W europejskim kręgu kulturowym szaleństwo było przez długi czas kojarzone ze zwierzęcością. Obłąkanie, podobnie jak zezwierzęcenie, stanowiło modelowy sposób wykluczenia, redukcję do bieguna animalności: szaleniec był postrzegany jak ktoś niemoralny, lubieżny i niebezpieczny, przed kim należy bronić społeczeństwo. Nie tak dawno Peter Singer pisał, że zwierzęta są bardziej ludzkie niż ludzie dotknięci szaleństwem. Kwestia komplikuje się, gdy do tego monotonnego dyskursu ustalającego topos pokrewieństwa zwierzęcości i obłędu dorzucimy koncepcję szaleństwa samych zwierząt. Zwierzę umieszczone w optyce psychiatrycznej staje się bestią, a nawet postzwierzęciem. Do opisu transgresyjnej natury obłąkanego poza gatunkiem ludzkim używa się, począwszy od XIX w., nomenklatury medycznej pozbawionej perwersyjnej pasji. Okazuje się bowiem, że człowiek nie jest jedynym stworzeniem, które nauka uposażyła w wyrafinowane łacińskie nazwy zaburzeń psychicznych. Twój pies może więc cierpieć na depresję. Może mieć halucynacje, które objawiają się łapaniem wyimaginowanych much czy ściganiem cieni, szczególnie jeśli należy do którejś…
Dr psychologii, pisarka, filozofka, pracuje w PAN w Warszawie. Autorka m.in. książek Bezmatek (2020), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Historia polskiego szaleństwa (2018)