Subskrybuj
Mężczyzna i kobieta patrzą na horyzont. Zachodzi słońce. Rozmawiaja. Ilustracja Justyna Frąckiewicz
Ilustrowała Justyna Frąckiewicz
Psychoterapeutka, filozofka. Współtworzy ośrodek „Znaczenia. Psychoterapia”. Wraz z Tomaszem Stawiszyńskim prowadzi podcast Nasze wewnętrzne konflikty w Radiu TOK FM

Kłopotliwe pytania

Co byś odpowiedział, gdyby nieznajomy zapytał Cię: „Czy kiedykolwiek przeżyłeś poważny kryzys w małżeństwie?”

Arthur C. Brooks opowiada na łamach „The Atlantic”, że właśnie od takiego pytania zaczęła się pewna bardzo satysfakcjonująca madrycka kolacja, w której wraz z żoną wzięli udział. Wprawdzie nie zabrzmiało to w pierwszej chwili jak zachęta do przełamania lodów, lecz okazało się, że – zamiast upłynąć na nużących small talkach – wieczór ten dał gościom poczucie głębokiego sensu. Dzięki niecodziennej inicjatywie gospodyni, w miejsce pierwotnego skrępowania, pojawiła się realna wymiana doświadczeń, także tych bolesnych i przykrych.

W podobny sposób otwiera swój TED Talk amerykański dziennikarz Charles Duhigg. Pyta: „Kiedy ostatnio przy kimś płakaliście?”. I wyjaśnia, że zamiast wprowadzać w stan zakłopotania, odpowiedź ma potencjał, żeby stać się początkiem nietrywialnej rozmowy. Choć zwykle wstydzimy się odsłaniać, zwłaszcza przed obcymi, taki gest może, paradoksalnie, poprawić nasze samopoczucie. Na przykładzie własnych nieporozumień z żoną Duhigg tłumaczy, że przyczyną wielu rozminięć komunikacyjnych jest brak dopasowania na poziomie typologii wysyłanych komunikatów. Dzieli je na trzy kategorie – praktyczne, społeczne i emocjonalne. Nieporozumienia wynikają np. z tego, że kiedy jedna strona oczekuje emocjonalnego wsparcia, tak jak Duhigg, kiedy skarżył się żonie, że czuł się niedoceniony w pracy, druga udziela praktycznych rad, gdy ona w odpowiedzi, zamiast wyrazić współczucie, sugerowała, żeby porozmawiał z przełożonym i lepiej go poznał. Takie rozminięcia wywołują obopólną frustrację. Pytania „społeczne” dotyczą z kolei zagadnień istotnych dla naszego poczucia tożsamości – kim jesteśmy, co jest dla nas ważne, jak postrzegamy nasze role w świecie. W tym obszarze również potrzebujemy czuć się słyszani. Kluczem do nawiązania rozmowy są pytania, które umożliwiają spotkanie na tej samej „fali”. Zachęcają rozmówcę do ujawnienia, kim jest – za pośrednictwem opowieści o swoich wartościach, przekonaniach, doświadczeniach i odczuciach.

Gdy czujemy się słyszani i widziani, sami nabieramy otwartości i gotowości do słuchania i widzenia innych. Ważne jest nie tylko, o co pytamy, ale czy jesteśmy gotowi usłyszeć odpowiedź. Potrzeba takiej wymiany jest w nas ewolucyjnie – jak twierdzi Duhigg – zaszczepiona. Choć więc niekiedy szczerość i otwartość kojarzą się nam z niewygodą, w gruncie rzeczy tęsknimy za rozmowami, które niekoniecznie są lekkie. Specyficzna przyjemność, którą nam one dają, płynie stąd, że są poruszające, bo dotykają czegoś prawdziwego. Zarazem zdecydowanie zbyt rzadko zadajemy obcym ważne pytania, a jeszcze rzadziej słuchamy tego, co mają do powiedzenia. Nie chcemy naruszać społecznych konwencji, unikamy niezręczności albo po prostu sądzimy, że innym nie zależy na bliższym kontakcie z nami. Dlatego bardzo często rezygnujemy z głębszej rozmowy z ludźmi, których nie znamy, mimo że takiej rozmowy pragniemy.

Tymczasem – jak sugerują badania Michaela Kardasa, Amita Kumara i Nicholasa Epleya opublikowane w 2022 r. w „Journal of Personality and Social Psychology” – nieznajomi mogą być nami o wiele bardziej zainteresowani, niż sądzimy. Nasze przewidywania co do bliskich są zwykle bardziej trafne – wiemy, czym możemy się dzielić z partnerami, innymi członkami rodziny, przyjaciółmi. Jednak zmagamy się z pogłębiającą się samotnością, a za ten stan rzeczy nie odpowiadają wyłącznie postęp technologiczny ani media społecznościowe, lecz właśnie zdolność do komunikacji w obrębie grupy szerszej aniżeli rodzina czy grono przyjaciół.

Owszem, wielu z nas czuje nieustającą presję czy to kreowania swojego wizerunku na Instagramie, czy też dokonywania najlepszych wyborów na Tinderze. Jeśli jednak hipoteza badaczy jest słuszna, to nazbyt często zakładamy, że nieznajomym brakuje życzliwości, empatii lub troski, które zachęcałyby do otwartości. Z tego powodu coraz trudniej dziś o nawiązywanie więzi, które nie ograniczają się do najbliższego otoczenia. A to z kolei przyczynia się do erozji wspólnoty. Udajemy się zatem do gabinetów terapeutycznych, podtrzymując w sobie przekonanie, że to jedyne miejsce, gdzie można sobie pozwolić na odsłonięcie, zapominając, że jesteśmy częścią większej całości, której jeden z fundamentów stanowi właśnie rozmowa.

Spotkanie, a nie technika

Prawdziwa rozmowa nie jest oparta na technice i nie da się jej zredukować do konwencji. Jest spotkaniem. Podczas pisania tego tekstu natrafiłam na niejeden artykuł z poradami – podobno udzielanymi przez terapeutów – jak prowadzić znaczące konwersacje. Szczerze mówiąc, żadna nie wydała mi się przydatna. Kłopotem wydaje się nie tylko treść naszych rozmów, lecz przede wszystkim nastawienie, z jakim do nich przystępujemy. Nie ma tu przecież żadnej recepty, żadnej metody. Nie jest, dajmy na to, tak, że powinniśmy się zawsze dzielić swoimi najbardziej prywatnymi doświadczeniami albo opowieściami o trudnym dzieciństwie. Z całą pewnością to nas zbliża i zachęca nieznajomych do wzajemności, ale na pewno nie jest warunkiem sine qua non budowania bliskości. Zresztą częstotliwość, z jaką w popularnych serialach używa się tego schematu do wyjaś­­nienia psychologii i motywów działania bohaterów, nieraz wywołuje efekt odwrotny – przestajemy być na te kwestie uważni. W ogóle jeśli cokolwiek powinniśmy, to ćwiczyć się nie tyle w mówieniu, ile przede wszystkim w słuchaniu i zdolności do utrzymania zaciekawienia. Dlatego coś zgrzyta już w samej idei, że istnieją możliwe do przyswojenia techniki prowadzenia pogłębionej rozmowy.

Nie zapominajmy też, że small talk, rozmowa konwencjonalna, bez schodzenia w głąb, również bywa bardzo potrzebny. Pozwala prze­ślizgnąć się po powierzchni wymagań społecznych, zredukować chwilowy dyskomfort i napięcie. Wszak kontakt oparty wyłącznie na intymności i zwierzeniach byłby nie do zniesienia. Fatyczna wymiana zdań na temat – dajmy na to – pogody spełnia funkcję społecznego kleju. Niemniej w nadmiarze pozbawia nas pokarmu, jakim jest poczucie sensu, a czasem wręcz ograbia z poczucia przynależności. Jak słusznie zauważył brytyjski psychoanalityk Donald Winnicott, nie ma czegoś takiego jak „dziecko” w oderwaniu od swojego otoczenia. Jest dziecko w relacji z kimś, więc od zarania jest jakieś „my” – jakieś „ja” w relacji do „innego”. Ludzie są istotami społecznymi, istniejemy i wyłaniamy się w interakcji. W rozmowie jest podobnie, nawet jeśli jedno mówi, a drugie słucha. Dzisiaj czujemy się tak przytłoczeni ilością bombardujących nas treści, że gotowi jesteśmy traktować „strefy ciszy” w pociągach jako luksus, a jednocześnie uważamy, że jesteśmy coraz mniej słyszani.

W pięknym eseju Telling Is Listening Ursula K. Le Guin pisze o tym, że rozmowa między ludźmi jest czymś żywym, i przeciwstawia ją czynnościom mechanicznym. Wyobrażenie, że komunikacja polega na przekazywaniu odpowiednich treści ze skrzynki A do skrzynki B – a medium jest przewodem, który je łączy – to obraz wymiany między komputerami, lecz nie świadomymi, pragnącymi i czującymi istotami. Mówienie zawsze zakłada, że istnieje ktoś, kto słucha, a to, co wypowiadane, nabiera kształtu za sprawą bieżącej lub antycypowanej odpowiedzi. Autorka eseju ucieka się do niezwykłej metafory i porównuje to do aktu „seksualnego”… ameb. Te jednokomórkowe organizmy łączą swoje pseudopodia i dosłownie wymieniają części siebie – fragmenty cytoplazmy i materiału genetycznego. Coś podobnego dzieje się w rozmowie. Inaczej niż w transmisji danych, sens rodzi się w równoległym procesie mówienia i słuchania.

Tymczasem zdaje się, że nawet w przestrzeni publicznej, gdzie powinno istnieć pole do dyskusji i wymiany, raczej ograniczamy się do oświadczeń, nie czekając na reakcję ani tym bardziej odpowiedź. Zagorzałe spory, polaryzacja, narastający gniew społeczny, a zarazem bezradność i poczucie izolacji – to wszystko sygnał, że zanika cenny akt kreacji i spotkania, jaki dokonuje się w rozmowie oraz, co też istotne, we współdzielonej przestrzeni. I to nie tylko dla jednostek, lecz dla całej wspólnoty.

Słuchanie terapeutyczne

Metaforę rozmowy jako wymiany – po którą sięga Le Guin – można w psychoterapii określić mianem procesu współtworzenia znaczenia. Jednym z powodów, dla których rozmaite psychologiczne metody samopomocowe nie spełniają swojego zadania, może być brak tej właśnie komponenty. Nośnikiem zmiany nie jest bowiem czysty intelektualny wgląd, rozumienie problemu, ale coś znacznie więcej. Terapia to rodzaj przeżycia i doświadczania wespół z drugą osobą. Nie chodzi więc o gest wyznania prawdy, ale o jej przeżywanie w interakcji, z kimś, kto nie tylko jest świadkiem, lecz kto także pomaga nadać temu sens i rozumienie. Chodzi zatem o miejsce, w którym prawda pacjenta ma szansę zaistnieć.

Niemiecka psychoanalityczka Paula Heimann, która jako pierwsza podkreślała znaczenie emocjonalnych reakcji analityka na treści wnoszone przez pacjenta, zwracała uwagę na złożoność perspektyw, jaka powstaje w interakcji między dwiema osobami. Pokazała, że emocje po stronie terapeuty, czyli to, co fachowo nazywa się przeciwprzeniesieniem, nie są błędem czy defektem neutralności, lecz narzędziem rozumienia. A zatem elementem aktywnego słuchania. Analityk ma za zadanie zrozumieć, kto mówi, do kogo, o czym i dlaczego teraz. Każda rozmowa jest zdarzeniem jednostkowym, wielowymiarowym, przywołującym różne ramy czasowe i różne osoby z naszej wewnętrznej mapy. Dialog wewnętrzny toczący się w naszej głowie również jest przecież rozpisany na role, a zatem istnieje zawsze w pewnej konfiguracji. Nie ma dwóch takich samych połączeń czy konstelacji, odbiorca komunikatu wpływa na jego nadawcę – i odwrotnie.

Zilustrujmy to przykładem. Powiedzmy, że w sesji terapeutycznej pacjentka mówi: „Na tej imprezie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Kilka razy się odzywałam, ale zaraz ktoś mi przerywał. Nie ma sensu nic mówić. I tak nikt mnie nie zauważa”. Podążając za wskazówkami Heimann, można usłyszeć te zdania w całym spektrum różnych kombinacji. Osobą, która mówi, jest teoretycznie pacjentka, ale zapewne dochodzi tu do głosu raczej jej wewnętrzna dziecięca część, która doświadcza poczucia nieważności i odrzucenia. Na poziomie jawnym zwraca się do terapeutki, jednak nieświa­domie może to być zarzut do rodziny, pochodzenia czy otoczenia, które ją pomijało. Pacjentka explicite mówi o tym, że była ostatnio na imprezie ze swoimi współpracownikami, głębiej jednak – o tym, że boli ją poczucie niewidzial­ności i że chciałaby zostać wreszcie zauważona. I że podejmowanie próby może nie mieć sensu, bo ryzykuje kolejne doświadczenie odrzucenia. Co więcej, komunikat pojawia się w konkretnym momencie sesji. Jakieś bieżące zdarzenie, np. chwilowa cisza, mogło przywołać to wspomnienie i skojarzyć się z uczuciem rozczarowania. Niewykluczone, że nieświadomie pacjentka toczy ze sobą wewnętrzny dialog: „Czy ta terapeutka też mi przerwie? A może mnie zignoruje? Czy może wreszcie ktoś mnie zauważy?”.

Tę sytuację można różnie interpretować. Daje ona możliwość podjęcia wielu kierunków rozumienia tego, co się w pacjentce w danej chwili dzieje, a poza tym jest przykładem żywej komunikacji, o której pisała Le Guin. Jeśli terapeutka uchwyci emocjonalną wagę wypowiadanych słów, zaistnieje szansa na wyłonienie się czegoś nowego w tej relacji. Ale na horyzoncie majaczy również szansa na taki rodzaj transformacji – polegający, z grubsza, na utknięciu na poziomie literalnego rozumienia tego, co zostało wypowiedziane – jaki będzie właśnie dokładnym zaprzeczeniem prawdziwej rozmowy.

Chcę raz jeszcze podkreślić, że to tylko jeden z możliwych kierunków myślenia, a powyższy przykład jest wyłącznie ćwiczeniem, mającym unaocznić, jak istotny jest cały kontekst wypowiedzi. Przestrzegam przed oczekiwaniem takiej „głębi” w każdej formie terapeutycznej komunikacji – wówczas rozczarowanie jest raczej gwarantowane. Jako istoty ludzkie nie potrafimy zawsze idealnie dostrajać się do bliźnich. Byłoby jednak stratą dla nas wszystkich, gdybyśmy uznali, że ten rodzaj słuchania – nie tyle jego konkretny przebieg, ile złożoność – możliwy jest jedynie w gabinecie terapeutycznym.

Katastrofa niebycia usłyszanym

Przywołany już Winnicott zasłynął m.in. powiedzeniem: „Dobrze móc się ukryć, ale katastrofą jest nie zostać odnalezionym”. Wyraża się w tym specyficzny paradoks – czasami unikamy tego, czego najbardziej pragniemy, a jeśli nam się to ostatecznie uda osiągnąć, może się to dla nas okazać tragiczne w skutkach. Nie przypadkiem już na samym początku tych rozważań pojawiło się zagadnienie prawdy. Synonimem głębokiej rozmowy jest rozmowa prawdziwa, znacząca, wypełniona sensem. Tak samo jest z naszym istnieniem. Ono z kolei obejmuje nie tylko poczucie bycia widzianym przez najbliższych, ale także poczucie bycia częścią społeczności, wspólnoty, która tworzy dla nas miejsce, przyjmuje nas i „widzi”.

Opiekunowie, którzy potrafią odpowiednio, czyli „wystarczająco dobrze” (to znowu Winnicott), odpowiadać na potrzeby dziecka, sprzyjają rozwojowi prawdziwego „ja”, ponieważ zostaje ono dostrzeżone i rozpoznane. Jeśli środowisko nie jest życzliwe, a naturalne i spontaniczne odruchy dziecka są odrzucane lub ignorowane, rozwija ono zachowania przystosowane do oczekiwań zewnętrznych po to, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo i psychiczne przetrwanie. Powstrzymując zarazem naturalną ekspresję, przywdziewa pewien rodzaj „maski”, która je stopniowo od siebie oddala. W ten sposób powstaje fałszywe „ja”. Podobnie jak jednostka chroni się w fałszywym „ja”, tak i wspólnota chroni się w powierzchowności i grze pozorów. To, co było kiedyś indywidualną strategią przetrwania, staje się społeczną normą. A skutkiem jest rozluźnienie więzi i erozja zaufania.

Życie społeczne uniemożliwia nam jednak nieustanną autentyczność, musimy przecież stosować się do rozmaitych konwencji. Co więcej, możemy też czerpać szczerą przyjemność z możliwości ukrywania różnych aspektów siebie, jak słusznie zauważył Winnicott. Nasza wyobraźnia i intymność są wówczas chronione przed inwazją zewnętrznych spojrzeń i ocen, stanowią więc źródło autonomii. Gorzej, jeśli te nasze cechy nigdy nie zostaną dostrzeżone przez znaczących innych, jeśli nikt nie zareaguje z empatią i zrozumieniem na przebłyski naszej spontanicznej ekspresji. Taka okoliczność skazuje nas de facto na przywdziewanie mechanicznego sposobu bycia, który odcina nas od źródła wewnętrznej witalności i sprawia, że czujemy się puści. Zdaniem Winnicotta każdy z nas, aby w pełni doświadczyć istnienia i życia, potrzebuje poczuć się widziany takim, jaki jest. Żeby to osiągnąć, możemy przyjmować strategie podobne do dziecięcych. Nauczeni na wczesnym etapie, że bezbłędność i perfekcja są pożądaną społecznie wartością, dostosowujemy się do oczekiwań. Jeżeli nie towarzyszy temu doświadczenie bycia widzianym – w krótkim czasie to, co miało być mechanizmem obronnym, formą adaptacji do otoczenia, stanie się uwewnętrznioną sztywno normą, zewnętrznie przyjmowaną tożsamością. W ten sposób, rezygnując z autentyczności – a zatem uznania, że jesteśmy istotami podatnymi na błędy, niedoskonałymi – skazujemy się mimowolnie (a może zostajemy skazani) na izolację. Od siebie, ale i od innych.

W dzieciństwie, podczas jednego ze spacerów w parku, schowałam się za drzewem w reakcji na to, że rodzice odmówili mi spełnienia jakiejś zachcianki. Byłam wściekła i bardzo chciałam się ukryć, jednak dobrze pamiętam, jakie było moje przerażenie, gdy wyjrzałam zza drzewa i zorientowałam się, że nie mogę ich nigdzie dostrzec. To był moment absolutnego poczucia zagubienia i rozpaczy. Ta dziecięca samotność wcale nie tak rzadko doświadczana bywa również przez dorosłych. Chowamy się z tym, co jest dla nas trudne, co wydaje się niechciane, tworzymy fasadę z naszych ról społecznych i osiągnięć, aby czuć się mocniejszymi i bardziej pewnymi. Z biegiem czasu nabieramy przekonania, że nikogo nie interesuje, co chowam „pod spodem”. A kiedy w końcu dostrzegamy ten brak i zaczynamy się rozglądać wokół, okazuje się, że inni są tak samo schowani za swoimi drzewami.

Wydaje się, że tę metaforę można niekiedy zastosować do sposobu, w jaki traktujemy rozmowy.

Lęk przed nieważnością

Ze wspomnianych badań o wpływie znaczących rozmów na nasz dobrostan można wysnuć jeszcze inny wniosek, mianowicie że nie tylko nie spodziewamy się zainteresowania ze strony innych, ale sami przypisujemy im płytkość i powierzchowność. W terapii pacjenci często opowiadają o lęku, że ich głos nic nie znaczy, że zostaną pominięci lub niezauważeni. Na poziomie społecznym ten sam lęk przyjmuje postać kulturową. Dokładnie to diagnozował izraelski psychoanalityk Carlo Strenger, opisując – w książce pod takim właśnie tytułem – współczesny „lęk przed nieważnością”, przed byciem kimś nieznaczącym.

Być może więc nasze prywatne obawy nie są li tylko indywidualną sprawą, lecz rezultatem przekazu kulturowego, który kładzie ogromny nacisk na wizerunek, pomija zaś wrażliwość i potrzeby emocjonalne. Posądzamy innych o dystans i chłód, bo mamy przeświadczenie, że jesteśmy nieznaczący, a zatem niegodni zainteresowania i uważności. Strenger dostrzegł, że jako uczestnicy kultury globalnej jesteśmy skazani na ciągłe porównywanie się, przez co tracimy zdolność widzenia innych, a także dostrzegania znaczenia naszego własnego istnienia. Czujemy się niewidzialni – i jest to źródłem fundamentalnego lęku egzystencjalnego. Logika współczesności nakazuje nam bowiem poszukiwać poczucia sensu w osiągnięciach i zewnętrznym zainteresowaniu, czyli poprzez nadmierną koncentrację na sobie. Tymczasem Strenger sugeruje, że warto podejmować przede wszystkim takie działania, które dają poczucie spójności i podążania za osobistymi wartościami. Myśląc w duchu winnicottowskim – aby móc ten sens zidentyfikować, potrzebny jest dostęp do naszego prawdziwego „ja”. Jego istnienie musi być zakorzenione w dialogu i autentycznej – a zatem nie czysto pragmatycznej, merkantylnej – wymianie z innymi.

„Solipsyzm niskiej samooceny”

Chorobą naszych czasów jest – jak to pięknie nazwała na łamach „New Yorkera” amerykańska pisarka i eseistka Vivian Gornick – „solipsyzm niskiej samooceny”. Potrzebujemy myśleć o sobie dobrze, a kiedy nie potrafimy, nasze życie zamienia się w pasmo cierpienia i upokorzeń. Choć wierzyliśmy, że terapia mogłaby nas oczyścić z różnych lęków i nauczyć na powrót żyć w zgodzie ze sobą, często tkwimy schowani w prywatnych przestrzeniach niepomni, że inni wokół robią dokładnie to samo. Pragniemy zostać odnalezieni, ale, zajęci sobą, nie udajemy się na poszukiwania. Potrzeba spotkania z drugim człowiekiem zamienia się w samotny wysiłek „pracy nad sobą”.

Zdaję sobie sprawę z tego, że terapia pozostaje usługą niełatwo dostępną, również dla tych, którzy są w głębokiej potrzebie. Tu zwracam uwagę raczej na inny aspekt, czyli jej społeczną rolę. Instytucja terapii, poza tym, że jest niezwykle cenna i pomocna, może czasem utwierdzać nas w przekonaniu, że przestrzeń gabinetu to jedyne miejsce, gdzie możemy czuć się uprawnieni do wypowiedzenia tego, co „myślimy naprawdę”. A także do ujawniania swoich emocji, bólu, wstydu, tęsknot, marzeń. Łatwo zapomnieć, że te przeżycia nie są zarezerwowane dla specjalistów, jakkolwiek życzliwych i chętnych do pomocy. Potrzebujemy odwagi do zadawania trudnych pytań innym i sobie – nie tylko i nie przede wszystkim tam, gdzie czujemy się chronieni. Zdrowiejemy i doświadczamy przynależności dzięki relacjom, które układają się w szeroki splot rozmaitych interakcji, czasem wręcz przez nas niezauważanych, ale znaczących. Jeśli nasze autentyczne niepokoje, lęki i tęsknoty nazbyt gorliwie chronimy przed innymi, podtrzymujemy fasadę, a więc, paradoksalnie, pielęgnujemy to właśnie, co do gabinetu może nas kierować.

Rozmowa znacząca, prawdziwa, choć czasem niełatwa, pozostaje fundamentem wspólnoty. Z tego, co Gornick nazywa „solipsyzmem niskiej samooceny”, nie da się wybrnąć samodzielnie. Jeżeli dotyczy on nie tylko jednostek, ale całego społeczeństwa, w którym każdy zamyka się w sobie, zamiast uczestniczyć w obiegu rozmów nadających znaczenie i tworzących więzi – wówczas wstyd i niepokój tylko się pogłębiają.

Rozmawiać i czerpać z tego poczucie sensu można na wiele sposobów, nie ma jednego. Nie jest to czynność zarezerwowana dla gabinetu lekarskiego, terapeutycznego czy innej prywatnej przestrzeni. Wystarczy się odważyć, zobaczyć innych i samemu dać się zobaczyć. Kłopotliwe pytania o intymność mogą być też pytaniami o wspólnotę, o naszą kondycję. Mogą być szansą na zmianę, do której wszyscy mamy dostęp.

No więc… kiedy ostatnio przy kimś płakaliście? Czy kiedykolwiek przeżyliście poważny kryzys w małżeństwie?

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje