Subskrybuj
Amerykańska psycholożka Brené Brown na premierze filmu dokumentalnego Brené Brown. Odwagi!, Los Angeles, 16 kwietnia 2019 r. Brown jest słynną popularyzatorką psychologii, jej konto na Instagramie śledzi ponad 5 mln osób fot. Joe Scarnici/Getty
Amerykańska psycholożka Brené Brown na premierze filmu dokumentalnego Brené Brown. Odwagi!, Los Angeles, 16 kwietnia 2019 r. Brown jest słynną popularyzatorką psychologii, jej konto na Instagramie śledzi ponad 5 mln osób fot. Joe Scarnici/Getty
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Psychologia z Instagrama

Jeszcze dekadę temu otwarte przyznawanie się do zaburzenia psychicznego było czymś raczej rzadkim i mogło narazić na nieprzyjemności. Dzisiaj media społecznościowe pełne są konfesyjnych treści i diagnoz. Co to o nas mówi?

„Fuck nudes, send me a dated invoice from your therapist so I know you’re working on yourself ” (Pieprzyć nagie fotki, wyślij mi rachunek od swojego terapeuty, żebym wiedziała, że nad sobą pracujesz) – to opis, który dość często pojawia się na aplikacjach randkowych, takich jak Tinder czy Bumble. Na tych samych aplikacjach wśród wylistowanych zainteresowań można znaleźć „terapię” i „zdrowie psychiczne”. Część osób w tinderowym opisie zawiera swoje „F-y”, czyli kategorie diagnostyczne z ICD-10 (International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems) – międzynarodowej klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych. Pod literką „F” kryją się „zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania”. Na marginesie można dodać, że obecnie wdraża się nową wersję klasyfikacji – ICD-11.

To nie będzie jednak tekst o aplikacjach randkowych. To będzie artykuł o języku psychoterapii, który wydostał się z gabinetów i stworzył jeden z istotniejszych trzonów dzisiejszej kultury klasy średniej i wyższej. A aplikacje randkowe są tylko jednym z pól ekspansji tego dyskursu.

Psychiatra Jeffrey Lieberman, były szef American Psychiatric Association, organizacji tworzącej m.in. kolejne wersje Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM), „diagnostyczną biblię” chorób i zaburzeń psychicznych, w książce Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii opisał znamienną historię przyjęcia, które odbyło się na Manhattanie w okolicach 2010 r.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Sarę Foster, członkinię nowojorskiej socjety, „lwicę salonową”, jak opisuje ją autor. Na bankiecie pojawiła się nowojorska śmietanka towarzyska – prawnicy, lekarze, architekci, eksperci w swoich dziedzinach, ludzie zamożni i wpływowi. Celem Foster było zebranie funduszy na badania psychiatryczne. Kobieta stała się rzeczniczką osób chorujących psychicznie po tym, jak jej cierpiący na schizofrenię syn popełnił samobójstwo kilka lat wcześniej. Lieberman wygłosił wtedy mowę o istotności kwestii zdrowia psychicznego, po czym uczestniczył w prywatnych rozmowach przy „marynowanym łososiu i chablis”. Wielu ze znamienitych gości wychwalało postawę Foster, podkreślało, jak istotna jest sprawa. Nikt jednak nie przyznał, że problem może w jakiś sposób dotyczyć jego lub kogoś z jego rodziny.

Kilka dni później Lieberman, praktykujący psychiatra, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie w Stanach Zjednoczonych, zaczął odbierać telefony od gości z przyjęcia. Szukali pomocy i ulgi w cierpieniu psychicznym – swoim lub bliskich. Jednym z istotniejszych przesłań wydanej w USA w 2015 r. książki Liebermana było odtabuizowanie zaburzeń psychicznych.

Około półtorej dekady później w dobrze wykształconym, wielkomiejskim środowisku osób zajmujących się pracą kreatywną wymienianie się diagnozami to sposób na przełamywanie lodów w towarzystwie. Nieraz byłem świadkiem takich rozmów. Młodzi dziennikarze, badacze, artyści, pracownicy szeroko rozumianej branży kreatywnej, zapoznając się, opowiadają o swoich diagnozach, rozmawiają na temat objawów, przyjmowanych leków. Zwykle im młodsze osoby, tym chętniej podejmują tę kwestię. Temat zdrowia psychicznego dla pochodzących z dobrych domów przedstawicieli generacji Z oraz dla milenialsów tworzących klasę średnią-wyższą stał się nowym small talkiem, wypierając narzekanie na to, że „znów zimno i pada, i zimno i pada na to miejsce w środku Europy”, jak w latach swojej świetności śpiewał Kazik.

Diagnozy autyzmu, ADHD, choroby dwubiegunowej można znaleźć w opisach podcastów lub kont Instagramowych. Jeden z dość znanych aktywistów w piątym zdaniu bio na swojej stronie internetowej pisze: „Od lutego 2021 leczę się psychiatrycznie w związku zaburzeniami depresyjnymi, głównie na tle lękowym i zaburzonego rytmu dobowego”.

O ile jeszcze dekadę temu otwarte przyznawanie się do choroby lub zaburzenia psychicznego było czymś raczej rzadkim i rzeczywiście mogło narazić na nieprzyjemności, o tyle dzisiaj media społecznościowe pełne są konfesyjnych treści o depresji, osobowości borderline czy neuroatypowości. Osoba, która dokonuje tego rodzaju coming outu, może zresztą liczyć na grad lajków, serduszek, komentarzy: „Trzymaj się”, „emocjonalnych kocyków”, słowem – wyrazów społecznego wsparcia. Niezwykle ironicznie na tym tle wyglądają komentarze: „To bardzo odważne wyznanie”, pochodzące jakby z poprzedniej epoki, w której tego typu szczerość mogła prowadzić do społecznego ostracyzmu.

Robiąc chwilową przerwę w researchu do tego tekstu, zajrzałem na social media (oczywiście to uzależnienie behawioralne). Podczas scrollowania jako drugi post pojawiła mi się wrzutka konta „Smutne historie spisane na kacu i tanim papierze”. W minikomiksie widzimy, jak dwie kobiety rozmawiają o koledze. Jedna mówi do drugiej: „Spójrz tylko na niego. Stoi swobodnie, rozmawia, żartuje. Normalnie dusza towarzystwa”. Na ostatnim obrazku dziewczyna ma założone ręce, jakby była trochę obrażona, i podsumowuje: „To takie neurotypowe”. W hashtagach: #neuroatypowość, #autyzm, #spektrum, #duszatowarzystwa.

Jakkolwiek obrazek byłby zabawny, jest również symptomatyczny. O normalnym, nomen omen, spektrum ludzkich zachowań takich jak otwartość czy nieśmiałość popkultura mówi językiem diagnoz psychiatrycznych. A te stają się elementami indywidualnych tożsamości, na co wskazują wcześniej przytoczone autoopisy osób publicznych. Na marginesie dodam, że jedna z komentujących post „Smutnych historii” napisała: „Coś mnie ominęło czy nabijamy się z osób ze spektrum autyzmu teraz?”. Pewien rodzaj przewrażliwienia (to słowo jest na cenzurowanym w ramach psychoterapeutycznego dyskursu; na instagramowych kontach taki zarzut jest oddalany formułką „Twoje emocje są valid”, liczą się) również wydaje się spleciony z kulturą terapeutyczną. Do tego wątku jeszcze wrócę.

Jak się tu znaleźliśmy?

„Kultura terapeutyczna” nie jest pojęciem nowym. Ma ona swoich egzegetów, którzy przyglądają się jej od dobrych kilku dekad. Eva Illouz, jedna z najważniejszych badaczek zajmujących się tą kwestią, jej źródeł upatruje nie tylko u Freuda, stawiając nawet symboliczną datę jej początku – rok 1909, czyli moment przybycia Austriaka do Stanów Zjednoczonych. Dostrzega ją również w psychologicznych formach zarządzania, które wkroczyły do amerykańskich przedsiębiorstw w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Zadomowienie się freudowskiego i postfreudowskiego podejścia do psychiki oraz rozlewanie się jego myśli na coraz to nowsze obszary ludzkiej działalności Illouz nazywa narodzinami „kultury emocjonalnej”.

O klasowym aspekcie zjawiska pisze wspomniany już Lieberman w Czarnej owcy medycyny. Zauważa on, że to, co dzisiaj nazywamy psychiatrią, do początku XX w. koncentrowało większość swojej uwagi na osobach „obłąkanych”, czyli dotkniętych najcięższymi dolegliwościami: schizofrenią, trudnymi przypadkami depresji, chorobą afektywną dwubiegunową. Zajmowali się nimi tzw. alieniści. Nazwę swojej profesji zawdzięczali temu, że ośrodki dla osób cierpiących psychicznie sytuowano w spokojnych, oddalonych od miast okolicach.

Dopiero psychoanaliza zaimportowana do Stanów Zjednoczonych z Europy w pierwszych dekadach XX w. stworzyła nową jakość – gabinety terapeutyczne, w których zamożni ludzie mogli opowiadać psychoanalitykom (zdaniem Liebermana przez dekady psychiatria, zwłaszcza amerykańska, była zdominowana właśnie przez ten nurt) o swoich „nerwicach”.

Lieberman pisze nawet o swoistej „modzie” w Hollywood na posiadanie swojego psychoanalityka – shrinka. Słowo to zresztą prawdopodobnie wywodzi się właśnie z hollywoodzkiego kontekstu. Autor obstawia dwie etymologie słowa. Headshrinkerem był ktoś, kto miał „odchudzić” ego hollywoodzkich gwiazd. Inna interpretacja jest taka, że sława psychoanalityków zbiegła się w czasie z popularnością hollywoodzkich filmów o kanibalach, gdzie rekwizytami były wysuszone głowy wrogów.

Omawiając związek języka terapeutycznego i kultury terapeutycznej z klasowością, trudno nie wspomnieć o filmach Woody’ego Allena z lat 70. Jednym z głównych bohaterów obrazów reżysera jest jakiś rodzaj alter ego samego Allena – znerwicowany nowojorski Żyd z klasy wyższej próbujący radzić sobie ze swoim neurotyzmem przez wizyty u terapeutów, w których skuteczność nie do końca wierzy.

Innym przykładem przesączania się języka terapii do kultury z tamtego okresu był choćby wydany w 1969 r. Kompleks Portnoya. Osią kontrowersyjnej na owe czasy książki Philipa Rotha jest strumień świadomości 30-letniego mężczyzny, który leżąc na kozetce, źródła swoich wewnętrznych, oscylujących oczywiście wokół życia seksualnego, konfliktów poszukuje we wpływie rodziców. W powieści nie wypowiada się nikt inny poza nim; tytułowy Alex Portnoy sam więc niejako dokonuje swojej terapii, używając psychoanalitycznej siatki pojęciowej. Tytuł książki w sposób oczywisty nawiązuje do wprowadzonego przez Freuda kompleksu Edypa, czyli rzekomej nieuświadomionej chęci uprawiania seksu z matką przy jednoczesnym pragnieniu zabicia ojca.

O ile w tamtych dziełach można odnaleźć wiele języka psychoanalitycznego – obsesyjne skupienie na seksie, nerwicach, poszukiwaniu źródeł swoich neuroz w nieuświadomionych konfliktach mających swój początek w dzieciństwie – o tyle dzisiejsza kultura jest odbiciem rozwoju wielu innych szkół terapeutycznych.

Nie mówimy już raczej o kompleksie Elektry, id, superego i Tanatosie. Mówimy o stylu przywiązania, stawianiu granic, kontakcie z ciałem (które wysyła sygnały, a tych należy słuchać), posiadaniu przestrzeni, zasobach emocjonalnych, wysokiej wrażliwości, traumach (które należy przepracować), coping mechanisms, dynamikach władzy w relacjach, osobach w kryzysie tego i tamtego. Nawet jeśli nie używają Państwo na co dzień tych zbitek, to z pewnością słyszeli je nie raz. A jeśli zdarza Wam się uczestniczyć w debatach aktywistów i spotkaniach artystycznych, to któreś z tych zbitek (albo wszystkie) niemal z pewnością przynajmniej raz podczas nich padły.

Ta siatka pojęciowa stała się jednym z socjolektów klasy średniej wyższej i wyższej – językiem właściwym dla danej grupy społecznej wyznaczającym dyskretne granice przynależności do grona osób o wysokim kapitale kulturowym. O ile Illouz do kultury terapeutycznej zalicza wszystkie przejawy „psychologizowania” społecznych aktywności, w tym podręczniki samopomocy i mówców motywacyjnych, o tyle mnie interesuje ta część dyskursu, która ma charakter klasowej dystynkcji.

Prawdopodobnie jednym z najistotniejszych źródeł dzisiejszej odsłony kolonizacji dyskursu przez język psychoterapii jest obiektywne zjawisko obserwowane od lat w wielu krajach rozwiniętych. Chodzi o pogarszanie się kondycji psychicznej młodego pokolenia.

O zjawisku tym pisała Jean M. Twenge, profesorka psychologii na San Diego State University, w książce o długim, choć znamiennym tytule IGen. Dlaczego dzieciaki dorastające w sieci są mniej zbuntowane, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe i zupełnie nieprzygotowane do dorosłości – i co to oznacza dla nas wszystkich.

Naukowczyni powołuje się na badanie Monitoring the future, które od lat 70. XX w. zadaje podobne pytania tym samym grupom wiekowym – 14-latkom, 16-latkom oraz 18-latkom. Od mniej więcej lat 2010–2012 widać trend spadkowy, jeśli chodzi o „zadowolenie z siebie” i „zadowolenie z życia ogółem”. W 2010 r. ok. 73% dzieciaków twierdziło, że jest „zadowolonych z siebie”. W 2014 r. było to już 66%. Nie mamy do czynienia z gigantyczną różnicą, ale jednocześnie jest to najniższy notowany wynik od 1976 r., kiedy rozpoczęto badania. W 2010 r. również ok. 73% spośród młodych twierdziło, że jest „zadowolonych z życia ogółem”. W 2014 r. było to już 63% – znów najniższy odsetek od poł. lat 70.

W 2010 r. ok. 25% osób młodych „czuło się wykluczonych”. W 2015 r. stanowili już 33% – najwięcej od początku lat 90. Znacząco wzrosły też odsetki tych, którzy podpisaliby się pod stwierdzeniami: „Życie mnie nie cieszy”, „Moje życie jest bezużyteczne”, „Niczego nie mogę zrobić dobrze”. W przypadku studentów z kolei mniej więcej w tym samym czasie zaczęły rosnąć odsetki osób, które odczuwały „przytłoczenie”. Coraz więcej ankietowanych również zaczęło zgłaszać symptomy obniżonego nastroju.

Część komentatorów twierdzi, że może to być wynikiem rosnącej świadomości społecznej dotyczącej zdrowia psychicznego i mniejszego odium ciążącego na tych, którzy przyznają się do gorszego samopoczucia i cierpienia. Pamiętają Państwo anegdotę Liebermana o nowojorskim przyjęciu dla socjety wyprawionym w okolicach roku 2010, kiedy nikt nie chciał się przyznać do kłopotów psychicznych? Być może był to przełomowy moment, w którym kulturowe tabu chorób psychicznych zaczęło się poluzowywać. Nie jest to wykluczone. Niestety, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, pogarszanie się kondycji psychicznej widać w innych, bardziej obiektywnych niż autodeklaracje, wskaźnikach. Wzrosła tam też częstotliwość samookaleczeń i prób samobójczych, również tych zakończonych zgonem.

Dla Polski nie mamy danych na opartych na autodeklaracjach młodzieży sięgających dekady wstecz. Dysponujemy jednak policyjnymi rejestrami odnoszącymi się do prób samobójczych osób w wieku 13–18 lat, w tym prób, które zakończyły się zgonem. W 2013 r. odnotowano 348 tego typu aktów w tej samej grupie wiekowej, w tym zakończonych tragicznie – 144. W 2022 prób samobójczych było 2008, a w tych zakończonych zgonem – 150. Choć liczba zgonów pozostała na stałym poziomie, to liczba prób wzrosła o 480%. Większość tego wzrostu dokonała się w ostatnich dwóch latach. Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy wzrost prób samobójczych był realny, czy wynikał ze zmian w samym raportowaniu.

Prawdopodobnie odpowiedzią na ten trend są m.in. instagramowe konta psychoedukacyjne. Ich rosnącą popularność dostrzegły tradycyjne media, które szybko zrozumiały, że szeroka kategoria „zdrowia psychicznego” cieszy się rosnącym zainteresowaniem odbiorców. Media głównego nurtu zaczęły podchwytywać te treści, ponieważ zapewniało im to kliki, a te – co oczywiste – również pieniądze reklamodawców. W ten sposób mechanizmy kapitalistyczne zaczęły wzmacniać istniejący trend.

Lecz tu pojawia się pewien zgrzyt. Otóż istnieje bardzo wiele wiarygodnych przesłanek, że to właśnie social media stoją za pogarszającą się kondycją psychiczną młodych. Pisze o tym wspomniana Jean Twenge. Stawia ona hipotezę, że sieć portali społecznościowych, z ich systemem ocen, łatwym wykluczeniem (przez ignorowanie postów osób, których się nie lubi) i możliwością porównywania się do innych, pogarsza funkcjonowanie psychiczne. Bardzo silnych dowodów za taką interpretacją dostarcza zespół badaczy, któremu przewodził Luca Braghieri. Naukowcy wzięli pod lupę wczesne etapy rozwoju Facebooka. Przypomnijmy, że aplikacja nie była od razu powszechnie dostępna. Początkowo produkt Marka Zuckerberga pojawiał się kolejno na poszczególnych uniwersytetach. Był to więc świetny eksperyment naturalny. Zespół Braghieriego mógł zestawiać obecność Facebooka ze wskaźnikami zdrowia psychicznego studentów. Okazało się, że tam, gdzie platforma się pojawiała, wzrastało ryzyko symptomów depresyjnych oraz napadów lękowych.

Paradoksalnie więc najskuteczniejszą receptą na polepszenie się parametrów zdrowia psychicznego, którą mogłyby zaproponować instaedukatorki psychologiczne, jest odinstalowanie aplikacji.

Tabu jezyka terapeutycznego

Kultura terapeutyczna kaskaduje przez bardzo wiele ludzkich aktywności, obdziela językiem coraz więcej przestrzeni i tworzy zręby języka służącego nam do opowiadania swojego miejsca w świecie. Jest mieszaniną tego, co można usłyszeć w gabinetach terapeutycznych, technicznego psychiatrycznego żargonu z podręczników takich jak wspomniany DSM czy ICD. Dodatkowo obrasta terminami, które raczej są domeną psychofelietonistyki, takimi jak: normalizacja, stygmatyzacja, gaslighting (przemoc psychiczna polegająca na wmawianiu komuś szaleństwa), mansplaning (protekcjonalizm ze względu na płeć), trigger warnings (oznaczenia przed trudną emocjonalnie treścią). Nie jest oczywiście przypadkiem, że spora część tego dyskursu jest anglojęzyczna. Polska jako kraj półperyferii jest kulturowo autokolonizowana przez dyskurs centrum, czyli Stanów Zjednoczonych wciąż będących globalnym kulturowym hegemonem.

Stosowany przez klasę średnią i wyższą język terapeutyczny miesza więc porządki – odwołuje się do kategorii diagnostycznych, do języka z kozetek (dzisiaj raczej wygodnych foteli) oraz popsychologii z Instagrama i TikToka. Jak każdy prąd kulturowy ma również swoje tabu, a na swoich krańcach wykoślawia się w coś, co może być wręcz szkodliwe dla osób, które – jak by powiedzieli młodzi – siedzą w temacie zbyt głęboko.

Zastanawiają się Państwo, co może być tabu kultury terapeutycznej? Na przykład propozycja: „Idź pobiegaj”, skierowana do osób o obniżonym nastroju. Przez lata była ona atakowana jako fałszywa rada, której użycie miało dowodzić głębokiego braku empatii i nieznajomości podstaw psychologii. Tymczasem istnieje mnóstwo badań, które wskazują na terapeutyczny aspekt aktywności fizycznej. Opublikowana w zeszłym roku w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Child and Adolescent Psychiatry and Mental Health” metaanaliza 15 artykułów wskazuje, że „ćwiczenia fizyczne znacząco redukują depresję wśród osób młodych” (badanie obejmowało osoby w wieku 12–18 lat). W „The American Journal of Psychiatry”, jednym z najważniejszych na świecie pism poświęconych psychiatrii, w 2018 r. opublikowano artykuł, w którym grupa badaczy stwierdza: „W porównaniu z osobami o niskim poziomie aktywności fizycznej osoby fizycznie aktywne miały mniejsze ryzyko zachorowania na depresję”. Ruch chronił również przed wystąpieniem depresji u młodzieży. Tego typu artykułów można cytować dziesiątki, jeśli nie setki.

Niektórzy mogą powiedzieć również, że zalecenia odnoszące się do aktywności fizycznej spowodują wyrzuty sumienia. Zwłaszcza wśród osób cierpiących na ciężkie formy depresji, którym trudno jest nawet wstać z łóżka. Jednak według amerykańskiego „National Center for Health Statistics” objawy ciężkiej depresji dotyczą ok. 15% osób zmagających się z tą chorobą. W dodatku nie wszystkie z nich mają problemy z codziennymi czynnościami.

Rozumiem, skąd wzięło się tabu zawołania: „Idź pobiegaj”. Choć skorzystanie z takiej porady mogłoby zmniejszyć ryzyko spadku nastroju oraz wystąpienia objawów w przyszłości, nierzadko stanowiło również komunikat w stylu: „Nie wymyślaj sobie chorób”, „Weź się w garść” albo „W dupie ci się poprzewracało”. Te stwierdzenia z kolei są domeną dyskursu bagatelizowania chorób psychicznych. Dyskursu, który wciąż jest obecny, ale raczej w klasach niższych.

Elementem niejako tabuizowanym przez kulturę terapeutyczną jest dyskomfort emocjonalny. Znajduje to odzwierciedlenie w popularności wyżej już wspomnianej kategorii trigger warningów, czyli ostrzeżeń przed niekomfortowymi treściami.

Niegdyś ten rodzaj komunikatów stanowił domenę publicznych nadawców, którzy byli zmuszani przez prawodawców do ostrzegania dzieci przed nieodpowiednimi dla nich treściami. Dzisiaj dorośli lub nastoletni twórcy w social mediach sami dodają TW do swojego contentu zawierającego treści związane z przemocą, zaburzeniami odżywiania czy nawet przekleństwami, aby ostrzec innych dorosłych (lub nastoletnich) odbiorców. Czy więc trigger warningi działają? No cóż – nie. A przynajmniej nie w ten sposób, którego oczekiwałyby osoby je zamieszczające.

Sprawie przyjrzeli się badacze Payton Jones, Benjamin Bellet i Richard McNally, którzy opublikowali rezultaty swoich dociekań w piśmie naukowym „Clinical Psychological Science”. Okazuje się, że TW nie zmniejszały lęku osób, które samookreśliły siebie jako doświadczające zespołu stresu pourazowego (PTSD). TW nie działały również na grupę osób „bez traum”. Ostrzeżenia nie powodują także, że ludzie omijali treści opatrzone trigger warningami. Badacze dostrzegli natomiast coś bardzo interesującego – wśród osób, które uważają, że słowa mogą być „emocjonalnie szkodliwe”, trigger warningi nasilały reakcje lękowe. Naukowcy tłumaczą to tym, że część osób może uwrażliwiać się na negatywne doświadczenia, stawiając ową wrażliwość w centrum swojej tożsamości.

Pamiętają Państwo, jak przytaczałem komentarz pod wrzutką „Smutnych historii”? Ten ironicznie pytający o to, „czy nabijamy się już z osób ze spektrum autyzmu”? Jednym z elementów szeroko rozumianej kultury terapii kolonizującej wyobraźnię klasy średniej i średniej wyższej jest przesadne skoncentrowanie się na (potencjalnej) krzywdzie i wypatrywanie jej również tam, gdzie jej nie ma.

Na tę kwestię w książce Rozpieszczony umysł zwracają uwagę Jonathan Haidt i Greg Lukianoff. Autorzy wskazują, że owa obsesja bezpieczeństwa, sejfizmu, jak to nazywają, który można wiązać z dyskursem okołoterapeutycznem, jest w gruncie rzeczy antyterepautyczna. Zamiast bowiem, jak zaleca się w terapii poznawczo-behawioralnej, zachęcać do wystawiania się na stresujące bodźce, sugeruje, żeby ich unikać. Źródeł sejfizmu Haidt i Lukianoff upatrują na amerykańskich elitarnych uniwersytetach, gdzie język terapeutyczny splata się z politycznym aktywizmem.

To zresztą kolejna cecha tego trendu – ma on dość wyraźny polityczny i światopoglądowy wektor. Nieraz podczas dyskusji w social mediach widziałem użytkowników wysyłających na terapię osoby, które się z nimi nie zgadzają. „Głosujesz na Konfederację? Cóż, być może powinieneś coś przepracować”. Nie muszę być wielkim zwolennikiem Konfederacji (właściwie nie jestem nim w ogóle), żeby zrozumieć, że w tym przypadku język terapeutyczny służy do wzmocnienia swojej argumentacji.

Na marginesie mogę dodać, że widziałem również postulaty, aby na terapię udał się wspominany wyżej Jonathan Haidt, ponieważ ma nieodpowiednie poglądy – jest rzekomo zwolennikiem toksycznej męskości. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że Haidt jest profesorem psychologii na Uniwersytecie Nowojorskim i od 30 lat naukowo zajmuje się swoją dziedziną.

Jest to o tyle ironiczne, że – jak zaznacza w swojej książce Lieberman – współczesna psychiatria opiera się na kryterium „subiektywnego cierpienia”. To znaczy, że aparat diagnostyczny jest wycyrklowany pod cierpienie (własne lub otoczenia) hipotetycznego chorego. Właśnie dzięki tej zasadzie i odejściu od kryterium normatywnego możliwe było wykreślenie homoseksualizmu z listy chorób. Tymczasem część głęboko zanurzonych w języku terapeutycznym osób, tych wysyłających na kozetkę zwolenników Konfederacji, zupełnie nieświadomie powraca do normatywnego rozstrzygania o zdrowiu psychicznym. To nie ewentualne cierpienie zwolenników Konfederacji w takiej optyce byłoby problemem do rozwiązania. Problemem wymagającym pracy terapeutycznej są same te osoby, a dokładniej: ich uznawane za niewłaściwe poglądy.

Cytowani wcześniej Haidt i Lukianoff zwracają także uwagę na poszerzanie się pojęć takich jak choćby trauma. W pierwszych wersjach wspomnianego już podręcznika DSM kategoria traumy odnosiła się do obrażeń fizycznych, takich jak „urazowe uszkodzenie mózgu” (traumatic brain injury). W wydanym w 1980 r. Dsm III, będącym pierwszym w pełni „współczesnym” podręcznikiem psychiatrii, znalazła się kategoria PTSD (post-traumatic stress disorder) – zespołu stresu pourazowego. Dzisiaj jednak – piszą Haidt i Lukianoff, powołując się na badacza Nicka Haslama – traumą jest „każde wydarzenie uznane przez daną osobę jako fizycznie bądź emocjonalnie krzywdzące”. Proces ten nazywają concept creep – rozpełzaniem się pojęć. Wróćmy na chwilę do wspomnianych już kategorii mansplaning czy gaslighting. Oczywiście zdarzają się sytuacje, w których kobiety są traktowane przez mężczyzn protekcjonalnie ze względu na płeć. Jednak czasem mężczyzna może po prostu nie zgodzić się z opinią kobiety i jej płeć nie ma tu żadnego znaczenia. Mężczyznom zdarza się również nie zgadzać z mężczyznami.

Co do gaslightingu: cóż, czasem jeśli ktoś nam mówi, że przesadzamy albo że nie było tak, jak mówimy, że było, to niekoniecznie musi być przemoc (choć może). Czasem naprawdę przesadzamy, czasem naprawdę nie było tak, jak nam się zdaje.

Jak już pisałem, w kulturze terapeutycznej przejawia się aspekt klasowy. Język nieprzepracowanych traum, czytania sygnałów z ciała, nawigowania w trudnych emocjach, zasobów emocjonalnych jest językiem w ogromnej większości klasy średniej, i to jej wyższych rewirów, oraz klasy wyższej. Stanowi on nową bourdieu’owską dystynkcję. Osoby, które się nim posługują, to zazwyczaj ludzie dobrze wykształceni, nieźle zarabiający, z wysokim kapitałem kulturowym. Albo pochodzący z inteligenckich rodzin i będący na ścieżce do niezłych zarobków. Tymczasem ci, którzy nie są zanurzeni w tym dyskursie, przez tę pierwszą grupę mogą być traktowani jako w najlepszym razie emocjonalnie wybrakowani, a w gorszym jako toksyczni. Jest to więc kolejne wcielenie rozróżnienia na naszych i obcych. Gdzie naszymi są ci bardziej wrażliwi, empatyczni, ci, którzy przepracowali traumy.

Wiele zostało napisane o tym, że zwiększenie świadomości odnoszącej się do zdrowia psychicznego przyniosło dużo dobrego. Więcej osób jest świadomych niebezpiecznych symptomów, z którymi należy zwrócić się do specjalisty. I bez wątpienia jest to wartość tego zwrotu kulturowego. A czy kultura terapeutyczna może być szkodliwa?

Wskazałem już zagrożenia związane z trigger warningami. Osobom silnie zakorzenionym w psychoterapeutycznej kulturze zamiast pomagać, mogą szkodzić. Język kozetek i przesadnej koncentracji na cierpieniu dla części wrażliwych ludzi może stanowić czynnik wyzwalający i napędzający cierpienie. Kiedy w centrum naszej tożsamości stawiamy traumy (bądź rzekome traumy) i skupiamy się na doznanych krzywdach oraz naszych ograniczeniach, trudniej jest nam je pokonać.

A czy pisanie takich tekstów nie przyczyni się do tego, że osoby, które powinny szukać pomocy specjalisty, jednak tego nie zrobią? Innymi słowy: czy nie obrzydzam terapii? Przecież dysponując platformą, jaką jest miesięcznik „Znak”, powinienem czuć ciężar odpowiedzialności za swoje słowa i wiedzieć, że balansuję na granicy „szkodliwości społecznej” (to kolejny termin wytrych terapeutycznego języka). Zupełnie się tego nie obawiam. Tekst ten kierowany jest do osób z klasy średniej wyższej. Wszyscy dość dobrze znamy ten język. I ten artykuł nikogo od terapii nie odwiedzie.

Jednym zresztą z problemów tej siatki pojęciowej jest to, że dzisiaj penetruje ona obszary już spenetrowane i nie dociera tam, gdzie interwencje psychologiczne naprawdę są potrzebne: do osób biedniejszych, do mężczyzn z niskim wykształceniem z mniejszych miejscowości, do emerytek i rencistów z powiatowych miast. Nie pomogą im kolejne artykuły o „wysokiej wrażliwości” z prasy dla wielkomiejskiej klasy średniej. Niewiele dadzą im również kolejne „dni widzialności osób neuroatypowych” ani dodatkowe posty na Instagramie o „pięciu sygnałach, że jesteś w toksycznej relacji”. W przypadku tych osób potrzebne są mądre polityki publiczne, z dostosowanym do nich przekazem. Czasem również takim, jaki jest absolutnie nieinkluzywny.

Poświęciłem temu tekstowi wiele zasobów emocjonalnych. Na tyle dużo, że czuję, iż doznałem zauważalnej deregulacji emocji. Idę pobiegać; to rytuał, który pozwala mi radzić sobie z napięciem w ciele.

Artykuł pojawił się w numerze: W kulturze ciągłej terapii