Subskrybuj
(fot. Krzysztof Żuczkowski / Forum)
Socjolożka, prof. na Uniwersytecie Södertörn w Sztokhomie i na Uniwersytecie Warszawskim. Bada ruchy społeczne, obywatelstwo i rodzicielstwo; w ostatnich latach opublikowała książki Matki i córki we współczesnej Polsce (2019) oraz Bunt kobiet: czarne protesty i...

Zdrowie zaczyna się od uznania podmiotowości

W obszarze zdrowia reprodukcyjnego udało się zrobić bardzo mało, a jeśli już coś osiągnęliśmy, to głównie dlatego, że walczyły o to organizacje pozarządowe i ruchy społeczne, a nie dlatego, że politycy – z jakichkolwiek frakcji – o to zadbali.

Żeby zapewnić kobietom zdrowie reprodukcyjne, potrzebny jest sprawny system edukacji, prewencji i opieki zdrowotnej: ważne są dostęp do lekarza, akcje profilaktyczne, opieka okołoporodowa, antykoncepcja, prawo do aborcji. Opublikowany w maju 2019 r. raport Najwyższej Izby Kontroli wśród wielu bolączek polskiego systemu zdrowia wskazał też, jak fatalny jest dostęp do ginekologa poza dużymi miastami. Na wsiach mieszka ok. 40% kobiet i noworodków, a liczba poradni jest tam nieproporcjonalnie niska. Niemal każda wiejska poradnia ginekologiczna ma pod opieką kilka lub kilkanaście tysięcy kobiet. W skrajnych przypadkach, czyli w województwach podlaskim i lubelskim, na jedną poradnię ginekologiczną przypadało nawet 27 tys. kobiet. Niektóre z nich, żeby dostać się do ginekologa, musiały przebyć aż 50 km – dla osób, które nie mają prawa jazdy, to realny problem, gdyż poza miastami brakuje najczęściej transportu publicznego. Zaniedbania w sferze zdrowia reprodukcyjnego kobiet dotyczą zarówno małych, jak i dużych miejscowości. Jednak w mniejszych trudniej jest np. zmienić ginekologa, bo nierzadko jest w nich tylko jeden gabinet. Co zrobić, gdy narzuca pacjentkom swoje poglądy i jest niechętny przepisywaniu recept na antykoncepcję hormonalną? Lub po prostu z jakichś względów – np. innej wrażliwości – nam nie odpowiada? Możliwość wyboru lekarza lub lekarki to luksus. Im mniejsze miasto, a zatem, ogólnie rzecz biorąc, także kapitał kulturowy i społeczny pacjentek, tym większa jest władza medyka. W małych miejscowościach lekarz często stanowi element lokalnego układu władzy, np. zna się z proboszczem, więc tym chętniej zasłoni się klauzulą sumienia.

###banner###

Nie lepiej jest w obszarze opieki perinatalnej, która, zdawałoby się, powinna być zdecydowanie poza sprawami ideologicznymi. Badania Fundacji Rodzić po Ludzku z 2018 r. pokazują, że ok. połowa kobiet rodzących doświadcza ograniczenia ich praw, a ok. 17% doznało w szpitalach jakiejś formy przemocy – przywiązywanie do łóżka, krzyki, wulgaryzmy wciąż zdarzają się w polskiej służbie zdrowia.

W każdej ze sfer związanych z szeroko pojętym zdrowiem reprodukcyjnym kobiet – bo nie chodzi tylko o brak choroby, ale też psychiczny dobrostan – mamy do czynienia z nierówną walką obywatelek o swoje prawa z państwem, które jest nieresponsywne albo wrogie. Zaczyna się od edukacji i debaty publicznej – zamiast przedstawiania rzetelnej informacji i doświadczeń kobiet widzimy dziś skłonność do ideologizowania kwestii związanych z ciałem i seksualnością. Przykładem choćby działania ministra Przemysława Czarnka, wprowadzającego właśnie do szkół książkę Fundacji Małych Stópek, której treści przeciwstawiają się prawu kobiet do decydowania o swoim ciele i płodności. Zamiast wiedzy promuje się w szkołach w tym zakresie konserwatywną ideologię. Tyle że efekty są odwrotne do tych, które zakładają prawicowi politycy i Kościół: dzietność w Polsce maleje, a nie rośnie. Badania CBOS i prognozy demograficzne pokazują, że coraz więcej jest kobiet, które w ogóle nie decydują się na urodzenie dziecka, mimo że czasami deklarują pragnienie macierzyństwa: w pokoleniu urodzonym w latach 70. to blisko 25%, a jeszcze wśród kobiet urodzonych w 1945 roku było ich tylko 8%.

Przyczyny tego stanu są złożone: niestabilność pracy, problemy z mieszkaniem, ale także lekceważenie potrzeb kobiet. Mimo wieloletnich starań m.in. Fundacji Rodzić po Ludzku wiele do życzenia pozostawia realizacja standardów okołoporodowych: wciąż w wielu szpitalach nie ma możliwości podejmowania decyzji o pozycji rodzenia, nie ma dostępu do znieczulenia, towarzystwa i pomocy ze strony ojca dziecka lub innej osoby bliskiej, pomocy podczas laktacji. Z kolei osoby walczące z niepłodnością też są w różny sposób ograniczane, przede wszystkim finansowo – jeśli państwo lub samorządy nie wspierają tych stosunkowo kosztownych zabiegów, to bardzo niewiele osób może sobie na nie pozwolić. Zresztą zaniedbania w obszarze zdrowia reprodukcyjnego dotykają nie tylko kobiet. W Polsce nie mamy sensownych programów pozwalających na wczesną diagnostykę niepłodności czy wspierających ojcostwo. Badania Doroty Szelewy pokazują, że gdy nie ma niezbywalnego prawa do urlopu ojcowskiego, trudno o równość w opiece nad dziećmi. Mężczyźni boją się bardziej angażować w życie rodzinne, obawiając się zarówno negatywnej oceny otoczenia, jak i dyskryminacji ze strony pracodawców. Koszty tych zaniedbań są bardzo trudne do oszacowania. Widzimy spadającą dzietność, ale bardzo trudno jest ocenić, jaka jest cena psychologiczna tego, że ludzie nie mogą realizować swoich potrzeb w taki sposób, w jaki mogliby, gdyby prawo tworzyło przyjazne im warunki.

Prawo do aborcji jest częścią szerszego pakietu usług związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet, obejmującego edukację i poradnictwo, tanią i skuteczną antykoncepcję, opiekę prenatalną oraz także usługi przerywania ciąży. Wzorcowym, moim zdaniem, systemem jest model funkcjonujący w Szwecji. Istnieją tam specjalne poradnie dla młodzieży zapewniające edukację, profilaktykę, antykoncepcję i kontakt ze specjalistami takimi jak położna czy psycholog. A naczelną zasadą jest szacunek dla podmiotowości kobiet i mężczyzn. W Polsce często mówi się, że za dużo porodów odbywa się przez cesarskie cięcie. Próbuje się rozwiązać ten problem przez wprowadzanie zakazów i ograniczeń. Tymczasem w Szwecji stawia się na kontakt z położną czy lekarzem i rozpoznanie potrzeb kobiety w ciąży. Cesarskie cięcie nigdy nie odbywa się na życzenie. Jednak kobieta może wyrazić swoje obawy przed porodem siłami natury – wówczas jest umawiana na konsultacje z położną, ginekologiem i psychologiem. Te rozwiązania opierają się na założeniu, że najważniejsze jest poznanie i zrozumienie potrzeb oraz uczuć kobiety, a także traktowanie pacjentek z godnością.

Punktem wyjścia do tego typu systemowych przeobrażeń musi być przede wszystkim uznanie podmiotowości kobiety – bez tego nie można zbudować sprawnego systemu ochrony zdrowia reprodukcyjnego kobiet. Brak tego fundamentu jest od ponad 20 lat najpoważniejszą przeszkodą we wprowadzeniu zmian, a zarazem największym zagrożeniem ze względu na rosnącą aktywność organizacji fundamentalistycznych. Ustawę zawsze można przegłosować. Trudniej zmienić sposób myślenia, w ramach którego nie jest ważne, co czują i myślą kobiety, a kobiecie, zmuszonej przez dziewięć miesięcy nosić uszkodzony płód, mówi się, że to dla niej „lekki dyskomfort”. Masowe protesty Strajku Kobiet pokazały ogromną niezgodę, zwłaszcza młodego pokolenia, na ten rodzaj zanegowania potrzeb i podmiotowości kobiet. Badania opinii publicznej pokazały, że 70% osób w Polsce poparło protesty. Można domniemywać, że zmiana mentalna dotycząca sfery wolności już się de facto dokonała.

Ułomności dotychczasowego podejścia do zdrowia reprodukcyjnego należy zatem szukać przede wszystkim w połączeniu fundamentalistycznej ideologii z neoliberalną zasadą indywidualnej odpowiedzialności głoszącą, że każdy powinien dbać o siebie, a jeśli w jakimś obszarze pojawia się problem, to najlepiej go sprywatyzować. W ten sposób został rozwiązany w Polsce problem in vitro i aborcji – posiadając odpowiednio zasobny portfel, można dzisiaj zorganizować zarówno jedno, jak i drugie. Obecne prawo prowadzi do sytuacji, w której kobiety, by kupić sobie fragment wolności, muszą wyjechać, a każe im się za to dodatkowo zapłacić strachem, upokorzeniem i poczuciem winy.

Hipokryzja i pogarda dla kobiet, widoczne najwyraźniej w obszarze praw aborcyjnych, są jak magma, rozlewająca się na rozmaite dziedziny życia. W efekcie cierpią wszystkie kobiety – zarówno te, które w ramach konserwatywnej ideologii są uznawane za niemoralne, bo np. chcą przerwać ciążę, jak i te, które chciałyby mieć dzieci, ale doświadczają niepłodności czy przemocy w szpitalach położniczych, a przede wszystkim te, które nie mają zasobów finansowych czy znajomości w służbie zdrowia i nie mogą sobie lepszego traktowania kupić czy „załatwić”. Przebudowując w przyszłości system, trzeba będzie o tym pamiętać.

Wysłuchała EZ

Artykuł pojawił się w numerze: Za wyborem i życiem