Kiedy kilka lat temu zmarł w sile wieku Andrzej Szewczyk, artysta awangardowy, wielki pasjonat i znawca sztuki, oprócz opłakującej go rodziny, licznych kochanek, kumpli od kieliszka i kolegów po fachu, z którymi wiódł niekończące się rozmowy o sztuce i kobietach, żegnał go krąg młodych osób z okolic rodzinnych, którym zaszczepił swoje pasje i które ukształtował. Dla wielu z nich był mistrzem. Napotkałem wtedy w gazecie wspomnienie o nim jednego z owych uczniów, Andrzeja Przywary, historyka sztuki i znanego dziś marszanda, który napisał: „chodziłem za nim wszędzie – na pole, do karczmy, do lasu”.
Bardzo mnie to ujęło. Obraz małego brzdąca, a potem młodzieńca, który wędruje obok empatycznego mistrza po Kaczycach i okolicy, czepiając się niejako poły jego płaszcza, nie dając się za nic odgonić, odepchnąć, a może nawet spełniając z ochotą drobne posługi, poznając jego sekrety i słabostki, wydał mi się prawdziwym obrazem z głębi serca, a przy tym klasycznym toposem. Ukazuje on wędrówkę u boku mistrza, której późniejsza samodzielna wędrówka życiowa zawdzięcza swą orientację. Wymowny ten skrót uzmysławia nam ponadto cechy charakteru wzorowego ucznia i prozelity: cierpliwość, wytrwałość, systematyczność, głód wiedzy.
Wielu z nas tęskni za takim mistrzem, nie każdemu był bowiem dany. Wielu z nas – humanistów, i ja także – szuka takiego mistrza pośród ksiąg i darów przeszłości, nawiązując rozmowy z umarłymi, zaciągając długi wdzięczności wobec cieni. Władzą wyobraźni podążamy wówczas za naszym przybranym mistrzem. Archetypem takiego dojrzałego stosunku jest wędrówka Wergilego i Dantego przez Piekło i Czyściec w Boskiej komedii. Dante rozumiał, czemu, w świetle nauki Kościoła, jego mistrz nie może wejść do Nieba. Rozumiał, akceptował, współczuł – jego szacunek nie umniejszył się.
Na filmie Kurosawy Siedmiu samurajówstary samuraj odpędza kijem adepta. „Nie stać mnie na ucznia!” – krzyczy, ale młodzieniec nie daje się odpędzić i zostaje przyjęty; razem ruszają w drogę. Bywają mistrzowie cierpliwi, którzy dbają o słuchaczy – jakże jesteśmy im wdzięczni! „Samo podsumowanie będzie jednak również trochę pogmatwane – usprawiedliwia się z prostotą przed czytelnikiem wielki literaturoznawca Erich Auerbach w jednej ze swych książek – i dlatego trzeba tu antycypować najistotniejsze twierdzenia, aby czytelnik nie stracił wątku…” Bywają jednak mistrzowie niecierpliwi i surowi, którzy nie troszczą się tak o słuchaczy. Choć typologia obcowania mistrza i ucznia nie jest moim celem, warto o niej wspomnieć ze względu na naukę życia. To nauka, której również oczekujemy od mistrza, przyjmując postawę ucznia, czy też, ujmując rzecz od innej strony, na której planie stosunek pomiędzy mistrzem a jego uczniem się tak czy owak uskutecznia. Wiele można by o niej powiedzieć na podstawie tradycji zen, gdzie nieraz mistrz kijem otwierał uczniowi drogę ku iluminacji. Nasza chrześcijańska tradycja jest także obfita w anegdoty, które związek ucznia i mistrza uroczo opisują, jak choćby ta (przytoczona za Grzegorzem Wielkim w książce Auerbacha) o chłopie, który szukał męża znanego ze świętości, a został zbity z tropu jego nędzną posturą, dlatego wzgardził nim i wyśmiał go: „Wierzyłem, że to człowiek wielki, lecz ten nawet nie ma nic z człowieka (…) Jedynie ty patrzysz na mnie otwartymi oczami”. Między tymi dwoma zdaniami tkwi prawda. „Chodziłem za nim wszędzie…” – wyznaje uczeń. „Jedynie ty patrzysz na mnie otwartymi oczami” – mówi mistrz. Temat obecnego numeru miesięcznika – porzuceni czy też zapomniani mistrzowie – brzmi poważnie, lecz cokolwiek tajemniczo; zaraz się człowiek zastanawia, czy aby nie ma jakiegoś związku z lustracją. Znając skłonność redaktorów „Znaku” do traktowania tematów z grubej rury, chciałbym tym razem tonu powagi w miarę możności uniknąć, a podzielić się z czytelnikiem własnym skromnym doświadczeniem. Z historycznego punktu widzenia każdy wielki przewrót polityczny, rewolucja bądź kontrrewolucja, zmienia hierarchię wartości i spycha w niepamięć dawnych mistrzów. Nie jest to myśl szczególnie oryginalna, jednak czas dojrzewania mojego pokolenia – lata 70. i 80. – był czasem zmagań o pamięć zbiorową, a odkrywanie spychanych w niepamięć mistrzów miało swój niezapomniany smak. Robiło się to na własną rękę, dlatego wszelkie wskazówki były nieocenione. Jak się ma dziewiętnaście lat i ambicje literackie, a przy tym jest się zupełnym szczawikiem, to tęskni się ogromnie za mistrzem! Kiedy na pierwszych latach studiów oddałem się z zapałem bibliofilstwu i uzupełnianiu wiedzy historycznej, byłem zdumiony tym, jak wiele okręcików zostało zatopionych lub kręciło się samopas w odmętach historii. Polska humanistyka była istnym pobojowiskiem, ideologia komunistyczna narobiła spustoszeń. Nie miałem nigdy mistrza osobistego, jak wzmiankowany wyżej Przywara, lub koledzy-studenci, którzy naówczas skupiali się przy Tischnerze, Łagowskim, Porębskim i innych, lecz rychło po zapuszczeniu korzonków w Krakowie przekonałem się o istnieniu mistrza zbiorowego, który wywarł na mnie długotrwały wpływ. Tym mistrzem zbiorowym (magister pluralis) był miesięcznik „Znak”, jego autorzy i środowisko z nim związane. Na stare, rzadkie i cenne numery „Znaku” się polowało, tam miało się kontakt z prawdziwymi mistrzami myślenia, a także ze współczesną refleksją chrześcijańską; refleksja ta miała w miesięczniku bardzo dobrą architekturę. „Znak” był wiarygodny. Po latach, kiedy zacząłem do miesięcznika pisywać, towarzyszyła mi zawsze świadomość długu, który kiedyś zaciągnąłem i który staram się, na miarę własnej ograniczoności, spłacać. Może była to świadomość na wyrost, ale spłata długu jest krokiem ku samodzielności. Smak szukania i odkrywania mistrzów na własną rękę pozostał mi. Modami nigdy się nie kierowałem, a w głowie układałem sobie zupełnie inną hierarchię, dajmy na to, ludzi pióra, niż zalecają na rynku. Było tam, w tej głowie, miejsce dla Jana Stanisława Bystronia (rozprawy etnograficzne), dla Edwarda Porębowicza (ballady zachodnioeuropejskie), dla Stefana Wyszyńskiego (kazania społeczne), dla Jerzego Stempowskiego (eseje), dla Lecha Kalinowskiego (mowy pogrzebowe) czy dla wzmiankowanego wyżej Ericha Auerbacha (historia literatury) oraz Marka Twaina (proza), który od dzieciństwa był i pozostał jednym z moich ukochanych mistrzów. Są też tacy, których strąciłem z piedestału (Witold Gombrowicz), przyznawszy im jednak uprzednio właściwe miejsce w procesie mojej edukacji. Lubię czasem otworzyć książkę i poczytać kilka stron tylko po to, by usłyszeć ich głos – to już chyba aberracja, prawda? – np. Aleksandra Brücknera w Dziejach języka polskiego, Wacława Tokarza w Ostatnich latach Hugona Kołłątaja i wielu innych. I muszę powiedzieć, że tych „zapomnianych”, ale odzyskanych, jest w moim sercu co najmniej tylu, ile dusz gadających swoje…