Po co nam prywatność?
Zacznijmy – może nieco patetycznie – od tego, że ludzkie życie rozpięte jest pomiędzy samotnością a więzią. Samotność stanowi atrybut naszej egzystencji: musimy samodzielnie podejmować różne decyzje, nikt też nie przeżyje za nas bólu. Sęk w tym, że jest to poczucie tak trudne do zniesienia, iż gdyby pozbawiono nas kontaktu z innymi ludźmi, wszyscy mielibyśmy poważne trudności psychiczne.
Nasze życie ma charakter dialogiczny – bez innych nie czujemy, że istniejemy. Ty kreujesz mnie, ja wypełniam ciebie. Jednocześnie bywa, że ci inni budzą w nas ambiwalentne emocje. Czasem się ich boimy, bo mogą okazać się dla nas groźni. Wtedy pojawia się potrzeba schronienia.
Czyli mieścimy w sobie dwie sprzeczne potrzeby: bliskości i samotności.
Właśnie tak. Pięknie opisał to Robert Frost w wierszu Objawienie: „Budujemy sobie na uboczu / Z przekomarzań i kpin tajny szałas. / Ale serce omal nie wyskoczy: / Żebyż ktoś nas z naszą prawdą znalazł! // Żal aż bierze, gdy takie warownie / Po (umownie rzecz biorąc) minucie. / Runą: w końcu znów mówimy dosłownie, / Gdy potrzebne nam czyjeś współczucie. // Tak ze wszystkim: od dziecięcej zabawy / W chowanego aż do Boga w błękicie, / Kto się schował nazbyt dobrze, ten wyjawi – / Odezwawszy się – swoje ukrycie” (tłum. S. Barańczak).
Prywatność jest właśnie o tym, jak dalece się chowamy, a jak dalece do tego świata wychodzimy.
To wieczne przybliżanie i oddalanie się szczególnie wyraźnie widać w miłosnych związkach.
W bliskich relacjach niezbędny jest balans między intymnością a dystansem. Różnimy się tylko co do skali: jedni potrzebują większej bliskości, inni mniejszej. To kwestia naszej decyzji: czy chcemy zawsze opowiadać sobie wszystko, dzielić się każdym przeżyciem, ujawniać wszystkie emocje, czy też zostawiamy sobie margines własnych doznań – „coś tylko dla siebie”.
Często kiedy kochamy, chcielibyśmy wręcz wsiąknąć w drugiego człowieka.
Jan Lechoń, gdy był zakochany, ubolewał: „Ty nigdy nie będziesz mną, a ja nigdy tobą”. Ale całe szczęście, że tak nie jest! W miłości musimy przecież pozostać sobą. Zwróćmy uwagę, że osoby ogarnięte obsesją intymności potrafią być bardzo męczące: „Co teraz myślisz? Co chciałeś powiedzieć? Dlaczego nie chcesz powiedzieć?
Mów mi o każdej myśli, o każdym spojrzeniu, o wszystkim”. Podczas gdy my naturalnie potrzebujemy pewnego dystansu – w zbyt dużej bliskości można się bowiem udusić.
Jednak brak gotowości do dzielenia się własnymi przemyśleniami czy uczuciami oddala nas od drugiego człowieka.
Uciekanie w milczenie może zubożyć, a nawet zniszczyć bliski związek. Dlatego musimy oscylować między dwoma biegunami: na jednym jest „mówię ci wszystko”, na drugim – „całkowicie się dystansuję”. Ktoś kiedyś powiedział, że intymność jest jak czekolada: pochłaniamy ją chętnie, choć jeśli zjemy jej za dużo, czujemy przesyt. Bez niej jednak w życiu byłoby gorzko.
Osobom funkcjonującym na podobnych rejestrach intymności zapewne łatwiej tworzyć szczęśliwy związek.
Najlepiej byłoby, gdybyśmy się tak dobrali. Ale w praktyce częściej łączą się ze sobą osoby o odmiennych temperamentach i potrzebach. Biologia lubi różnorodność. To, że nieco inaczej patrzymy na rzeczywistość, nie musi być problemem, jeśli potrafimy o tym rozmawiać. Takie kwestie warto ustalać na początku związku. Później wzorce bliskości się utrwalają i bardzo trudno je zmienić. Dlatego w fazie docierania się trzeba po prostu usiąść i wejść w dialog: „Wiesz, ja chciałabym o wszystkim rozmawiać”, „Wiesz, a mnie trochę męczy, gdy…”. Chodzi o to, żeby druga osoba czuła się bezpiecznie, wiedziała, że nie chcemy jej nic narzucać ani że to nie stanowi zagrożenia dla relacji.
Często gdy pojawia się ten dystans, czujemy się po prostu odrzuceni.
Musimy pamiętać, że w relacjach istnieje naturalne falowanie: przypływy i odpływy uczuć, bliskość na zmianę z wycofaniem. To wcale nie oznacza, że miłość się kończy i że należy oddać się rozpaczy.
„Trzymaj mnie mocno” i „puść mnie” muszą się cyklicznie przeplatać. Ważne natomiast, by żaden z tych „odpływów” nie trwał zbyt długo.
W bliskości rodzi się też zaufanie.
Zaufanie jest pewnego rodzaju kredytem. Na początku dajemy je na słowo, zanim druga osoba zdąży na nie zapracować. Zakładamy, że będzie dla nas dobra i będzie działała na naszą rzecz. Z czasem ryzyko związane z tym kredytem albo się zmniejsza, albo rośnie. Jeśli się zmniejsza – to znak, że postąpiliśmy słusznie.
Prywatność w związku odnosi się także do sposobu, w jaki dzielimy się naszą intymnością ze światem.
To kolejna rzecz, którą warto ustalić na początku: jaki model wybieramy – integracji czy separacji. Czy wolimy żyć bardziej odgrodzeni od innych czy w permanentnym kontakcie z otoczeniem? Tutaj również musimy zachować równowagę między nami a światem. Z jednej strony jeśli za bardzo otworzymy bliską relację na innych, można dosłownie zadeptać ją ich butami. Z drugiej jeśli zamkniemy się jak na bezludnej wyspie, w końcu zrobi się tam nudno i jałowo. Dlatego warto ustalić, ile o sobie opowiadamy innym, co pozostawiamy tylko dla nas i gdzie przebiega granica naszej prywatności.
Ile par, tyle modeli? Nie da się narzucić jednej zasady typu: „Nie powinniśmy mówić o seksie znajomym”?
Mówimy o bardzo indywidualnych potrzebach. Podobnie jest z odległością fizyczną, jaką zachowujemy wobec innych. Niektóre osoby stoją bardzo blisko, wręcz „łapią nas za guzik”, a my odruchowo cofamy się o krok, bo to nam jednak przeszkadza. Przyjęło się, że dystans wobec obcego to mniej więcej wyciągnięta ręka, a wobec bliskich – odległość „zgiętego łokcia”, ale to tylko orientacyjne, dosłowne miary. Każdy z nas te płotki między sobą a innymi ustawia sobie trochę inaczej.
Gdy jesteśmy w związku, nie może być tak, że jedna osoba chce stale przebywać w swojej enklawie, nie zapraszać nikogo, a druga czuje się, jakby umierała bez wspólnego życia towarzyskiego. To trzeba po prostu ustalić. Najczęściej chodzi o oscylowanie na tym kontinuum, bo przecież nasze potrzeby zmieniają się w czasie.
Jakie tendencje wyraźnie widać w badaniach?
Na przykład jeżeli chodzi o otwartość w sprawach sypialnianych, to im młodsi rozmówcy, tym szersza przestrzeń. Generacja Z mówienie o seksie – podobnie jak o kwestiach fizjologicznych – uważa za całkowicie naturalne i nie stawia tu barier. Seks przestał stanowić tabu.
Czy nasze potrzeby mogą się zmieniać pod wpływem drugiej osoby? Na przykład jesteśmy wycofani, a nagle pojawia się potrzeba większej towarzyskości?
Może tak być. W bliskim związku bardzo wiele rzeczy się zmienia – i wręcz musi się zmieniać, bo świat się zmienia, a my bez zmian tęchniejemy.
Czy dbanie o prywatność związane jest z budowaniem poczucia własnej wartości, z byciem autentycznym bez konieczności porównywania się z innymi?
Ono sprzyja budowaniu i wzbogacaniu własnego wnętrza. Trzeba rozważyć, na czym nam bardziej zależy – czy na poczuciu własnej tożsamości, opartej na wewnętrznej wolności i związanych z nią wyborach, czy na przekonaniu innych o naszej wspaniałości. A to drugie wiąże się koniecznością merkantylnego opakowywania się w pożądane, modne obecnie cechy i zachowania.
Jak dzielenie się prywatnością w mediach społecznościowych wpływa na nasze poczucie własnej wartości?
To ważny wątek, ponieważ pojawienie się Facebooka w pierwszej dekadzie XXI w. było momentem przełomowym w postrzeganiu prywatności w skali społecznej. Nagle każdy musiał zdecydować, czy chce uczestniczyć w tych regułach – ujawniać pewne informacje o sobie i reagować na to, co udostępniają inni.
Wiele osób, szczególnie młodych, weszło w to jak w masło – taka forma komunikacji stała się naturalnym elementem ich życia. Inaczej sprawa wyglądała w przypadku pokolenia powojennego, do którego się zaliczam – my przywykliśmy do innych sposobów porozumiewania się.
Strzeżenia informacji o sobie?
Dotychczas funkcjonowaliśmy w wyraźnie rozgraniczonych kręgach komunikacyjnych. Był krąg własnej prywatności – są rzeczy, które uważam za moje i nie chcę nikomu ich ujawniać. Kolejne koła obejmowały najbliższą osobę, rodzinę, przyjaciół, znajomych, a na końcu znajdował się krąg publiczny, czyli ludzie z pracy czy sąsiedzi. W obrębie tych kręgów dzieliliśmy się informacjami dość swobodnie, ale zawsze z rozwagą – zastanawiając się, co chcemy ujawnić, komu i czy to naprawdę dane osoby interesuje. Teraz granice tych kręgów kompletnie się zatarły – wszystko się pomieszało.
Jest jeden wielki krąg.
Jeden wielki system „pokazujemy siebie”, w ramach którego brakuje zastanawiania się, do jak bliskiego grona odbiorców mówimy oraz jakie obszary chcemy ujawnić. Czyli z kim poruszymy takie tematy jak nasza fizjologia, choroby, cierpienia, problemy psychiczne, seks. Zniknęły już nawet zasady „keep smiling” czy „trzymaj fason”. One oczywiście nie były do końca zdrowe, lecz z kolei opowiadanie wszystkim o swoich chorobach i swoich poglądach na każdy temat też jest pewną przesadą.
Funkcjonowanie w mediach społecznościowych to nie tylko upublicznianie informacji o sobie, ale też nieodzowne wkraczanie w życie innych.
Tak, do tego dochodzi obowiązek reagowania na intymność innych – jesteśmy zasypywani wiadomościami, na które czujemy presję odpowiedzi. Musimy czytać cudze uwagi, mierzyć się z problemami znajomych. To tylko dodaje nam nowych zmartwień, odbiera spokój.
Pani ma konto na Facebooku?
Nie. To po prostu nie jest mój sposób komunikacji, zwykle rozmawiam o sobie z naprawdę bliskimi osobami. Ogromną zaletą tej decyzji jest fakt, że nie muszę kreować swojego życia na oczach innych. Ma to też pewne minusy – żyje się bardziej w ukryciu i dociera mniej propozycji towarzyskich czy zawodowych.
No i nie dostaje się lajków.
To przerażające, że dzisiaj traktuje się je jako znak sympatii czy życzliwości. Dla mnie jednak, by poczuć, że ktoś naprawdę mnie lubi, jest potrzebne dużo więcej niż lajk.
Kultura terapeutyczna zachęca nas również do psychicznego ekshibicjonizmu – dzielenia się najintymniejszymi aspektami życia.
W rezultacie prywatność przestała być ceniona i uważana za ważną. Dziś nie ma niegrzecznych pytań, należy mówić o wszystkim. Ktoś, kto nie chce tego robić, jest zaetykietowany jako „zamknięty dziwak”. Rozumiem ból osoby, która otrzymała fatalną diagnozę, jednak czy natychmiastowe upublicznianie jej w mediach społecznościowych i informowanie wszystkich po kolei rzeczywiście przynosi jej ulgę?
Ten ekshibicjonizm może wręcz uszkadzać nasze życie wewnętrzne?
Tak, on odziera nas z intymności – „wszystko na sprzedaż” powoduje, że sklep naszego wnętrza pustoszeje. Ładujemy go więc byle czym, zaczynamy być wszystkim i niczym, ulegając rozproszeniu na drobne. Poza tym wiele osób czytających te wieści jest ciekawych takich plotek, a równocześnie wyrabia sobie o nas złą opinię.
Jakie społeczne zmiany niesie zanik prywatności?
Zwróćmy uwagę, że pojawiły się nowe grupy osób publicznych, jak streamerzy, którzy dzielą się swoim życiem codziennym. Oglądamy takiego streamera przygotowującego śniadanie i możemy mieć poczucie, że z kimś to śniadanie faktycznie zjadamy. Kiedy dowiadujemy się, że ktoś robi jajecznicę z cukrem, często opowiadamy o tym dalej innym. Takie działania zaspokajają potrzebę dzielenia się z kimś swoim życiem i czasami są próbą ratowania się przed samotnością. Z jednej strony celebryci realizują swoją potrzebę zaistnienia społecznego, z drugiej – odbiorcy mają poczucie większego społecznego zaangażowania. Obie strony czerpią z tego pewną korzyść. Tylko gdzie tu miejsce na prywatność? Prywatność już dawno poszła spać.
Dlaczego tak łatwo sięgamy po wypełniacze, zamiast budować głębokie życie wewnętrzne?
Bogate życie wewnętrzne, które pozwala nam odczuwać sens istnienia, jest trudne do utrzymania – wymaga czasu, refleksji i kontaktu z własnymi emocjami. Dlatego często sięgamy po coś łatwiejszego: plotki o celebrytach, życie streamerów czy powierzchowne informacje z sieci. Te wypełniacze dają poczucie obecności i zaangażowania, ale nie zastępują prawdziwych relacji. Pamiętajmy też, że my jesteśmy stale zawieszeni między samotnością a więzią. Nawet gdybyśmy mieli najbogatsze życie wewnętrzne, nie możemy być z nim całkowicie sami – potrzebujemy innych ludzi. Tymczasem w dzisiejszym pośpiechu, gonitwie za pieniędzmi i brakiem czasu prawdziwe, głębokie kontakty stają się coraz trudniejsze do utrzymania.
Dziś przez wszystkie przypadki odmieniane jest pojęcie work-life balance. Przeważnie zdajemy sobie sprawę, że tego balansu potrzebujemy, choć nie do końca mamy pomysł, jak go osiągnąć. Jak więc układać granice między pracą a życiem prywatnym?
Środowisko pracy – w obecnych czasach konkurencji, zazdrości o sukcesy, powszechnego hejtu – to pole minowe najeżone niebezpieczeństwami. W jego ramach jesteśmy najsilniej porównywani z innymi, co związane jest z ustalaniem hierarchii i podziału zadań czy procesami nagradzania. Dlatego informować o sobie powinniśmy bardzo ostrożnie. Warto rozważać, czy to, co opowiadamy o swoim prywatnym życiu, nie obróci się przeciwko nam.
Kupujecie nowe mieszkanie? – to może nie trzeba ci podwyżki. Bywasz w teatrach i na koncertach? – prawdopodobnie zaniedbujesz pracę. Czytasz Remigiusza Mroza? – to raczej nie jesteś intelektualistą. Dziecko w prywatnej szkole? – snobka.
Ale przecież jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy szczerych kontaktów z drugim człowiekiem – również w pracy, w której spędzamy sporą część naszego życia.
Można wybrać jakąś osobę i z nią dokonywać wymiany wsparcia. Jeśli się uda, będziemy się lepiej czuć.
Warto podkreślić, że znajomości z pracy nie są trwałe. Badania pokazują, że z reguły kończą się wraz z jej zmianą. A pracę zmieniamy coraz częściej. Co objawia się brakiem wieloletnich głębszych kontaktów między współpracownikami – więzi mają charakter bardziej instrumentalny niż emocjonalny. Często stają się polem walki – chcąc zaistnieć, próbujemy rozładowywać kompleksy na innych.
Praca zdalna kradnie czy chroni naszą prywatność?
Badania pokazują, że ludzie nie tęsknią zbytnio do tego rywalizującego forum. Tę sytuację mocno zmieniła pandemia. 56% specjalistów woli całkowicie zdalną pracę. To oczywiście wpływa niekorzystnie na nasze społeczne relacje, możliwości ich budowania i rozwój związanych z nimi kompetencji. Maksymalna prywatność łatwo zmienia się w samotność.
Ingerencją w prywatność jest też kontrola rodzicielska. Nawet dając dziecku telefon, chcemy je w ten sposób kontrolować.
Kontrolować, żeby było bezpieczne, przy czym ta kontrola i tak jest bardzo ograniczona. Poza tym jeśli wychowujemy dziecko uważnie – rozmawiamy z nim i jesteśmy w kontakcie – ono samo z siebie nie będzie raczej podejmowało zachowań ryzykownych. Jest takie powiedzenie, że dziecko jest jak walizka, do której pakujemy różne rzeczy. Co włożymy, to wyciągamy. Jeśli nie włożyliśmy tam miłości, uwagi i ciepła, a pakowaliśmy głównie pod kątem tego, żeby dziecko było symbolem naszego sukcesu, później szukamy namiastki poczucia kontroli.
Wielu rodziców pragnie nieustannego połączenia – wręcz „syjamskości” – ze swoim dzieckiem: chce, żeby mówiło nam wszystko, nie miało żadnych sekretów.
To dlatego, że wciąż nie uznajemy dziecka za niezależny podmiot. Zauważmy, że do czasów Rousseau w ogóle nie uznawano, iż dziecko jest odrębne od dorosłych – było ich własnością. Dzieciństwo w sensie filozoficznym pojawiło się dopiero w XVIII w. Choć Rousseau sam nie postępował zgodnie z tym, co głosił – swoje dzieci oddał przecież do przytułku – to idea, że dziecko ma swoje prawa i potrzeby, zaczęła powoli wchodzić do myślenia społecznego.
Chce Pani powiedzieć, że trzy wieki później dalej traktujemy dzieci przedmiotowo?
Tylko teoretycznie uznajemy dziecko za podmiot. W Polsce nawet nie mamy prawa, które by pozwalało dziecku pójść samemu do psychologa, gdy rodzice być może je krzywdzą lub nie rozumieją jego potrzeb. Dosadnie pokazuje ten problem np. historia ośmioletniego Kamila z Częstochowy – chłopca uciekającego z okropnego domu, gdzie doświadczał przemocy fizycznej. Policjanci, chcąc zapewnić mu bezpieczeństwo, odprowadzali go z powrotem do miejsca, w którym był narażany na krzywdę. Interweniujący funkcjonariusze, choć działali z najlepszą wolą, nie wzięli pod uwagę jego prawa do głosu. Jak pamiętamy, ta sprawa z 2023 r. zakończyła się tragicznie.
Dlaczego potrzeby dzieci bywają pomijane?
W rodzinach często pojawia się adultyzm – przekonanie, że osoby młodsze są gorsze wyłącznie ze względu na wiek. „Co ty tam wiesz? Jeszcze jesteś młody i głupi” – takie komunikaty są, niestety, powszechne. Dzieci często nie mają głosu, są traktowane jak marionetki na sznureczkach, choć na szczęście nie pozwalają się całkowicie zmanipulować.
A z jakiego powodu sekrety są ważne dla rozwoju najmłodszych?
Dzieci budują dzięki nim swoją tożsamość. Jeśli coś ujawnią, dorośli mogą to wyśmiać lub zniekształcić. One potrzebują choćby chwilowej przestrzeni, by same decydować, czym i kiedy się podzielą. Tak jak mówiłam wcześniej, my naturalnie ukrywamy się, a potem chcemy coś odsłonić. W tej sprzeczności zawiera się ważny mechanizm rozwoju.
Każdy człowiek ma prawo do własnych tajemnic. Problem polega na tym, że często oczekujemy od dziecka, iż powinno nam mówić o wszystkim i odpowiadać na każde nasze pytanie. W ten sposób zaprzeczamy jego podmiotowości i prawu do własnej przestrzeni.
Pytanie, gdzie przebiega granica między piękną tajemnicą a brzydkim kłamstwem.
Założenie, że jeśli czegoś nie mówimy, to znaczy, że kłamiemy lub mamy coś złego do ukrycia, jest zgubne. Wszystkie te płaszczyzny – ile intymności, ile dystansu, ile kontaktów, ile „wszystko na sprzedaż”, a ile tylko między nami – mają bardzo delikatną materię i za każdym razem musimy zaglądać w siebie i zastanawiać się, jak chcemy działać.
To ciężka praca. Kto ma na to czas i siły?
Sensowne życie to ciężka praca. Ale jeśli potrafimy zajrzeć do środka, przynajmniej nie oszukujemy siebie.
Ma Pani dla nas jakąś radę?
Istotna zmiana cywilizacyjna już się dokonała. Dziś pękły wszelkie bariery i prywatność właściwie zanikła. Aby nie ulegać trendom, warto pamiętać, że każdy sam ustala swój obszar prywatności. Możemy jej bronić – pod warunkiem że jesteśmy świadomi, iż nasze potrzeby mogą być sprzeczne. Warto zastanowić się, gdzie leży nasza granica między tym, co chcemy zachować dla siebie, a tym, co możemy opowiedzieć innym. Trzeba indywidualnie rozważyć to, gdzie leży nasza własna granica między życiem w ukryciu a społeczną opowieścią.