Przeczytawszy ten list, uświadomiłam sobie ze zdziwieniem, że wszystkie te drukowane dyskusje i komentarze musiałam przeoczyć. Kiedy jednak zaczęłam przeglądać prasę, okazało się, jak niewiele ich było. W każdym razie, ostatnich dniach przed ogłoszeniem werdyktu w najważniejszych gazetach nie znalazłam nic, poza kilkoma doniesieniami z giełdy noblowskiej, gdyż Kapuściński plasował się na trzecim miejscu listy bookmacherów.
Skąd właściwie nasze zastanawiające milczenie? Spróbujmy iść po nitce.
W oczach zawodowców
Książki Kapuścińskiego, począwszy od pierwszej, czyli Buszu po polsku, zdobyły uznanie polskiej krytyki. Były w kraju zawsze bardzo chętnie i wyjątkowo entuzjastycznie recenzowane. Ich pozytywny odbiór przez zawodowych czytelników zwiastował narodziny i wzrost wybitnego talentu. Gwiazda Kapuścińskiego, Apostoł reportażu, Dlaczego Kapuściński?, Dlaczego świat kocha Cesarza?, Zdumiewająca przygoda literacka, Arcymistrz reportażu literackiego, Filozof, który jest reporterem, Tłumacz człowieka, Mag reportażu – oto kilka tytułów tekstów prasowych z ostatnich czterdziestu lat. Jednak w tych tekstach zaczątki analiz formy i próby opisu środków literackich często mieszają się z powierzchownym zachwytem. Kapuściński od początku magnetyzował recenzentów, lecz o tym, dlaczego tak się działo, dowiedzieliśmy się więcej dopiero po ukazaniu się Cesarza. Ale nawet wtedy cała sprawa z grubsza sprowadzała się do roztaczania aury “głębokiej lektury”, padały (słuszne) terminy, choćby: parabola, alegoria, uniwersalność szczegółu; pojawiały się (celnie wskazane) nazwiska, jak Kafka czy Gombrowicz. Tak naprawdę teren pozostał jednak dziewiczy, sporządzenie stanu badań nie sprawiłoby naukowcom problemu.
Mimo wszystko trzeba przyznać, że Cesarz stanowił istotny punkt w procesie zmiany myślenia o twórczości Kapuscińskiego. Tekst ten zdobył największe uznanie fachowców z dziedziny literaturoznawstwa, a zaraz po nim – Szachinszach. Profesor Michał Głowiński w recenzji zamówionej przez Uniwersytet Śląski z okazji przyznania pisarzowi w 1997 roku doktoratu honoris causa (pierwszego z sześciu, które otrzymał do tej pory), tak pisał (właśnie o Cesarzu i Szachinszachu): “Są to niewątpliwie jego arcydzieła, a zarazem – jedne z najwybitniejszych pozycji nie tylko polskiego reportażu, ale polskiej prozy w ogólności [podkr. moje – KS] w drugiej połowie XX wieku”. Byłaby to prawdziwa nobilitacja, gdyby Profesor nie analizował tej twórczości – z dużą kurtuazją i podziwem (zaczął nawet od zdania: “Ryszard Kapuściński jest wybitnym pisarzem”) – właściwie w ramach słownikowej definicji reportażu literackiego (drugie zdanie brzmiało: “Pisarzem uprawiającym przede wszystkim gatunek zwany reportażem”). Literackiego – znaczy: szlachetniejszego z braci bliźniąt. Tym drugim bliźniakiem jest oczywiście reportaż (a fe!) publicystyczny.
Z kolei najwięcej bodaj kontrowersji wzbudziły Lapidaria (zwłaszcza pierwsze tomy, ukazujące się od lat 90.), które zdumiały “fachowych” odbiorców tej twórczości, część z nich rozczarowały. Po raz pierwszy pojawiły się recenzje krytyczne – Pawła Rodaka, Marka Zaleskiego czy Heleny Zaworskiej. Może dziwne, ale krytyka ze strony krytyki to sprawa bez precedensu w długiej karierze pisarskiej Kapuścińskego. Teksty te zadośćuczyniły też w pewnym sensie żartobliwemu na poły zdziwieniu, jakie wyraził przed laty Wojciech Giełżyński (barwny cytat, chętnie zresztą przytaczany w kontekście opisów niezwykłego przyjęcia tej twórczości przez krytykę):
Wśród recenzji ani jednej krytycznej. Dziwne. Reporter, który nigdy niczym nikogo nie rozeźlił? Klasyk za życia? Chwali go “Trybuna Ludu” i “Filipinka”, chwalą studenci. Ludowcy i katolicy, wolnomyśliciele i białostoczanie, młodzieżowcy i intelektualiści. Nawet Kisch miał niechętnych, szarpano Wańkowicza, a jego wszyscy lubią, psiakrew. Pośród reporterów (…) można rywalizować o miejsca od drugiego do trzydziestego. Co rok są przetasowania, ale “Kapusta” jest zawsze najwyżej, można by nim handlować w Pewexie.
Giełżyński czepia się jednak reportera, a krytykowano eseistę, autora sylw, głos czy czego tam jeszcze, określeń bowiem gatunkowych pojawiło się niemal tyle, ile recenzji. Krytyki Kapuścińskiego-autora reportaży doprawdy trudno się doszukać. W taki też sposób Lapidaraia – odczytywane właściwie czy nie – zaczęły grać rolę odgromnika. Nie posunęły jednak sprawy całościowej lektury do przodu.
Tekstem również kłopotliwym dla krytyków, nie tak kłopotliwym jak Lapidaria, ale jednak, okazały się Podróże z Herodotem. Ich publikacji najpierw na łamach “Gazety Wyborczej”, a później w wersji książkowej towarzyszyła fala szeptanych wątpliwości w rodzaju: czy ta książka jest tak dobra jak wcześniejsze? I… szereg pełnych zachwytu recenzji, z reguły (nie zawsze jednak, autorem najciekawszej z tych, które miałam w ręku, jest Piotr Wojciechowski czytający Podróże jako rodzaj zakamuflowanego autoportretu) sprowadzających się do streszczeń, opisu wrażeń i myśli towarzyszących lekturze, szkiców do portretu samego Kapuścińskiego. Forma, jak można się domyślać, często konfundowała recenzentów, dlatego woleli pomijać ją milczeniem. Może pytali sami siebie: po co to przepisywanie Herodota? Dlaczego tak mało przygód? Czemu brak kolejnego opisu wyprawy do Górnego Karabachu? Kolejnej relacji z wojny w Angoli? Kolejnego portretu Hajle Sellasje? Nie wiem, czy na wszystkie wątpliwości dotyczące Podróży da się jednoznacznie odpowiedzieć. Nie ma prozy doskonałej od pierwszego do ostatniego słowa. Ale czy na przykład to, że – prowokacyjnie sięgnę na najwyższą półkę – choćby Mann, czytany dziś, chwilami nuży, ujmuje mu literackiej wartości? Czy to, że teksty Kafki pozostały niedokończone, stanowi istotny zarzut? Sama też mam z pewnymi fragmentami tej książki Kapuścińskiego kłopot, ale mimo tego zostawiam ją na wysokiej półce obok Hebanu, który jak dotąd w moim rankingu nie opuścił pierwszego miejsca.
Poza wszystkim jednak, trochę jest wokół Podróży z Herodotem nieporozumień. Przytoczę przykład. Zdarzyło mi się usłyszeć opinię o rozdziale Pustynia i morze, że nie bardzo wiadomo, po co się w ogóle pojawił. O czym rozdział ten opowiada? O nieudanej wyprawie do Algierii. A dokładniej? O tym, jak wielki reporter Kapuściński, zachęcony przez swego wysoko postawionego znajomego, ambasadora Algierii w Dar es-Salaam, pojechał do kraju, w którym niby dokonał się zamach stanu, ale na ulicach absolutnie nic się nie działo; mało tego, siedział tam jak pierwszy lepszy stażysta i czekał na jakiekolwiek zamieszki. Nie doczekał się. Nie było żadnych przygód. No więc po co ten rozdział? Kiedy go czytam, odnoszę wrażenie, że to jeden z ważniejszych autotematycznych tekstów Kapuścińskiego, w którym stara się on uchwycić moment, gdy reporter (nawet o ambicjach literackich) staje się pisarzem. Przestaje szukać sensacyjnych, dramatycznych wydarzeń po to, by je zrelacjonować, czyli odwzorować (jak czyni malarz dla wprawy studiujący martwą naturę lub akt), a żywą, pulsującą materię świata zaczyna postrzegać jako coś, co należy przeniknąć i zapisać, uporządkować, aby móc pojąć, co się widzi.
Chodziłem załamany i wściekły na Judiego. Dlaczego namawiał mnie do tego wyjazdu? Po co tu przyjechałem? Co stąd napiszę? Jak usprawiedliwię swój przyjazd? Zgnębiony, zobaczyłem raptem na Avenue Mohammed V, że powstaje zbiegowisko. Pognałem tam. Niestety, byli to gapie przyglądający się, jak kłócą się dwaj kierowcy, którzy zderzyli się na skrzyżowaniu. W drugim końcu ulicy zobaczyłem inny tłumek. I tam pobiegłem. Ale to stali ludzie, cierpliwie czekając na otwarcie poczty. Miałem pusty notes, bez żadnego zdarzenia.
Tu, w Algierze, po kilku już latach pracy reportera zacząłem zdawać sobie sprawę, że idę błędną drogą. Była to droga poszukiwania spektakularnych obrazów, złudzenia, że obrazem można wykpić się przed próbą głębszego zrozumienia świata, że można go objaśnić tylko przez to, co zechciał nam pokazać w godzinach swoich spazmatycznych konwulsji.
Cézanne postrzegał i malował pejzaż, zawsze czerpiąc z natury, a nigdy realistycznie. I podobnie jak możemy wskazać na konkretny, faktycznie istniejący fragment przyrody, który stanowił inspirację dla Cézanne’a, możemy również mieć pewność, że Kapuściński pisze o wydarzeniach rzeczywistych. A mimo tego – w efekcie otrzymujemy pewną wizję rzeczywistości.
Sytuacja Podróży z Herodotem jest poniekąd symboliczna dla recepcji dotychczasowego dorobku Kapuścińskiego (podkreślę – w Polsce, nie śmiałabym wypowiadać się na temat sytuacji globalnej tej twórczości), w tym mianowicie sensie, że jego istotny, całościowy kształt wciąż pozostaje przesłonięty. Mamy więc lawinę odczytań cząstkowych, wiele z nich bardzo trafnych, wiele uwag przejmujących, lecz pozostawionych bez rozwinięcia, brak natomiast właściwie jakiejkolwiek pogłębionej analizy. Jeśli się nie mylę, Kapuścińskiemu poświęcono do tej pory pięć książek monograficznych*, trzy z nich wyszły spod pióra jednego autora zajmującego się teorią reportażu. Pierwszą przeczytałam, dwie kolejne już tylko przejrzałam, nie pamiętam, by zdarzyło mi się znaleźć gdziekolwiek jakiekolwiek odwołanie do tych tekstów. Autorem czwartej publikacji jest medioznawca, piąta to (w swej części zasadniczej) bardzo cenny przegląd modeli lektury.
Słowem, powszechnemu zachwytowi krytyki tak naprawdę brak mocnych, sprawdzonych fundamentów. Kapuściński ma przed sobą drzwi do literatury polskiej szeroko otwarte (a nawet traktuje się go tak, jakby już od dawna był w środku), ale na skutek działania jakichś magicznych sił, ciągle stoi w progu. Co to za siły?
Spór o fiction
Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka Janet Malcolm pt. Milcząca kobieta. Sylvia Plath i Ted Hughes. Jest to biografia poetki z wizerunkiem jej męża w tle, a także, a może przede wszystkim, rodzaj pamiętnika autorki tekstów non fiction. Malcolm, gdy zasiadała do pisania tej książki,…