolicznie rozpoczęły białoruskie odrodzenie narodowe. Za udział w tamtym marszu z okazji Dziadów (nawiązując do tradycyjnego obrzędu, wspominano ofiary reżimu) został zatrzymany przez milicję i ukarany grzywną. Pieniądze na jej spłatę zebrali koledzy z uczelni. Na fali entuzjazmu razem z Pazniakiem zakładał stowarzyszenie Martyrolog Białorusi i partię Białoruski Front Ludowy, bez której nie udałoby się u progu niepodległości przynajmniej na kilka lat skierować kraju na drogę ku demokracji i białorutenizacji życia publicznego. W 1990 r. jako dyrektor Muzeum Historii Literatury Białoruskiej im. Maksima Bahdanowicza udostępnił kilka pokoi redakcji „Swabody”, jednej z pierwszych niezależnych gazet w kraju, zamkniętej siedem lat później pod presją władz.
Sam w parlamencie nie zasiadał, ale aż do 1995 r. był stołecznym radnym. Rok później, gdy stało się już jasne, jakie są zamiary Łukaszenki, założył Wiosnę, która legalnie działała do 2003 r. Powodem powołania do życia organizacji było brutalne rozpędzenie przez milicję wielotysięcznego marszu upamiętniającego katastrofę w Czarnobylu. Obroną praw człowieka miał się zająć na krótko, aż uda się zmusić Łukaszenkę do ich poszanowania. Nie udało się do dziś. Władze pozbawiły Wiosnę rejestracji za to samo, za co niemal dwie dekady później stracił ją Białoruski Komitet Helsiński. Krzepnącej dyktaturze nie spodobał się udział Wiosny w obserwacji wyborów prezydenckich w 2001 r. w ramach kampanii Niezależna Obserwacja. Od tej pory organizacja działała półlegalnie. W lepszych latach odwilży nikomu specjalnie nie przeszkadzała. W gorszych nad jej aktywistami wisiał rzadko stosowany przepis penalizujący działanie w imieniu niezarejestrowanej organizacji. W najgorszych, które nadeszły po 2020 r., zaczęto ich sądzić za ekstremizm i zdradę stanu.
Dla Bialackiego obecny wyrok nie jest pierwszy. W 2011 r. został skazany na cztery i pół roku obozu za przestępstwa podatkowe. Reżimowi niechcący pomogły polskie i litewskie władze, które na życzenie Mińska udzieliły mu pomocy prawnej i poinformowały o rachunkach bankowych, które Wiosna prowadziła w Warszawie i Wilnie. „Przepraszam w imieniu Rzeczypospolitej. Karygodny błąd pomimo ostrzeżeń MSZ. Zdwoimy wysiłki na rzecz demokracji na Białorusi” – pisał na Twitterze ówczesny minister Radosław Sikorski. Bialacki miał możliwość emigracji, jednak z niej nie skorzystał. – Wszystko było jednoznaczne. Mieliśmy milczącą zgodę, że on nigdzie nie wyjedzie – mówiła jego żona Natalla Pinczuk, miłość jeszcze z czasów studenckich, autorowi książki Sprawa Bialackaha Walerowi Kalinouskiemu. – Mogą nam wszystko skonfiskować, może się to zamienić w siedem lat więzienia. Ja się z tym milcząco pogodziłam, a on zrozumiał, że go wspieram, i tyle – dodała Pinczuk.
W 2014 r. założyciel Wiosny wyszedł na wolność na fali kolejnej odwilży, która miała potrwać całkiem długo, bo kolejne sześć lat. W 2022 r., wespół z rosyjskim Memoriałem i ukraińskim Centrum Wolności Obywatelskich, otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Jako szósty laureat w historii, obok Aung San Suu Kyi, Andrieja Sacharowa i Lecha Wałęsy, nie mógł jej odebrać osobiście. Do Oslo poleciała Natalla Pinczuk. Mężowi udało się przekazać jej przesłanie, które uwzględniła w mowie noblowskiej. – Ludzie, którzy najbardziej cenią wolność, najczęściej są jej pozbawieni. Pamiętam przyjaciół, obrońców praw człowieka z Kuby, Azerbejdżanu, Uzbekistanu, pamiętam swoją duchową siostrę Nasrin Sotude z Iranu. Podziwiam kardynała Josepha Zena z Hongkongu. Tysiące ludzi na Białorusi przebywają dziś za kratami z powodów politycznych. Nic nie może powstrzymać ludzkiego pragnienia wolności – mówił Bialacki ustami żony.
– Martin Luther King zapłacił za swoje marzenie życiem. Zastrzelono go. Cena mojego marzenia jest mniejsza, ale i tak trzeba ją zapłacić. Nie żałuję, bo moje marzenie jest tego warte. Moje ideały są podobne do ideałów moich starszych przyjaciół i duchowych nauczycieli: Václava Havla i Wasila Bykaua. Obaj przeszli przez wielkie wyzwania, obaj zrobili wiele dla swoich narodów i kultur, do ostatnich chwil walczyli o demokrację i prawa człowieka – kontynuował. – Chcę wszystkim powtórzyć: „Nie lękajcie się!”. Te słowa wypowiedział papież Jan Paweł II w latach 80., kiedy przyjechał do komunistycznej Polski. Wierzę w nie, bo wiem, że po zimie zawsze przychodzi wiosna – skończył.
Liczni białoruscy opozycjoniści usilnie pracują, by wiosna przyszła jak najszybciej, ale szybkie przyjście wiosny zapowiadał już Alaksandr Milinkiewicz, gdy władze rozpędziły miasteczko namiotowe po wyborach prezydenckich w 2006 r., w których kandydował. Od tego czasu minęło już 17 lat. Reżim przeżywał różne fazy, by ostatecznie, po sierpniu 2020 r., znaleźć się w sytuacji pełnego uzależnienia od Kremla. Stąd bez wiosny w Rosji wiosna na Białorusi jest mało prawdopodobna. Z kolei perspektywy zmiany w Rosji zależą od dalszego przebiegu wojny. Jeśli jej efektem będzie kolejna rosyjska smuta, w której tamtejsze elity wezmą się za siebie w rozgrywce o to, kto przejmie berło po Władimirze Putinie, dla Białorusinów otworzy się kolejne okno możliwości. Jeśli nie, praca obrońców praw człowieka pozostanie tak samo ważna jak w minionych trzech dekadach.